Posts Tagged ‘USA’

Krzysztof Włodarczyk nikomu nie obiecywał, że z Newark przywiezie pas federacji IBF. Jego występem możemy być jednak rozczarowani. Diablo bił się o mistrzostwo świata, a w ciągu trzech rund zadał raptem cztery celne ciosy. Pojechał na ryby i nie chciało mu się zarzucać wędki. Już po 30 sekundach pojedynku było wiadomo, że to będzie trudny wieczór dla niego.

Włodarczyk przygotował misterny plan, chciał wygrać walkę, nie zadając ciosów. Gassijew go przechytrzył, bo postanowił te ciosy jednak zadawać. W 3. rundzie trafił lewym hakiem na dół i można było iść spać.

Tomasz Babiloński po pojedynku pisał na Twitterze, że sztab trenerski przemienił Włodarczyka z tygrysa w kotka. Można polemizować z tymi słowami, ale po powrocie z USA Diablo musi zastanowić się nad swoją przyszłością. Na gorąco mówił, że kariery kończyć jeszcze nie zamierza.

Zrzut ekranu 2017-10-22 o 17.06.18.png

Trudno za porażkę z Gassijewem obwiniać Fiodora Łapina, bo przecież to nie on zabronił Krzyśkowi używać pięści w ringu. Szkoda tylko, że nie potrafił do niego dotrzeć, przekonać go, że w boksie warto jednak bić przeciwnika. W tym miejscu warto zacytować fragment z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego:

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Dzisiaj Włodarczyk stoi pod ścianą. Czołówka wagi junior ciężkiej odjechała mu, o dużych walkach chyba może zapomnieć. Jeśli chce się dalej w to bawić, musi coś zmienić.

Może faktycznie dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana trenera. Tomasz Adamek też kiedyś zapowiadał, że do końca kariery będzie pracował z Rogerem Blodworthem, bo z nikim innym nie wyobraża sobie współpracy. Po porażce z Erikiem Mioliną zmienił zdanie i dzisiaj pod okiem Gusa Currena widzimy trochę innego „Górala”. Przede wszystkim z inną motywacją do pracy, bardziej energicznego, jakby dziesięć lat młodszego.

Żeby było jasne, nie podpisuję się pod słowami Tomasza Babilońskiego, ale wydaje się, że duet Włodarczyk-Łapin doszedł już do ściany. Trudno sobie wyobrazić, że panowie za jakiś czas wrócą na salę treningową i znajdą motywację do wspólnej roboty. Nie zmienia to jednak faktu, że Włodarczyk bardzo dużo zawdzięcza Łapinowi, bez niego nie odniósłby swoich największych sukcesów.

Możliwe, że Diablo będzie musiał dokonać więcej zmian. W Polsce nowego trenera będzie mu trudno znaleźć, więc może trzeba będzie spakować walizki i ruszyć w świat. Może warto pomyśleć także nad przejściem do kategorii ciężkiej i rozpocząć nowy rozdział w karierze. Krzysiek już dawno o tym wspominał. Opcji jest kilka, Włodarczyk nie musi kończyć kariery. Pytanie, czy chce mu się jeszcze angażować w boks na 100 procent?

W Polsce Diablo też będzie miał okazję dorobić do bokserskiej emerytury. Nadal gorącym tematem jest jego walka z Arturem Szpilką. Panowie mają jakieś tam sprawy do wyjaśnienia, kibice na pewno nie pogardziliby takim pojedynkiem.

Za chwilę konfrontacji z Diablo mogą domagać się Michał Cieślak lub Adam Balski (fajne zestawienie). Może wpłynie oferta z KSW. W Newark bokserski świat Włodarczyka się nie zawalił. Stawało się tylko jasne, że nie jest on już w stanie rywalizować z najlepszymi na świecie w wadze junior ciężkiej. Może jednak zostać królem na swoim podwórku.

Reklamy

Newark to bardzo szczęśliwe dla polskiego boksu miasto w Ameryce. W 2008 roku w Prudential Center Tomasz Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył pas mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Siedem lat później podobną historię napisał Krzysztof Głowacki, który po ringowej wojnie z Marco Huckiem przywiózł do Polski pas WBO. W nocy z soboty na niedzielę w ich ślady może pójść Krzysztof Włodarczyk.

Trudna zagadka

Włodarczyk nie będzie wchodził do ringu jako faworyt. Na dodatek będzie miał do rozwiązania bardzo trudną zagadkę, bo Murat Gasijew zna się na swojej robocie. Jeśli wygra Diablo, wiele osób w środowisku bokserskim uzna to za niespodziankę.

Kariera Krzysztofa Włodarczyka znalazła się na zakręcie po porażce z Grigorijem Drozdem. Stracił wtedy pas federacji WBC i schodek po schodku musiał odbudowywać swoją pozycję. Miał stoczyć rewanżowy pojedynek z Drozdem, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Warto przypomnieć, jak tę sytuację wspomina Andrzej Wasilewski:

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać (…)

Może wypchać kieszenie dolarami

Od porażki z Drozdem minęły już trzy lata. W tym czasie Włodarczyk stoczył cztery walki z przeciętnymi lub słabymi rywalami. W żadnej nie zachwycił, robił swoje, szedł dalej i czekał na ekstra propozycję. Doczekał się, bo udział w turnieju WBBS otwiera przed nim nowe możliwości, może mu też wypchać kieszenie dolarami. Jest jeden warunek, Diablo musi się dobrze bić. Tu jest jednak mały problem, bo on dawno tego nie robił.

Włodarczyk kilka razy zaskakiwał nas negatywnie, więc może tym razem zaskoczy pozytywnie. Jednak wielkiej kasy na jego wygraną lepiej nie stawiać, bo można zostać z niczym. Z drugiej strony, warto przypomnieć, że Krzysztof Głowacki do walki z Marco Huckiem też nie przystępował w roli faworyta, a w Prudential Center został mistrzem świata. Może będzie powtórka z rozrywki.

Bez wycierania butów

Maciej Sulęcki od dawna mówił, a nawet krzyczał, że chce dużych walk, że nie chce tracić czasu na potyczki ze słabymi przeciwnikami. Wreszcie dostał konkretnego rywala, wreszcie będzie mógł pokazać swój warsztat. Najlepszy w Polsce, tak przynajmniej uważa wielu fachowców. W rankingu Po Gongu jest w tym momencie najlepszym polskim pięściarzem bez podziału na kategorie wagowe.

Sulęcki twierdzi, że walka z Jackiem Culcay’em to dla niego przepustka do wielkich rzeczy. Tak to wygląda. Drzwi do dużych pojedynków są uchylone, Maciek musi wejść do środka bez wycierania butów, najlepiej z futryną. Tego od niego oczekujemy, tego on wymaga od siebie.

Musi jednak zachować chłodną głowę, bo jego rywal ma podobne plany – też chce wygrać walkę. Culcay nie stanie koło niego i nie powie: „Maćku, bij mnie. Wiem, że chcesz być mistrzem świata.”

Nie ma czasu na potknięcia

Teoretycznie najłatwiejsze zadanie z trójki Polaków, którzy wejdą do ringu w Prudential Center będzie miał Mateusz Masternak. Stivens Bujaj nie został wyciągnięty z pobliskiego baru, ale w jego rekordzie nie znajdziemy rywala pokroju „Mastera”. Polak dawno temu boksował w USA, teraz będzie miał okazję przypomnieć się na tamtym terenie. Na tle tego rywala może wypaść efektownie.

Po gali Polsat Boxing Night 7 oczekiwania wobec Masternaka poszybowały w górę. Podopieczny Andrzeja Gmitruka stoi na zapleczu czołówki wagi junior ciężkiej i ma ochotę na rywalizację o najwyższe trofea. Nie ma czasu na potknięcia. Na pewno nie z Bujajem.

Idealny dla nas scenariusz zakłada wygrane Włodarczyka, Sulęckiego i Masternaka. Wtedy będzie można otworzyć szampana i świętować.

Czekamy na ucztę.

Galę można obejrzeć w Polsat Sport.

szpila
Fot. PBC

W jednym narożniku będzie nauczyciel, w drugim zobaczymy ucznia, który ma otrzymać korepetycje z boksu. Tak to widzi Artur Szpilka. Eksperci się pod tym podpisują, bo żaden nie stawia na Adama Kownackiego.

Na sprawę, co oczywiste, inaczej patrzy Kownacki, który ma ochotę znokautować Szpilkę i zapowiada, że to zrobi. Cały czas żongluje jednym argumentem – Artur ma słabą szczękę. Fakty są takie, Kownacki bywał na poligonach, ale nie był jeszcze na prawdziwej wojnie. Szpilka zna już smak wojny. 

Był na niej 18 miesięcy temu w Barclays Center. Gdy w dziewiątej rundzie Wilder wystrzelił potężnym prawym, Artur pożegnał się z marzeniami o zdobyciu mistrzowskiego pasa. Halę opuścił na noszach. Na tej samej gali pokazał się też Kownacki, ale nie miał zbyt trudniej roboty. Wygrał jednogłośnie na punkty z Dannym Kellym. 

Teraz panowie spotkają się w ringu. Szpilka jest głodny boksu, on nawet nie musi tego mówić, to widać. Dla niego Kownacki jest przeszkodą, którą trzeba przeskoczyć, żeby iść dalej. Adam nie ma nic do stracenia, do ringu może wejść z chłodną głową. Presja spoczywa na barkach jego rywala.

Szpilka w jednym z wywiadów powiedział, że daje szansę Kownackiemu. Poniekąd ma rację. Po pierwsze, Adam zarobi najwięcej w karierze, po drugie, może się wypromować. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Kownacki jest też szansą dla Szpilki. Artur długo nie walczył, przez długi czas był problem z zakontraktowaniem mu rywala. Nie wiadomo, ile jeszcze musiałby czekać na następną walkę. A tak może się sprawdzić z Kownackim. Wszyscy powinni być zadowoleni, jeden drugiemu daje na coś szansę.

„Szpila” jest jak pies, który bardzo długo trzymany był na smyczy, ale w końcu dostał wolność. Może być nieobliczalny. Jeśli będzie trzymał się taktyki i w swoim stylu pracował na nogach, Adamowi przypomną się czasy, jak w dzieciństwie ganiał chomika po pokoju. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, że Szpilka się jednak podpali i straci głowę. Może tak być, bo przecież słowa Adama o słabej szczęce go wkurw… Wtedy może dojść do wymiany ciosów, jednym słowem, bitki, a przy takim rozwiązaniu na deskach może być i jeden, i drugi.

Kibice pewnie nie mieliby nic przeciwko temu, żeby scenariusz tego pojedynku był podobny do konfrontacji Artura z Mike’em Mollo. O takich walkach gada się przecież latami. Najważniejsze jednak, żeby panowie po pojedynku podali sobie ręce oraz cali i zdrowi wrócili do domu.

IMG_3864

Z Maciejem Miszkiniem, byłym pięściarzem i komentatorem boksu, porozmawialiśmy o gali Polsat Boxing Night 7, która 24 czerwca odbędzie się w Ergo Arenie. – Tomek Adamek na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość. W rozmowie poruszyliśmy też wątki dotyczące Artura Szpilki i Andrzeja Fonfary. – „Szpila” nie jest na żadnym zakręcie swojej kariery. Zakręt pojawi się, gdy Adam Kownacki go trafi, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Mateusz Borek mówi, że gala Polsat Boxing Night 7 da nam odpowiedź na pytanie, czy my jeszcze chcemy dużych gal. Wypali ten projekt?

W Polsce mocno zmieniło się podejście do wydarzeń sportowych i rozrywkowych. Wszystko poszło w tym kierunku, że nie da się już nikomu wcisnąć bubla. Nie sprzedają się wyblakłe gwiazdy z lat 90-tych. Jeśli event ma być w PPV, to musi być duże wydarzenie i duże nazwiska. PBN 7 spełnia te warunki. Poza tym ma świetną promocję. Żadna gala w Polsce nie była jeszcze promowana z takim rozmachem i w stylu zbliżonym do amerykańskiej TV. Myślę, że ten projekt wypali.

„Koniem pociągowym” gali PBN 7 jest Tomasz Adamek. Da radę w tej roli? Ludzie nadal chcą go oglądać?

Na rynku niemieckim walka wieczoru sprzedaje 85 procent biletów i w ogóle generuje największe zainteresowanie galą. Moim zdaniem PBN 7 ma ciekawszą kartę walk niż gale Kliczki, na których tylko walka wieczoru przykuwa uwagę, reszta jest mało interesująca. Wracając do pytania, myślę, że nazwisko Tomasza Adamka przyciągnie jeszcze publikę. Promocyjnie wyciśnięto z niego bardzo dużo. Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz, przed „Góralem” otwiera się droga, której w życiu się nie spodziewałem. On ma teraz większe szanse na zdobycie tytułu mistrza świata lub na walkę z dużym nazwiskiem niż wtedy, gdy piał się w górę i trafił na ścianę zwaną Witalij Kliczko. Coś się wokół Tomka dzieje.

O jaką drogę chodzi?

Są dwie albo trzy ścieżki. Nie jestem upoważniony, żeby zdradzać szczegóły, ale każda z nich jest atrakcyjna. Jedna nawet bardzo.

Coś więcej?

O jednej z tych opcji marzyłem, gdy Adamek wdrapywał się na szczyt wagi ciężkiej. Żałowałem wtedy, że trafił na Kliczkę, bo chciałem dla niego innego przeciwnika. Teraz jest szansa, że zaboksuje z takim rywalem i ja na to czekam.

Czyli Gus Curren wcale nie zagalopował się, twierdząc, że w przypadku Tomka myślenie o zdobyciu MŚ nie jest przesadą?

Jeśli myślimy w kontekście Fresa Oquendo, to Curren się nie zagalopował. Briggs wpadł na dopingu i teraz pas WBA Regular jest dostępny. Oquendo jest zawodnikiem, którego Adamek spokojnie może wyboksować, a w dobrej formie mógłby zrobić z niego zwykłe przyrządy. O walkach Tomka z Joshuą czy Wilderem nie mówimy, bo w rywalizacji z tymi przeciwnikami Polak stoi na straconej pozycji.

Jakiego „Górala’ spodziewasz się 24 czerwca w Ergo Arenie?

Lepszego niż w pojedynkach z Przemkiem Saletą i Erikiem Moliną. Tomek jest w dobrej formie, obóz przygotowawczy zaczął wcześniej niż zwykle. Widziałem go na sparingu z Adamem Kownackim i już wtedy prezentował się z dobrej strony. Na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość.

Adamek może być jeszcze tak dobry jak w walce z Chrisem Arreolą?

To będzie zupełnie inny Adamek. Wątpię, żeby był tak szybki, jak w tamtym pojedynku. Mnie Tomek w wadze ciężkiej najbardziej podobał się w walce z Andrzejem Gołotą. Był wtedy jeszcze typowym cruiserem. Imponował kombinacjami i szybkością.  Być może obraz tamtego pojedynku zaciemnia forma Gołoty, który był wtedy już mocno ograniczony ruchowo, ale debiutujący w wadze ciężkiej Adamek robił z nim, co chciał.

Czy Haumono może „Góralowi” zawiesić wyżej poprzeczkę niż Molina?

Nie. Haumono jest innym typem pięściarza niż Molina. Wprawdzie mają tę samą broń w arsenale, ale są inni. Haumono jest typem zawodnika siłowego, który cały czas wywiera presję i próbuje zamęczyć rywala. Jednak jest mniej cierpliwy i wolniejszy od Moliny, który w szukaniu ciosu z prawej ręki jest bardziej wyrafinowany. Adamek musi uważać na prawą rękę Haumono, ale powinien dać sobie radę z tym rywalem.

Wróćmy jeszcze do tematu promocji zawodników i sprzedaży PPV. Czy widzisz w Polsce pięściarza, który w niedalekiej przyszłości może przejąć od „Górala” pałeczkę, jeśli chodzi o sprzedaż PPV?

Najbliżej tego jest chyba Krzysztof Głowacki. Musiałby jednak stoczyć jeszcze ze 2-3 takie ringowe wojny jak z Marco Huckiem. Koniecznie z rywalami z najwyższej półki i najlepiej medialnymi postaciami. Długa droga przed nim, bo dzisiaj Krzysiek nie jest rozpoznawalny. W krótkiej perspektywie nie widzę następców Adamka. Sięgając dalej, może Maciej Sulęcki? Jeśli pobiłby jakiegoś mistrza świata, wtedy można byłoby go na tej podstawie promować.

Głowackiemu ciężko będzie się wypromować na PBN 7, bo Hizni Altunkaya, który zastąpił Briana Howarda, jest w Polsce anonimowy. Czy sportowo będzie dla Krzyśka wyzwaniem?

Racja, przeciwnik „Główki” jest anonimowy, a Krzysiek to przecież najlepszy polski pięściarz bez podziału na kategorie wagowe. Altunkaya jest słabszą wersją Hucka. Stoi za gardą i zrywa się pojedynczymi, agresywnymi uderzeniami, które próbuje złożyć w serie. Jednak w trakcie ataku opuszcza prawą rękę i tu widzę szansę, żeby Krzysiek go efektownie znokautował.  Po cichu stawiam, że to będzie KO wieczoru.

Na myśl, o którym pojedynku najbardziej przebierasz nogami?

W tej kwestii sporo się u mnie zmieniło. Na początku bardzo ciekaw byłem walki Masternaka z Sillachem. Szczególnie dlatego, że stawiam na Ukraińca. Jednak, gdy do karty walk wskoczył Łukasz Janik, teraz najbardziej czekam na jego pojedynek z Adamem Balskim.

Janik jest dużym znakiem zapytania, ostatnią walkę stoczył dwa lata temu. Miałeś z nim jakiś kontakt w ostatnim czasie?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy i już wtedy mówił mi, że jest w treningu. Łukasz jest spragniony walki, splendoru i poklasku. Chce znów zaistnieć.  To jego kolejna szansa w życiu. Miał ich już kilka, część wykorzystał, większość jednak zaprzepaścił. Jeśli pokona Balskiego, wróci do gry. Może nie zaproszą go od razu do walki mistrzowskiej, ale jest wielu Polaków, z którymi może walczyć za coraz większe pieniądze.

Janika czeka trudne zadanie, bo przecież Adam Balski z walki na walkę zbiera coraz więcej komplementów. Wypłynie ten chłopak na szerokie wody?

Najwięcej komplementów spłynęło na Adama po pojedynku z Tarasem Oleksiyenko. To był pokaz boksu w jego wykonaniu. Ukrainiec to przeciętny pięściarz, ale Balski wypadł na niego tle rewelacyjnie. Nie każdy potrafi zaprezentować się z dobrej strony w konfrontacji ze słabszym rywalem. Widziałem walkę Oleksiyenko z Arturem Mannem i niemiecki prospekt wypadł blado. Balski z tym samym rywalem błyszczał. Na Adama pierwszy raz zwróciłem uwagę, gdy w fajnym stylu rozprawił się z Walerym Brudowem.

Balski jest dość odważnie prowadzony. Dobrą drogę obrał jego promotor?

Tak naprawdę Mariusz Grabowski nie ma innego wyjścia, bo Balski jest jedynym pięściarzem, który ciągnie jego grupę. Oczywiście w Tymexie jest jeszcze Ewa Brodnicka, ale jestem sceptykiem kobiecego boksu. Ewa robi dobre wrażenie na ważeniu, ale później w ringu jest nuda. Balski potrafi zelektryzować publiczność. Ci, którzy znają się na boksie, doceniają jego walory.

Janik będzie dla Balskiego trudniejszym rywalem niż Vakapita Meroro?

Nie sądzę. Meroro dawał dobre pojedynki z bombardierami, nie czuł przed nikim respektu. Podejmował wymiany z Kudriaszowem, który podłącza do prądu każdego rywala. Skoro nie pękł przed Rosjaninem, to z Balskim też wchodziłby w wymiany. Z ringu leciałyby iskry. Pod względem medialnym lepszym strzałem jest jednak Janik. Łukasz jest rozpoznawalny, prężnie działa w mediach społecznościowych. Wokół tego pojedynku będzie głośno.

Panowie mogą skraść show głównym bohaterom wieczoru?

Oni już teraz trochę je skradli. Wystarczy spojrzeć, ile pojawiło się komentarzy w sieci po ogłoszeniu ich walki. Temperatura wokół pojedynku już teraz jest wysoka, a będzie jeszcze wyższa. Wydaje mi się, że ciekawie będzie też w walce Masternaka. Moim zdaniem Sillach ma więcej argumentów, bo jest szybszy, mocniej bije i ma doskonałą pracę nóg. Może wypunktować Mateusza, ale jest też w stanie go znokautować. Nie twierdzę, że Masternak jest bez formy, wręcz przeciwnie, obserwuje go na Legii i imponuje mi swoją dyspozycją. Stawiam jednak na Sillacha.

Kończąc wątek PBN 7, Mateusz Borek składał Ci propozycję występu na gali?

Były z jego strony jakieś insynuacje na Twitterze, ale raczej w formie żartu. Bezpośredniej rozmowy na ten temat nie było, bo Mateusz wie, że nie wrócę już z bokserskiej emerytury.

Naprawdę nie kusiło Cię do zmiany decyzji?

Nie.

Stawiałeś, że Andrzej Fonfara przegra przed czasem z Adonisem Stevensonem, ale tak słabej walki w jego wykonaniu chyba nie brałeś pod uwagę?

Dlaczego? Stevenson jest jednym z najmocniej bijących zawodników bez podziału na kategorie wagowe, a Andrzej ma luki w obronie, dlatego to się mogło skończyć zarówno w dziesiątej jak i pierwszej rundzie. Scenariusz walki nie był zaskakujący.

Trener Andrzeja doleciał do niego chwilę przed walką. Hunter nie jest człowiekiem od wiaderka tylko trenerem, a jego zawodnik walczył o mistrzostwo świata. Czy to nie była patologiczna sytuacja?

Jest to dla mnie trochę dziwne, bo przeważnie trenerzy przed takimi pojedynkami spędzają dużo czasu ze swoimi zawodnikami. Była to duża walka za duże pieniądze. Nie startowałem nigdy na tym poziomie, co Andrzej, ale przerabiałem podobne sytuacje i nigdy nie miałem z tym żadnego problemu. Nie traciłem spokoju, gdy nie było przy mnie trenera, czułem się dobrze sam ze sobą. Myślę, że brak trenera nie miał wpływu na przebieg pojedynku. Wpływ miał sierpowy, który prawie urwał głowę Fonfarze. Czy Hunter będąc z Andrzejem przed walką 24 godziny na dobę, zmieniłby na tyle jego głowę, że byłby on w stanie przyjąć taki cios? Nie sądzę.

Andrzej zrobił jakiś postęp pod wodzą Huntera?

Na samym początku walki widziałem, że przesunął balans na środek a nawet na nogę zakroczną. Dzięki temu przez pierwsze sekundy walki unikał ciosów Stevensona.  Niestety, gdy po pierwszym mocnym ciosie doszedł stres, od razu powrócił nawyk przechodzenia na nogę wykroczną. To nawyk, którego nikt przez lata u Andrzeja nie poprawiał. Hunter miał za mało czasu, żeby „naprawić” Fonfarę.

Po walce ze Stevensonem pojawiły się informacje, że Andrzej planuje przeprowadzkę do kategorii junior ciężkiej. Podoba Ci się ten pomysł?

Tak. Andrzej w kategorii cruiser będzie miał lepszy przegląd, będzie widział więcej ciosów, bo jest z niższej kategorii, w której szybciej się bije. Jak nabierze kilogramów, będzie uderzał jeszcze mocniej. Ma niezłą szybkość, warunkami fizycznymi przewyższa wielu cruiserów, dlatego nie widzę żadnych przeciwskazań, żeby zmienił kategorię wagową.

Ja jestem sceptycznie nastawiony do tej przeprowadzki. Może niech Andrzej najpierw popracuje nad obroną, a dopiero później pomyśli o zmianie kategorii wagowej.

To może zrobić jednocześnie, bo przechodząc do kategorii junior ciężkiej, będzie miał co najmniej jednego lub dwóch rywali, zanim dojdzie do walki o mistrzostwo świata. To potrwa około roku, więc będzie czas na poprawę obrony z nową wagą. To proces płynny i równoległy, więc nie widzę w tym żadnego problemu. Zresztą pięściarze z topu kategorii półciężkiej, mam tu na myśli Stevensona, Kowaliowa czy Beterbijewa, wcale nie biją słabiej od czołowych cruiserów.

Fonfara może jeszcze liczyć na dobre walki za duże pieniądze?

Andrzej już teraz jest rozpoznawalną marką w USA. Miał dwie walki o mistrzostwo świata, był pokazywany w dużej telewizji, więc jest odpowiednio wypromowany. W takiej sytuacji jest łatwiej o kolejny pojedynek za konkretne pieniądze. Myślę, że jeszcze dostanie dużą walkę.

Na taki pojedynek czeka też Artur Szpilka, który przez moment był na małym zakręcie swojej kariery.

Dzisiaj nie jest już na żadnym zakręcie. Ma rywala z dobrym rekordem, który będzie mu idealnie pasował. Jeśli wygra z Adamem Kownackim, dostanie Krzysztofa Zimnocha, który też będzie dla niego łatwym przeciwnikiem. Wygra te dwie walki i znów zaistnieje w rankingach. Zakręt pojawi się, gdy Kownacki trafi Szpilkę, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza. Adam nie ma praktycznie żadnych szans. Jeśli Szpilka będzie pracował na nogach i robił swoje, to stanie się nieuchwytny dla swojego rywala. Będzie dla niego znikającym punktem.

Adam ma inne zdanie na ten temat. „Ja mam ciężkiej ręce, a on słabą szczękę” – zapewnia Kownacki. 

Artur nie ma słabej szczęki. Jeśli Adam wyrobił sobie taką opinię po walce z Wilderem, to jest w błędzie. Po takim ciosie Amerykanina odfrunąłby każdy. Artur leżał też po ciosach mocno bijącego Mike’a Mollo, ale podnosił się po nich i brał sprawy w swoje ręce. Ten sam Mollo trafił Zimnocha i Krzysiek już się nie podniósł. Szpilka przyjął mocniejsze uderzenie, ale wstał i wygrał. Opinia, że Artur ma słabą szczękę jest nietrafiona. Owszem, popełnia błędy w obronie, unosi brodę do góry i to jest jego problemem, ale nie szklana szczęka.

Arturowi potrzebny był wyjazd do USA?

Jak najbardziej. Szpilce potrzebny był nowy rodzaj obrony. Taki, który pozwoli mu dłużej zostać w półdystansie i będzie opierał obronę na balansie. Amerykański styl, ta większa swoboda w pracy w półdystansie zdecydowanie mu się przyda. Nie oszukujmy się, w Polsce pięściarze w półdystansie średnio potrafią boksować, a Artur w USA pod tym względem zrobił postęp. Oczywiście nie wszystko w Ameryce szło po jego myśli, bo sporo czekał na datę walki. Jednak to, że przygotowywał się już kilka razy do pojedynku, wyjdzie mu tylko na zdrowie. Do konfrontacji z Kownackim będzie znakomicie przygotowany fizycznie, będzie mocniej uderzał i będzie szybszy niż kiedykolwiek.

Wierzysz, że w tym roku dojdzie jeszcze do jego walki z Krzysztofem Zimnochem?

Jest na to rynek i zapotrzebowanie, więc do końca roku panowie powinni spotkać się w ringu. Po drodze wiele może się jednak zdarzyć. Szpilka po walce z Kownackim może dostać kogoś z czołówki wagi ciężkiej za dobre pieniądze. Podobnie może być w przypadku Zimnocha. Jeśli wygra z Abellem w Radomiu, może otrzymać ciekawą ofertę. Jeżeli promotorzy będą mieli do wyboru: zarobić dobre pieniądze na Szpilce i Zimnochu oddzielnie lub zarobić na ich wspólnym pojedynku, to prawdopodobnie wybiorą pierwszą opcję i na pojedynek Szpilka vs Zimnoch jeszcze poczekamy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

izu_foto
fot. PBC

  • Izu Ugonoh w sobotę po raz pierwszy pokaże się na salonach. Z małych gal w Nowej Zelandii wskakuje na imprezę w Alabamie. 
  • Wcześniej obijał rywali, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów i padali jak muchy. 
  • Teraz wejdzie do ringu z Dominikiem Breazeale’em, który ma ochotę wygrać z nim przez nokaut.  
  • Izu jest pięściarzem-zagadką, więc Breazeale w sobotę wybiera się na randkę w ciemno. 
  • Jeśli Izu wygra w Alabamie, to potrzebna będzie walka Szpilka vs Ugonoh, żeby wyjaśnić, który z nich jest numerem jeden wśród polskich ciężkich. 


JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

W 2014 roku Izu Ugonoh obrał kurs na Nową Zelandię i postawił dziewiczy krok w królewskiej dywizji. W tym czasie Artur Szpilka zdawał dwa poważne egzaminy w wadze ciężkiej. Pierwszy oblał, bo Bryant Jennings nie dał sobie w kaszę dmuchać. Drugi zdał, bo w dobrym stylu wypunktował Tomasza Adamka i przejął od niego miano najlepszego polskiego ciężkiego.

* Izu jest kilka kroków za Szpilką. 

Rok później obaj obijali kelnerów. Szpilka w USA (podpisał kontrakt z Alem Haymonem), Ugonoh w Nowej Zelandii. Artur obił trzech takich typów, Izu czterech. Miał też walkę z Longiem, ale w tym przypadku wziął nadgodziny. Trzeba jednak przyznać, że kelnerów rozwalał z przytupem. Labaran i Sandez (co to za goście?) nie przetrwali z nim pierwszej rundy, a taki Will Quarrie po prawym Izu prawie wyleciał z ringu. Dan Rafael, gdy to zobaczył, cmoknął z zachwytu na Twitterze. Na youtubie obejrzało to ponad 3 miliony ludzi. Pod koniec 2015 roku tak pisaliśmy o Izu na Po Gongu:

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, nie są to poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu.”

* Izu cały czas jest kilka kroków za Szpilką.

W 2016 roku wspomniana zabawa Izu w boks się nie skończyła, bo dalej był on prowadzony za rączkę przez promotorów. No dobra, Gregory Tony nie był zupełnym leszczem, ale facet najlepsze lata miał już za sobą. Gdy wchodził do ringu z Ugonohem, pewnie już nie pamiętał, że kiedyś wygrał z Carlosem Takamem. Izu pokonał tę przeszkodę, wcześniej rozprawił się z Ricardo Ramirezem i to by było na tyle, jeśli chodzi o ringowe wyczyny. Najważniejsze dla Ugonoha wydarzenia miały jednak miejsce pod koniec roku, bo wtedy podpisał kontrakt z Alem Haymonem. Wtedy też zaczął mówić, że w niedalekiej przyszłości marzy mu się walka o mistrzowski pas. Co w 2016 roku było słychać u Szpilki? W styczniu przegrał przez ciężki nokaut z Deontayem Wilderem walkę o pas federacji WBC. Potem na długie miesiące wypadł z obiegu.

* Szpilka cały czas jest przed Izu, ale dystans został skrócony.

Styczeń/Luty, 2017 rok. W Alabamie szykowana była gala z udziałem polskich ciężkich. Andrzej Wawrzyk, Artur Szpilka i Izu Ugonoh mieli znaleźć się na jednej karcie walk. Nic z tego nie wyszło, bo Wawrzyk wpadł na stanozololu, a pojedynek Szpilki z Breazeale’em z nie wiadomo jakiego powodu został odwołany. Z karty nie wypadł tylko Izu, który za rywala dostał niedoszłego przeciwnika „Szpili”, czyli Breazeale’a.

Ta walka pozwoli mi tak naprawdę zaistnieć w boksieTo jest dla mnie starcie, które ma mnie przenieść w zupełnie inne miejsce. Tym pojedynkiem będę mógł pokazać, jak dobry jestem – mówił Izu Ugonoh. [Sportowefakty.pl]

* Jeśli Izu wygra w Alabamie, role się odwrócą i to on będzie krok przed Szpilką. Wtedy bardzo pożądana będzie walka między nimi o miano najlepszego polskiego ciężkiego.

********

Gdy trwało zamieszanie z galą w Alabamie, pojawił się pomysł, rzucił go na Twitterze Mateusz Borek, żeby zrobić walkę Szpilka vs Ugonoh. Ten pierwszy od razu był na tak. Oto fragment naszego wywiadu ze Szpilką:

– Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

– Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.

A co o pojedynku ze Szpilką sądzi Izu?

„Wychodzę z tego założenia, żebyśmy robili wszystko po kolei, krok po kroku. Na razie mam przed sobą pojedynek z Dominkiem Breazealem i na tym się skupiam. Jak wygram tę walkę, to będziemy rozmawiać dalej.” [sportowefakty.pl]

Pytanie, czy w przypadku wygranej w Alabamie Izu będzie miał ochotę zawracać sobie głowę Szpilką i rozstrzyganiem kwestii, który z nich jest lepszy? Wątpliwa sprawa. Raczej pójdzie w kierunku walki mistrzowskiej i większej kasy. Kevin Barry nie ma wątpliwości, że jego podopieczny po zwycięstwie z Breazeale’em może trafić na krótką listę życzeń Wildera. Teraz jednak nie ma sensu gdybać, bo Izu na razie stoi w przedpokoju…

**********

Ale w sobotę wejdzie na salony. Ugonoh przed chwilą walczył na małych galach w Nowej Zelandii, teraz po raz pierwszy pokaże się na amerykańskim ringu. Jego walka będzie transmitowana na żywo przez telewizję FOX, czyli ma okazję ładnie przedstawić się kibicom w USA. To będzie dla niego spory przeskok, zwłaszcza w sferze mentalnej. Podobną historię przerabiał kiedyś Andrzej Wawrzyk, który tak wspominał swoją porażkę Aleksandarem Powietkinem:

Zablokowałem się całkowicie. Wyskoczyłem z malutkich gal pod Katowicami czy pod Warszawą na wielką imprezę w Moskwie. To zrobiło na mnie za duże wrażenie.” [Przegląd Sportowy]

Ugonoh nie może się zablokować na imprezie w Alabamie. Musi wejść do ringu uzbrojony. Uzbrojony w pewność siebie. Do tej pory walczył z przeciwnikami, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów. Dostawali strzał i padali. O oddawaniu z ich strony raczej nie było mowy. Breazeale będzie oddawał, od razu też się nie przewróci, bo swoje może przyjąć. Anthony Joshua potrzebował kilku rund, żeby go skruszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanin artystą ringu na pewno nie jest. Oddajemy głos Arturowi Szpilce:

Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.” 

Dominic Breazeale raz mówi, że znokautuje Ugonoha, innym razem twierdzi, że dla Izu będzie to 10 rund piekła i takie tam gadki-szmatki, którymi nie ma sensu zaprzątać sobie głowy. Warto jednak podkreślić, że optykę na tę walkę zmienili bukmacherzy, którzy na początku w osobie Amerykanina widzieli wyraźnego faworyta, teraz stawiają jednak na czarnoskórego Polaka. Breazeale ma większe doświadczenie od Izu. I na ringach amatorskich, i zawodowych. Ma za sobą walkę o mistrzowski pas, więc z presją miał okazję się zapoznać. Jest duży, silny, bije nie głaszcze, ale ma też swoje ograniczenia. Tacy pięściarze jak Fred Kassi czy Amir Mansour napsuli mu sporo krwi. Krótko mówiąc – facet jest średniakiem.

Za to Izu jest pięściarzem-zagadką. Jego trener – Kevin Barry – wystawił mu taką oto laurkę:

„Izu to znakomity atleta, który może zrobić rzeczy, których inni po prostu nie potrafią. Chyba jeden z najlepiej – jeśli nie najlepiej – bijących po korpusie pięściarzy w światowym boksie. ” [ringpolska.pl]

Dzisiaj te słowa niewiele znaczą, bo trenerzy różne rzeczy mówią o swoich zawodnikach. CJ Hussein twierdził na przykład, że Krzysztof Zimnoch w pierwszej rundzie znokautuje Mike’a Mollo. Okrutnie skłamał. Równie dobrze Barry mógł powiedzieć, że Izu na sparingach rozbił ciosami na korpus stado słoni. Możecie w to wierzyć lub nie. To samo dotyczy cytatu powyżej.

Z kolei Przemysław Saleta porównał Izu do Steve’a Cunninghama. Trzeba przyznać, że to ładne i chyba trafione porównanie.

„Izu pod wieloma względami przypomina mi, jeśli chodzi o technikę i warunki fizyczne, Steve’a Cunninghama, ale jest trochę silniejszą wersją.” [Interia.pl]

Trzeba przyznać, że Breazeale ma mały kłopot, bo tak naprawdę nie wie, czego może spodziewać się po swoim rywalu. Dla Amerykanina będzie to randka w ciemno. Wie, że naprzeciwko niego stanie czarnoskóry facet z rekordem 17-0. Niby mocno bijący, niby bezkompromisowy, ale dotąd pływający na płytkiej wodzie, na dodatek w kamizelce ratunkowej.

Wygląda na to, że sobotnia walka więcej nam powie o Izu niż jego wszystkie pojedynki razem wzięte. Ale dzisiaj jednego możemy być pewni. Gdyby Ugonoha umieścić na okładce jakiegoś magazynu bokserskiego, to nie prezentowałby się on wcale gorzej od Anthony’ego Joshui czy Deontaya Wildera. Izu ma wygląd mistrza świata wagi ciężkiej, ale czy wystarczy mu umiejętności, żeby chociaż zbliżyć się do ścisłej czołówki tej kategorii wagowej? Do niedzieli rano polskiego czasu to pytanie pozostaje otwarte.

********

Na koniec przypominamy, jak Andrzej Kostyra opisywał Izu Ugonoha w swoim Alfabecie na Po Gongu:

Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

Krzysztof Smajek

szpila_foto
fot. archiwum Artur Szpilka

Artur Szpilka mówi wprost: „W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.” Ostatni raz między linami widzieliśmy go rok temu, gdy został znokautowany przez Deontaya Wildera w walce o pas federacji WBC. „Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości” – twierdzi. W ringu miał się pojawić 25 lutego w Alabamie, ale jego pojedynek z Dominikiem Breazeale’em został odwołany. Coraz głośniej mówi o powrocie do Polski, bo życie w USA trochę mu się już znudziło. Jednak cele ma jasno sprecyzowane: „Chcę dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie.”

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Przetrawiłeś już informację o odwołaniu twojej walki z Dominikiem Breazeale’em?

Nie ukrywam, na początku chodziłem wkurwiony. I to bardzo. Teraz trochę ochłonąłem. Już to do mnie dotarło, ale miałem ze dwa dni załamania. Takiego totalnego zniechęcenia. Olałem dietę, pomyślałem sobie, że tak się najem, że aż dupa mi pęknie. Stanęło na tym, że przekąsiliśmy z Kamilą jakiegoś krokodylka. Przecież do tego pojedynku przygotowywałem się od sierpnia. Przed przyjazdem do USA też ostro zasuwałem, żeby wrócić do formy, a tu takie cyrki wyszły… Nie rozumiem tego wszystkiego. Kibice kupili wejściówki na galę, zarezerwowali hotele i bilety lotnicze, a teraz piszą do mnie: Artur, co mamy robić? Tylko, co ja mogę im odpowiedzieć? Przecież nie jestem organizatorem gali. Najgorsze jest to, że pojedynek z Breazeale’em nie był oficjalnie potwierdzony przez telewizję, więc nie ma się nawet do kogo odwołać.

Miałeś podpisany kontrakt na walkę?

Tutaj kontrakty podpisuje się przed pojedynkiem, ale wszystko było dogadane. Andrzej Wasilewski może to potwierdzić.

W takim razie, dlaczego wypadłeś z karty walk gali w Alabamie?

W sumie nadal tego nie wiem. Podobno telewizja Fox TV ma taki przepis, że nie może walczyć ze sobą dwóch pięściarzy, którzy przegrali swoje ostatnie walki. O tym, że nie będzie tego pojedynku dowiedziałem się z Twittera Andrzeja Kostyry. Później zadzwonił do mnie trener Ronnie Shields i powiedział, że gadał z Alem Haymonem i nie da rady zrobić tej walki. Właśnie przez ten przepis telewizji. Wtedy jeszcze myślałem, że znajdą mi innego rywala.

Wchodziły w grę inne nazwiska?

Nie było żadnych rozmów na ten temat.

Masz do kogoś pretensje o to zamieszanie?

Ciężko mi powiedzieć, bo nawet nie wiem, kto zawiódł w tej sytuacji. Gdybym wiedział, pewnie miałbym o to pretensje. Czasu jednak nie cofniemy, moja robota poszła na marne.

A może rozbiło się o finanse? Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu mówił, że na początku za walkę z Breazeale’em wymyśliłeś sobie „kwotę zupełnie z powietrza”.

Andrzej niepotrzebnie wyciąga na wierzch kwestie, o których jako promotor nie powinien mówić. Moim zdaniem to nie jest w porządku z jego strony. Nie było żadnej kwoty z powietrza, dogadaliśmy się w 4-5 dni i wszystko było ustalone już trzy tygodnie wcześniej. Zresztą, nikt nie będzie mi mówił, ile mam zarabiać. Ani dziennikarze, ani kibice. To ja wchodzę do ringu i to ja podpisuję czeki. Moja sprawa, na jakie kwoty.

Kibice na forach zaczynają już spekulować o twoim konflikcie z promotorami.

Spokojnie, nie ma żadnego konfliktu między nami. Czasami Andrzej coś palnie, powyciąga jakieś rzeczy i niepotrzebnie daje pożywkę ludziom. Szanuję go, dużo mu zawdzięczam, ale czasami mówi na mój temat takie głupoty, że ręce opadają.

A słyszałeś, co powiedział Breazeale? Według niego do waszej walki nie doszło, bo potrzebowałeś więcej czasu na treningi.

Czytałem te słowa, gościu pierdoli bzdury. Wiecie przecież, że nigdy nie odmówiłem żadnej walki. Wręcz przeciwnie, zawsze nalegałem na rywali z wyższej półki, nie chciałem walczyć z leszczami. Byłem gotowy na Breazeale’a, na pewno się go nie przestraszyłem. O czym my w ogóle mówimy. Zresztą, teraz każdy gada co innego. Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że za tym całym zamieszaniem mogli stać promotorzy. Nie wiem, czy moi czy amerykańscy. Pewnie zrozumieli, że lepiej zorganizować mój pojedynek w Nowym Jorku lub Chicago, bo tam przyjdą kibice i dzięki temu będą mogli więcej zarobić. Podejrzewam, że w którymś z tych miast odbędzie się moja następna walka, ale to są tylko moje przypuszczenia. Nie wiem, jak było naprawdę.

Co dalej? Słyszałem, że wracasz do Polski.

Teraz trochę te plany się zmieniły, pewnie zostanę tu jeszcze z pół roku. Może wejdę do ringu za 2-3 miesiące, więc do następnej walki chciałbym jeszcze zostać w USA. Generalnie chce wrócić do Polski, ale to nie jest takie proste. Nie da się tak z dnia na dzień spakować walizek i wrócić. Dzisiaj plan jest taki, że wracam do kraju i do Stanów będę przylatywał tylko na przygotowania do walk, ale ja mam 110 pomysłów na godzinę, więc to wszystko może się jeszcze zmienić. Do Polski i tak muszę wpaść, bo za chwilę wiza mi się kończy. Odpocznę trochę i wracam do USA na przygotowania do kolejnej walki. Nie znam jeszcze żadnych konkretów, ale pewnie zaboksuję w Chicago. Wspomnicie moje słowa.

Będziesz polował na rywala pokroju Breazeale’a, czy zgodzisz się na przeciwnika z niższej półki?

Mam nadzieję, że nie dostanę żadnego leszcza. Nie chcę tracić czasu i energii na kolejnego Ty Cobba, nie interesują mnie takie walki. Chce na powrót dobrego zawodnika, ale ja to mogę sobie tylko pogadać. Nie ode mnie to zależy.

Ronnie’emu Shieldsowi podoba się pomysł, że będziesz wpadał do USA tylko na przygotowania do walk?

Nie ma nic przeciwko temu. Trener zna mnie i wie, że nie unikam roboty. Nawet czasami każe mi odpocząć, bo widzi, że jestem dwa razy dziennie na sali i ciężko trenuję. On wie, że potrafię sam zbudować taką formę i wydolność jak pod jego okiem. Po ostatnim moim powrocie z Polski był nawet w szoku, w jakiej dyspozycji do niego przyjechałem. Prywatnie mamy świetny kontakt. Pracując z nim, zrobiłem postępy. Dołożyłem do swojego repertuaru ciosy podbródkowe i uniki. Mam lepszą defensywę, potrafię przyjąć cios na gardę, oddać. Jestem zadowolony z naszej współpracy.

Jak to możliwe, że Ameryka tak szybko ci się znudziła?

Nie będę ściemniał, trochę mi się znudziła. Ze sportowego punktu widzenia jest tu zajebiście, ale poza boksem też jest życie. Ludzie mogą gadać, że Szpilka siedzi sobie w Ameryce i ma klawe życie. Dom, basen, restauracje, krokodyle i inne rozrywki. W środku wygląda to trochę inaczej. Do życia codziennego wkradła się już monotonia. 24 godziny na dobę jestem w reżimie treningowym. Może wpływ na to znudzenie miał fakt, że od roku nie walczę. Człowiek ma dosyć, gdy nic się nie dzieje. W powrocie do Polski widzę same plusy. Wrócę i będę czekał na sygnał. Gdy pojawi się konkretna oferta, wsiadam w samolot i jestem na sali u Shieldsa. Tak to sobie wymyśliłem. W Polsce będę podtrzymywał formę. Uspokajam wszystkich, nie będzie imprez, alkoholu.

Zamiast ciebie rękawice z Breazeale’em ma skrzyżować Izu Ugonoh. Da radę?

Izu ma duże szanse na wygraną, bo Amerykanin nie jest jakimś tam wirtuozem bokserskim. Na pewno jest silny. Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? U Izu podobało mi się to, że nigdy nie dał sobie wejść na głowę promotorom. Zawsze miał swoje zdanie. Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.

Gdy były zawirowania z galą w Alabamie, Mateusz Borek zaproponował w jednym z tweetów, że może warto zorganizować walkę Szpilka vs Izu. Jest to do zrobienia?

To bardziej pytanie do promotorów. Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Nawet teraz, gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować. Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do ringu.

Może z tego zaproszenia skorzysta Adam Kownacki, który chce kolejnych wyzwań i twierdzi, że nie czułby strachu przed konfrontacją z tobą. „Według mnie Szpilka ma bardzo słabą szczękę” – stwierdził Adam w rozmowie ze sportowymifaktami.pl. Co ty na to? Ten pojedynek jest do zrobienia, w końcu obaj jesteście w stajni Haymona.

Teraz to mnie rozśmieszyłeś. Adam jest wesołym, sympatycznym grubaskiem, nic do niego nie mam, ale z przyjemnością mogę mu pokazać, na czym polega prawdziwy boks. W każdej chwili. Skoro tak się pali do walki ze mną, to zapraszam do ringu. Może być nawet moim następnym rywalem. Nie ma problemu. Proponuję jednak, żeby ochłonął i zszedł na ziemię. Przy okazji niech zgubi też parę kilogramów, ale mniejsza z tym. Za wygląd nie będę go krytykował. Na temat jego słów o mojej słabej szczęce nie chce mi się nawet gadać. Chętnie przetestuję jego.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wierzysz, że Andrzej Wawrzyk postawi się Deontay’owi Wilderowi? Tylko szczerze, bez ściemniania.

To jest waga ciężka, wszystko może się zdarzyć.

Artur, wyświechtane regułki też odłóżmy na bok. 

Jeśli nie zablokuje się psychicznie, to mam nadzieję, że da dobrą walkę. Przy każdej okazji powtarzam Andrzejowi, że Wilder jest tchórzem. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale taka jest prawda. Amerykanin nie jest prawdziwym wojownikiem. Byłem z nim w ringu i wiem, co mówię. To naciągany mistrz. Facet próbuje grać twardziela, straszyć minami, ale jak już je zacznie robić, wygląda wtedy jak moja babcia siedząca na klopie. Wprawdzie, nigdy nie widziałem babci w tej pozycji, ale tak to sobie wyobraziłem. Andrzej nie może się go wystraszyć przed walką.

Jakich jeszcze wskazówek udzieliłeś Wawrzykowi?

Coś tam staram mu się podpowiedzieć, ale Andrzej ma świetnego trenera i to jego powinien słuchać. Na pewno przygotują coś ekstra na walkę. Z Andrzejem praktycznie codziennie jesteśmy w kontakcie, ale to nie jest tak, że gadamy tylko o boksie i jego walce z Wilderem. Jest też czas na robienie sobie jaj ze wszystkiego. Ja, Andrzej, „Główka” i Grzesiu Proksa założyliśmy sobie taką grupę i piszemy do siebie sms-y. Codziennie, jak wstaję, mam po 120 nieprzeczytanych wiadomości. Nie powiem, o czym piszemy, bo tego nie da się publicznie cytować. Gdyby te sms-y wydostały się na zewnątrz, to jeszcze chcieliby nas zamknąć w zakładzie psychiatrycznym.

Będziesz na gali w Alabamie?

Oczywiście, że się wybieramy z Kamilą na walkę Andrzeja. Nie ma innej opcji. Zastanawiam się tylko, czy zabrać ze sobą Cyca i Pumbę. Ode mnie do Alabamy jest osiem godzin jazdy samochodem i trochę mnie to przeraża. Może zostawię psiaki z kolegą, a my polecimy samolotem. Jeszcze nie wiem, jesteśmy na etapie planowania.

Wyrzuciłeś już z głowy nokaut, który zafundował ci Wilder?

Co ja miałem wyrzucać, jak go nawet nie pamiętam. Z 4-5 razy widziałem to na powtórkach i za każdym razem łapałem się za głowę. Po chwili jednak śmiałem się z tego. Takie rzeczy w boksie się zdarzają. Było w tym dużo przypadku.

Jakie cele zapisałeś sobie na 2017 rok na tych legendarnych już karteczkach?

W tym roku nie wypisywałem nowych karteczek, bo cele cały czas są te same. Oczywiście te, których nie udało mi się osiągnąć. Chcę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Moim celem jest dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie. Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości. Mam nadzieję, że jeszcze ze dwie walki i będę oficjalanym pretendentem. Jak nie Wilder, to może ktoś inny, ale Amerykanin jest dla mnie jakiś taki… wyjątkowy.

Czyli pomysł z powrotem do wagi junior ciężkiej umarł już śmiercią naturalną?

Chyba tak. O zmianie kategorii wagowej pomyślałem i zacząłem o tym gadać, gdy byłem w ciężkim treningu, a waga mocno leciała w dół. Przy 102 kilogramach waga się jednak zatrzymała, a nawet poszła w górę, więc pojawiło się dużo znaków zapytania. W kategorii junior ciężkiej na pewno byłbym silny, ale czy starczyłoby mi energii? Nie wiem. Edwin Rodriguez opowiadał mi, że po konkretnym zbijaniu wagi, później na walce wyglądał słabo, nie miał kondycji. W mojej sytuacji bałbym się tego samego. Nie wiem, czy jest sens zrzucać na siłę wagę, a później męczyć się w ringu. Tu nie chodzi o to, że nie chce mi się tego robić. Gdybym był gruby i miał z czego schodzić, to mógłbym o tym pomyśleć na serio. Ale u mnie praktycznie nie ma tłuszczu. Nie ściemniam. Jak zobaczysz u mnie tłuszcz, to dam ci kasiorę. Nie zobaczysz, nie ma szans.

Jaką karę dałbyś Michałowi Cieślakowi i Nikodemowi Jeżewskiemu za dopingową wpadkę?

Nie chcę ich karać, nie jestem od tego. Na pewno jest to jakiś tam cios dla boksu w Polsce. Przez opinię publiczną już zostali osądzeni. Jakaś tam kara powinna ich spotkać, żeby to była przestroga dla innych. Oni są jeszcze młodzi, więc szkoda kończyć im kariery. Kopa od życia już dostali. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chłopaki wpadli przypadkiem, bo gdyby nie walczyli o pas, nie byłoby testów. Pięściarze powinni być częściej badani. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, że powstał program Clean Boxing. Dzięki temu mogę chociaż przypuszczać, że nie wchodzę do ringu z nakoksowanym rywalem.

Nie chciałeś podbić stawki w zakładzie z Tomaszem Babilońskim na wygranego w pojedynku Krzysztof Zimnoch vs Mike Mollo?

Nie podbijałem stawki. Tomek zaproponował tysiąc dolarów, przyjąłem propozycję i tyle. Mike Mollo zrobi swoją robotę, a mi tysiąc wpadnie do kieszeni. Easy money.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

b-hop.jpg
fot. Golden Boy Promotions

Nie był grzecznym chłopcem. Napady rabunkowe, bójki i aresztowania – tak kiedyś wyglądało jego życie. Po wyjściu z więzienia obiecał sobie, że nigdy tam nie wróci. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring. Kiedyś był „Katem”, dziś jest „Kosmitą”. „Katem” w sumie jest cały czas. 17 grudnia Bernard Hopkins stoczy pożegnalną walkę. Tak przynajmniej zapowiada.

2006 rok. Antonio Tarver na konferencji prasowej wręczył Hopkinsowi bujany fotel. Trzeba przyznać, że to fajny prezent dla faceta, którego ma się zamiar wysłać na bokserską emeryturę. A takie plany miał przecież Tarver. Hopkins był wtedy 41-latkiem po przejściach. Przegrał dwie walki z Jarmainem Taylorem, w których stracił i nie odzyskał mistrzowskich tytułów. To był koniec jego dominacji, która trwała aż 10 lat. W tym czasie mistrzowskiego pasa bronił aż 20 razy.

Po porażce z Taylorem słychać było głosy, że to jest koniec B-Hopa. Tak samo myślał Tarver, który nawet założył się z nim o 250 tysięcy dolarów, że znokautuje go w ciągu sześciu rund. Nie udało mu się tego zrobić. Na dodatek w piątej rundzie sam był liczony i ostatecznie przegrał na punkty. Tarver mógł się bujać. Oczywiście w swoim fotelu. – Po tym pojedynku „Kat” mówił, że w boksie zrobił już wszystko i wspominał coś o emeryturze, ale to było tylko takie gadanie – przypomina Andrzej Kostyra.

10 lat później… Emerytura odłożona na jutro

Bernard Hopkins znów mówi o przejściu na emeryturę. Tym razem raczej nie blefuje, w końcu za chwilę będzie zdmuchiwał 52 świeczki z tortu. 17 grudnia ma stoczyć pożegnalny pojedynek. Jego rówieśnik – Lennox Lewis już trzynaście lat temu wyniósł rękawice na strych i powiedział do widzenia, a Hopkins wciąż trwa w tym biznesie.

Krzysztof Włodarczyk zapytany ostatnio o to, ile lat zamierza jeszcze boksować, odpowiedział: “Maksymalnie pięć, do czterdziestki. Potem to już jest cyrk, a nie boksowanie” [cytat za weszlo.com]. Diablo nie minął się z prawdą. – Niewielu odchodzi w odpowiednim momencie – zauważa Kostyra.

Weźmy takiego Roya Jonesa Juniora. Kiedyś uznawany był za jednego z najlepszych pięściarzy świata. Dzisiaj ma 47 lat i mimo że jest cieniem samego siebie, jeździ po świecie i walczy na podrzędnych galach. Ludzie się z niego śmieją, ale on nie zamierza kończyć kariery. Dzięki niemu pięściarze pokroju Pawła Głażewskiego będą mogli opowiadać kumplom przy piwie, że mieli legendę boksu na deskach.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Danny’ego Williamsa, który kiedyś pokonał Mike’a Tysona. Dziś Williams nazywa siebie bokserską prostytutką. Niestety, to trafne określenie. Jest już po czterdziestce, ale wciąż dorabia między linami. Różni się od Roya Jones Jr tym, że w prawie każdej walce dostaje po łbie – na 20 ostatnich pojedynków przegrał 16 razy (sic!). Nie tak dawno gościliśmy w Polsce Oliviera McCalla (rówieśnik Hopkinsa), który też na siłę przedłużał swoją karierę i stoczył o kilka walk za dużo. Gdyby wcześniej odwiesił rękawice na kołku, nie musiałby tłumaczyć wnukom, kim byli Krzysztof Zimnoch i Marcin Rekowski, czyli panowie, z którymi przegrał.

Andrzej Gołota (trzy lata młodszy od „B-Hopa”) też niepotrzebnie opóźniał zakończenie kariery. Podobne przypadki można wymieniać i wymieniać. – W pułapkę łatwo jest wpaść, ale trudno się z niej wyplątać. Ring jest dla pięściarzy właśnie taką pułapką – mówi Kostyra. – W niektórych przypadkach nie chodzi nawet o aspekt finansowy. Manny Pacquaio powiedział kiedyś, że po rozbracie z boksem pięściarze czują pustkę duchową i trafił w punkt – dodaje Maciej Miszkiń.

„Nigdy nie będzie już kogoś takiego”

Przypadek Bernarda Hopkinsa jest jednak inny. “Kat” zestarzał się w ringu, ale nie przeszkadzało mu to w zdobywaniu kolejnych mistrzowskich tytułów. Niektórzy mogli go nazywać staruszkiem, ale on nic sobie z tego nie robił. Brał dużo młodszych rywali za rączkę i dawał im lekcje boksu. – Nigdy nie będzie już kogoś takiego jak Hopkins, w żadnym sporcie – to słowa Oscara de la Hoi. – Tacy pięściarze nie rodzą się na kamieniu, to jest fenomen – dodaje Kostyra.

Gdy w 2011 roku „B-Hop” pokonał Jeana Pascala, pobił należący do George’a Foremana rekord i został najstarszym mistrzem świata w historii boksu. Miał wtedy 46 lat. Dwa lata później wygrywając z Tavorisem Cloudem, zdobył pas IBF i przy okazji pobił swój rekord. W 2014 roku rozprawił się z Beibutem Szumenowem i został pierwszym pięściarzem, który w wieku 49 lat zunifikował tytuły. – To będą bardzo trudne do pobicia rekordy. Choć pamiętajmy, że w historii byli pięściarze, którzy dobrą formą imponowali równie długo jak Hopkins. Choćby Larry Holmes, który swój ostatni, wygrany pojedynek stoczył, mając 53 lata. Nie zapominajmy też o Foremanie, który w ostatniej walce, gdy miał 48 lat, zlał Briggsa, ale został haniebnie oszukany – mówi Janusz Pindera.

“Kosmitę” ostatni raz w ringu widzieliśmy prawie dwa lata temu. Stracił wtedy mistrzowskie pasy, ale nie przegrał z byle kim. Sergieja Kowaliowa nie trzeba przecież nikomu przedstawiać. Rosjanin w tamtym czasie siał postrach w kategorii półciężkiej. Praktycznie po kolei nokautował swoich rywali, ale „B-Hopa” nie zdołał wykończyć przed czasem. Zresztą nikomu to się nie udało. NIKOMU. Oczywiście znajdą się tacy, którzy nie doceniają kunsztu Hopkinsa. Czasami można usłyszeć opinię, że to ringowy cwaniak, że jego styl walki jest odpychający

– Słowo odpychający nie jest najlepszym określeniem, choć Hopkins rzeczywiście odpychał swoich rywali, klinczował – mówi Kostyra. – To był bezpieczny dla niego styl. Stąd ta jego długowieczność – dodaje Miszkiń. – Kiedyś wyczytałem, że on ma takie motto: przyjmuj mniej, zadaj więcej. Potrafił to wcielić w życie, bo nie przyjmował zbyt wiele ciosów. Fachowcy z CompuBox wyliczyli, że z czterech ciosów wyprowadzonych przez rywali, do Hopkinsa dochodzi tylko jeden. Świadczy to o jego fantastycznej obronie – dodaje Kostyra. – Tak naprawdę „Kat” łączył w sobie dwie rzeczy: był asekuracyjny do momentu, gdy było zagrożenie ze strony przeciwnika, później przechodził do kontrofensywny i miał instynkt zabójcy – kończy wątek Miszkiń.

Adamek był za duży i za silny dla Hopkinsa?

W 2009 roku były robione podchody do walki Tomasza Adamka z Bernardem Hopkinsem. Za pierwszym podejściem rozbiło się o pieniądze. Podobno „Góralowi” oferowano 500 tysięcy dolarów za ten pojedynek, ale reprezentująca jego interesy Kathy Duva z Main Events uznała tę propozycję za śmieszną. Po jakimś czasie temat konfrontacji tych panów znów wrócił.

– „Richard Schaeffer jako przedstawiciel Golden Boy Promotions, ja z ramienia Main Events oraz Tomek chcemy tej walki. Stacja telewizyjna HBO zablokowała dla nas datę 30 stycznia przyszłego roku (2010 – przyp.red.), mamy miejsce, czyli Prudential Center w Newarku znane wszystkim polskim kibicom, są pieniądze zadowalające obie strony. Ostatnie słowo należeć będzie do Bernarda. Tylko on może zatrzymać tę walkę. W jego rękach jest wiele milionów dolarów.”- mówiła w sierpniu 2009 roku w rozmowie z „Super Expressem” Kathy Duva

Tomek Adamek, który miał już wtedy na horyzoncie walkę z Andrzejem Gołotą, zdążył nawet powiedzieć, że chce zakończyć kariery obu legend, najpierw Gołoty, później Hopkinsa. Jednak do jego pojedynku z Amerykaninem nie doszło. – Szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo Tomkowi mimo wszystko zabrakło walk z legendami – mówi Pindera. Na łamach „Przeglądu Sportowego” głos w tej sprawie zabrał wtedy Adamek: „Mogliśmy walczyć, HBO dawało kupę kasy. Nie chce, trudno (…) Mamy swoje źródła, więc wiedzieliśmy, co się dzieje. A Ziggy Rozalski od początku mówił, że Hopkins się ze mną nie spotka, bo się boi. Jestem dla niego za duży i za silny.”

– Hopkins nikogo się nie bał i nie unikał z nikim walk. Na pewno nie jest tchórzem. W tym przypadku musiało być jakieś drugie dno, ale to już pewnie lepiej wie Ziggy Rozalski – twierdzi Kostyra.

Wyrok: 18 lat więzienia

Bernard Hopkins swoim życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Gdy miał 13 lat podczas napadu rabunkowego trzy razy został ugodzony nożem. Cudem przeżył. Jako małolat był członkiem lokalnych gangów. Na ulicach Filadelfii nie było mu łatwo. – W jednym z wywiadów powiedział, że był aresztowany ponad 30 razy – mówi Kostyra. W końcu się doigrał. Mając 17 lat trafił do więzienia. Usłyszał wyrok: 18 lat więzienia.

Nie zmarnował jednak życia za kratami, bo za dobre sprawowanie wyszedł po niespełna pięciu latach. Nie wrócił już na przestępczą ścieżkę. – To była zupełna przemiana człowieka. Hopkins mówił, że w więzieniu ring był dla niego azylem, wybawieniem. Wspominał też, że kiedy wychodził na wolność, strażnik powiedział do niego: kolego, niedługo tu wrócisz. Bernard obiecał sobie, że nigdy tak się nie stanie – mówi Pindera. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring.

Na zawodowych ringach zadebiutował 28 lat temu. Przegrał wtedy z Clintonem Mitchellem, którego dzisiaj nikt nawet nie kojarzy. Facet stoczył pięć walk i słuch o nim zaginął. „B-Hop” zbyt długo nie rozpamiętywał tamtej porażki, tylko wziął się do roboty. Po szesnastu miesiącach wrócił na ring i zaczął wygrywać walkę za walką. W latach 1990-92 uzbierał 21 zwycięstw. Nie brał nadgodzin, bo 16 z tych 21 pojedynków wygrał przed czasem. Najczęściej odsyłał rywali do domu już w pierwszej rundzie. Był Katem.

Hopkins potknął się w maju 1993 roku, gdy na jego drodze stanął Roy Jones Junior. To był pojedynek o mistrzostwo świata wagi średniej federacji IBF. Dla obu pięściarzy była to pierwsza konfrontacja o tytuł mistrzowski. Agencja The Associated Press pisała po walce „Roy był zbyt szybki i zbyt silny dla Hopkinsa”. Tak na marginesie, 17 lat później Hopkins wyrównał rachunki z Royem Jonesem.

Lewy hak na wątrobę załatwił sprawę

W 1995 roku „Kat” został właścicielem pasa IBF. Zdobył go w pojedynku z Segundo Mercado. Przez dziesięć lat nikt nie potrafił odebrać mu tego tytułu. Po drodze zdobywał też pasy innych federacji – WBC, WBA i WBO. W tym czasie stoczył dwa pojedynki, o których będzie się mówiło jeszcze latami.

29.09 2001: Bernard Hopkins vs Felix Trinidad

Gorąco było już przed walką. Oddajemy głos Andrzejowi Kostyrze: Na konferencji prasowej przed walką Hopkins zdeptał flagę Portoryko, czym rozwścieczył kibiców Trinidada. Tłum ludzi z bejsbolami i pistoletami zaczął zmierzać w kierunku hali. Hopkinsa trzeba było ewakuować helikopterem, bo spotkanie z tymi osobami mogło się dla niego źle skończyć. W ringu też było ciekawie. „Kat” znokautował rywala w 12. rundzie i zabrał mu pas WBA. Za walkę zarobił 2,5 miliona dolarów. Magazyn „The Ring” dziesiątą rundę tego pojedynku uznał za najlepszą w 2001 roku.

18.09.2004 Bernard-Hopkins vs Oscar de la Hoya

Dzisiaj są partnerami w biznesie, ale ponad 12 lat temu stoczyli walkę o cztery mistrzowskie pasy. – W 9. rundzie Hopkins trzepnął Oscara lewym hakiem na wątrobę i było po wszystkim. De la Hoya przez dłuższą chwilę zwijał się z bólu, ale jak doszedł do siebie, walił z wściekłością pięścią w matę ringu – relacjonuje ten pojedynek Kostyra. – To był idealny cios. Chciałem wstać, ale nie mogłem. Nigdy nie czułem takiego bólu – tak wyglądało to z perspektywy „Złotego Chłopca”. – Oscar mówił przed walką, że nie wyobraża sobie, że ktokolwiek może go znokautować ciosem na korpus. Hopkins zrobił to z zimną krwią – dodaje Pindera. Do momentu przerwania pojedynku, „Kat” prowadził u sędziów punktowych 2:1 (79-73, 78-74, 75-77). Hopkins po tym pojedynku był bogatszy o 10 milionów dolarów. Jego rywal o 30.

Jego dominację w wadze średniej przerwał Taylor. Później Hopkins zmienił kategorię wagową na półciężką i tam bił rekordy długowieczności, ale o tym już była mowa.

Bujany fotel czeka na Hopkinsa

17 grudnia Hopkins ma się pożegnać z ringiem. Jego przeciwnikiem będzie młodszy o prawie 25 lat Joe Smith Jr, który ostatnio sprawił niezłego psikusa Andrzejowi Fonfarze, wygrywając z nim przed czasem. – Smith to idealny rywal na walkę pożegnalną. Nie sądzę, żeby Hopkins miał z nim jakieś problemy – uważa Kostyra. – Może to nie jest przeciwnik o wielkim nazwisku, ale na pewno jest niebezpieczny. „Kat” mógł wziąć sobie kogoś bardziej wyboksowanego, mniej niebezpiecznego, ale to nie byłoby w jego stylu. On zawsze podejmował wyzwania – dodaje Janusz Pindera.

„B-Hop” zapowiada, że w konfrontacji ze Smithem będzie celował w nokaut. Jest głodny tego nokautu, bo ostatni raz przed czasem wygrał 12 lat temu. – Warto też zauważyć, że wrócił teraz do przydomka „Kat”, bo przecież ostatnio był „Kosmitą”- mówi Pindera. – Chcę dać taki występ, po którym będziecie mnie błagać, żebym walczył dalej –  zapowiadał niedawno Hopkins. Czyżby on nie miał zamiaru jeszcze kończyć kariery?

– Hopkins cały czas wraca na ring, bo jest uzależniony od tego sportu, bo jest niewolnikiem boksu. Jeśli walka ze Smithem pójdzie po jego myśli, to pewnie dostanie kolejną ofertę, którą znów przyjmie – uważa Maciej Miszkiń. – Po najbliższym pojedynku powinien dać już sobie spokój. Był przecież na skraju przegranej przed czasem z Kowaliowem i to powinien być dla niego dzwonek alarmowy. Sygnał typu: uważaj, chłopie. Nie powinien tego bagatelizować. Choć, powtarzam, ze Smithem nie powinien mieć problemów – sądzi Andrzej Kostyra.

W tym biznesie wszystko jest możliwe. Często się zdarza, że walka pożegnalna jest przepustką do… kolejnego pojedynku. Kiedyś jednak trzeba dać sobie spokój, usiąść w bujanym fotelu i powspominać. Hopkins ma akurat o czym.

Krzysztof Smajek