Posts Tagged ‘wywiad’

andrzej wasilewski

Dzisiaj nazwisko Szpilka nie ma wartości finansowej na świecie ani nie gwarantuje sprzedaży biletów. Artur musi to zrozumieć. Nie wiem, czy on będzie chciał się odnaleźć w innej rzeczywistości. Jeżeli będzie chciał walczyć, to musimy odbyć męską rozmowę. Tym razem nie może być tak, że on coś zrozumie na 2-3 tygodnie, jak było po każdej porażce, a później znów będzie chciał robić po swojemu – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z PoGongu.

Co pan pomyślał, gdy w 2. rundzie Dereck Chisora znokautował Artura Szpilkę?

Andrzej Wasilewski: Tuż przed nokautem przysiedli się do mnie Anatolij i Wasyl Łomaczenko, Ołeksandr Usyk oraz Aleksander Krasiuk. Ten ostatni mówił, że Artur dał dobrą pierwszą rundę. Odpowiedziałem, że jeśli tak będzie walczył, to za chwilę będzie koniec. Pięć sekund później było już po walce, Krasiuk nie zdążył jeszcze usiąść. Sprawdził się czarny scenariusz, który przewidywałem przed walką.

O taktyce Szpilki na walkę może pan coś powiedzieć?

Nie było widać żadnej taktyki. To mogła być kwestia braku koncentracji. Chisora skończył walkę szkolną akcją. Trzy razy rzucił cepa na dół, raz na górę. Ot, cała filozofia. To jest smutne, ale po około 12 latach zobaczyłem w Londynie tego samego Artura, który przegrał walkę w półfinale turnieju Stamma z rywalem z Algierii. Też stał przy linach, ale wtedy jeszcze robił uniki rotacyjne. Przeciwnik wyprowadził serię ciosów, Artur kilku uniknął, ale ze cztery doszły celu i przegrał przed czasem. W finale Krzysztof Zimnoch wygrał jedną ręką z tym Algierczykiem. Artur w ringu się nie boi, ale przez to nie szanuje ciosów przeciwnika. To jest fatalne. Myśli, że przy linach jest bezpieczny. Trener Fiodor Łapin przerywał sparingi, gdy Artur stał przy linach. Kazał mu zdejmować rękawice i odsyłał go do szatni.

Jak ocenia pan pracę Romana Anuczina?

Myślę, że Artur był bardzo porządnie przygotowany fizycznie, ale był za ciężki. Nie wtrącałem się w przygotowania i nie byłem na sparingach. Miałem przecieki, że nie wyglądały najlepiej, ale trener Anuczin był optymistycznie nastawiony. To uroczy i naprawdę bardzo fajny człowiek, ale w tej walce nie zapanował nad Arturem. Jestem przekonany, że gdyby Fiodor Łapin przygotowywał Szpilkę do tej walki, to mogłaby wyglądać inaczej. Przede wszystkim Artur ważyłby 103 kilogramy, a nie 110.

Anuczin nie protestował, gdy Szpilka chciał wziąć walkę z Chisorą?

Trochę się zawiodłem, bo umówiliśmy się z Romanem na jedną, a on proponował nawet dwie, łatwiejsze walki. Później jednak uległ Arturowi. Miałem od początku bardzo złe przeczucia. Nie czułem w ogóle pozytywnej atmosfery przed walką. Nie podobała mi się otoczka i to wzajemne klepanie się po plecach. Przyzwyczajony jestem do szkoły trenera Łapina, która polega na koncentracji. Gdy dwa dni po walce zobaczyłem na ringpolska.pl film z tego, co działo się w szatni przed walką, to się zdziwiłem. Nie może być tak, że ktoś inny tarczuje Artura, a trener się przygląda. W szatni było za dużo luzu. To nie było profesjonalne podejście. Każdy zawodnik jest inny. Krzysztof Włodarczyk w ostatnich latach zrobił się nerwowy przed walkami, więc jego trzeba trochę uspokoić i rozśmieszyć. Artura trzeba koncentrować i mobilizować, a nie rozluźniać.

(więcej…)

Reklamy

fonfara

– Ci, którzy mnie najbardziej krytykowali, nie znali mnie i nie wiedzieli, ile pracy wkładałem w przygotowania do walk. Ludzie nie widzą codzienności pięściarzy. Obserwują tylko to, co dzieje się w ringu. Najłatwiej jest krytykować – mówi Andrzej Fonfara w rozmowie z PoGongu.

Ile miałeś ofert powrotu na ring od czasu zakończenia kariery?

Andrzej Fonfara: Na razie nie było propozycji i mam nadzieję, że nie będzie. Jeśli się pojawią, to ich nie przyjmę. Finansowo jestem zabezpieczony i nie muszę boksować. Nie mam ochoty wracać na ring. Ognisko jest wygaszone, zalałem je kubłem zimnej wody.

Jak dużo zrobiłeś dla polskiego boksu?

Myślę, że coś tam zrobiłem. Nie żałuję ani jednej chwili w boksie. To była piękna przygoda. Gdy byłem w ringu, fani przeżywali różne emocje. Albo nokautowałem rywali, albo przegrywałem przez nokaut. Starcia z Chavezem, Cleverlym czy pierwsze ze Stevensonem kibice powinni na długo zapamiętać. Przede wszystkim cieszę się, że mogłem skończyć karierę na swoich warunkach.

Zdiagnozowałeś już, dlaczego zabrakło ci serca do boksu?

To był szereg różnych zdarzeń. Po walce z Siłłachem zmieniłem trenera i pojechałem do Los Angeles. Zmieniały się daty następnej walki. Żona wyjechała z LA i zostałem sam na trzy miesiące. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Może nawet za dużo… Na pewno do refleksji zmusiła walka, po której Stevenson trafił do szpitala. Przecież mogło to spotkać mnie. Wpływ na decyzję miały też rozłąki z rodziną, ale także to, że boks nie pozwalał mi na realizację innych pomysłów na życie. Dużo się tego zebrało i dlatego zakończyłem karierę.

Boks zabrał ci dużo zdrowia?

Nie. Były złamane ręce, nos czy inne kontuzje, ale w tej chwili nie narzekam na zdrowie. Pod tym względem jest super. Jestem zdrowy i silny. Trzy razy w tygodniu trenuję boks, pływam, chodzę na siłownię i biegam. Chcę zostać w dobrej formie.

Pięściarze dzisiaj kończą karierę, a jutro wracają na salę treningową. Dlaczego tak się dzieje?

Pewnie chodzi o pieniądze. Boks jest trudnym sportem, wątpię by ktoś wracał dla przyjemności.

W twoim przypadku powrót jest wykluczony?

Dobrze zainwestowałem pieniądze i jestem niezależny finansowo. Mogłem jeszcze zarobić fajną gażę za walkę z Edwinem Rodriguezem, ale nie miało to dla mnie znaczenia.

W przeszłości walczyłeś za dolara, a czy miałeś sześć zer na czeku?

Nie było sześciu magicznych zer, ale byłem bardzo blisko. Ale jeżeli złożyłbym wszystkie gaże, to była dobra cyferka i tych sześć zer.

Ten czek na dolara wystawiony przez Kathe Duvę zrobił furorę w mediach.

Zgodziłem się na taką gażę i nie mam o to pretensji. Tomek Adamek miał fajną galę i chcieliśmy na niej wypromować moje nazwisko. Kathe Duva powiedziała, że nie ma dla mnie miejsca na fight cardzie, więc zaproponowałem, że będę walczył za darmo. Musiała mi wystawić jakiś czek, więc zarobiłem dolara. Nie informowałbym o tym opinii publicznej, ale po latach pani Duva proponowała mi walkę z Siergiejem Kowaliowem. Odmówiłem, bo nie odpowiadała mi oferta. Wtedy Duva zarzuciła mi, że walczę dla pieniędzy i dlatego pokazałem ten czek. Tylko raz walczyłem za darmo.

Chyba możesz napisać poradnik o tym, jak spełnić amerykański sen.

Mój sen się spełnił. Mieszkam w USA już dwanaście lat, mam piękną rodzinę, piękny dom, fajny samochód. Sporo ludzi mnie zna, bo boksowałem w największych telewizjach w USA – Showtime czy ESPN. Chcę zostać na stałe w USA. Dwa lata temu wybudowałem tu dom. Tutaj urodził się syn, we wrześniu na świat przyjdzie córka.

(więcej…)

borek_adamek

W najbliższą sobotę w katowickim Spodku odbędzie się gala „Ostatni Taniec”. To będzie już piąta gala organizowana przez grupę MB Promotions. – Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz – mówi Mateusz Borek w rozmowie z PoGongu.pl.

Zacznijmy od sprawdzenia obecności. Ilunga Bakole dojedzie na galę w Spodku? 

Mateusz Borek: Przyjedzie, bo odebrał w środę wizę w polskim konsulacie w Londynie. Sytuacja była niespotykana. Chciałem podziękować ambasadorowi, konsulowi oraz wielu ludziom z polskiej polityki, którzy mi pomogli. To nie jest prosta sprawa, żeby w szybkim trybie załatwić komuś wizę z Demokratycznej Republiki Konga. Chłopak jest bogaty, z normalnej rodziny, która ma książęcy pałac, ale te wszystkie procedury trwają. Na szczęście udało się wszystko załatwić. 

Był jakiś pięściarz w rezerwie dla Wacha, gdyby z wizą Bakole nie poszło po myśli?  

Był w rezerwie Amerykanin z rekordem 12-6, który walczył z dobrymi zawodnikami i się nie przewracał. Nie chciałem tego zastępstwa, bo nie miałem gwarancji, że zawodnik z USA po podróży na ostatnią chwilę, wyglądałby normalnie w ringu w sobotę. Nie mówię, że przyjechałby tylko po pieniądze, ale na pewno miałby mniejsze szanse z Wachem niż Bakole. Wydaje mi się też, że walka straciłaby na atrakcyjności, bo jak do ringu wchodzi dwóch ludzi po dwa metry i 120 kilogramów to zawsze jest to prawdziwe starcie w kategorii ciężkiej.

Bakole jest dużym znakiem zapytania? 

Był etatowym sparingpartnerem Joshuy, przeboksował z nim blisko 150 rund. Mówiono o nim, że będzie gwiazdą na brytyjskiej scenie wagi ciężkiej. Jego walka z Hunterem do ósmej rundy była wyrównana. Potem doznał kontuzji barku, zabrakło mu też doświadczenia na dłuższym dystansie i w końcówce Hunter go skończył. Teraz chce wrócić do gry. Walka z Wachem może mu pomóc załapać się na karuzelę Warrena czy Hearna. Będzie to ważny taniec dla obu pięściarzy. 

Na początku Bakole nie był zainteresowany pojedynkiem z Wachem.  

Zaproponowałem mu walkę w styczniu, ale powiedział, że ma inne plany i odmówił. Szukałem innego rywala dla Mariusza. Rynek kategorii ciężkiej w Europie jest trudny i drogi. Rozmawiałem z Abellem, Moliną, Dawejko i Wallishem, ale nagle Bakole zmienił zdanie i zadzwonił z informacją, że chce walczyć w Spodku. W 24 godziny dopięliśmy szczegóły kontraktu, pod którym złożył podpis 18 lutego. 

Jakie furtki może otworzyć Wachowi wygrana z Bakole? 

Mariusz nie mówi tego dziennikarzom, bo nie chce zapeszać, ale ma na stole kilka ofert. Może walczyć na gali ESPN-u, może wejść do ringu z Pulewem, może wystąpić na tej samej gali co Usyk, albo dostać większą walkę w lipcu w Niemczech. Jest też propozycja z Wielkiej Brytanii. Mariusz cały czas jest gorącym towarem. Jeśli wygra z Bakole, to wyśle komunikat, przede wszystkim na rynek brytyjski, że po dwóch porażkach wrócił do gry.  

mariusz wach

Organizuje pan już piątą galę boksu. Trudne jest życie promotora i organizatora?  

Bardzo trudne. Nie ma żadnych problemów produkcyjnych, promocyjnych czy logistycznych. W tej zabawie cały czas jest problem z kasą. Sponsorzy nie za bardzo garną się do tego sportu w Polsce. Pieniądze z polskiego rynku telewizyjnego są nieporównywalne do innych rynków, a zawodnicy, których oczekują polscy kibice i dziennikarze, kosztują tyle samo co w innych krajach. Proszę sobie wyobrazić, ile płaci Showtime, Fox, DAZN, Sky czy inne zagraniczne telewizje, a jakie są możliwości polskich stacji. Pewnie dzisiaj TVP płaci najlepiej w Polsce, bo matematyka tej stacji, podobnie jak wyniki oglądalności, wygląda zgoła inaczej niż w stacjach komercyjnych, utrzymujących się z reklam, bez państwowego finansowania. To nie zarzut, to fakt. Inne stacje płacą mniej. Nie dlatego, że są chciwe i nie chcą, ale realnie oceniają wartość rynkową i marketingową. Najczęściej telewizja daje kwotę, która jest skromnym wycinkiem budżetu gali. Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Oprócz pieniędzy z telewizji, musisz się dogadać z kilkoma podmiotami biznesowymi i musisz sprzedać określoną liczbę biletów, żeby zamknąć budżet imprezy. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz.  

Na którejś z czterech gal udało się panu zarobić?  

Nie. Trzy wyszły na zero. Do gali w Radomiu była dokładka. W twitterowych dyskusjach często pojawiają się opinie, że promotorzy kłamią. Może niektórzy kłamią, ja tego nie robię. Dla mnie to jest bardzo ciężki biznes, bo kosztuje dużo zdrowia i nerwów. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wojenki, do których nie chcę się już odnosić. Nie chcę dyskutować, które gale są na poziomie pierwszej, drugiej czy trzeciej ligi. Niech to ocenią kibice.  

Czy organizator gali bokserskiej w Polsce może w ogóle na tym zarobić? 

Są dwie drogi. Możesz zrobić galę z solidnym main eventem. Do tego dorzucić dwie walki z małym budżetem i promocją swoich zawodników, plus dwa pojedynki z udziałem pięściarzy niezrzeszonych, za których zapłacą ich sponsorzy i uzupełnić kartę walkami amatorskimi. Na takich galach da się zarobić, bo można jeszcze ograniczyć środki na produkcję. Druga droga to ta, którą ja wybrałem. Jestem promotorem, ale moje spojrzenie na organizację gal jest spojrzeniem kibica i dziennikarza. Robię walki, jakie chciałbym obejrzeć. Czasami podejmuję nierozsądne decyzje, ryzykuję rekord zawodnika i zainwestowane w niego pieniądze. Przecież nie musieliśmy ryzykować rekordem 17-0 Łukasza Wierzbickiego w starciu z Vovkiem. Zrobiliśmy to dla kibiców i dziennikarzy. Chcieliśmy, żeby w ringu było ciekawie i żeby nikt nie przewracał się od przeciągu w hali.  

Spodek to trudny teren do organizacji gali bokserskiej?  

Organizując „Ostatni Taniec”, od razu postawiłem na Śląsk. Miałem plany dotyczące Jastrzębia, ale nie doszedłem do porozumienia z miastem. Ostatecznie wybrałem Katowice i nie żałuję tego. Spodek to jest ziemia, która zna, kocha i rozumie boks. Dla mnie to jest legendarne miejsce, oddychające historią. Po siedmiu latach boks wraca w to miejsce. Spodek to jest chyba najdroższa arena w Polsce. Nie jest to hala, która pod względem technologicznym może się równać z tymi najnowocześniejszymi halami w Polsce. Podam przykład. Jeśli chcę zrobić pasek ledowy, to muszę go powiesić i za niego zapłacić. A taki pasek na przykład w Ergo Arenie jest w wyposażeniu hali. Wpinam kabel i działa. Dodatkowo nie płacę za to. 

DSC_2197

Ilu widzów spodziewa się pan w sobotę na trybunach?  

Realnie oceniam, że będzie 6 tysięcy osób.  

Czy to pozwoli wyjść na zero lub zagwarantuje zarobek? 

Nie wiem. Jest za wcześnie, żeby to policzyć. Czasami w ostatniej chwili może pojawić się jakaś dziura budżetowa, którą trzeba będzie załatać. Są też niespodziewane koszty, gdy na przykład ktoś spóźni się na samolot. Proszę też pamiętać, że są zobowiązania sponsorskie. Nie wszystkie bilety vipowskie trafiają do sprzedaży, część jest rozliczana w ramach umów.  

Czy bez Tomasza Adamka trudniej jest spiąć projekt promocyjnie i finansowo?  

Wydaje mi się, że gdyby Tomek walczył w Spodku, to na trybunach byłoby 2-3 tysiące ludzi więcej. Zdawałem sobie sprawę, że przyjdzie taki dzień, że Tomek nie będzie już walczył. Plan był taki, że Adamek wraca, bo chce stoczyć jeszcze jedną dużą walkę. Był pojedynek z Millerem i pewien rozdział się skończył. Chcieliśmy przy „Góralu” promować innych zawodników. Niektórzy z tego skorzystali, inni zaprzepaścili szansę. Polski boks musi żyć bez Adamka i Tomek musi żyć bez polskiego boksu.  

Składał pan Izu Ugonohowi ofertę walki w Spodku? 

Nie rozmawiałem z Izu, bo on ma promotora. Spotkałem się z teamem Darka Michalczewskiego. Zaproponowałem wstawienie Izu do karty i chciałem podzielić koszty finansowe. Zaproponowałem, że opłacę rywala, pobyt dwóch stron i wezmę na siebie promocję. Oni mieli ustalić gażę z Izu i wziąć ten koszt na siebie. Wydawało mi się, że to była dobra oferta. Jak chcesz włożyć walkę na galę niemiecką, to musisz zapłacić za swojego zawodnika i rywala. Plus pokryć wydatki związane z pobytem tych zawodników. Za przeciwnika Ugonoha chciałem zapłacić. Nikt by na tym nie stracił. Ja miałbym jeszcze ciekawszą kartę, a Izu aktywność.  

Czemu się nie dogadaliście?  

Druga strona pytała mnie o miejsce na karcie dla Izu. Miałem już wcześniej zaplanowane pierwsze trzy pojedynki, czyli walki Roberta, Damiana i Mariusza. Byłem z chłopakami po słowie i nie chciałem niczego zmieniać. Team Darka chyba nie za bardzo był zainteresowany miejscem Izu w środku karty. Uważali, że Izu jest zawodnikiem, który powinien boksować w main lub co-main evencie. Miałem na ten temat inne zdanie i nie doszliśmy do porozumienia. Szkoda, bo Ugonoh jest już po trzydziestce i rzadko walczy. Łukasz Rusiewicz był najpoważniejszym rywalem, z którym wygrał Izu.  

Miał pan w planach jakiegoś konkretnego rywala dla Izu?  

Myślałem o zrobieniu walki Izu z Sergiejem Werwejką. Skoro były już przymiarki do ich starcia w Ergo Arenie, to chciałem to przenieść do Spodka. Nie wypaliło. 

robert parzeczewski 

W main evencie wystąpi Robert Parzęczewski. Jak wysoko ma zawieszoną poprzeczkę?  

Robert powiedział, że jak znokautuje Czudinowa, to zmieni pseudonim na „Mister KO” i przestanie być „Arabem”, więc wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. A tak poważnie, Czudinow to pięściarz, który pływał w oceanie w boksie olimpijskim, a Robert był co najwyżej w jacuzzi. Parzęczewski dostał propozycje walki z Callumem Smithem o mistrzostwo świata, ale podziękowaliśmy, bo uważamy, że musi stoczyć jeszcze 2-3 pojedynki, by zaadaptować się w nowej kategorii. Za dwa lata będzie właściwy czas, żeby atakować tron. Nie chcemy jechać po kasę i ładnie przegrać.  

Pięściarze często mówią, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Robert zrobił inaczej.  

Gdy dostaje się propozycję walki 16 maja, a ma się już zakontraktowany pojedynek na 6 kwietnia, to trzeba być uczciwym wobec siebie. Do walki o mistrzostwo świata nie można przystąpić po czterech tygodniach przygotowań. Niby takich pojedynków się nie odrzuca, ale w przypadku Parzęczewskiego mogliśmy to zrobić. Jak ktoś nie ma promotora lub promotor nie ma pieniędzy na promowanie zawodnika, albo w niego nie wierzy, to wtedy trzeba brać walkę, żeby zarobić. Jeśli dzisiaj są propozycję dla Parzęczewskiego, który ma rekord 22-1, to będą też za dwa lata, gdy będzie miał 28-1. Nie zakładam, że się potknie po drodze, skoro się tak rozwija.  

Parzęczewski jest zawodnikiem Tymexu i MB Promotions?  

Nie, jest pięściarzem Tymexu. Współpracuję z Mariuszem Grabowskim, dlatego pomagam mu też z karierą Roberta. Uważam, że nasza współpraca układa się dobrze. Robert sportowo zasługuje na walki wieczoru i solidne zarobki. Jeżeli któregoś dnia Mariusz przyjdzie i powie: pracujmy z nim razem oficjalnie, to będziemy pracować oficjalnie. Dzisiaj to jest Mariusza zawodnik i to on podejmuje decyzje.  

Czy kariera Parzęczewskiego jest dla pana i grupy Tymex największym wyzwaniem promotorskim?   

Dla mnie największym wyzwaniem było udowodnić sobie, że dziennikarz potrafi zrobić galę. Po pierwszej gali wyzwaniem było, żeby zorganizować drugą. Później, że potrafię zrobić event bez Tomka Adamka. Jeden, a teraz kolejny.

Karierą Parzęczewskiego trzeba rozsądnie pokierować. W Polsce nie mamy zbyt wielu pięściarzy z takim potencjałem.

Robert czekając na walkę o pas, dostaje trudniejszych rywali po drodze niż wielu polskich zawodników, którzy też liczyli na walkę o mistrzostwo świata. Wielu z nich przez lata boksowało na podtrzymanie aktywności. Nad Robertem nikt nie trzyma i nie zamierza trzymać parasola ochronnego. Uznałem, że po występie w Radomiu, gdzie efektownie i szybko znokautował Darka Sęka, należy mu się walka wieczoru w Spodku. On cały czas idzie do przodu.

Z Patrykiem Szymańskim planuje związać się pan dłuższym kontraktem?  
 
Patryk zgłosił się do mnie, gdy wygasł jego kontrakt z poprzednim promotorem. Wrócił do Kuby Chyckiego i rozpoczął treningi z Gusem Currenem. Na obozie ich współpraca wyglądała obiecująco. Z Patrykiem jesteśmy po słowie. Przed walką z Robertem Talarkiem nie chcieliśmy parafować żadnych dokumentów. Mogliśmy to zrobić, ale po co? Jeśli, odpukać, coś nie wyjdzie, to tymi papierami moglibyśmy rozpalić w kominku. Jesteśmy dogadani na współpracę, ale do rozmów siądziemy po 6 kwietnia.

Szymański jest po porażce. Talarek nie będzie dla niego rywalem na przetarcie.

Patryk chciał trudnego testu, bo ma coś do udowodnienia. Narzucił też na siebie dodatkową presję, bo powiedział, że jak przegra, to zakończy karierę. Polscy kibice uważali go za prospekta, a po jednej porażce wszyscy w niego zwątpili. Zwycięstwo z Talarkiem może go wysoko wywindować w polskim rankingu P4P.   
 
Co Gus Curren mówi o współpracy z Szymańskim?
 
Patryk od początku podobał mu się boksersko. Pracowali nad obroną i pewnymi elementami technicznymi, ale nie chcę mówić o detalach. Pracowali też nad tym, żeby Patryk był twardszy, bo boks jest sportem dla twardych ludzi. Patryk wiele razy imponował umiejętnościami w ringu, ale był za delikatny i za kruchy. Teraz jego ciało się zmieniło. Wydłużył też okres sparingów, żeby błyszczeć 6 kwietnia. W Spodku zobaczymy wersję Szymański 2.0.  

Rozmawiał: Krzysztof Smajek
 
 

karolina owczarz

W najbliższą sobotę Karolina Owczarz po raz drugi wejdzie do klatki KSW. W debiucie potrzebowała zaledwie 60 sekund, żeby pokonać Paulinę Raszewską. – Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie – mówi Owczarz. 

Twój debiut w MMA trwał zaledwie 60 sekund. Pewnie o wiele dłużej świętowałaś zwycięstwo nad Pauliną Raszewską?

Karolina Owczarz: Wielkiej fety nie było. Od razu po walce zjadłam słoik nutelli, więc świętowanie było kulinarne. Lubię słodycze, ale to był jednorazowy wybryk. Nigdy nie wychodzę na imprezy, bo ich nie lubię. Nie przepadam też za alkoholem, ogólnie mam słabą głowę. Po pojedynku spędziłam czas z najbliższymi. Bez nerwów i emocji, które towarzyszą przygotowaniom do walki. I bez liczenia kalorii.

W najbliższą sobotę znów zobaczymy cię w klatce KSW. Czym różni się Karolina Owczarz z marca 2018 od tej z marca 2019?

Przed rokiem byłam dziewczyną, która lubi się bić, nie boi się przyjąć uderzenia i może wejść w wymianę ciosów. Miałam też jakiś plan na obalenie i poddanie rywalki w parterze. Teraz jestem zawodniczką, która nie boi się żadnej płaszczyzny. Nie spanikuję, gdy rywalka dopchnie mnie do siatki, lub gdy będzie chciała bić się ze mną w parterze.

Po co ci w ogóle MMA?

Jako dziennikarka Polsatu pracowałam przy najlepszych galach sportów walki w Polsce. Fajnie było w tym uczestniczyć, bo to była lekcja życia. Po czterech latach pracy w Polsacie pojawił się u mnie lekki kryzys, bo niby byłam w centrum tych wszystkich wydarzeń, ale zawsze milimetr obok. Ten milimetr robił kolosalną różnicę. Zaczynało mnie to wkurzać i trochę zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy wchodzili do ringu czy oktagonu i czuli adrenalinę związaną z walką. Zaczęłam się trochę ruszać. Jeździłam do klubu WCA w Warszawie i zaczęłam trenować MMA. Z bliska widziałam, jak zawodnicy nakręcają się przed startami. Poczułam atmosferę sali treningowej. Po mniej więcej dziesięciu miesiącach intensywnych treningów zdecydowałam, że wracam do tego, co robiłam przez lata.

Jak zareagowali najbliżsi? Poszłaś do mamy i powiedziałaś: rzucam pracę w Polsacie i idę się bić.

Nie wiedziałam, jak to jej powiedzieć. Byłam przekonana, że się załamie. Zaprosiłam ją na wystawny obiad, robiłam długie wstępy, aż w końcu powiedziałam o MMA. Na początku mama przyjęła to dobrze, ale jak zadzwoniła do mnie po kilku dniach, to powiedziała, że nie przespała żadnej nocy i że chce się jej płakać. Była załamana, ale po mojej przeprowadzce do Łodzi zobaczyła, jak bardzo szczęśliwym jestem człowiekiem. Wszystko jej przeszło i nie ma do mnie pretensji.

karolina_owczarz_2

Do sportów walki ciągnęło cię już od podstawówki. Najpierw był boks.

Jako dziecko byłam chłopaczarą. Wolałam zdecydowanie samochody niż lalki czy sukienki. Jak byłam trochę starsza, chodziłam na mecze Widzewa. Oczywiście rodzice nic o tym nie wiedzieli. Miałam męskie towarzystwo, w którym było wielu łobuzów. Pochodzę z grzecznego domu, więc może to towarzystwo imponowało mi, bo było czymś innym. Poszłam na boks, bo chyba chciałam być większa w oczach starszych koleżanek i kolegów. Zamiłowania do złych rzeczy szybko mi minęły, ale boks ze mną pozostał, bo przekonałam się, że sporty walki są czymś wyjątkowym. Poszłam na jeden trening i zostałam w boksie na 8 lat.

Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z bokserskiej przygody?

Zdecydowanie wyjazd do Meksyku. Wzięłam udział w reality show, w którym rywalizowały ze sobą dwie drużyny – Meksykanki kontra reszta świata. To była lekcja życia, bo jako 18-latka pojechałam na koniec świata. Dopóki nie wysiadłam z samolotu i nie zobaczyłam tabliczki ze swoim nazwiskiem, nie miałam pewności, czy ktoś mnie na tym końcu świata odbierze. Byłam wtedy świeżo upieczoną mistrzynią Polski. Wśród uczestniczek byłam najmłodsza i zdecydowanie odstawałam warunkami fizycznymi od reszty dziewczyn. W życiu nie byłam na zawodowym ringu, a tam walczyłam na zawodowych zasadach na dystansie sześciu rund. Wcześniej biłam się tylko po trzy rundy. Przegrałam drugą walkę z późniejszą zwyciężczynią turnieju i późniejszą mistrzynią świata. Warto było jechać, bo zebrałam ogromne doświadczenie zarówno w boksie jak i w życiu.

Na zawodowych ringach stoczyłaś tylko cztery walki. Dlaczego zrezygnowałaś z boksu?

Po erze Agnieszki Rylik i Iwony Guzowskiej boksu zawodowego kobiet w Polsce właściwie nie było. To był ciężki kawałek chleba, bo byłam jedyną kobietą w tym środowisku. Media trochę się mną interesowały, ale częściej traktowana byłam jak maskotka a nie poważna zawodniczka. Stoczyłam cztery zawodowe walki, wszystkie wygrałam, ale później pojawił się konflikt z promotorem. Ze współpracy ze mną zrezygnował sponsor i nie było sensu ciągnąć tego dalej.

Można powiedzieć, że prosto z ringu trafiłaś do Polsatu. Trudno było dostać się do telewizji?

Gdy moja kariera bokserska się skomplikowała, to chciałam wrócić do Łodzi. Przed przeprowadzką pojechałam na galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. W walce wieczoru bili się wtedy Andrzej Gołota z Przemkiem Saletą. Pojechałam tam towarzysko, ale byłam z kolegami, którzy pracowali w Polsacie. W trakcie gali podszedł przywitać się z nami dyrektor Polsatu Sport Marian Kmita. Dwa dni później zaprosił mnie na spotkanie i zaproponował pracę. Powiedział, że w trakcie podawania mi ręki w Ergo Arenie zapaliła mu się jakaś lampka w głowie i pomyślał, że zrobi ze mnie dziennikarkę. Myślę, że to mu się udało. Rzuciłam wszystko i rozpoczęłam pracę w telewizji. Przez chwilę próbowałam łączyć boks z Polsatem, ale praca w mediach jest na tyle wymagająca, że nie dałam rady. Media mnie pochłonęły. Przygoda z Polsatem trwała pięć lat.

owczarz_3

Jak ważny to był rozdział w twoim życiu?

Mając zaledwie 20 lat zachłysnęłam się wielkim światem telewizji i nowymi wyzwaniami. Praca w mediach to niekończąca się nauka i przygoda. Poznałam mnóstwo wyjątkowych ludzi. Nauczyli mnie rzeczy, z których mogę korzystać do dzisiaj. Mam spory warsztat dziennikarski, choć nie jestem Mateuszem Borkiem, za którym jestem sto lat świetlnych.

Czujesz się już pełnoprawną zawodniczką MMA?

Myślę, że przez ostatnie 15 miesięcy łącznie opuściłam może z miesiąc treningów. Czyli przez 14 miesięcy przychodziłam dwa razy dziennie na matę. To daje około 700-800 treningów. Myślę, że przez ten czas można się trochę nauczyć. Zwłaszcza, że trenuję z najlepszymi. Koleżanki mnie nie oszczędzają i zdarza się, że wycierają mną matę. Tak, jestem pełnoprawną zawodniczką MMA.

Po zmianie branży czytałaś dużo negatywnych opinii na swój temat?

Niestety hejt jest nieodłącznym elementem polskiego internetu. Myślę, że większość opinii była negatywna. Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Po co KSW podpisało z nią kontrakt? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie. Nie boję się wyzwań, ale podchodzę do tego spokojnie. Nie będę rzucała się na nie wiadomo jak duże rywalki. Jak każdy zawodnik mam prawo do rozsądnego budowania rekordu.

Co jest najtrudniejsze w świecie MMA?

Moje sparingpartnerki (śmiech). W Shark Top Team mam trzy świetne dziewczyny: Karolinę Kowalkiewicz, Anitę Bekus i Klaudię Sygułę. Każda z nich jest fenomenalną zawodniczką. Przeciwstawienie się im jest ciężkie, bo każda z nich prezentuje wysoki poziom w danej płaszczyźnie. Gdybym mogła zrobić z siebie mix moich koleżanek, to byłabym mistrzynią świata. W MMA wszystko jest ciężkie. Parter pokochałam od razu, najcięższe dla mnie są zapasy, ale z miesiąca na miesiąc też je coraz bardziej lubię.

Co chcesz osiągnąć w MMA?

Nie wybiegam daleko w przyszłość, bo to byłaby głupota. Wiem, że żaden dziennikarz nie chce tego słyszeć, ale dla mnie liczy się najbliższa walka. W tym roku chciałabym wejść trzy razy do oktagonu. Teraz jednak myślę tylko o pojedynku z Martą Chojnoską.

Tym razem walka może potrwać dłużej niż minutę, bo Marta Chojnoska ma większe doświadczenie od Pauliny Raszewskiej.

Na pewno nie będzie łatwo. Nie boję się wymian ciosów z Martą. Jeżeli trzeba będzie się bić w stójce, to będę się biła w stójce. Jeżeli pojawi się opcja do obalenia, to na pewno ją wezmę, bo po co się narażać na niepotrzebne ciosy. Bardzo ciężko pracowałam nad kondycją i jestem gotowa na trzy rundy ostrej bitki. Jeśli nadarzy się okazja do skończenia walki szybciej, to zrobię to, bo nie chcę, żeby mama płakała przez 15 minut.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

andrzej wasilewski

Maciej Sulęcki pokonał jednogłośną decyzją sędziów Gabriela Rosado i jest coraz bliżej walki o mistrzowski pas. – Maciej daje widowiskowe walki, w których są emocje. Świat boksu chce oglądać takich zawodników – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z PoGongu.

Ile siwych włosów przybyło panu podczas dwóch ostatnich rund walki Macieja Sulęckiego z Gabrielem Rosado?

Andrzej Wasilewski: Myślę, że sporo mi ich już przybyło w trakcie negocjacji tego pojedynku. Jeśli chodzi o walkę, to rzeczywiście w dziewiątej rundzie zatkało nas, bo wydawało się, że Maciek ma kontrolę nad ringowymi wydarzeniami. Wszystko wskazywało na to, że to on skończy walkę przed czasem. Nikt się nie spodziewał, że Maciek usiądzie na czterech literach. Na tym polega piękno boksu. W tenisie, jak ktoś straci parę gemów, to nic się nie dzieje. W boksie trzeba być skoncentrowanym do ostatniego gongu. Kibice pewnie byli zachwyceni przebiegiem pojedynku i wynikiem, bo mieli zafundowane wielkie emocje.

Jak trudno było doprowadzić do podpisania kontraktu Macieja Sulęckiego z Eddiem Hearnem?

Chodziło mi głównie o to, żeby znaleźć rozwiązanie systemowe, bo podpisanie kontraktu na jedną walkę nie rozwiązałoby problemu. Byśmy ją stoczyli i znów pojawiłoby się pytanie: co dalej? Dość długo prowadziłem negocjacje, żeby podpisać kontrakt na pakiet walk. Oczywiście przy założeniu, że Sulęcki będzie wygrywał kolejne pojedynki. Pakiet jest na trzy walki. Pierwsza się odbyła i idziemy dalej.

Sulęcki przed podpisaniem kontraktu z Eddiem Hearnem bardzo się niecierpliwił. Udzielił wywiadu, w którym krytykował swoich promotorów. Przepraszał pana za te słowa?

Nie wracaliśmy do tego. Historia pokazała, że tamten wywiad był błędem, ale to chyba nie jest teraz najistotniejsze. Najważniejsze, że pracujemy dalej i dajemy kibicom walki na najwyższym światowym poziomie.

Eddie Hearn twierdzi, że w czerwcu Sulęcki będzie walczył z Demetriusem Andrade o mistrzowski pas. Brytyjskiemu promotorowi można wierzyć na słowo?

Wszystkie znaki na niebie wskazują na to, że dojdzie do tej walki. Niestety, możemy mieć problem, bo Maciek po starciu z Rosado pojechał do szpitala na prześwietlenie, które wykazało, że w prawej ręce ma ubytek kości. Jest jakiś odprysk, ale nie można go zlokalizować. Ręka bardzo go boli. W poniedziałek albo we wtorek Maciek musi odwiedzić lekarzy, bo trzeba sprawdzić, co to jest za kontuzja.

Czyli czerwcowy termin stoi dzisiaj pod znakiem zapytania?

Z całą pewnością Maciek musi być wspaniale przygotowany do walki życia. Nie wyobrażam sobie, żeby wszedł do ringu z kontuzją lub po zbyt krótkim okresie przygotowawczym. Sulęcki ma taką pozycję, że nie musimy się nigdzie spieszyć. Walka o pas jak nie teraz to będzie za chwilkę. Wolelibyśmy oczywiście jak najszybciej stoczyć pojedynek o mistrzostwo świata, ale Maciek musi być zdrowy.

Zdrowy Sulęcki jest gotowy na konfrontację z Andrade?

Walka z Rosado potwierdziła po raz kolejny, że Maciek jest bardzo ciekawym pięściarzem. Ma duże umiejętności i mocny charakter. Daje widowiskowe walki, w których są emocje. Świat boksu chce oglądać takich zawodników. Pojedynek z Rosado pokazał też inną rzecz. Dla mnie i sztabu szkoleniowego o wiele ważniejszą. Chodzi o to, że Sulęcki po raz kolejny popełnia te same błędy. Musi pracować nad ich wyeliminowaniem, bo na najwyższym poziomie opuszczanie lewej ręki jest karane. Maciek odczuł to na własnej skórze już nie pierwszy raz.

Sulęcki leżał na deskach w walkach z Jacobsem i Rosado. Bardzo to pana martwi?

Najbardziej martwi mnie to, że padał na deski po podobnych akcjach, czyli ciosach nad jego lewą ręką. Ta ręka jest za nisko lub za bardzo wysunięta do przodu. Przeciwnicy znajdują przestrzeń, żeby uderzyć z kontry lub bezpośrednim prawym i niestety trafiają. Ja i trener Piotr Wilczewski jesteśmy od tego, żeby wytykać błędy, a nie tylko bić brawa. Niebawem z Piotrkiem i Maćkiem usiądziemy do stołu i zrobimy naradę. Porozmawiamy o tym, jakie trzeba zmienić elementy treningowe, bo te błędy nie mogą się powtarzać.

Jak ocenia pan współpracę Sulęckiego z Piotrem Wilczewskim?

Bardzo pozytywnie. Piotrek przeszedł chrzest bojowy w bardzo trudnych warunkach. Myślę, że już wie, czego można spodziewać się po Maćku. Mówię o ich relacji w narożniku i koncentracji. Widać, że jest między nimi chemia. Piotrek jest bardzo ambitnym człowiekiem. Też był wściekły po walce.

W szatni padły mocne słowa?

Oczywiście. Maciek sam był na siebie wściekły, bo niewiele brakowało, a wypuściłby z rąk wygraną walkę. On bardzo dużo od siebie wymaga i wie, że na tym poziomie nie można robić takich rzeczy.

Sulęcki przed walką z Danielem Jacobsem był niedoceniany w USA. Jak to wygląda dzisiaj?

Jest rozpoznawany, szanowany i wszyscy wiedzą, że daje widowiskowe walki.

Jak duże są szanse na walkę Kamila Szeremety z Giennadijem Gołowkinem?

Konkretnej oferty jeszcze nie dostaliśmy. Wydaje się, że ona jest w drodze. Gołębie pocztowe lecą do nas i zobaczymy, co przyniosą. Jeżeli oferta będzie ciekawa, to ją rozważymy. Konfrontacja z tak wielką gwiazdą jak GGG to okazja do pokazania się w świecie boksu. To podobna sytuacja do walki Sulęckiego z Jacobsem. Nie oszukujmy się, to jest także doskonała okazja do zarobienia dużych pieniędzy, ale z niczym się nie spieszymy. Skończył się projekt pt: Sulęcki vs Rosado. Od jutra biorę się za kolejnych zawodników. Między innymi za Szeremetę.

Czy możliwy jest występ Sulęckiego i Szeremety na jednej gali w USA?

Teoretycznie tak. Blisko współpracujemy z Eddiem Hearnem, dlatego wszystko jest możliwe.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

kamil sokołowski

Kamil Sokołowski pięć lat temu wyjechał do Anglii i tam rozpoczął zawodową karierę. Nie ma promotora, przegrał już 14 walk. Mówi, że jest journeymanem, ale od razu dodaje, że nie jeździ tylko po kasę. Zawsze chce wygrywać. W sobotę jego rywalem będzie Lucas Browne.

W najbliższą sobotę wchodzisz do ringu z Lucasem Brownem. Jesteś gotowy na wojnę?

Jestem bojowo nastawiony. Wygląda na to, że to będzie mój najtrudniejszy rywal w karierze. Jednak spokojnie pochodzę do tego pojedynku. To jest przeciwnik jak każdy inny. Ma dwie ręce i głowę. To jest waga ciężka i wszystko może się zdarzyć. W jedną i drugą stronę. Chcieliśmy walczyć z Brownem osiem rund, ale jego promotor się nie zgodził. Trochę wstyd, że taki zawodnik walczy tylko 6 rund.

Co wiesz o najbliższym przeciwniku?

Jak zerkałem na jego przygotowania, to wydaje mi się, że będzie w dobrej formie. Teraz pewnie będzie ważył mniej niż w walce z Whytem. Jednak bardziej skupiam się na sobie niż na nim.

Rok temu Browne został ciężko znokautowany przez Whyte.

Whyte walczył z nim zachowawczo, bo zrobili dużo szumu wokół Browne’a. Brytyjczyk miał dużo do stracenia, ja mogę tylko zyskać. Myślę, że Browne może mnie zlekceważyć.

Długo zastanawiałeś się nad przyjęciem oferty walki z Brownem?

Nie, bo biorę wszystko, jak leci. Nie mam na co czekać, bo lata uciekają, a ja chcę jeszcze trochę poboksować. Jak z nim wygram, to pewnie będę w TOP 10 wagi ciężkiej w Wielkiej Brytanii. Wygrana może otworzy mi drzwi do walki z Davidem Allenem.

Jak wyglądały twoje przygotowania do sobotniej walki?

Miałem trzy tygodnie na przygotowania, ale nie startowałem od zera, bo wcześniej szykowałem się na rewanż z Kashem Alim, ale on zrezygnował z walki. Trenowałem dwa razy dziennie. O piątej rano biegałem około 30-40 minut. Robiłem sprinty albo zwykły bieg. Później jechałem do pracy. Wieczorem robiłem drugi trening. Miałem dwóch sparingpartnerów. Chłopaki przyjechali z Londynu i trochę posparowaliśmy. Ogólnie to za dużo nie sparuję przed walkami, bo nie za bardzo mam taką możliwość. Wszędzie mam daleko, poza tym brakuje mi czasu.

Czym się zajmujesz zawodowo?

Pracuję na recyklingu, jeżdżę ciężarówką od godziny 7 do 15. Boks to moje hobby i zajmuje się nim po godzinach. Jestem journeymanem, ale nie takim, który jeździ tylko po wypłaty. Zawsze chcę wygrywać. Nie mam promotora, dlatego mój rekord wygląda tak a nie inaczej. Wielu rywali odrzuca propozycje walk ze mną, bo nie chcą zepsuć sobie rekordu.

Ostatnio zepsułeś rekord Nickowi Webbowi.

Nie tylko jemu, ale też innym pseudoprospektom. Mają oni porobione rekordy na Litwinach czy Bułgarach, ale jak postawisz im twarde warunki, to okazuje się, ile naprawdę są warci.

Co chcesz osiągnąć w boksie?

Jak mam być szczery, to nie zależy mi na rankingach. Wiem, na jakim jestem poziomie, dlatego nie będę gadał, że moim celem jest walka o mistrzowski pas. Muszę mierzyć siły na zamiary. Teraz chcę zrobić dobrą walkę z Brownem. Z rywalami do TOP 5 w Anglii mogę boksować, reszta jest poza moim zasięgiem. Walki z Duboisem i Allenem to już byłyby dla mnie wielkie wyzwania. Menedżer mówił mi, że Dubois chciał, żebym przyjechał do niego na sparingi, ale nie było konkretów i ostatecznie nie sparowaliśmy. Dubois jest bardzo młody, silny i duży, ale brakuje mu doświadczenia.

Miałeś oferty od polskich promotorów?

Nie i nie zależy mi na tym. Koncentruję się na walkach w Anglii, bo tutaj mieszkam i pracuję. Do Anglii wyjechałem pięć lat temu. Zaczynałem od turniejów Bigger’s Better, zrobiłem licencję bokserską. W Polsce walczyłem tylko w kickboxingu.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

POLECAMY:

adam_balski_1

Adam Balski w mediach społecznościowych wydał oświadczenie, w którym poinformował o rozstaniu z grupą Tymex Boxing Promotion.  – Nie odechciało mi się boksu. Tylko chcę trenować jak zawodowy pięściarz – mówi w rozmowie z PoGongu.pl pięściarz z Kalisza. 

Dlaczego chcesz rozwiązać kontrakt z Tymex Boxing Promotion?

Ta decyzja długo we mnie dojrzewała i nie podjąłem jej pod wpływem emocji. Na pewno nie uderzyła mi woda sodowa. Trochę się tego uzbierało i stwierdziłem, że albo trenuję jak zawodowiec, albo odchodzę z grupy. Nie mam nic do promotorów i nie chcę się na nich skarżyć.

W oświadczeniu napisałeś, że straciłeś do nich zaufanie.

Nie mogliśmy się dogadać, często były kłótnie. Nasze relacje popsuły się z pół roku temu. Co innego było mówione, co innego robione. Może jestem nauczony innych zasad. Wyszło jak wyszło. Zdania nie zmienię, nie będę walczył w Tymexie.

Tymex wydał oświadczenie, że wciąż jesteś zawodnikiem tej grupy. Do kiedy masz podpisany kontrakt z grupą Mariusza Grabowskiego?

Szczerze mówiąc, to nie pamiętam. Jest w nim dużo zapisów, nie analizowałem ich. Mój menedżer Patryk Kieliszewski jest w kontakcie z adwokatami, którzy zajmują się szczegółami. Promotorzy Mateusz Borek i Mariusz Grabowski mają kontakt do mojego menedżera, więc niech załatwią to między sobą. Nie chcę być pośrednikiem, bo się na tym nie znam. Promotorzy mają też numer do mnie. Nie ukrywam się przed nimi. Choć nie chce mi się z nimi rozmawiać.

Patrząc na to wszystko z boku, można odnieść wrażenie, że wywracasz swoją karierę do góry nogami.

Przede wszystkim sam podejmuje decyzje. Mogę posłuchać czyichś rad lub podpowiedzi, ale później siadam w fotelu albo idę nad wodę i myślę, co będzie dla mnie najlepsze. Wszystko przemyślałem i uznałem, że odejście z Tymexu będzie dla mnie najlepszym rozwiązaniem.

Rozważasz opcję, że zakończysz karierę?

Słyszałem opinie, że promotor może mnie zawiesić nawet na pięć lat. Jeśli tak by się stało, to wtedy będę musiał zakończyć karierę, ale chcę trenować i walczyć. Nie odechciało mi się boksu. Tylko chcę trenować jak zawodowy pięściarz. Wiele razy mówiłem promotorowi, że mógłbym przeprowadzić się na Florydę. Mogę tam ćwiczyć i pracować, bo chcę się rozwijać. Dwa miesiące trenuję z Gusem Currenem, a potem przez pół roku sam walę w worek. W ten sposób mogę być mistrzem podwórka.

Bierzesz pod uwagę, że sprawa rozwiązania twojego kontraktu może trafić do sądu?

Minęły dopiero trzy dni, więc nie wiem, co będzie dalej. Mam nadzieję, że ta sprawa nie będzie się długo ciągnąć. Dla mnie jest już skończona.

adam_balski

Miałeś jakieś zastrzeżenia do swoich przygotowań do walki z Siergiejem Radczenko?

Nie chcę się żalić, ale było trochę zamieszania. Miała być walka z Nikodemem Jeżewskim, ale została odwołana. Po powrocie z Florydy przez dwa miesiące byłem sam w Kaliszu. Później od nowa zaczynałem obóz. Nie chcę się tłumaczyć, bo Radczenko to dobry zawodnik. Czegoś mi zabrakło. Nie zawsze są piękne dni w życiu. Wygrałem walkę, ale nie było lekko.

Sobie nie masz nic do zarzucenia?

Na pewno nie uciekałem z obozu. Może promotor mnie nie lubi i dlatego mówił, że tak było. Jeśli wyjeżdżałem, to miałem jakiś powód i coś pilnego do załatwienia. Na treningach ostro zasuwałem, ale gdy miałem dużo wolnego, to jechałem do Kalisza. Bez sensu było siedzieć w miejscu.

Poinformowałeś trenera Currena o zakończeniu współpracy?

Miesiąc po walce z Radczenko dałem znać trenerowi, że nie będę z nim trenował, bo nie widzę w tym sensu. Pisałem z nim, bo nie gadam po angielsku. Wyjaśniłem mu, jak wygląda sytuacja. Z Gusem widzę się przez dwa miesiące, a potem pół roku ćwiczę indywidualnie. Do trenera nie mam żadnych pretensji, bo dobrze nam się współpracowało.

Jak Gus przyjął tę informację?

Na luzie. Gus wie, jak jest w boksie. Gdybym nie traktował boksu poważnie, to po robocie brałbym kilkurundowe walki i parę złotych by mi wpadło. Chcę trenować z jednym trenerem i robić postępy. Tracę motywację, gdy ich nie robię. To jest droga donikąd.

Co wiesz o sobie po walce z Radczenko?

Wyciągnąłem jeden wniosek. Albo trenuję normalnie i rozwijam się, albo idę do pracy. Muszę się za coś wziąć na poważnie, bo nie da się łapać dwóch srok za ogon.

Jak wyobrażasz sobie dalszą karierę?

Czekam na telefon od menedżera i mam nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni. Ze względu na kontuzję ręki na razie nie trenuję, ale przynajmniej mogę już jechać w trasę, bo wcześniej przez pięć tygodni musiałem trzymać rękę przy ciele i nawet nie mogłem prowadzić auta.

Wracasz do zawodu kierowcy?

Jeśli będzie możliwość, to na pewno polecę w trasę. Mam parę pomysłów, ale dzisiaj nie chcę jeszcze o nich mówić. Nie wiem, czy zostanę w Polsce. W przeszłości pracowałem w Holandii i Francji. Mam tam otwarte furtki. Chcę walczyć, ale nie wszystko zależy ode mnie. Zawsze mogę trenować w piwnicy, ale nie zależy mi na byciu mistrzem podwórka.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

michal_cieslak

(więcej…)

zimnoch_foto

(więcej…)

pindera_foto

– Jeśli chodzi o sylwetkę Adama, to warto przypomnieć jego walkę z Dannym Kelly. Gdyby ktoś nie znał możliwości Kownackiego i patrzył tylko na wygląd pięściarzy, to powiedziałby, że walka skończy się po 2-3 rundach zwycięstwem Kelly’ego – mówi w rozmowie z pogongu.pl Janusz Pindera. W najbliższą sobotę Adam Kownacki wejdzie do ringu w Barclays Center i będzie chciał zrobić kolejny (już ostatni?) krok w kierunku walki o tytuł mistrzowski.

(więcej…)