Posts Tagged ‘przemek saleta’

saleta_foto
Fot. http://www.maciejgillert.pl

Po kilku ostatnich pojedynkach wydaje się, że polska waga ciężka istnieje tylko na papierze. Patrzysz w lewo: na deskach leży Artur Szpilka, patrzysz w prawo: znokautowany zostaje Krzysztof Zimnoch. Znów patrzysz w lewo: widzisz poturbowanego Izu Ugonoha. Źle to wygląda. Przemek Saleta bez cienia wątpliwości mówi w rozmowie z Po Gongu, że sytuacja jest fatalna.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Czemu się zaśmiałeś, gdy powiedziałem, że chcę porozmawiać o polskiej wadze ciężkiej?

Bo tak naprawdę nie ma teraz, o czym rozmawiać. Gdybyś poruszył ten temat rok temu, nastrój do rozmowy był zupełnie inny.

W jakim stanie jest dzisiaj polska waga ciężka?

W fatalnym, bo jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Adam Kownacki. Ci, którzy uważali, że są najlepsi, czyli Artur Szpilka i Krzysztof Zimnoch, zostali rozjechani w ostatnich walkach i nie wiadomo, czy będą w stanie się odbudować. Mariusz Wach, mówiąc żartem, nie wiem, czy jeszcze żyje. Izu Ugonoh też jest po przegranej, jego kariera znalazła się w fazie zawieszenia. Generalnie problem z polskim pięściarzami jest taki, że żaden nie ma swojego stylu. Swój styl miał Szpilka, ale moim zdaniem przegrał z własnym ego. Po porażce z Wilderem powinien stoczyć 1-2 łatwe, mało płatne walki, żeby się odbudować, ale on szukał kasy i uważał, że jest gotowy na duże pojedynki. Nie ocenił realnie swoich możliwości. Było widać, że nokaut z rąk Wildera został w jego głowie. Artur jest bardzo charakternym zawodnikiem, gdy lądował na deskach w walkach z Mollo, to wstawał i wygrywał przez nokaut. A w pojedynku z Kownackim wydaje mi się, że dopadło go przerażenie.

W jaki sposób powinna być poprowadzona kariera Szpilki, żeby go przywrócić na właściwie tory?

Przede wszystkim spokojnie i bez szaleństw. Artur potrzebuje kilku pojedynków, żeby się odbudować i zdobyć pewność siebie. Być może walka z Krzysztofem Zimnochem byłaby teraz w jego zasięgu i do wygrania. Na pewno za taki pojedynek więcej by mu wpadło do kieszeni niż za zwykłą konfrontację na przetarcie.

Trwają przymiarki, żeby do tej walki doszło w grudniu. Starcie Szpilki z Zimnochem ma sens?

Ze sportowego punktu widzenia ich walka nigdy nie miała sensu. Oni byli zupełnie inaczej prowadzeni. Wcześniej ten pojedynek opłacał się tylko Zimnochowi, bo po wygranej z Arturem mógł zaistnieć w rankingach. Szpilka miał do załatwienia tylko osobiste sprawy, przy okazji mógł zarobić kasę. Teraz ich konfrontacja budzi emocje, bo opiera się na konflikcie, który ciągnie się od kilku lat.

Ta walka może sprzedać PPV w ilościach hurtowych i być biznesowym strzałem w dziesiątkę?

Wydaje mi się, że nie. W tym momencie ciężko mi sobie wyobrazić walkę w polskim boksie, która by się dobrze sprzedała w PPV. Obojętnie, w jakiej kategorii wagowej.

Czy przegrany pojedynku Zimnoch vs Szpilka będzie musiał zmienić branżę?

Nie wiem, ale musiałby na pewno skorygować swoje aspiracje. Jest wielu pięściarzy, którzy jeżdżą po świecie i zarabiają pieniądze w ringu. Nie mają ambitnych celów sportowych, ale żyją z boksu. Im lepszy rekord, tym więcej zarabiają. Tylko nie wiem, czy któregoś z nich to by interesowało.

Federacja KSW delikatnie romansuje z Arturem Szpilką. Widziałbyś go w oktagonie?

To zależy od tego, z kim by walczył. Ja pierwszy pojedynek wziąłem z gościem, który był zapaśnikiem. Miał ponad 20 stoczonych walk w MMA. To był bez sensu pomysł, ale taką dostałem propozycję i ją przyjąłem. Jeśli w przypadku Artura w grę wchodziłaby walka ze stójkowiczem o podobnym doświadczeniu, to może miałoby to rację bytu. Na pewno z komercyjnego punktu widzenia ma to sens. „Szpila” budzi emocje, sprzedaje walki, ale moim zdaniem ma coś jeszcze do udowodnienia, choćby sobie, w boksie. Większą kasę też może zarobić w ringu niż oktagonie. Oczywiście, jeśli wróci na odpowiedni poziom. Artur ma talent, żyje boksem, jest bardzo pracowity. Ma oczywiście też wady, ale dałbym mu kredyt zaufania. Niech jeszcze boksuje.

Krzysztof Zimnoch jest przeciętnym pięściarzem, czy walka z Abellem mu po prostu nie wyszła?

Krzysiek jest przeciętny we wszystkim, nie ma choćby jednej rzeczy, która byłaby bardzo dobra. Są pięściarze, którzy są słabi albo przeciętni w wielu elementach, ale mają coś ekstra: błysk, timing, mocne uderzenie, kondycję. Jakiś element, z którego korzystają w trudnych momentach. Z Zimnochem problem jest taki, że ma poprawną technikę, kondycję i szybkość, przeciętne warunki fizyczne i uderzenie, ale nie ma niczego wybitnego. Ja przynajmniej nie dostrzegam.

Chyba możemy powiedzieć, że jest odporny na ciosy. Od Abella sporo przyjął.

Na stojąco oglądałem walkę parę metrów od ringu i powiem szczerze, że przerażający był odgłos rękawicy Abella, która uderzała w głowę Zimnocha. Krzysiek stał, nie chwiał się po zainkasowaniu wielu mocnych ciosów, ale nie możemy od razu mówić, że ma szczękę z betonu. Jest jakiś limit ciosów, które można zebrać na głowę. W jednej walce przyjmujesz dużo, w drugiej nie masz już takiej odporności na ciosy. Pojedynek w Radomiu kosztował Zimnocha sporo zdrowia, w końcu skończył go na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Joey Abell to średniak, niektórzy mówią o nim: ekskluzywny journeyman. Czy któryś z polskich „ciężkich” mógłby go pokonać?

Wydaje mi się, że „Szpila” z walki z Wilderem dałby sobie z nim radę. Dzisiaj chyba tylko Wach… Mariusz jest dużym znakiem zapytania, ale przy swoich warunkach fizycznych mógłby wygrać z Abellem. Wydaje mi się, że byłaby to dobra walka, bo Mariusz mógł i może przyjąć. Tylko mam wątpliwości, czy pomiędzy pojedynkami dba o formę.

Powiedziałeś na początku rozmowy, że jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Kownacki. Adam może być poważnym graczem w wadze ciężkiej?

Obecnie w wadze ciężkiej jest wielu wielkich chłopów, a wydaje mi się, że Kownacki z dwumetrowcami będzie miał problem.

Czyli nie wyjdzie z zaplecza czołówki królewskiej dywizji?

Nie chciałbym tak mówić, bo Adam jest niepokonany, wygrał walkę ze Szpilką, w której prawie nikt na niego nie stawiał. Trzeba oceniać go z tego punktu widzenia. Ma trudny styl boksowania. Zadaje dużo ciosów, ma ciężkie ręce, cały czas idzie do przodu, może przyjąć. Dla rywali jest to frustrujące. Z Adamem nie można się bić. Trzeba boksować, schodzić z linii, ale tak, żeby mieć go cały czas w zasięgu. Wydaje mi się, że jeszcze jedna-dwie walki i Kownacki może dostać pojedynek o tytuł. Zależy, z kim będzie walczył jesienią. Teraz, gdy jest kilku mistrzów świata, łatwiej otrzymać pojedynek o pas.

Boxing.pl podał informację, potwierdził ją Mateusz Borek, że było blisko walki Tomasza Adamka z Dereckiem Chisorą. „Górala” stać jeszcze na pojedynki z takimi rywalami? 

Jestem ostatnią osobą, która odradzałaby komuś boksowania. Jeśli Tomek czuje się na siłach, żeby walczyć z takimi przeciwnikami, to nic mi do tego. Chisory jednak nie przeceniajmy. Też jest po przejściach, ma za sobą sporo trudnych walk. Nie jest wielkim ciężkim, czasami bywa nieprzygotowany do pojedynków. Konfrontacja z Whyte’em kosztowała go sporo zdrowia.

Adamek może jeszcze namieszać?

Namieszać nie, ale może jeszcze zarobić pieniądze w ringu.

Wierzysz Albertowi Sosnowskiemu, że zakończy karierę. Po porażce z Łukaszem Różańskim mówił, że to była prawdopodobnie jego ostatnia walka.

Słowo „prawdopodobnie” trochę mnie przeraziło. Szczerze mówiąc, nie pozwoliłbym mu walczyć już teraz. Znam Alberta, znam też Różańskiego i wiedziałem, że taki będzie scenariusz ich konfrontacji. Albert nie powinien już boksować, bo to może źle się skończyć dla jego zdrowia. Podam przykład Johna Braya, mojego znajomego, z którym przesparowaliśmy setki rund. Był bardzo odporny na ciosy, kipiał z tego powodu z dumy. Stoczył niewiele walk, bo karierę bokserską zakończył z bilansem 15-3. Sparował jednak ze wszystkimi pięściarzami z czołówki wagi ciężkiej, między innymi z Mikiem Tysonem. Chłopak jest ode mnie dwa lata młodszy. Rok temu zdiagnozowali u niego Alzheimera, encefalopatię bokserską, urazy mózgu, brak pamięci krótkiej. Za wszystko się płaci, niekoniecznie od razu. Pewne rzeczy mogą wyjść po 10 latach. Dla Alberta ten przykład powinien być przestrogą. Poza tym John lubił się zabawić, wypić, a alkohol i boks nie idą w parze. Dzisiaj płaci za to straszną cenę.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Reklamy


KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

M – Michalczewski Dariusz. Darek podczas swojej kariery doskonale rozumiał pracę dziennikarzy i wiedział, że potrzebują ciekawych informacji. Kiedyś – pamiętam – miał wypadek na autostradzie w Berlinie. Chwilę po zdarzeniu, jeszcze z autostrady, dzwoni do mnie. „Andrzej, miałem stłuczkę swoim mercedesem, chcesz jakieś fotki z miejsca kolizji?” To była niedziela, szykowaliśmy właśnie gazetę na poniedziałek, a tu niespodziewanie wpadł nam taki temat. Darek wysłał zdjęcia, a my zrobiliśmy story pod tytułem: Wypadek Michalczewskiego na autostradzie w Niemczech. Życzyłbym każdemu dziennikarzowi, żeby mógł współpracować z takimi pięściarzami jak Tiger.

Darek zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, zawsze był chętny do rozmowy. Niektórzy mówią, że szybciej mówi niż myśli. Może coś w tym jest, ale wolę takich raptusów, niż dyplomatów, którzy nigdy nic ciekawego nie powiedzą. Miał swoje różne grzeszki. Były naciski, żeby pisać o tym, ale nie dałem się namówić. Zainteresowani wiedzą, o co chodzi. Kiedyś Darek szedł z Jankiem Dydakiem i zaczepił ich jakiś pijak. Porywczy Janek chciał mu od razu przypierd…, ale Tiger odwiódł go od tego. Uspokoił prowodyra, a po chwili sprzedał mu lufę na bebechy. Po czym powiedział do Janka: „Gdybyś przywalił mu w łeb, byłyby problemy, a tak dostał za swoje i nie ma śladów.” Cały Darek, jak go nie uwielbiać. Cieszę, że odniósł sukces w biznesie. Gdy mężczyźni mają po kilka żon, to zazwyczaj zostają biedakami, jak na przykład Holyfield. Darek jest wyjątkiem. Wykształcił synów, ma wspaniałą żonę i stać go także na pomaganie innym.

N – Newark. Najszczęśliwsze w Ameryce miasto dla polskiego boksu. Tam Tomek Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył tytuł mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Niedawno Krzysiek Głowacki wygrał z Marco Huckiem. A kto teraz pamięta takiego boksera jak Antoni Zaleski, znany na zawodowych ringach jako Tony Zale? Amerykański Polak, który miał przydomek „Man of Steel” (Człowiek z Żelaza). Jeden z najwspanialszych czempionów wagi średniej w dziejach boksu. To właśnie w Newark (tyle że na Ruppert Stadium) stoczył w 1948 roku pojedynek o mistrzostwo świata z legendarnym Rockym Graziano i znokautował go w trzeciej rundzie. Historia kołem się toczy. Zale, Adamek, Głowacki… Który z polskich bokserów pójdzie w ich ślady i wywalczy w Newark kolejne mistrzostwo świata dla Polski?

O – Olszewski Lucjan. To niestety najbardziej zapomniana postać w polskim boksie i polskim dziennikarstwie. Człowiek o olbrzymiej, gigantycznej wiedzy. Był kapitanem sportowym PZB i redaktorem naczelnym „Boksu” a potem „Boksera”. Chodząca encyklopedia wiedzy o tej dyscypliny sportu. Gdy był naczelnym „Boksu” po legendarnym Aleksandrze Rekszy, za Biblię Boksu uważany był amerykański „The Ring”. Ale to bzdura, bo najlepszym pismem był „Boks” prowadzony przez Lucjana. Dzisiaj internet jest śmietnikiem, który trzeba dokładnie przeszukać, żeby znaleźć właściwe informacje. W tamtych czasach, jak ktoś kupował „Boks”, miał sto procent pewności, że tam nie ma żadnego błędu i znajdzie wszystko co trzeba o boksie. „Boks” był prenumerowany przez ludzi z całej Europy. Szkoda, że polski boks i dziennikarstwo nie wykorzystały potencjału  Lucjana Olszewskiego. Czasami wypijam z nim kawę i gadamy o starych, pięknych czasach.

P – Przemek Saleta. Zdobył mistrzostwo Europy, chociaż nikt w niego nie wierzył. Gdy wygrywał w 8. rundzie z Luanem Krasniqim nie było w Niemczech ani jednego polskiego dziennikarza. Byłem na ich rewanżowym pojedynku, który Przemek przegrał już w 1. rundzie, będąc trzy razy na deskach. Po tej walce ukazał się w „Super Expressie” wielki tytuł: „Saleta dupa, nie bokser”. Wymyślił go ówczesny redaktor naczelny. Jak wróciłem z Niemiec i to zobaczyłem, aż włosy stanęły mi dęba. Spytałem naczelnego, po co dał taki tytuł. W odpowiedzi usłyszałem: boksował jak dupa, czyli dupa nie bokser. Od razu zadzwoniłem do Przemka i przeprosiłem go za nie swoje grzechy. Jest facetem z klasą, więc przyjął przeprosiny. Do dzisiaj jesteśmy w dobrych kontaktach, bardzo go cenię.

Ostatnio dyskutowaliśmy, za pośrednictwem sms-ów, na temat jego udziału w kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Uważam, że popełnił błąd, angażując się w politykę. Tłumaczyłem mu, że politycy instrumentalnie traktują sportowców. Przemek dał się w to ciągnąć, a według mnie to było bez sensu. Więcej na tym stracił niż zyskał. Bardzo dobry analityk boksu. Mógłby robić karierę na kilku frontach, bo jest człowiekiem wielu talentów, ale nie ma chyba tylko talentu do biznesu. Nie zgadzam się z nim w jednym – Przemek jest za legalizacją dopingu, ja przeciwko.

P – Pershing. Domniemany przywódca gangsterów z Pruszkowa, a zarazem wielki kibic boksu. Byłem ostatnim dziennikarzem, który z nim rozmawiał. To było w Atlantic City. Siedzieliśmy sobie z Jurkiem Kulejem w pokoju w Trump Plaza, gdy popijaliśmy whiskey, przyszedł Ziggy Rozalski z Pershingiem. Zaproponowaliśmy z Jurkiem Pershingowi łyskacza, ale nie chciał alkoholu, zamówił wodę mineralną. Na początku rozmowa się nie kleiła, ale później Pershing się rozruszał i pogadaliśmy sobie trochę o walce Gołoty z Michaelem Grantem. Spytałem go, czy postawił jakąś kasę na wygraną Andrzeja. Powiedział, że w Las Vegas był dobry kurs na zwycięstwo Gołoty i postawił tam na Andrzeja 70 tysięcy dolarów.

Masa, najpopularniejszy świadek koronny w Polsce, twierdzi, że mafia i Pershing stawiali na Granta i dlatego Gołota poddał się w walce z Amerykaninem, mimo że wygraną miał w kieszeni. Czyja wersja jest prawdziwa? Chyba jednak Pershinga… Widziałem jak łamał i wyrzucał do kosza róże, które miał przygotowane dla Gołoty. Są też obrazki w telewizji, gdy widać Pershinga skaczącego z radości, gdy Grant lądował na deskach po ciosach Andrzeja. Teraz ma być w tej sprawie proces, mam w grudniu zeznawać jako świadek. Powiem co widziałem. Masa zapowiada, że wyciągnie wszystkich świadków i udowodni, że jego słowa są prawdziwe. Tych świadków to chyba będzie musiał wykopać spod ziemi…

Pamiętam, że wtedy w Trump Plaza, Pershing opowiadał mi, że miał kompleksy, bo był… łysy. Mówię do niego: „Panie Andrzeju, teraz można przecież zrobić sobie przeszczep włosów i po problemie”. A on: „Panie redaktorze, a wie pan, jaka to jest bolesna operacja?” Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, od razu przypomniała mi się ta rozmowa. Bał się przeszczepu włosów, a zginął od strzału w głowę. Ironia losu.

R – Rozalski Ziggy. Jako dzieciak wyjechał do Ameryki i tam zrobił karierę finansową. Dorobił się na prowadzeniu blacharni i lakierni, która obsługuje firmy ubezpieczeniowe. Mądrze poinwestował pieniądze, ma dom jak pałac. Pomógł zarówno Gołocie jak i Adamkowi w ich karierach. Bez niego trudno byłoby im odnieść sukcesy.

Ziggy zawsze ma przy sobie duże pieniądze. Nigdy nie widziałem go z portfelem, pieniądze nosi związane w gumki, setkami albo pięćdziesiątkami dolarów. W każdej chwili  jest przygotowany na wydawanie gotówki. Wykupił gym, który należał do Rocky’ego Marciano. Lubiłem Ziggyego i lubię, fajny facet. Z wyglądu to nie jest biznesmen, ale jest lepszym biznesmenem od setek pseudobiznesmenów ubranych w garnitury Armaniego. Pamiętam, że po jednej z walk zaproponował mi, żebym przewiózł od niego i Andrzeja Gołoty… 100 tysięcy dolarów i wręczył prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu na fundusz pomocy dla osób poszkodowanych w wielkiej powodzi, która nawiedziła południe Polski. Nie przewiozłem. Wiem, że potem Andrzej Gołota przekazał te 100 tysięcy dolarów prezydentowi Kwaśniewskiemu.

S – Skrzecz Paweł i Grzegorz. Jestem z nimi zaprzyjaźniony, to taka przyjaźń, o którą teraz trudno w relacjach dziennikarz – sportowiec. Oni byli młodymi bokserami, ja młodym dziennikarzem. Razem się bawiliśmy i świętowaliśmy. Dzisiaj dziennikarzy jest więcej niż bezdomnych psów, a wtedy liczących się było kilku i z tymi wielkimi sportowcami się przyjaźniliśmy. Obaj mieli wielkie serce do walki. Paweł powinien być mistrzem olimpijskim, ale nim nie został. Gdyby Andrzej Gołota miał serce do walki Pawła, to byłyby mistrzem świata, nie mam żadnych wątpliwości. Szkoda, że Paweł odszedł od boksu, bo nie stać nas na tracenie takich ludzi.

Teraz parę słów o Grześku. Podczas turnieju bokserskiego w Wenecji walczył ze Szwedem Brockiem i w tym pojedynku przyjął straszliwy cios, po którym przez półtorej rundy nie wiedział, co się działo wokół niego. Trener Michał Szczepan go jednak nie poddał i po walce trafił do szpitala, bo zapadł w śpiączkę. Na szczęście wyszedł z niej. PZB nie potrafił godnie go pożegnać, więc wziąłem to na swoje barki i zorganizowałem mecz z Gwiazdy Grzegorza Skrzecza kontra Hortex Ryki z mojego rodzinnego miasta. Drużyna, która przyjechała do Ryk to była prawdziwa plejada gwiazd. Selekcjonerem tego zespołu był Kazimierz Górski, grało wielu medalistów olimpijskich, mistrzów świata, gwiazd futbolu: Władek Komar, Tadzio Ślusarski, Andrzej Supron, Józek Łuszczek, Benek Blaut, Robert Gadocha, Antek Trzaskowski, Rysio Kulesza…. Pamiętam, że Grzesiek po meczu dostał szlafrok, kilka ręczników, szynkę, kilka kilogramów kiełbasy, baleron i pół litra wódki. Takie były czasy.

Ś – Średnicki Henryk. Gdyby trafił na zawodowstwo, na bank byłby mistrzem świata. Miał niesamowity ciąg na przeciwnika. Na mistrzostwach świata w Belgradzie w półfinale walczył z Rosjaninem Michajłowem i jak dopadł go przy linach, to lał przez półtorej minuty. Sędzia nie przerywał, bo cały czas była walka. Teraz jak ktoś wyprowadzi 4-5 ciosów, to mówi się, że bił serią. Serią to bił wtedy Heniek, który z wyprowadził z 50 ciosów. Miał notoryczne problemy z utrzymaniem wagi. Gdyby policzyć kilogramy, które zrzucał do kategorii muszej, to uzbierałoby się kilka ton. Był bardzo rozrywkowym człowiekiem i to go zgubiło. Lubił alkohol i dziewczyny. Miał fantazję w ringu, ale też poza nim. Przytoczę jedną historię.

Heniek pojechał kiedyś z reprezentacją Polski do Ugandy i tam wyrwał jakąś panienkę. Zapłacił jej w złotówkach, twierdząc, że to są… dolary Europy Wschodniej. Gdy panienka poszła wymienić te „dolary” na prawdziwe, zatrzymali ją, żądając wyjaśnień. Wtedy powiedziała, że pieniądze dostała od polskiego boksera i Średnicki mógł być w tarapatach, ale ówczesny prezes PZB Jacek Wasilewski, ojciec Andrzeja, interweniował i Heńkowi się upiekło.

T – Tyson Mike. Rozmawiałem z nim kilka razy i za każdym razem wrażenie robiły na mnie dwie rzeczy: pierwsza, że w ogóle nie miał szyi, druga, – jego głos. Mówił jakby go słowik dusił. Szkoda, że przepuścił pieniądze, które zarobił w ringu, ale jak się płaci 300 tysięcy dolarów rocznie na utrzymanie gołębi, to każdą fortunę można przepuścić. Teraz wyszedł na prostą. Ciekawy jestem czy zwróci 100 tysięcy za swojego angielskiego menedżera-cwaniaka, który organizował jego przyjazd do Polski i nie dotrzymał słowa. Kasą poszła, Tyson nie przyjechał. Tomasz Babiloński do dzisiaj nie odzyskał pieniędzy z tego tytułu. Ale podobno jest na dobrej drodze. „Bestia” to przykład pozytywnego wpływu więzienia na człowieka. Gdy Tyson siedział za domniemany gwałt na Desiree Washington czytał m.in… historię Polski, potem imponował wiedzą o naszym kraju.

U – Uli Wegner. To przedstawiciel starej niemieckiej szkoły trenerskiej, którą cechuje zamordyzm. Nie spoufalał się z zawodnikami, nigdy nie był dla nich kumplem. Do historii boksu przeszło to, w jaki sposób mobilizował Artura Abrahama w przerwie między rundami walki z Carlem Frochem. „Artur, jesteś tchórzem – mówił do swojego podopiecznego. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny trener w taki sposób mobilizował pięściarza.

Po innej walce (z Mirandą) Abraham  miał złamaną szczękę i wyglądał jak ofiara rozboju. Każdy inny trener w takiej sytuacji by go poddał, ale nie Uli Wegner. Niektórzy obrońcy praw człowieka chcieli, żeby za to zajęła się nim prokuratura, ale „Król Artur” był pierwszym, który wziął go w obronę. W Polsce też mieliśmy takiego trenera jak Wegner. Mam na myśli Antoniego Zygmunta, który też był zamordystą i na jego widok, wielu pięściarzom aż trzęsły się łydki.

W – Wasilewski Andrzej. To jest dyplomata tak wielkiej klasy, że jak idzie po schodach, to nie można odróżnić, czy wchodzi czy schodzi. Bez niego i Piotra Wernera, który wykonuje w tym duecie czarną robotę, nie byłoby polskiego zawodowego boksu. Wielkie uznanie za to, że zaangażowali się w polski zawodowy boks. Hejterzy zarzucają im, że prowadzą swoich zawodników ostrożnie jak babcia dzieci do przedszkola. Trochę w tym prawdy, ale liczą się ostateczne efekty… Proszę mi pokazać promotorów, który doprowadziłby takich pięściarzy jak Andrzej Wawrzyk i Paweł Kołodziej do walk o mistrzostwo świata. Są też tacy, którzy narzekają na poziom przeciwników, których na swoje gale sprowadzają panowie Wasilewski i Werner. Ostatnio w Newark na gali Ala Heymona Maciej Sulęcki walczył z bumem, którego organizatorzy pewnie wyciągnęli z dworca Nowym Jorku i dali ze sto dolarów za wyjście do ringu. Takich bumów na swoje gale Wasilewski i Werner nigdy nie sprowadzali. Te importowane z Węgier czy Czech puszki soku pomidorowego, które pojawiały się na ich galach przynajmniej padały po ciosach, a nie po świście powietrza, jak rywal Sulęckiego.

W – Włodarczyk Krzysztof. Lubię ludzi, którzy ciężką pracą dochodzą do sukcesów, a Krzysiek Włodarczyk jest takim człowiekiem. Zbyszek Raubo, jego pierwszy trener, twierdzi, że zdecydowanie większym talentem od Włodarczyka był Krzysztof Cieślak. Jednak Cieślak nic nie osiągnął, a Diablo był mistrzem świata. Do tego sukcesu doszedł ciężką pracą. Pamiętam jego walkę na mistrzostwach Polski w Płońsku, gdzie zlał go Wojciech Bartnik, zaprowadził go do bokserskiego przedszkola, wygrał 9:1. To jednak w tym przegranym pojedynku Andrzej Wasilewski dostrzegł jego talent. Szkoda, że w życiu osobistym Diablo się nie układa. Bardzo go lubię, ma serce na dłoni. Gdyby jeszcze był bardziej punktualny, umawia się na 14, a przyjeżdża godzinę później. Ale tu chyba już nikt go nie zmieni. Mam nadzieję, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i że odzyska pas mistrza świata. Chętnie zobaczyłbym jego walkę z Arturem Szpilką, na razie tylko obaj podgrzewają atmosferę. Ale wiem, że są przymiarki do tego pojedynku na Polsat Boxing Night. Ale chyba jeszcze nie w 2016, raczej w 2017. To byłby hit. Klasyczna walka nienawiści, nieudawanej, ale prawdziwej.

Z – Zbarski Krzysztof. Znajduje się w cieniu Andrzeja Wasilewskiego i spółki, ale też miał swoje promotorskie sukcesy. Doprowadził Alberta Sosnowskiego do mistrzostwa Europy a potem walki do mistrzostwo świata z Witalijem Kliczką, prowadził także karierę Grzesia Proksy. Kilka lat temu wykonał numer, których powinien się znaleźć w Księdze rekordów Guinnessa. Mieliśmy z Jurkiem Kulejem komentować jego galę w Irlandii, byliśmy już na miejscu, ale gala została odwołana, bo bokser z Ugandy, który miał wystąpić w walce wieczoru, zachorował na żółtaczkę. Robert Wichrowski (ówczesny szef sportu w TVN, która wtedy jeszcze zajmowała się sportem) zdenerwował się, zadzwonił do Zbarskiego z pretensjami, że przecież jest zarezerwowany czas w ramówce i ciężko jest w ostatniej chwili zmieniać plany. I gala się odbyła! Zbarski nie spał całą noc, obdzwonił pół Anglii, zmobilizował pięściarzy z tej odwołanej gali, wynajął studio filmowe, w którym kręcono wcześniej Bonda, załatwił ring, sędziów, spikera, przelot dla Jurka i dla mnie z Irlandii i dopiął swego. Na trybunach zasiadło z dziesięciu widzów, którzy robili za widownię. Cała impreza kosztowała go ładnych chyba z 30 tysięcy funtów, ale dotrzymał umowy z telewizją. Mistrzostwo świata.

KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek

Już przed galą Polsat Boxing Night mówiono, że przystawki będą lepsze od dania głównego. I to się potwierdziło, choć nikt się chyba nie spodziewał, że danie główne będzie aż tak niesmaczne, a przystawki takie smakowite.

Walka wieczoru rozczarowała, bo Przemek Saleta był tylko tłem dla Tomka Adamka i nie wywołał wojny, którą zapowiadał przed pojedynkiem. Saletę możemy jednak w jakimś stopniu usprawiedliwić, bo w trakcie walki odnowiła mu się kontuzja barku i nie mógł używać lewej ręki. A jedną ręką z tak dysponowanym „Góralem” wygrać się nie dało. Gdyby Saleta miał dwie sprawne ręce też pewnie by nie wygrał, bo jego rywal w sobotę był w dobrej formie. Przede wszystkim był szybki, bił kombinacjami i nie dał się trafiać.

Co dalej z karierą Adamka? Pewnie może liczyć na kolejną ofertę od Polsatu. Na polskim podwórku świetnie sprzedałby się jego pojedynek z Krzysztofem Włodarczykiem, który myśli o przeprowadzce do kategorii ciężkiej. Smakowitym kąskiem byłaby też jego walka z Mariuszem Wachem, ale dzisiaj za wcześnie jest na takie spekulacje, bo zarówno Włodarczyk jak i Wach mają swoje plany. Zresztą „Góral” nie chce słyszeć o tych nazwiskach, bo twierdzi, że z kolegami walczyć nie będzie. Nie wiadomo, co z tych przymiarek wyjdzie, ale Adamka w ringu jeszcze zobaczymy, bo po łatwym zwycięstwie nad Saletą nabrał ochoty na kolejne pojedynki. Choć tak naprawdę nie wiemy na co go stać, bo sprawdzian z „jednorękim” Saletą nie dał nam zbyt wielu odpowiedzi.

Bardzo pyszną przystawką była walka Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Panie zapowiadały, że w ringu rozpętają wojnę i słowa dotrzymały. Od pierwszego do ostatniego gongu walka trzymała w napięciu i nie było mowy o żadnej kalkulacji. Brodnicka podniosła się po nokdaunie w pierwszej rundzie i w dalszej części pojedynku pokazała, że ma charakter. Sędziowie nie byli jednomyślni – dwóch widziało wygraną Brodnickiej (77-75), jeden wypunktował zwycięstwo Piątkowskiej w stosunku 79-73. Werdykt wywołał sporo dyskusji, ale skoro pokonana stwierdziła, że był sprawiedliwy, to nie ma sensu drążyć tego tematu. Po takich walkach zawsze mówi się o rewanżu i w tym przypadku jest tak samo. Byłoby fajnie, gdyby panie jeszcze raz weszły do ringu, ale na razie królową jest Ewa Brodnicka i to ona musi się zgodzić na drugą konfrontację z Piątkowską.

Od razu po walce rewanżu z Nagy Aguilerą domagał się Marcin Rekowski, który doznał porażki w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. „Rex” prowadził na punkty, ale w samej końcówce walki przyjął straszną bombę, po której zataczał się, jakby właśnie wyszedł z baru po całonocnej imprezie. Jednak nie dał się wyliczyć i kontynuował walkę. Po chwili Aguilera przypuścił kolejny atak i sędzia Dariusz Zwoliński zakończył pojedynek. Niepotrzebnie, bo Rekowski, mimo że był zamroczony, panował nad sytuacją i od wygranej dzieliły go raptem 2-3 sekundy.

Rekowski był bardzo rozgoryczony tym faktem i po walce użył kilku mocnych słów. Co z tego? Wynik poszedł w świat i nikt mu już nie wykreśli porażki z rekordu. Sama walka była bardzo ładna dla oka, od pierwszej rundy nokaut unosił się w powietrzu. Przed pojedynkiem zachodziły obawy, że Aguilera wyjdzie do ringu tylko po wypłatę, ale nic takiego nie miało miejsca. Pięściarz pochodzący z Dominikany przyjechał dać dobrą walkę i swoje zrobił. Szkoda tylko, że pojedynek zakończył się w takich okolicznościach. Jednak Rekowski nie może mieć pretensji tylko do sędziego. Mógł skończyć Aguilerę wcześniej. Przecież okazji nie brakowało.

W pozostałych pojedynkach wszystko poszło zgodnie z planem. Michał Cieślak znów zrobił show i w ciągu rundy „spakował i odprawił” do domu swojego rywala. Po walce z Coxem po raz kolejny wywołał do tablicy Łukasza Janika, który wyraził zainteresowanie taką walką. Ten pojedynek mógłby być ozdobą kolejnej gali Polsat Boxing Night, której kartę walk można powoli układać.

Walka Adamek vs Saleta jest głównym daniem gali Polsat Boxing Night, ale smaczniejsze wydają się być przystawki. Zwłaszcza ta jedna. Mowa oczywiście o konfrontacji Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Poza tym w łódzkiej Atlas Arenie zobaczymy między innymi Marcina Rekowskiego, dla którego walka z Nagy Aguilerą wcale nie musi być spacerkiem. 

– Czas pomału odchodzić z boksu – to słowa Tomasza Adamka, które wypowiedział po porażce z Arturem Szpilką. Minęło kilka miesięcy i „Górala” znów zobaczymy między linami. Pierwotnie zakładano, że konfrontacja z Przemkiem Saletą będzie jego pożegnalnym pojedynkiem, ale plany się zmieniły. Dzisiaj Adamek stawia sprawę jasno – jeśli w walce z Saletą będzie sobą, to pokusi się o kolejne pojedynki.

Adamek chce uciec przed bokserskim domem starości

 Adamek, żeby wrócić do wielkiego boksu, nie może tej walki tylko wygrać. Musi dominować, wygrać efektownie, przez KO” – pisze w swoim tekście na polsatsport.pl Przemek Garczarczyk. I ma sto procent racji, bo przecież Saleta od kilku lat, z małą przerwą na walkę z Andrzejem Gołotą, przebywa w bokserskim domu starości i nie powinien być dla „Górala” zbyt dużym wyzwaniem. Po porażkach z Głazkowem i Szpilką jedną nogą w bokserskim domu starości jest też Adamek, który jednak nie chce dostać tam stałego zameldowania.

Saleta w kilku wywiadach powtarzał, że jego plan na pojedynek jest prosty – wojna. Przede wszystkim zależy mu na tym, żeby zrobić show dla kibiców. Bukmacherzy i prawie wszyscy eksperci nie dają mu żadnych szans. I nie ma się, co dziwić, bo wszystkie argumenty (przede wszystkim szybkość) są po stronie byłego mistrza świata dwóch kategorii wagowych. Chyba pozostaje nam tylko, licytować się o to, ile rund potrwa ten pojedynek. Z tym ostatnim zdaniem nie zgodziłby się Zbigniew Raubo, który… prognozuje porażkę „Górala”. Po tych słowach niektórzy pewnie traktują go jako wariata, ale poczekajmy z tym osądem do soboty.

Przystawki smaczniejsze od dania głównego

Walka Adamek vs Saleta jest głównym daniem gali Polsat Boxing Night, ale smaczniejsze wydają się być przystawki. Zwłaszcza ta jedna. Mowa oczywiście o konfrontacji Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Dawno w polskim boksie nie było takiego zamieszania wokół pojedynku. Panie szczypały się na każdym kroku, a słowa o „aspirowaniu do miana striptizerki” i „chłopięcej urodzie przeciwniczki” cytowały wszystkie sportowe media w naszym kraju.

Trzeba przyznać, że Ewy świetnie wypromowały swój pojedynek. W sumie to wypromowało go życie, bo pięściarki autentycznie się nie lubią. Ich walkę obejrzą nawet ci, którzy dzisiaj zaklinają się, że boks kobiet jest nudny i nikogo nie interesuje. O szansach w damskiej konfrontacji nie ma sensu się zbytnio rozpisywać, bo wygra ta, która lepiej wytrzyma ciśnienie.

Spore zainteresowanie wywołuje też pojedynek Miszkiń vs Gargula. W tym przypadku faworytem jest pięściarz grupy Sferis KnockOut Promotions, który ma też o wiele więcej do stracenia w tej walce, bo porażka może wyhamować jego karierę. Z kolei Gargula nic nie musi. Jeszcze niedawno odsiadywał długi wyrok w więzieniu, a teraz będzie walczył na największej gali w Polsce. Swoje już wygrał. Reszta w jego rękach, bo zwycięstwo w sobotę może otworzyć mu kolejne drzwi. Tylko, czy ktoś postawi pieniądze na wygraną faceta z anemią?

Rekowski nie może liczyć na spacerek

Pierwotnie rywalem Marcina Rekowskiego miał być Mariusz Wach. Panowie nawet spotkali się na konferencji prasowej, spojrzeli sobie w oczy, ale ostatecznie do ich pojedynku nie dojdzie, bo „Wiking” wybrał opcję z Powietkinem. Szkoda, bo to mogła być jedna z lepszych walk w historii Polsat Boxing Night. Ostatecznie „Rex” skrzyżuje rękawice z solidnym Nagy Aguilerą, który ma dobre nazwisko i spory bagaż doświadczeń. Walczył przecież z pięściarzami lepszymi od Rekowskiego i tylko dwa razy przegrał przed czasem. Polak nie może nastawić się na spacerek, ale jeśli chce się liczyć w tym biznesie, musi wygrać. Najlepiej efektownie.

Na gali w łódzkiej Atlas Arenie pokażą się też Kamil Szeremeta, Dariusz Sęk i Michał Cieślak. Najtrudniejsze zadanie stoi chyba przed Szeremetą, bo Patrick Mendy nie jest pięściarzem z łapanki i tanio skóry nie sprzeda. Kamil w ostatniej walce w Międzyzdrojach wypadł poniżej oczekiwań, więc teraz ma okazję do rehabilitacji. Na wpadkę nie może pozwolić sobie także Darek Sęk, który walczył już z lepszymi przeciwnikami niż Pedro Otas. Brazylijczyk ma ładny dla oka bilans, ale nabity na anonimowych rywalach. Z Polski powinien wyjechać z trzecią w karierze porażką.

W ciemno możemy założyć, że walka Michała Cieślaka z Shawnem Coxem nie potrwa całego dystansu. Polak ostatnio w ekspresowym tempie rozprawił się z Jarno Rosbergiem i pewnie w sobotę będzie chciał zrobić to samo. „Snajper” z Barbadosu na ostatnich siedem walk przegrał aż pięć razy (za każdym razem przed czasem) i wszystko wskazuje na to, że w sobotę zbierze solidny oklep.

Krzysztof Smajek

Tomasz Adamek

– Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze – mówi w rozmowie z Po Gongu Tomasz Adamek.

Czy Tomasza Adamka stać jeszcze na dobry boks?

Czas pokaże. Od trzech tygodni przygotowuję się do walki z Przemkiem Saletą. Mój trener od przygotowania fizycznego – Kuba Chycki – wyciska ze mnie siódme poty. Nie mam żadnej kontuzji, czuję się świetnie, ale dopiero 26 września przekonamy się, ile wart jest Tomek Adamek. Na treningach może wszystko wychodzić, a w ringu może nie wyjść. Zawsze powtarzam, że ring weryfikuje wszystko.

Ma pan jeszcze motywację do ciężkich treningów?

Gdybym jej nie miał, to by mnie tutaj nie było.

Dariusz Michalczewski twierdzi, że wraca pan na ring ze względów finansowych. To prawda?

Niech się Darek nie martwi o moje finanse. Bogu dziękować, mam dobrą żonę, która potrafi gospodarować pieniędzmi. Nie wychodzę do ringu dla pieniędzy. Wracam, bo nie chcę kończyć kariery przegraną walką, w której nie byłem sobą. Chcę pokazać kibicom, że potrafię jeszcze walczyć i wygrywać.

Mateusz Borek zorganizował panu przed walką z Przemkiem Saletą obóz z prawdziwego zdarzenia. Jak wcześniej wyglądały pana przygotowania do walk?

To jest jeden z lepszych obozów w mojej karierze. Gdyby nie to, że Mateusz Borek zorganizował mi te przygotowania, to pewnie nie zgodziłbym się na ponowne wyjście do ringu. Dałem sobie jeszcze jedną szansę. Podczas poprzednich obozów nie miałem aż tylu badań i takiej opieki medycznej, jaką mam teraz. W górach mówią, że zajechać można nawet konia, a ja jestem takim koniem, który ciężko pracuje. Czasami przetrenowanie jest gorsze niż niedotrenowanie, bo wtedy nie jest się tym samym pięściarzem. Mnie takie błędy już się zdarzały.

Przemek Saleta chce iść z panem na wojnę. Jak pan zamierza na to odpowiedzieć?

Muszę być przygotowany na wszystko. Zarówno na obronę jak i na atak. Chcę pokazać kibicom, że ze starego Adamka jeszcze sporo zostało. W boksie największą sztuką jest zadać cios i nie przyjąć. Takie wojny mogę toczyć.

Mam pan jeszcze jakieś sportowe marzenia i cele?

Walka z Przemkiem Saletą jest dla mnie taką jakby przepustką do dalszych marzeń. Jeśli w tym pojedynku będę sobą, to pewnie po raz kolejny wyjdę do ringu. Jeśli nie będę miał swoich atutów, zakończę karierę. To jest boks i nie można w ringu przesadzać, bo można w nim stracić zdrowie a nawet życie.

Ile razy oglądał pan swoją walkę z Arturem Szpilką?

Widziałem tylko parę rund. W tym pojedynku nie byłem sobą, nie byłem szybki i dlatego w tej walce było tak mało walki.

Zlekceważył pan wtedy Szpilkę?

Nie, nigdy nie zlekceważyłem żadnego rywala. Trenowałem do tego pojedynku w górach, ale nie miałem trenera od przygotowania fizycznego i to był błąd. Było jak było, trzeba umieć przegrać. Wnioski wyciągnąłem i dałem się namówić na kolejną walkę.

Kto był dla pana trudniejszym rywalem – Głazkow czy Szpilka?

Oczywiście, że Głazkow, bo jest pięściarzem mocniej bijącym i przyjąłem od niego parę mocnych ciosów. W ostatniej walce tych ciosów nie było za wiele.

W środowisku słychać opinię, że Roger Bloodworth nie jest w stanie z pana już więcej wycisnąć. Myślał pan o zmianie trenera?

Nigdy o tym nie myślałem, bo od Rogera nauczyłem się bardzo dużo. Dzisiaj mam 39 lat i jestem zdrowy, nie przyjąłem zbyt wiele ciosów w wadze ciężkiej, a boksowałem z pięściarzami, którzy potrafią mocno uderzyć i to jest jego zasługą. Zostaję z Rogerem do końca mojej kariery.

Pod okiem Bloodwortha stał się pan lepszym pięściarzem?

Oczywiście, że tak. Gdybym w wadze ciężkiej walczył tak jak wcześniej, czyli szedł na otwarte wojny, to moja kariera wśród ciężkich już dawno dobiegłaby końca.

Ile ofert powrotu na ring dostał pan po porażce ze Szpilką?

Jakieś oferty były, ale tak naprawdę nad żadną nawet się nie pochyliłem. Skusiłem się dopiero na propozycję telewizji Polsat, choć żona i córki były przeciwne.

Czego pan najbardziej żałuje ze swojej kariery?

Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze. Gdybym mógł cofnąć czas, to przyjechałbym na przygotowania na dziesięć tygodni do Polski. Teraz mogę sobie gdybać, ale to nie ma sensu.

Czy któryś z pana rywali bił mocniej od Kliczki?

Mocniej bił z pewnością Travis Walker, czułem każde jego uderzenie. Po jednym z ciosów Amerykanina odcięło mi prąd, zaliczyłem deski, ale szybko doszedłem do siebie i zwyciężyłem. Wtedy pokazałem serce do walki. Wielu kibiców pewnie straciło nadzieję, że jestem w stanie wstać, ale mnie to się udało zrobić. Czasem trzeba się przewrócić i powstać, by wygrać.

Co było najważniejszym momentem w pana karierze?

Wyjazd do Ameryki w 2008 roku. To był najlepszy krok. Zabrałem żonę, dzieci i ruszyłem w świat. Gdybym mógł cofnąć czas, to zdecydowałbym się na wyjazd do USA jeszcze wcześniej.

Ma pan jakiś indywidualny ranking swoich najlepszych walk?

Nie, bo każde zwycięstwo jest ważne, buduje twoją pozycję w boksie. Najważniejsze są walki zacięte, bo kibice lubią takie pojedynki. Jeśli toczysz walki cios za cios, to w każdym kolejnym pojedynku masz coraz więcej kibiców.

Czuje się pan spełnionym pięściarzem?

Oczywiście, przecież zdobyłem dwa tytuły mistrza świata. Wprawdzie nie udało mi się zdobyć trzeciego, co było moim marzeniem, ale taki jest sport – uczy wygrywać, ale też przegrywać. Nie mam się czego wstydzić. Swoje w boksie osiągnąłem.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek