Posts Tagged ‘waga cięzka’

charr083

Federacja WBA już dawno przyzwyczaiła nas, że na potęgę produkuje mistrzów świata. Jej ostatnim mistrzowskim wytworem został Manuel Charr. Urodzony w Libanie pięściarz wszedł do ringu po ponad rocznej przerwie, zbił 40-letniego, drewnianego Aleksandra Ustinowa i w nagrodę dostał pas WBA Regular.

Charr to facet po sporych przejściach zarówno w ringu jak i poza nim. Brutalnie nokautowali go Aleksander Powietkin i Mairis Briedis. Po ciosach Rosjanina i Łotysza prawie wylatywał z ringu. Zbierał też po głowie od Witalija Kliczki. W życiu prywatnym Charr także nie miał lekko. Dwa lata temu został postrzelony i stoczył walkę o życie, którą na całe szczęście wygrał. Te wydarzenia go nie złamały.

Wróćmy do sobotniego pojedynku w Oberhausen. Charr nie był faworytem, wyżej stały akcje Ustinowa. Jednak Rosjanin człapał po ringu, niby zadawał jakieś ciosy, ale krzywdy rywalowi one nie robiły. Jednogłośną decyzją wygrał Charr, nikt nie miał do sędziów pretensji o taki werdykt. Pojedynek był nudny, poza Charrem, jego rodziną i przyjaciółmi, dzisiaj nikt już o nim nie pamięta.

Nie zmienia to faktu, że Charr jest jakimś tam mistrzem świata. Piszę „jakimś”, bo prawdziwym (jedynym!) mistrzem federacji WBA jest Anthony Joshua. Ale skoro Charr ma już ten pas, to pewnie nie zabrakłoby chętnych do pojedynku z nim. W kolejce spokojnie mógłby stanąć Tomek Adamek. Forma z Częstochowy powinna wystarczyć. To samo dotyczy Adama Kownackiego, Mariusza Wacha czy Izu Ugonoha. Zresztą Adamek i Kownacki są wyżej od Charra w rankingu boxreca.

Tylko tu pojawia się mały problem. Charr w obowiązkowej obronie musi walczyć z Fresem Oquendo. Możecie nie pamiętać gościa, bo ostatnio widziany był w ringu ponad trzy lata temu. Przegrał wtedy z Rusłanem Czagajewem. Federacji WBA to nie przeszkadza, zaklepała mu pierwsze miejsce w kolejce do Charra. To nie koniec festiwalu żenady. Wygrany pojedynku Charr vs Oquendo ma być obowiązkowym pretendentem do walki z Joshuą.

Teraz możecie się śmiać do woli.

Reklamy

IMG_7457

Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

Demolki?

No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

Jaka była twoja największa waga?

Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

Poszedłbyś z nim na kawę?

Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE:

saleta_foto
Fot. http://www.maciejgillert.pl

Po kilku ostatnich pojedynkach wydaje się, że polska waga ciężka istnieje tylko na papierze. Patrzysz w lewo: na deskach leży Artur Szpilka, patrzysz w prawo: znokautowany zostaje Krzysztof Zimnoch. Znów patrzysz w lewo: widzisz poturbowanego Izu Ugonoha. Źle to wygląda. Przemek Saleta bez cienia wątpliwości mówi w rozmowie z Po Gongu, że sytuacja jest fatalna.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Czemu się zaśmiałeś, gdy powiedziałem, że chcę porozmawiać o polskiej wadze ciężkiej?

Bo tak naprawdę nie ma teraz, o czym rozmawiać. Gdybyś poruszył ten temat rok temu, nastrój do rozmowy był zupełnie inny.

W jakim stanie jest dzisiaj polska waga ciężka?

W fatalnym, bo jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Adam Kownacki. Ci, którzy uważali, że są najlepsi, czyli Artur Szpilka i Krzysztof Zimnoch, zostali rozjechani w ostatnich walkach i nie wiadomo, czy będą w stanie się odbudować. Mariusz Wach, mówiąc żartem, nie wiem, czy jeszcze żyje. Izu Ugonoh też jest po przegranej, jego kariera znalazła się w fazie zawieszenia. Generalnie problem z polskim pięściarzami jest taki, że żaden nie ma swojego stylu. Swój styl miał Szpilka, ale moim zdaniem przegrał z własnym ego. Po porażce z Wilderem powinien stoczyć 1-2 łatwe, mało płatne walki, żeby się odbudować, ale on szukał kasy i uważał, że jest gotowy na duże pojedynki. Nie ocenił realnie swoich możliwości. Było widać, że nokaut z rąk Wildera został w jego głowie. Artur jest bardzo charakternym zawodnikiem, gdy lądował na deskach w walkach z Mollo, to wstawał i wygrywał przez nokaut. A w pojedynku z Kownackim wydaje mi się, że dopadło go przerażenie.

W jaki sposób powinna być poprowadzona kariera Szpilki, żeby go przywrócić na właściwie tory?

Przede wszystkim spokojnie i bez szaleństw. Artur potrzebuje kilku pojedynków, żeby się odbudować i zdobyć pewność siebie. Być może walka z Krzysztofem Zimnochem byłaby teraz w jego zasięgu i do wygrania. Na pewno za taki pojedynek więcej by mu wpadło do kieszeni niż za zwykłą konfrontację na przetarcie.

Trwają przymiarki, żeby do tej walki doszło w grudniu. Starcie Szpilki z Zimnochem ma sens?

Ze sportowego punktu widzenia ich walka nigdy nie miała sensu. Oni byli zupełnie inaczej prowadzeni. Wcześniej ten pojedynek opłacał się tylko Zimnochowi, bo po wygranej z Arturem mógł zaistnieć w rankingach. Szpilka miał do załatwienia tylko osobiste sprawy, przy okazji mógł zarobić kasę. Teraz ich konfrontacja budzi emocje, bo opiera się na konflikcie, który ciągnie się od kilku lat.

Ta walka może sprzedać PPV w ilościach hurtowych i być biznesowym strzałem w dziesiątkę?

Wydaje mi się, że nie. W tym momencie ciężko mi sobie wyobrazić walkę w polskim boksie, która by się dobrze sprzedała w PPV. Obojętnie, w jakiej kategorii wagowej.

Czy przegrany pojedynku Zimnoch vs Szpilka będzie musiał zmienić branżę?

Nie wiem, ale musiałby na pewno skorygować swoje aspiracje. Jest wielu pięściarzy, którzy jeżdżą po świecie i zarabiają pieniądze w ringu. Nie mają ambitnych celów sportowych, ale żyją z boksu. Im lepszy rekord, tym więcej zarabiają. Tylko nie wiem, czy któregoś z nich to by interesowało.

Federacja KSW delikatnie romansuje z Arturem Szpilką. Widziałbyś go w oktagonie?

To zależy od tego, z kim by walczył. Ja pierwszy pojedynek wziąłem z gościem, który był zapaśnikiem. Miał ponad 20 stoczonych walk w MMA. To był bez sensu pomysł, ale taką dostałem propozycję i ją przyjąłem. Jeśli w przypadku Artura w grę wchodziłaby walka ze stójkowiczem o podobnym doświadczeniu, to może miałoby to rację bytu. Na pewno z komercyjnego punktu widzenia ma to sens. „Szpila” budzi emocje, sprzedaje walki, ale moim zdaniem ma coś jeszcze do udowodnienia, choćby sobie, w boksie. Większą kasę też może zarobić w ringu niż oktagonie. Oczywiście, jeśli wróci na odpowiedni poziom. Artur ma talent, żyje boksem, jest bardzo pracowity. Ma oczywiście też wady, ale dałbym mu kredyt zaufania. Niech jeszcze boksuje.

Krzysztof Zimnoch jest przeciętnym pięściarzem, czy walka z Abellem mu po prostu nie wyszła?

Krzysiek jest przeciętny we wszystkim, nie ma choćby jednej rzeczy, która byłaby bardzo dobra. Są pięściarze, którzy są słabi albo przeciętni w wielu elementach, ale mają coś ekstra: błysk, timing, mocne uderzenie, kondycję. Jakiś element, z którego korzystają w trudnych momentach. Z Zimnochem problem jest taki, że ma poprawną technikę, kondycję i szybkość, przeciętne warunki fizyczne i uderzenie, ale nie ma niczego wybitnego. Ja przynajmniej nie dostrzegam.

Chyba możemy powiedzieć, że jest odporny na ciosy. Od Abella sporo przyjął.

Na stojąco oglądałem walkę parę metrów od ringu i powiem szczerze, że przerażający był odgłos rękawicy Abella, która uderzała w głowę Zimnocha. Krzysiek stał, nie chwiał się po zainkasowaniu wielu mocnych ciosów, ale nie możemy od razu mówić, że ma szczękę z betonu. Jest jakiś limit ciosów, które można zebrać na głowę. W jednej walce przyjmujesz dużo, w drugiej nie masz już takiej odporności na ciosy. Pojedynek w Radomiu kosztował Zimnocha sporo zdrowia, w końcu skończył go na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Joey Abell to średniak, niektórzy mówią o nim: ekskluzywny journeyman. Czy któryś z polskich „ciężkich” mógłby go pokonać?

Wydaje mi się, że „Szpila” z walki z Wilderem dałby sobie z nim radę. Dzisiaj chyba tylko Wach… Mariusz jest dużym znakiem zapytania, ale przy swoich warunkach fizycznych mógłby wygrać z Abellem. Wydaje mi się, że byłaby to dobra walka, bo Mariusz mógł i może przyjąć. Tylko mam wątpliwości, czy pomiędzy pojedynkami dba o formę.

Powiedziałeś na początku rozmowy, że jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Kownacki. Adam może być poważnym graczem w wadze ciężkiej?

Obecnie w wadze ciężkiej jest wielu wielkich chłopów, a wydaje mi się, że Kownacki z dwumetrowcami będzie miał problem.

Czyli nie wyjdzie z zaplecza czołówki królewskiej dywizji?

Nie chciałbym tak mówić, bo Adam jest niepokonany, wygrał walkę ze Szpilką, w której prawie nikt na niego nie stawiał. Trzeba oceniać go z tego punktu widzenia. Ma trudny styl boksowania. Zadaje dużo ciosów, ma ciężkie ręce, cały czas idzie do przodu, może przyjąć. Dla rywali jest to frustrujące. Z Adamem nie można się bić. Trzeba boksować, schodzić z linii, ale tak, żeby mieć go cały czas w zasięgu. Wydaje mi się, że jeszcze jedna-dwie walki i Kownacki może dostać pojedynek o tytuł. Zależy, z kim będzie walczył jesienią. Teraz, gdy jest kilku mistrzów świata, łatwiej otrzymać pojedynek o pas.

Boxing.pl podał informację, potwierdził ją Mateusz Borek, że było blisko walki Tomasza Adamka z Dereckiem Chisorą. „Górala” stać jeszcze na pojedynki z takimi rywalami? 

Jestem ostatnią osobą, która odradzałaby komuś boksowania. Jeśli Tomek czuje się na siłach, żeby walczyć z takimi przeciwnikami, to nic mi do tego. Chisory jednak nie przeceniajmy. Też jest po przejściach, ma za sobą sporo trudnych walk. Nie jest wielkim ciężkim, czasami bywa nieprzygotowany do pojedynków. Konfrontacja z Whyte’em kosztowała go sporo zdrowia.

Adamek może jeszcze namieszać?

Namieszać nie, ale może jeszcze zarobić pieniądze w ringu.

Wierzysz Albertowi Sosnowskiemu, że zakończy karierę. Po porażce z Łukaszem Różańskim mówił, że to była prawdopodobnie jego ostatnia walka.

Słowo „prawdopodobnie” trochę mnie przeraziło. Szczerze mówiąc, nie pozwoliłbym mu walczyć już teraz. Znam Alberta, znam też Różańskiego i wiedziałem, że taki będzie scenariusz ich konfrontacji. Albert nie powinien już boksować, bo to może źle się skończyć dla jego zdrowia. Podam przykład Johna Braya, mojego znajomego, z którym przesparowaliśmy setki rund. Był bardzo odporny na ciosy, kipiał z tego powodu z dumy. Stoczył niewiele walk, bo karierę bokserską zakończył z bilansem 15-3. Sparował jednak ze wszystkimi pięściarzami z czołówki wagi ciężkiej, między innymi z Mikiem Tysonem. Chłopak jest ode mnie dwa lata młodszy. Rok temu zdiagnozowali u niego Alzheimera, encefalopatię bokserską, urazy mózgu, brak pamięci krótkiej. Za wszystko się płaci, niekoniecznie od razu. Pewne rzeczy mogą wyjść po 10 latach. Dla Alberta ten przykład powinien być przestrogą. Poza tym John lubił się zabawić, wypić, a alkohol i boks nie idą w parze. Dzisiaj płaci za to straszną cenę.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

kliczkovsjoshua

Przez wiele lat wydawało się, że rywal Władimira Kliczki musi wejść do ringu z pistoletem i mieć pod ręką ze dwa granaty, żeby odebrać mu mistrzowskie pasy. Ukrainiec przez lata był tyranem w wadze ciężkiej i każdego oponenta, który chciał położyć łapy na jego pasach, obijał bez litości. Warto podkreślić, że to nie były dobre czasy dla królewskiej dywizji. Wiało nudą z każdej strony.

Przyszedł jednak Tyson Fury, tupnął nogą i okazało się, że ten ukraiński dyktator wcale nie jest taki straszny. Kliczko został mentalnie zniszczony przez Brytyjczyka i praktycznie bez walki oddał mu mistrzowskie pasy. W ciągu 12 rund zadał raptem 52 celne ciosy, żaden z nich nie zrobił wrażenia na olbrzymie z Wilmslow. Tyran oddał władzę i wypadł z obiegu na kilkanaście miesięcy, bo Fury nie za bardzo kwapił się do walki rewanżowej.

Zresztą Fury pasami, które dostał od Kliczki, długo się nie nacieszył. Miał problemy z narkotykami, alkoholem i depresją, dlatego musiał zwakować i wypuścić swoje skalpy na rynek. Trafiały one w różne ręce. Właścicielem jednego z nich został Anthony Joshua. Zdobył go w pojedynku, tfu, pas federacji IBF przyniósł i podał mu na tacy Charles Martin. Brytyjczyk bronił go dwa razy, ale Dominic Breazeale ani tym bardziej Eric Molina nie byli w stanie zrobić mu krzywdy.

Joshua to facet, który do ringu zawsze wchodzi z ostrą amunicją. Liczby w jego rekordzie robią wrażenie: 18 walk i 18 „zastrzelonych” przed czasem rywali. Teraz na jego drodze stanie podrażniony Władimir Kliczko, który chce odzyskać władzę w wadze ciężkiej i zmazać plamę po ostatnim występie. Gdy panowie wejdą do ringu, ziemia powinna zadrżeć, a 90 tysięcy ludzi na Wembley pewnie wstrzyma oddech.

Eksperci mają twardy orzech do zgryzienia, bo tutaj zdarzyć może się wszystko. Można powiedzieć pół żartem, pół serio, że ta walka odzieli mężczyzn od chłopców. Wśród ekspertów oczywiście. Wydaje się, że w tym pojedynku sędziowie punktowi nie będą potrzebni, bo przecież do ringu wejdzie dwóch uzbrojonych po zęby facetów. Powinna być strzelanina. Żaden z nich nawet na moment nie może się zagapić.

Waga ciężka potrzebuje walki mistrzowskiej, o której będziemy rozmawiać dłużej niż trzy minuty po jej zakończeniu. Bo przecież tyle mniej więcej dyskutuje się po dobrowolnych obronach Deontaya Wildera. O walce Parker ve Cojanu (chyba nie przekręciłem nazwiska) nie będziemy w ogóle gadać. Dlatego musimy liczyć na to, że Kliczko i Joshua nie będą grać w warcaby. Że dadzą taką walkę, o której będziemy rozmawiać przy piwie nawet za kilka lat.

Mimo że pas federacji IBF należy do Joshui, to więcej do stracenia ma Władimir Kliczko. On już nie ma czasu na porażki. Obaj w sobotę znajdą się w nowych dla siebie sytuacjach. Ukrainiec będzie czekał przed pojedynkiem na swojego rywala w ringu. Do tej pory to jego przeciwnicy patrzyli, jak Władimir idzie wykonać egzekucję. Z kolei Joshua po raz pierwszy będzie pływał w tym samym akwarium z grubą rybą. Na dodatek podrażnioną.

Jak to się skończy? Pewnie nokautem. Gdybym miał wykupić reklamę na podeszwach któregoś z nich, to wybrałbym buty Kliczki, bo przecież Joshua nie bierze jeńców.

Krzysztof Smajek

Kur… tego już za wiele. Stop. Wiem, nie powinno rozpoczynać się tekstu od słowa na „k”, ale w tym przypadku inaczej się nie da. O co chodzi? O syf jaki zapanował w ostatnim czasie w wadze ciężkiej.

Zacznijmy od tego dowcipu:

Manuel Charr, pięściarz, tak na oko, z trzeciej ligi, ma zostać BEZ WALKI tymczasowym mistrzem federacji WBA wagi ciężkiej*. W pierwszej chwili śmiejesz się z tego, ale za moment dochodzi do ciebie, że ten żart jest bardzo kiepski i zamiast śmiać się, masz ochotę płakać. [* Informacja niemieckiego „Bilda” nie została oficjalnie potwierdzona, ale możliwe, że coś jest na rzeczy. Inne źródło mówi, że o pas WBA Interim zaboksuje Ustinow z Haye’em lub właśnie z Charrem]

Zatrzymajmy się na chwilę przy WBA. Gdyby ktoś spytał, co to jest za federacja, można ją opisać mniej więcej w taki sposób: najstarsza federacja bokserska. Dzisiaj rozdaje pasy, paski i paseczki. Robi to w ilościach hurtowych. W WBA możesz być mistrzem tymczasowym, zwykłym, ale także super czempionem. To ostatnie brzmi nawet poważnie. Możliwe, że za chwilę dojdą dodatkowe tytuły. Na przykład: mistrz na zasiłku, mistrz z silniejszą lewą ręką, mistrz po przejściach, mistrz Ulicy Sezamkowej i tak dalej.

Postarajmy się to jakoś uporządkować. I tak, o pas WBA Super w przyszłym roku mają walczyć panowie Joshua i Kliczko. Do tego zestawienia nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Jednak dalej nie jest już tak kolorowo. Do pojedynku o WBA Regular mają przystąpić Lucas Browne i Shannon Briggs. Niech ktoś da mi w twarz i powie, że to był tylko jeden kieliszek wina za dużo. Może i to zestawienie na papierze nie wygląda jakoś beznadziejnie, ale do cholery, kto wpadł na pomysł, żeby Briggsa wcisnąć do walki o tytuł mistrzowski? On może co najwyżej walczyć o pas mistrza po przejściach, ale tego tytułu nie ma przecież jeszcze w obiegu. Panowie z czołówki HW (na przykład taki Ortiz) obijają wyżej wspomnianych dżentelmenów z jedną ręką w kieszeni. Ba, wracający z emerytury Tomek Adamek mógłby jeszcze zawstydzić kandydatów do walki o pas WBA Regular.

Z Briggsem to jest w ogóle ciekawa historia. Prawie cztery lata lizał rany po laniu od Witalija Kliczki. Potem wrócił na ring. Od listopada 2014 r. do maja 2016 r. obił kilku śmiesznych gości, pobiegał trochę za Władimirem Kliczką z okrzykiem „let’s go champ” i za chwilę może być… mistrzem świata wagi ciężkiej. W drabinie, po której wspinał się na szczyt wagi ciężkiej widocznie wypadło kilka szczebelków. Jednym słowem, patologia. Z kolei Lucas Browne jeszcze niedawno wymieniany był jako kandydat do walki z Władimirem Kliczką o zwakowany przez Fury’ego pas WBA. Na szczęście nie doszło do tej śmiesznej konfrontacji.

Skoro padło już nazwisko Fury’ego to trzeba wspomnieć, że to właśnie on po części odpowiada za ten bałagan w wadze ciężkiej. Trochę głupio to brzmi, ale taka jest prawda. Gdy „Król Cyganów” zabierał pasy Kliczce z każdej strony było słychać głosy, że wreszcie coś się ruszy w wadze ciężkiej. Owszem, coś się ruszyło, ale nie o to nam przecież chodziło. Najpierw prawie przez rok Fury trzymał pasy (WBO i WBA) i nic się nie działo. Potem je zwakował i teraz czeka nas nowe rozdanie w HW.

Warto przypomnieć, co się stało z pasami Fury’ego:

– Federacja IBF odebrała swój pas Brytyjczykowi, bo nie stanął on do obowiązkowej obrony. W końcu o wakujący tytuł walczyli Głazkow z Martinem. Walczyli to jednak trochę za duże słowo. Padło parę ciosów, Głazkow dwa razy przewrócił się w 3. rundzie, ale nie po uderzeniach rywala, raczej pośliznął się na skórce od banana i było po wszystkim. Później Martin podał na tacy (zadał w tej walce tylko TRZY celne ciosy) pas Antoniemu Joshui i tyle. Aaa, warto dodać, że Amerykanin za tę usługę kelnerską zarobił parę groszy, ale przynajmniej pas trafił w dobre ręce.

– O wakujący pas WBO mają walczyć Joseph Parker i Andy Ruiz Jr. Tak, tak to ten sam grubasek, z którym kiedyś chciał spotkać się w ringu Artur Szpilka. Wiem, brzuchy nie boksują. Panowie wniosą między liny fajne rekordy 21-0 i 29-0, ale na „liście ofiar” Ruiza trudno znaleźć jakieś konkretne nazwisko. Nie bierzcie lupy, nie znajdziecie. Ruiz ma coś wspólnego z Briggsem. Chodzi o drabinę, o której była mowa parę akapitów wyżej.

– O pasie WBA już było.

Teraz jest odpowiedni czas, żeby zadać to pytanie, kiedy po raz ostatni oglądaliśmy dobrą walkę o pas mistrzowski w wadze ciężkiej? Drapiecie się pewnie po głowie, szukacie w zakamarkach pamięci, ale żadne nazwiska i daty nie przychodzą wam do głowy. Spokojnie, nie cierpicie na Alzheimera. Takiej konfrontacji w ostatnim czasie po prostu nie było.

Ostatni mistrzowski pojedynek w najcięższej kategorii odbył się w lipcu, gdy Wilder zlał Arreolę. Walka bez historii. Zresztą żaden mistrzowski pojedynek Amerykanina nie przeszedł do historii. Na razie podobnie sprawy mają się z Joshuą. Brytyjczyk miał dość łatwą pierwszą obronę. Choć trzeba przyznać, że Beazeale nie przyjechał tylko po dolary. Druga obrona Brytyjczyka też zapowiada się na łatwą robotę, bo Eric Molina, z całą sympatią do niego, to nie ten rozmiar kapelusza. Pamiętacie przecież, że podczas ostatniego PBN Tomek Adamek obijał go przez 10 rund. Ale jeśli ma to być dla Joshui przetarcie przed walką z Kliczką, to nie ma sensu marudzić.

W wadze ciężkiej jest kilka fajnych nazwisk, ale brakuje dużych walk. Ostatnio dwa ciekawe zestawienia zostały odwołane. Mowa o pojedynkach Wilder vs Powietkin i Fury vs Kliczko 2. Na razie jest sporo krzyku, zapowiedzi, ale nic z tego nie wynika. Przydałby się jakiś pojedynek unifikacyjny. Warto też wreszcie dać Ortizowi jakiegoś konkretnego rywala. Brakuje grzmotów. A przez federację WBA i takich osiłków jak Charr czy Briggs waga ciężka staje się ciężkostrawna.

Przed pojedynkiem Deontay Wilder zapowiadał, że do czwartej rundy znokautuje Artura Szpilkę. Słowa o nokaucie dotrzymał, ale posłał Polaka na deski dopiero w dziewiątej odsłonie. Po czterech rundach, gdy miało być już po zabawie, na kartach punktowych było: u dwóch sędziów 38-38 i a u trzeciego 39-37 dla Amerykanina.

Szpilka postawił mistrzowi twarde warunki i na pewno nie przyniósł wstydu. Wręcz przeciwnie, zasłużył na słowa uznania, bo momentami z właścicielem pasa WBC walczył jak równy z równym. Artur po pojedynku przepraszał kibiców, że ich zawiódł, ale on naprawdę nie miał za co przepraszać, bo przecież wykonał kawał dobrej roboty. Ta walka przyszła dla niego za wcześnie, ale o tym była już mowa po podpisaniu kontraktów, więc nie ma sensu drążyć tego tematu.

W Nowym Jorku oglądaliśmy najlepszą wersję Artura Szpilki. Do zwycięstwa zabrakło mu doświadczenia i mimo wszystko trochę umiejętności, choć momentami miał pojedynek pod kontrolą. Trzeba docenić postęp, jaki poczynił po wyjeździe do USA. Dzisiaj spokojnie możemy powiedzieć i nikt nie będzie się z tego śmiał, że Artur należy do czołówki wagi ciężkiej. W pojedynku z Amerykaninem zebrał worek doświadczenia, które musi zaprocentować w przyszłości.

Już można przeczytać komentarze, że Szpilka ze swoją szklaną szczęką nie ma czego szukać w wadze ciężkiej. Bawią mnie tego typu opinie, bo przecież Wilder tym ciosem wyrwałby drzewo razem z korzeniami. Dlatego nie ma się co dziwić, że Szpilce zgasło światło po zainkasowaniu takiej bomby. Tym bardziej, że on tego ciosu nie widział. Niestety, to był bardzo ciężki nokaut.

Kiedyś w podobny sposób w pojedynku z Aleksanderem Dimitrenką znokautowany został Albert Sosnowski. Niedawno Albert opowiadał mi, że po walce z „Saszą” odczuwał ciosy na sparingach i miał zawroty głowy. Ogólnie ten nokaut kosztował go dużo zdrowia i zostawił ślad w jego psychice. Oby Artur nie miał podobnych problemów, bo przed nim jeszcze ładnych kilka lat boksowania i kolejne szanse. Nawet te mistrzowskie.

„Szpila” mówił po walce, że z jego występu zadowolony był Al Haymon, który już zadeklarował, że kolejny pojedynek Polaka będzie pokazywany w telewizji Showtime. I o to chodzi w tym biznesie, żeby cały czas być na tapecie. Artur też już nakreślił ambitne plany. Najpierw chce poddać się operacji kontuzjowanej ręki, później stoczyć jeden pojedynek na przetarcie, ale jak podkreślił, nie z żadnym bumem i zaatakować pas IBF, którego nowym właścicielem został Charles Martin. Dobrze to sobie wszystko obmyślił, niech idzie tą ścieżką.

Dałbym sobie rękę uciąć, że gdyby Szpilka wyszedł w Barclays Center do ringu z Wiaczesławem Głazkowem lub Charlesem Martinem, to dzisiaj byłby pierwszym polskim mistrzem świata wagi ciężkiej. Ale co się odwlecze, to nie uciecze… Przecież podopieczny Shieldsa już wziął Martina na celownik.

ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKu

*******

Fajnie, gdyby Artur w tym roku wystąpił na jakieś polskiej gali. Po walce z Wilderem na pewno zdobył wielu nowych fanów w naszym kraju. Warto dla nich stoczyć pojedynek w Polsce. Z zapełnieniem hali nie byłoby żadnego problemu.

Krzysztof Smajek

Dwa miesiące temu analizowałem na Po Gongu sytuację w polskiej wadze ciężkiej. To było po porażce Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem. Pisałem wtedy: „W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę.”

W niedzielę rano (polskiego czasu) na wspomnianą wojnę wybiera się Artur Szpilka. Czy strach jest go tam wysyłać? Obawy zawsze są, bo przecież Polak nie będzie faworytem pojedynku z Wilderem. Jednak w przypadku Artura możemy być pewni jednego – chłopak nie pęknie na polu bitwy. W kilku pojedynkach pokazał, że ma charakter i serce do walki. Tych cech nie da się kupić na targu ani wytrenować. Przypomnę: w pojedynku z McClinem przez cztery rundy walczył ze złamaną szczęką, w obu walkach z Mollo leżał na deskach, ale wstawał i brał sprawy w swoje ręce. Nawet w przegranym starciu z Jenningsem do końca próbował zmienić obraz pojedynku.

Teraz zapowiada, że ma kilka planów na walkę z Wilderem, ale jeśli żadnego nie uda mu się zrealizować, to idzie na wojnę w myśl zasady: albo on albo ja. Podoba mi się takie podejście do tematu. Oczywiście pięściarze różne rzeczy opowiadają przed walkami, a później w ringu zapominają o swoich deklaracjach. Takich krzykaczy można wymieniać bez końca, ale w przypadku Szpilki jestem spokojny, że nie rzuca słów na wiatr. Gdybym był generałem, to chciałbym mieć takiego żołnierza w swojej armii.

Po zachowaniu Artura w ostatnich dniach widać, że nie przytłacza go atmosfera wielkiej walki. Wręcz przeciwnie, on z dnia na dzień jest coraz bardziej nakręcony. Dobrze się odnajduje w tej machinie promocyjnej, dlatego nie powinien wystraszyć się konfrontacji z Wilderem. Zresztą dwa lata temu podczas pojedynku z Jenningsem w Madison Square Garden zebrał spore doświadczenie, które teraz powinno zaprocentować. Wie już przecież jak smakuje atmosfera dużej gali.

Często pojawia się pytanie czy ta walka nie przyszła dla niego za wcześnie. Parę dni temu zapytałem o to pierwszego trenera Artura – Władysława Ćwierza, który stwierdził, że takie gdybanie nie ma sensu. „Raz byłoby za wcześnie, raz za późno” – powiedział. Dodał też, że Artur ma już trochę doświadczenia, więc niech się sprawdza. Podpisuję się pod tymi słowami. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby Artur stoczył jeszcze jedną lub dwie trudniejsze bitwy i dopiero po takiej zaprawie pojechał na wojnę. Boks jest jednak biznesem i nie da się wszystkiego zaplanować pod linijkę. Pojawiła się kusząca oferta, więc z niej skorzystał.

Często się mówi, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Nie do końca zgadzam się z tą wyświechtaną opinią. Jeśli przez dwa miesiące siedzisz na rybach i popijasz piwo i nagle dostajesz ofertę pojedynku o tytuł, która ma się odbyć za pięć dni, to naprawdę musisz ja wziąć w myśl zasady „walk o mistrzostwo się nie odrzuca”? Niech każdy z was sobie odpowie na to pytanie.

„Szpila” oczywiście nie był w takiej sytuacji. Miał czas na przygotowania, dlatego grzechem byłoby odrzucić taką ofertę. Wiadomo, że łatwiej byłoby sięgnąć po pas federacji IBF, ale do walki o ten tytuł wyznaczeni zostali Wiaczesław Głazkow i Charles Martin. Szkoda tylko, że Artur nie mógł w warunkach bojowych przetestować współpracy z trenerem Shieldsem, ale w tym momencie nie ma to już żadnego znaczenia. Najwyżej panowie będą się docierać na polu bitwy.

W tym tekście celowo mało miejsca poświęciłem Wilderowi, bo koń jaki jest, każdy widzi. Amerykanin jest wielkim chłopem, który ma tyle siły, że rękami mógłby wbijać gwoździe. Zmiatał z ringu wielu rywali i praktycznie nigdy nie był w sytuacji zagrożenia. Ma też dziury w obronie, które widać gołym okiem. Trzeba go tylko trafić…

Wydaje mi się, że Szpilka na konfrontacji z Wilderem może tylko zyskać. Chłopak ma dopiero 26 lat i nawet, jeśli przegra walkę o tytuł… Stop. W tym momencie nie ma sensu kreślić czarnego scenariusza. Artur potrafi zarazić optymizmem i mnie nim zaraził. Odkładam papierowe scenariusze i opinie ekspertów na bok i wierzę, że w niedzielę nad ranem ten były chuligan z Wieliczki na naszych oczach napisze nowy rozdział w historii polskiego boksu.

Krzysztof Smajek

Gdy miał 20 lat przyszli po niego funkcjonariusze CBŚ i zatrzymali go dzień przed walką życia z Wojciechem Bartnikiem. W więzieniu przesiedział półtora roku. Po wyjściu na wolność miał jedno marzenie – chciał zostać mistrzem świata. W niedzielę rano (polskiego czasu) to marzenie może się spełnić, bo Artur Szpilka w Nowym Jorku skrzyżuje rękawice z Deontayem Wilderem. Na szali będzie leżał pas mistrza świata federacji WBC.  

ZAPRASZAMY NA FACEBOOKA PO GONGU

– Jestem gotów na walkę, znokautuję go! Będę chciał go zjeść w tym ringu. W ogóle nie dopuszczam myśli o porażce. Będzie wojna. Przecież ja go normalnie rozpierdolę. Dam z siebie wszystko i skopię mu tyłek. Mówiłem raz, a teraz powtarzam – ten pojedynek to formalność. To zbiór cytatów z Artura Szpilki przed jego walką z Bryantem Jenningsem. Tymi słowami dwa lata temu polski ciężki przekonywał wszystkich dookoła, że jedzie do USA po pewną wygraną.

Po walce z Amerykaninem „Szpila” miał już znaczniej mniej do powiedzenia i zdecydowanie spuścił z tonu. – Przepraszam wszystkich Polaków, którzy wierzyli we mnie. Widocznie nie jestem jeszcze gotowy do wielkich walk. Dałem troszkę dupy – mówił rozgoryczony po porażce.

Szpilka nazwał rzeczy po imieniu i nie szukał tanich usprawiedliwień. W pojedynku z Amerykaninem zabrakło mu umiejętności i doświadczenia, ale przynajmniej pokazał charakter i serce do walki. Wiedząc, że przegrywa na punkty, postawił wszystko na jedną kartę, ale dał się trafić i poniósł porażkę przed czasem. Do kraju wrócił z podkulonym ogonem, bo w końcu z tych jego szumnych zapowiedzi nic nie wyszło. „Szpila” chciał wejść do czołówki wagi ciężkiej, ale drzwi przed nosem zamknął mu Jennings.  Chcąc nie chcąc marzenia o podboju wagi ciężkiej musiał odłożyć na później…

*******

Październik 2009 rok, Łódź.

Cała Polska żyła wtedy konfrontacją Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Przed polskim pojedynkiem stulecia w ringu mieli pojawić się Artur Szpilka i Wojciech Bartnik. Do tej walki jednak nie doszło, bo 20-letni wówczas „Szpila” został aresztowany. Później na półtora roku trafił za kratki. To cena, jaką musiał zapłacić za błędy młodości.

– Po ceremonii ważenia pięściarze z mojej grupy wraz trenerami jedli kolację w hotelu. Nagle podjechało ze 20 funkcjonariuszy CBŚ i grupy pościgowej, którzy wyłapują najgroźniejszych przestępców w Polsce i zatrzymali Artura, który nigdy – nawet przez minutę – przed nikim się nie ukrywał. Chłopak spędził w więzieniu 18 miesięcy za udział w bójce, podczas której doszło chyba do złamania zęba u jakiegoś jego kolegi. Myślę, że na 100 podobnych spraw w 99 przypadkach wyrok byłby w zawiasach, ale Szpilka wylądował w ciężkim zakładzie karnym. Polski wymiar sprawiedliwości bardzo brutalnie się z nim obszedł – mówi w rozmowie z Po Gongu Andrzej Wasilewski, promotor pięściarza z Wieliczki.

Artur nigdy nie był grzecznym chłopcem i nie potrafił zatrzymać się przed linią, której przekraczać nie należało. Coś o tym wie Władysław Ćwierz, pierwszy trener „Szpili”. – Lubił się bić z chłopakami na ulicy, ale zawsze tłumaczył się, że bronił słabszych. Wystarczyło, że ktoś się na niego krzywo spojrzał, a on już chciał wyjść z tym delikwentem na solówkę. Nawet spisywał sobie w zeszycie te wszystkie uliczne walki. Jednak nie miałem z nim żadnych problemów wychowawczych. Na treningach był bardzo pracowity. Jak zajęcia były na 18, to on już pół godziny wcześniej siedział na schodach i czekał na trening.

„Więzień ringu” wygrywa po 33 sekundach

Szpilka wyszedł na wolność w kwietniu 2011 roku. Na więziennej diecie przytył ponad 30 kilogramów, więc musiał przejść do kategorii ciężkiej. – Gdy po wyjściu z więzienia przyszedł do mnie na salę, był tak gruby, że nie mogłem go nawet objąć – wspomina trener Ćwierz. Na ring powrócił dwa miesiące po wyjściu na wolność i w 33 sekundy rozprawił się z przeciwnikiem, którego nawet nie warto wymieniać z nazwiska. Chłop padł po pierwszym ciosie i „Szpila” mógł sobie zapisać w rekordzie premierowe zwycięstwo w wadze ciężkiej.

Artur, mimo że opuścił więzienie, nie zapomniał o swojej przeszłości i do ringu wychodził w uniformie więźnia, a sobie mówił, że jest więźniem ringu. – Od początku nie zgadzałem się z tym jego więziennym wizerunkiem i o to mieliśmy największe spory, ale znaleźliśmy kompromis. Jak wytłumaczyć jego zachowanie? Po prostu Artur zachował szacunek do środowisk, w których się wychował. Teraz żyje w innym świecie, ma inny system wartości, przekonał się, że świat to nie są tylko rozróby w małych wioskach pod Krakowem, ale to jest Warszawa, Paryż, Nowy York czy Las Vegas – mówi Wasilewski. – Też mu odradzałem ten strój. Może chciał tym komuś zaimponować. Nie wiem, ważne, że już tego nie zakłada – dodaje Ćwierz.

Później przyszły kolejne zwycięstwa przed czasem nad łatwymi rywalami i coraz to odważniejsze plany. Szpilka po obiciu Williamsa, Becka i innych podobnych jegomości zaczął zgłaszać mistrzowskie aspiracje. Kreślił plany, że za dwa, góra trzy lata będzie mistrzem świata. Nikt tych słów nie brał na poważnie, bo wagą ciężką rządził wówczas Władimir Kliczko, który nawet nie zawracał sobie głowy polskim ciężkim.

Złamana szczęka i niedokończone porachunki z Zimnochem

Pierwszym poważnym testem dla pięściarza z Wieliczki była konfrontacja z Jameelem McCline’em. Polak poradził sobie z czterokrotnym pretendentem do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej. Zwycięstwo okupił złamaną szczęką, ale zdał pierwszy trudny bokserski egzamin. Nie pękł na robocie – jak on ma to zwyczaju powtarzać, ale już wtedy jego ego rosło w szybkim tempie i w pewnym momencie było większe od Pałacu Kultury. – Artur poczucie własnej wartości i duże ego miał odkąd go poznałem, a miał wtedy 16-17 lat. Było to bodaj na mistrzostwach Polski w Radomiu, gdzie zdobył złoty medal. Był wtedy bardzo młodym człowiekiem, ale już wtedy był pewny siebie i przekonany o swojej wielkości – wspomina jego promotor.

Sporo szumu wokół Szpilki zrobiło się po konferencji prasowej, na której pobił się z Krzysztofem Zimnochem. Panowie jeszcze przed wejściem do ringu chcieli wyjaśnić sobie pewne sprawy i zrobiło się gorąco. Główną atrakcją gali Polsat Boxing Night miała być konfrontacja Andrzeja Gołoty z Przemkiem Saletą, ale po bójce na konferencji wszyscy czekali na pojedynek Szpilki z Zimnochem. W międzyczasie pięściarz KnockOutPromotions miał wyskoczyć do USA, obić starego rywala Gołoty Mike’a Mollo i wrócić do przygotowań do walki na PBN. Plan spalił na panewce, bo podopieczny Fiodora Łapina w Chicago był dwa razy liczony, po drugim nokdaunie wylądował na deskach. Po tych wydarzeniach pojedynek z Zimnochem został odwołany i Szpilka po raz drugi stracił szansę występu na gali, na której miał się też bić Andrzej Gołota.

„Natalia Siwiec polskiego boksu”

Tak Szpilkę nazwał kiedyś Dariusz Michalczewski. „Najpierw wychodził do ringu w stroju więziennym, teraz w majtkach z kokardką. Ludzie, zdecydujcie się – czy ma być grypserka, czy chippendales! Toż to trąci kiczem!” – pisał Michalczewski w swoim felietonie w „Przeglądzie Sportowym”. „Tiger” swego czasu chciał się nawet zakładać, że „Szpila” znów wyląduje w więzieniu. – Darek wyszedł z założenia, że jak ktoś nie kłania mu się w pas i nie całuje po rękach, to on go krytykuje. Szkoda, że tak jest, ale to jego sprawa – twierdzi Wasilewski.

Wróćmy jednak do spraw ringowych. Szpilka wygrał kolejne pojedynki: z Tarasem Bidenko, Brianem Minto, po raz drugi z Mollo (znów leżał na deskach) i mógł już się chwalić ładnym dla oka rekordem 16-0. Przedstawił się też amerykańskiej publiczności, bo jego dwie walki z Mike’em Mollo pokazywała telewizja ESPN. Jego apetyt rósł w miarę jedzenia, a w głowie rodziły się plany podboju wagi ciężkiej. Wtedy jednak przyszła walka z Jenningsem…

*******

Artur Szpilka zbyt długo nie lizał ran po pierwszej porażce w karierze. Wprawdzie wspominał, że miał chwile zwątpienia, ale szybko one minęły. Nie szukał też walk na przetarcie. Postawił wszystko na jedną kartę i wziął pojedynek z Tomaszem Adamkiem, którego nie był faworytem. Dla niego to była walka z gatunku: o być albo nie być. Wygrał i mógł wyznaczać sobie, na tych legendarnych już karteczkach, kolejne cele. Po zwycięstwie nad „Góralem” spakował walizki, zabrał ze sobą narzeczoną i Cyca i ruszył spełniać swój amerykański sen. W sumie zrobił do niego drugie podejście. Pierwszy trwał krótko, bo szybko wybudził go z niego Jennings.

Tydzień rozmów i kontrakt na walkę z Wilderem

Po podpisaniu kontraktu z Alem Haymonem wydawało się, że Artur Szpilka złapał pana Boga za nogi, ale początki w USA wcale nie były kolorowe. „Szpila” ostro zasuwał na treningach pod okiem Ronniego Shieldsa i chciał walk ze znanymi rywalami. Na jego liście życzeń przewijały się nazwiska Chrisa Arreoli czy Steve’a Cunninghama, ale zamiast nich musiał skrzyżować rękawice z Ty Cobbem, Manuelem Quezadą i Yasmanym Consuegrą, czyli przeciwnikami, których mógłby obić nawet przy zgaszonym świetle. Po tych walkach miał trzy wygrane więcej w rekordzie i trochę więcej pieniędzy na koncie. Jednak sportowo zbyt wiele nie zyskał.

Pod koniec zeszłego roku miał walczyć z Amirem Mansurem, ale to starcie zostało odwołane. Artur liczył na walkę o wakujący pas IBF, ale do tego pojedynku federacja wyznaczyła Wiaczesława Głazkowa i Charlesa Martina. Polak musiał obejść się smakiem. Później wszystko działo się już szybko. Na horyzoncie pojawiła się walka z mistrzem świata Deontayem Wilderem i Szpilka się na nią skusił.

– Była to bardzo dynamiczna sytuacja, moje rozmowy z Arturem trwały około tygodnia. Mieliśmy różnego rodzaju wątpliwości, ale one nie dotyczyły sfery sportowej, bo jeśli o nią chodzi, to Artur był pierwszym, który chciał z Wilderem boksować. Nasz wymarzony plan był taki, żeby do tej walki doszło przed wakacjami. Chcieliśmy, żeby Szpilka wcześniej stoczył jedną walkę na dystansie 8-10 rundowym, ale stanęło na tym, że zaboksuje o tytuł już 16 stycznia – mówi Wasilewski.

Szpilka już nie krzyczy. Teraz głośno marzy

Faworytem bukmacherów jest Amerykanin, który zapowiada, że znokautuje Szpilkę do czwartej rundy. Wildera mocno poniosło, bo wspominał też coś o nokaucie na granicy śmierci. Z kolei Polak jest stonowany w swoich wypowiedziach i nie krzyczy już tak jak przed pojedynkiem z Jenningsem. Wygląda jednak na pewnego siebie i głośno marzy. – Ciężko trenuję, bardzo w siebie wierzę. Nawet nie chodzi o to, że zostanę mistrzem świata. Bardziej, że będę pierwszym polskim mistrzem, że zmienię historię. Że jak kiedyś umrę, to ktoś będzie pamiętał, że to ten Szpilka, co został mistrzem świata wagi ciężkiej dla Polski – mówił kilka dni temu w rozmowie z Przemkiem Garczarczykiem.

– Jeżeli Artur wytrzyma presję i zaboksuje na swoim poziomie, to ma spore szanse. Przecież on potrafi boksować, jestem o niego spokojny – mówi Ćwierz.

Krzysztof Smajek

Po wielu latach waga ciężka uwolniła się spod dyktatury Władimira Kliczki. Ukrainiec sprawował rządy twardej ręki, ale abdykował w bardzo słabym stylu i praktycznie bez walki oddał pasy rywalowi. Tyson Fury przed pojedynkiem zapowiadał, że to może być jego najłatwiejsza walka w karierze. Można było się śmiać z tych słów, ale Fury… miał rację! Przecież on się zbyt wiele nie napracował między linami (choć walczył bardzo mądrze), a mimo to wrócił do domu z czterema mistrzowskimi pasami. Jednak w sobotę trudniej byłoby zabrać dziecku lizaka niż odebrać pasy Kliczce. Tak to niestety wyglądało.

O samym pojedynku nie da się napisać niczego dobrego, bo z ringu wiało nudą. Obaj boksowali bardzo ostrożnie i nie było mowy o żadnych wymianach ciosów. Wnukom o ich konfrontacji opowiadać nie będziemy. Więcej zwrotów akcji i emocji jest w długiej kolejce w supermarkecie niż było w tym pojedynku. Fury realizował swój misterny plan, a Kliczko nie potrafił dobrać mu się do skóry i z każdą minutą walki był coraz bardziej bezradny i sfrustrowany. Ukrainiec wybrał się na wojnę praktycznie bez amunicji (fatalne statystyki ciosów!), ale wygląda na to, że walkę przegrał w głowie. Gierki psychologiczne Brytyjczyka przyniosły efekty, bo Kliczko był w ringu bardzo spięty, a każdy jego ruch paraliżował strach. Trudno w to uwierzyć, ale tak było.

Przed pojedynkiem zastanawiano się, czy Fury wytrzyma ciśnienie i nie pęknie przed tak dużym wyzwaniem. Nic z tych rzeczy. On wszedł do ringu wyluzowany i pewny siebie. Mało tego, wyglądał na faceta, który ma wycięty układ nerwowy. Od początku dobrze się bawił, prowokował Kliczkę i co najważniejsze, miał cały czas walkę pod kontrolą. Nie był ani razu zagrożony i wygrał zasłużenie. Mógł nawet zwyciężyć przed czasem, ale gdy wstrząsnął Kliczką, temu w sukurs przyszedł sędzia Tony Weeks, który dopatrzył się ciosu w tył głowy.

Kliczce w tej walce ewidentnie zabrakło charakteru. Wiedział przecież, że przegrywa na punkty, ale mimo to nie wziął się do roboty. W końcówce nie zrobił nic, aby odwrócić losy tego pojedynku. Na szczęście sędziowie punktowi nie wycięli żadnego numeru i mistrzowskie pasy trafiły we właściwe ręce. W kontrakcie był zapis dający Kliczce prawo do rewanżu w przypadku porażki. Ukrainiec pewnie z tego skorzysta. Zresztą już zapowiedział, że ta historia jeszcze się nie skończyła i nastąpi ciąg dalszy. W tym momencie nie ma sensu zastanawiać się nad ich rewanżową walką, ale w drugim pojedynku Kliczko na pewno nie będzie faworytem. Fakty są takie: w wadze ciężkiej nastąpiło nowe rozdanie i teraz rządzi Tyson Fury. Czy to się komuś podoba czy nie.

Po pojedynku Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem rozgorzała dyskusja o przyczynach porażki polskiego ciężkiego. „Wikingowi” zabrakło umiejętności czy jaj? A może jednego i drugiego? Na ten temat wypowiedzieli się już prawie wszyscy kibice i eksperci, więc nie ma sensu dalej drążyć tego tematu. Lepiej w tym miejscu zastanowić się nad stanem polskiej wagi ciężkiej. A nie wygląda to zbyt kolorowo.

Z całego towarzystwa najwyżej w rankingach notowany jest Artur Szpilka, który kilka miesięcy temu spakował walizki i poleciał za Ocean spełniać swój amerykański sen. Zanim to zrobił, pokonał na gali Polsat Boxing Night Tomasza Adamka, któremu z kolei przerwał sen o podboju wagi ciężkiej. Dzisiaj „Góral” jedną nogą jest już po drugiej stronie rzeki. Może stoczy jeszcze jedną lub dwie walki, żeby dorobić sobie do emerytury, ale pojedynków o pasy w królewskim towarzystwie toczyć już nie będzie. Choć Adamek po wygranej z Saletą pewnie ma trochę inne zdanie na ten temat…

Wróćmy do Szpilki. Po wyjeździe do USA duży boks oglądał w telewizji, bo sam toczył pojedynki ze śmiesznymi rywalami. Dlatego nadal jest sporą niewiadomą. Jednak w ciemno możemy założyć, że „Szpila” nie leży przy basenie i nie korzysta z uroków słońca, tylko ostro zasuwa na treningach. Odpowiedź na pytanie, czy zrobił jakieś postępy pod okiem Ronniego Shieldsa, mieliśmy poznać w grudniu, ale jego pojedynek z Amirem Mansourem został przełożony. Szkoda, ale co się odwlecze, to nie uciecze. W przyszłym roku powinniśmy wiedzieć dużo więcej na temat Szpilki i jego możliwości.

Zdecydowanie więcej wiemy o Mariuszu Wachu, który przegrał dwa pojedynki z pięściarzami z topu. Porażki z Kliczką i Powietkinem wstydem go nie okryły, ale przy okazji pokazały, ile Mariusza dzieli od tych najlepszych. Niestety, dzieli bardzo dużo. Mniej więcej tyle co Warszawę od Szczecina. Wach pewnie stoczy jeszcze jakąś dużą walkę (jest łakomym kąskiem), ale prędzej zrobi karierę w Hollywood niż zdobędzie mistrzowski pas. W tym przypadku nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości.

Jeszcze niedawno mówiło się, że Marcin Rekowski jest trzecią lub nawet drugą siłą w polskiej wadze ciężkiej. Po kontrowersyjnej porażce z Aguilerą może i nie stracił pozycji na naszym podwórku (teraz jest trzeci?), ale zrobił spory krok w tył. Andrzej Wasilewski w jednym z wywiadów stwierdził, że po przegranej na PBN Rekowskiemu przeszła koło nosa ciekawa walka w USA. Szkoda. Oby teraz dostał rewanż z Aguilerą, bo to mu się należy jak psu miska. Jednak „Rex” ma już swoje lata i raczej na wyższy poziom już nie wskoczy.

Ostatnio na ring po dłuższych przerwach powrócili Krzysztof Zimnoch i Andrzej Wawrzyk. Ten drugi ma fajny dla oka rekord (nabity na słabych/przeciętnych rywalach), ale też porażkę z Powietkinem przez KO, której raczej musi wstydzić, bo szybko został rozbity przez Rosjanina. A może nie musi się wstydzić? Przecież takiego Pereza Sasza ustrzelił jeszcze szybciej… Wawrzyk w ostatnim czasie obił dwóch kelnerów, ale nikomu to nie zaimponowało. Przy jego nazwisku też trzeba postawić znak zapytania, bo dzisiaj trudno powiedzieć, na co stać pięściarza KnockOut Promotions.

Zero w rekordzie cały czas trzyma Krzysztof Zimnoch, który w październiku wrócił na ring po dwuletniej przerwie. Pięściarz z Białegostoku ostatnio trenował w Anglii z nowym trenerem. Cj Hussein, bo o nim mowa, zapowiada, że za kilka miesięcy zobaczymy nowa wersję Krzysztofa Zimnocha. W takim razie musimy uzbroić się w cierpliwość i poczekać na efekty pracy tych panów. Zimnoch podczas gali w Wieliczce rozprawił się z Oloukunem, ale w tej walce, to nie Polak był taki dobry, tylko rywal okrutnie słaby.

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, to nie są poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu. Czy to jest materiał na przyszłego mistrza świata? Żaden ekspert tego głośno nie powie. Swój rekord na walkach ze słabszymi rywalami buduje też Adam Kownacki.

Na tym ostatnim nazwisku należy zakończyć przegląd polskich ciężkich. Wnioski? Niezbyt optymistyczne. W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę. Gdyby dzisiaj Tyson Fury, Deontay Wilder, Anthony Joshua lub Bryant Jennings chcieliby walczyć z którymś z polskich ciężkich, to strach byłoby wysłać któregoś z nich na taką wojnę. W sumie można wysłać Wacha, który ma twardą szczękę i nie padnie po pierwszym mocniejszym ciosie, ale przecież nie o to chodzi.