Posts Tagged ‘polsat boxing night’

Zwykle jest tak, że przed galą pisze się różne scenariusze, rozdaje wygrane i przesądza pewne sprawy. Dopiero potem do ringu wchodzą pięściarze i rozpisują wszystko na nowo. W sobotę w Ergo Arenie miały być grzmoty i były, ale nie wszystko działo się według ustalonego wcześniej scenariusza. 

Cieślak zjadł na kolację „rumuńską kobrę”

Pojedynek Michała Cieślaka był zakontraktowany na osiem rund, ale killer z Radomia nie zamierzał brać zbędnych nadgodzin i załatwił sprawę w 2. odsłonie. Ilie był kiedyś nawet solidnym pięściarzem, ale do Ergo Areny wpadł chyba prosto z kanapy. Ledwo rozpakował walizki a już musiał wracać do domu. Michała nie będziemy za bardzo komplementować, bo jego przeciwnik zamiast walczyć, statystował. Cieślak zjadł „rumuńską kobrę” na kolację i tyle. Teraz czas na poważną robotę.

Szymański powinien kupić rywalowi… buty

Przed walką z Jose Villalobosem niektórzy ubrali już Patryka Szymańskiego w pas WBC Youth. Dla Polaka miała to być łatwa, lekka i przyjemna robota. Zamiast tego oglądaliśmy ringową wojnę, którą Szymański wydaje się, że przegrał, ale… jednak wygrał. Pomogli mu sędziowie. W 3. rundzie Argentyńczyk był liczony, ale nawet z Księżyca dałoby się zauważyć, że nie było nokdaunu. Po tym pojedynku Patryk musi wyciągnąć masę wniosków. Po pierwsze, nie może powtórzyć się sytuacja, że trener dojeżdża do niego za pięć dwunasta. Poza tym Szymański powinien sprezentować Villalobosowi buty, bo chłopak, jak to trafnie ujął w komentarzu Andrzej Kostyra, kupił je w second handzie. Widocznie wybrał jakieś mocno przechodzone kapcie, bo w trakcie walki trzeba było je łatać. Mimo tych problemów Villalobos do końca pojedynku był bardzo groźny. Spytacie, dlaczego Szymański ma kupować rywalowi buty? Skoro on dostał prezent (od sędziów), to może też komuś coś podarować, prawda?

Z Tygrysicą nie ma żartów

Do ringu w Ergo Arenie weszły dwie panie, ale tak naprawdę była w nim tylko jedna – Ewa Piątkowska, która pod każdym względem zdominowała rywalkę. Widać było, że Aleksandra Magdziak-Lopes jest pięściarką na pół etatu, ale w żadnym stopniu nie umniejsza to sukcesu Piątkowskiej. Warto zwrócić uwagę, że Ewa mistrzowski pas zdobyła w swojej jedenastej zawodowej walce.

Sosnowski nie oszukał przeznaczenia

Prognozy przed walką były takie: Sosnowski zostanie ciężko znokautowany i pożałuję, że wrócił z emerytury. Nic takiego nie miało miejsca. Walka wprawdzie skończyła się po 5. rundzie, ale były mistrz Europy ani razu nie leżał na deskach. Na pewno nie wyszedł do ringu tylko po wypłatę. Postawił Wawrzykowi spory opór i za to należą mu się brawa. Z kolei Wawrzyk na tle Sosnowskiego wcale nie zachwycił. Niby miał walkę pod kontrolą, ale w 3. rundzie dał się trafić i później nie był już tak pewny siebie. Po tym pojedynku Mariusz Wach na pewno nie będzie miał koszmarów z Wawrzykiem w rolach głównych.

Pas WBO trafił w dobre ręce

Nikt nie mówił, że będzie lekko, że będzie przyjemnie. Przed walką wiadomo było, że Krzysztof Głowacki będzie miał pełne ręce roboty od pierwszej do ostatniej rundy. W optymistycznym scenariuszu można było zakładać, że będzie to pojedynek 50/50. Dominowały jednak głosy, że Usyk jest faworytem i to dużym. Niestety, to się potwierdziło.

Ukrainiec wszedł do ringu z chłodną głową i tańczył („nogi wilka karmią”), bił, tańczył, bił, tańczył, bił i tak w kółko przez 12 rund. Głowacki chciał mu tę chłodną głowę urwać, ale nie mógł trafić. Po cichu liczyliśmy, że w końcowych rundach Usyk stanie i będzie łatwym celem, ale nic z tego. Na tych nogach przetańczyłby on ze trzy wesela pod rząd.

Sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości i dali Usykowi jednogłośną wygraną. Możemy się sprzeczać, czy nie zapisali na koncie Ukraińca zbyt wiele rund, ale teraz to nie ma już wielkiego znaczenia. Fakty są takie, że Usyk wygrał zasłużenie i pas WBO zmienił właściciela. Marnym pocieszeniem może być to, że trafił w dobre ręce.

Jeśli chodzi o samą walkę, to miały być grzmoty i były. Ostatniej rundy nie dało oglądać się na siedząco. Co dalej z Krzysztofem Głowackim? W tym momencie trudno wyrokować, ale chłopak ma przed sobą jeszcze kilka lat między linami. Świat boksu o nim nie zapomni, bo o takich wojownikach się nie zapomina. Niech wraca na salę i robi swoje. Duże walki jeszcze przyjdą.

Reklamy

W sumie nie wiemy jeszcze dokładnie, co Polsat zaserwuje nam na jedno z dwóch głównych dań 5 listopada, ale o menu krakowskiej gali możemy już podyskutować. Każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Jest sporo znaków zapytania. Jedni mają dużo do stracenia, inni do zyskania. Plusem jest to, że prawie całe menu znamy na dwa miesiące przed imprezą.

Zacznijmy od przystawek. O walce Ewy Brodnickiej z Anitą Torti wiedzieliśmy już od dawna. Przed poprzednią galą PBN panie spojrzały sobie w oczy, nawet trochę na siebie pokrzyczały, ale przez kontuzję Polki do pojedynku nie doszło. Kto lubi patrzeć, jak kobiety okładają się po buziach, nie powinien marudzić. Wiadomo, więcej hałasu wywołałby rewanż Brodnickiej z Piątkowską, ale dzisiaj Ewy mają inne sprawy do pozałatwiania i jest im nie po drodze. Ale do tego tematu pewnie jeszcze kiedyś wrócimy.

Zaglądamy dalej w kartę i mamy konfrontację Dariusza Sęka z Doudou Ngumbu, który wprawdzie ma siedem porażek w rekordzie, ale nikt o nim nie powie, że jest kelnerem. Dwa lata temu napsuł sporo krwi Andrzejowi Fonfarze, ale przegrał z nim na punkty. Wygrał natomiast ze starym-(nie)dobrym znajomym Mateusza Masternaka – Johnnym Mullerem. Sęk na PBN boksował będzie po raz trzeci, ale tym razem czeka go naprawdę ciężka przeprawa. Sęk w tym, że forma Darka z ostatniej walki z Machtiejenką nie wystarczy na Ngumbu. Dla Polaka ta gala może być trampoliną, bo ostatnio jego kariera trochę wyhamowała. Ten pojedynek możemy też, na siłę oczywiście, podciągnąć pod korespondencyjną rywalizację Sęka z Fonfarą.

Przeglądamy kartę dalej. Wprawdzie Adam Kownacki brzuszka nie zgubił, ale dostał zaproszenie na PBN. Tego chłopaka w ringu naprawdę dobrze się ogląda. Niech się w końcu przedstawi polskiej publiczności, bo do tej pory rywali bił tylko w USA. Lepszej okazji niż PBN nie będzie miał. Można kręcić nosem na dobór rywala, bo Marcin Siwy ma swoje ograniczenia, ale ma też jeden atut – walczy tak, jakby nie było następnej rundy. Już możemy zacierać ręce na pierwsze trzy odsłony tego pojedynku. Będzie młócka. Któryś też straci zero z rekordu, ale raczej nie będzie to Kownacki, który jest faworytem takim 90/10.

Głodni jeszcze? To na stół ląduje ostatnia już przystawka, albo inaczej – deser – tym razem serwowany przed głównymi daniami. Michał Cieślak jest już stałym bywalcem PBN, ale jak nie zapraszać na gale gościa, który nie lubi brać jeńców. Przed ogłoszeniem karty walk po cichu liczyliśmy, zapominając o stronie finansowej, że rywalem Michała może być Steve Cunningham. Nie ma Amerykanina, ale i tak jest ok. Wybór padł na Ismaila Sillacha, który może postawić Polakowi twarde warunki. Ukrainiec trzy lata temu zaprzyjaźnił się z ryzykiem, gdy dzielił ring z Siergiejem Kowaliowem. Z killerem z Rosji przetrwał tylko dwie rundy. Jeśli do Krakowa przyjedzie Sillach a nie $$$illach, to Cieślak może mieć pełne ręce roboty.

Nadszedł czas na pierwsze danie główne, w którym Polsat zaserwował nam pojedynek Krzysztofa Włodarczyka z Olanrewaju Durodolą. Najpierw parę słów o rywalu Diablo. W listopadzie 2015 roku wybrał się do Kazania, żeby zebrać planowany oklep od Kudriaszowa. Przynajmniej taki scenariusz rozpisali Rosjanie. Nigeryjczyk nie miał jednak zamiaru tańczyć w ringu jak pajacyk na sznurkach, wziął sprawy w swoje ręce i w 2. rundzie było po robocie. Nie trzeba dodawać, że Rosjanom opadły wtedy kopary. W kolejnym pojedynku Durodola przegrał przez TKO z Mairisem Breidisem, ale wciąż zalicza się do ścisłej czołówki kategorii cruiser. Diablo nie może pozwolić sobie nawet na krótką drzemkę w ringu.

Dobrze się stało, że Włodarczyk znalazł się na karcie walk, bo po stracie pasa WBC jego kariera znalazła się na zakręcie. Nikt poważny nie chciał z nim walczyć. Rywale kalkulowali: walka z Diablo to jak całowanie niedźwiedzia w dupę, ryzyko duże a satysfakcja żadna. Do ringu z Włodarczykiem  weszli Walery Brudow i Kai Kurzawa, ale nie oszukujmy się, oni przyjechali tylko po wypłatę, bić się nie chcieli. Teraz były mistrz świata kategorii junior ciężkiej dostaje rywala z wysokiej półki, który nie przewróci się po lewym prostym.

O ostatnim daniu możemy sobie tylko pogdybać. Miała być walka, której się wszyscy spodziewali, czyli Mariusz Wach kontra Izu Ugonoh. Z „Punchera” wiemy jednak, że obóz Izu w ostatniej chwili wycofał się z tego pojedynku. Nie siedzieliśmy przy negocjacyjnym stole ani nikt nie dodał Po Gongu w DW w korespondencji mailowej, ale przyglądając się z boku temu zamieszaniu, możemy wnioskować, że Ugonoh lub ludzie kierujący jego karierą, wystraszyli się Wikinga. Brzmi to trochę groteskowo, bo przecież Wach nikogo ostatnio nie straszył. W ostatniej walce był w beznadziejnej formie, wcześniej nie było dużo lepiej. W środowisku bokserskim można znaleźć nawet takich, którzy stawialiby na Izu w tym pojedynku. No, ale siłą nikt przecież Ugonoha do ringu nie zaciągnie. Warto wspomnieć, że Izu na październik ma już zakontraktowaną kolejną walkę. Tym razem ma obić jakiegoś mało znanego Francuza. Deontay Wilder też wybił całe stado kelnerów a później został mistrzem świata. Może Izu i jego team mają podobny plan. Powodzenia.

Jeśli nie Ugonoh to może Andrzej Wawrzyk skrzyżuje rękawice z Mariuszem Wachem. Dla Wikinga  nie ma to większego znaczenia. „Nieważne, kto wyjdzie do ringu. Ja będę gotowy” – mówił w swoim stylu Mariusz. Ze sportowego punktu widzenia jego  pojedynek z Wawrzykiem może być nawet lepszą opcją, ale na razie nie ma sensu gdybać, bo nic nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszone. Czekamy na ostatnie danie, ale i tak już dzisiaj możemy być pewni, że 5 listopada nikt z Tauron Areny nie wyjdzie głodny.

Krzysztof Smajek

 

adamek

– Szans na walkę o pas nie mam żadnych. Przegrałem pozycję numer dwa i chyba czas oddać miejsce młodszym – te słowa Tomek Adamek wypowiedział chwilę po porażce z Wiaczesławem Głazkowem. Kilka dni później „Góral” mówił już w trochę innym tonie. – Nie kończcie za mnie kariery. Dajcie mi czas na podjęcie decyzji.

Adamek odpoczął, wylizał rany i podjął kolejne wyzwanie, którym była walka z Arturem Szpilką. To miał być pojedynek o prymat w polskiej wadze ciężkiej. Według większości ekspertów „Góral” miał wskazać młodszemu koledze po fachu miejsce w szeregu. Tomek do konfrontacji ze „Szpilą” przygotowywał się w rodzinnych Gilowicach. W skrócie wyglądało to tak: mama gotowała obiadki, a on wykuwał formę w miejscowym gimnazjum. Jak się okazało, przygotowania metodą chałupniczą nie zdały egzaminu. Tomek przegrał ze Szpilką i znów zaczął wspominać o emeryturze. – Coś się zaczyna i kończy, pora odchodzić. Lata lecą, czas nie stoi w miejscu. Prawdopodobnie to była moja ostatnia walka – mówił przed kamerami Polsatu.

Jednak po porażce w Krakowie nie zawiesił rękawic na kołku. Dał się namówić na kolejną walkę. Pierwotnie konfrontacja z Przemkiem Saletą miała być jego pożegnaniem z ringiem i kibicami, ale w trakcie przygotowań do tego starcia zostawił sobie lekko uchyloną furtkę. – Jeżeli w tym pojedynku będę sobą, to być może pokuszę się o kolejne walki – mówił. Warto podkreślić, że przed pojedynkiem z Saletą odbył być może najlepszy obóz w swojej karierze. Nie było już obiadków u mamy i sparingpartnerów pokroju Włodzimierza Letra…

Adamek w łatwy sposób rozprawił się z Saletą i nabrał ochoty na kolejne wyzwania. Po zmianie warty w wadze ciężkiej zaczął nawet mówić, że w każdej chwili może walczyć z Tysonem Furym. W międzyczasie nie przyjął jednak oferty walki z Deontayem Wilderem o pas WBC. To akurat była rozsądna decyzja, bo do tej walki miał wyjść z marszu, praktycznie bez obozu przygotowawczego. Jednak marzeń o zdobyciu pasa w wadze ciężkiej nie odłożył na bok. Wciąż ma na to ochotę.

Ile wart jest dzisiaj Tomek Adamek? Przekonamy się o tym po gali Polsat Boxing Night V. Każdy pięściarz ma swój termin ważności. Wydaje się, że Tomek jest już jedną nogą na bokserskiej emeryturze, ale jeszcze poczekajmy z przypięciem mu etykiety „przeterminowany”. Eric Molina zweryfikuje jego aktualne możliwości. Amerykanin jest solidnym pięściarzem. Wszyscy pamiętamy, jak Wilder tańczył w rytm jego muzyki, ale nie oszukujmy się, to nie jest ścisła czołówka wagi ciężkiej. Jeśli Adamek chce jeszcze zawojować królewską dywizję, takich rywali jak Molina, musi zjadać na śniadanie.

jackiewicz

„No to teraz Rafał Jackiewicz pewnie zacznie przed kolejnymi pojedynkami sprzedawać reklamy na podeszwach” – takie myśli przebiegły mi przez głowę, gdy „Wojownik” wylądował na deskach w walce z Michałem Syrowatką. Rafał do gali w Ełku przystępował po trzech porażkach z rzędu. Po pierwszej rundzie jego konfrontacji z Syrowatką wydawało się, że przegra po raz kolejny. Że powoli zacznie rozmieniać się na drobne. Tak się jednak nie stało, bo Rafał przetrwał krótki kryzys i wziął sprawy w swoje ręce. W czwartej odsłonie było już pozamiatane, Jackiewicz wygrał przez TKO.

Wróćmy jednak do pierwszej rundy tego pojedynku, bo wiąże się z nią niewyjaśniona do końca historia. Syrowatka pytany o to, dlaczego nie dokończył roboty, mając Jackiewicza na deskach, odpowiada: „Poczułem przez chwilę, że faktycznie trafiłem i że to się może skończyć, ale rozmowy były takie, że co by się nie działo, żeby walki za szybko nie kończyć, bo jednak telewizja i kibice i trzeba boksować”. Dość tajemniczo to brzmi, prawda?

– Nigdy telewizja nie wymaga od żadnego pięściarza, żeby nie kończył walki w pierwszej rundzie, jeśli może to zrobić. Boks to jest sport tak niebezpieczny, tak brutalny, zabierający tyle zdrowia, a czasami i życie, że to byłoby amoralne, naganne i w ogóle niedopuszczalne, żeby telewizja próbowała taki komunikat przekazać zawodnikowi. Być może rozmawiał z nim promotor gali, być może prosił go organizator, że jeśli może, to żeby nie kończył tego za szybko i trochę się pobawił z Jackiewiczem, bo jest stamtąd i ludzie kupili bilety. Tego się nie dowiemy, bo Michał Syrowatka, kiedy go o to zapytałem, to dość sprawnie uciekł od rozszerzenia tej odpowiedzi – mówi Mateusz Borek.

Też próbowałem dopytać Michała o tę sytuację z pierwszej rundy, ale nie chciał o tym rozmawiać. Na odczepnego powiedział tylko: „Chciałem, żeby walka potrwała dłużej. Bardzo tego żałuję i tyle”. – Syrowatka podał linkę ratunkową Rafałowi, a stary lis Jackiewicz to wykorzystał – twierdzi z kolei Andrzej Kostyra.

W sobotę podczas gali Polsat Boxing Night dojdzie do rewanżowej walki obu panów. – Dostałem stawkę razy dwa i pół i dlatego zgodziłem się na drugi pojedynek z Michałem – mówi Jackiewicz. Przed ich pierwszą konfrontacją w Ełku bezdyskusyjnym faworytem był Syrowatka. Teraz sprawa nie jest już tak oczywista.

– To będzie thriller psychologiczny. To wszystko rozegra się w głowie – zapowiada Borek. – Rafał Jackiewicz nie ma nic do stracenia. Jak przegra, dalej będzie szukał promotorów, którzy będą chcieli go wystawiać na swoich galach i będzie zarabiał pieniądze, bo w zasadzie jest po drugiej strony rzeki. W przypadku Syrowatki sprawa wygląda zupełnie inaczej. Nie chcę mówić, że porażka będzie dla niego tragedią, ale jeśli przegra, to nastąpi poważne zastopowanie kariery, która wydawało się, że po znokautowaniu Michała Chudeckiego, pójdzie błyskawicznie do przodu – dodaje Borek.

– Czy czuję presję? Tak, boję się, czy zrobię wagę, bo jak się nie uda, będę musiał oddać gażę. Zrobię wagę, zrobię, nie ma żadnej presji – mówi z uśmiechem na ustach Jackiewicz. Po czym dodaje „Jestem już półemerytem. Jedną nogą stoję na skórce od banana, drugą jestem na emeryturze. Będę walczył, dopóki będą płacili. Na razie płacą, więc walczę.” Jackiewicz ostatnio kiepsko wypadł w walce z Kostovem. Po pojedynku przepraszał kibiców za swoją postawę, później zmienił zdanie i odwoływał te przeprosiny. Niesmak jednak pozostał, bo kibice mogli poczuć się nabici w butelkę. W Krakowie będzie miał szansę zatrzeć złe wrażenie z Radomia.

Syrowatka przed rewanżem z „Wojownikiem” nie stoczył żadnej walki na przetarcie. Sparzył się na Jackiewiczu i na Jackiewiczu chce się odgryźć. Od razu, bez czekania. Michał mówi, że nie czuje żadnej presji. Mało tego, twierdzi, że to co miał stracić, stracił już w pierwszej walce… Z boku wygląda to trochę inaczej. Wydaje się, że Syrowatka w Krakowie będzie toczył pojedynek z gatunku: o być albo nie być. Podobnie na sprawę patrzy Andrzej Kostyra: „Jeśli Syrowatka przegra po raz drugi, będzie to dla niego oznaczało praktycznie koniec zawodowej kariery.”

Na gali Polsat Boxing Night „Final Call” pojedynek Jackiewicz vs Syrowatka 2 jest jedynie przystawką, ale w innych okolicznościach spokojnie mógłby być daniem głównym. W tej walce należy brać pod uwagę dosłownie każdy scenariusz. Nawet taki, że Jackiewicz będzie żałował po pojedynku, że jednak nie sprzedał reklamy na podeszwach…

Krzysztof Smajek

Za nami pierwsza konferencja prasowa przed galą Polsat Boxing Night, na której z ust bohaterów imprezy padły pierwsze deklaracje. Zdecydowanie najwięcej do powiedzenia miał Francisco Palacios, który zapowiedział, że udzieli surowej lekcji boksu Michałowi Cieślakowi. „Czarodziej” swoimi wypowiedziami przyćmił nawet profesora śmieciowego gadania – Rafała Jackiewicza, który tym razem był wyjątkowo grzeczny. 

Podczas konferencji najmniej do powiedzenia mieli Marcin Rekowski i Andrzej Wawrzyk. Jednak nie ma w tym nic dziwnego, bo panowie są kumplami i nie będą się straszyć przed walką. Rekowski powiedział, że pojedynek z Wawrzykiem jest dla niego sportową szansą, a przy okazji chce zarobić parę złotych. Stwierdził również, że po walce może wypić piwko z Andrzejem. Było miło, grzecznie i kulturalnie. Jeśli 2 kwietnia panowie zostawią te uprzejmości w szatni, to z ringu mogą lecieć iskry. A później niech sobie idą na piwo. Jeszcze jedno, Andrzej Wawrzyk w jednym z wywiadów po konferencji po raz kolejny zgłosił chęć walki z Tomkiem Adamkiem.

Jak zwykle bardzo pewna siebie była Ewa Brodnicka, która zapewniała, że da sobie radę z presją. Właścicielka pasa EBU dodała także: Słyszałam, że moja rywalka chce zakończyć walkę przed czasem. Torti jest prawniczką, ale nie uda jej się obronić przede mną (…) 2 kwietnia pokażę mój talent i lepszą Ewę Brodnicką niż w ostatnim pojedynku.”

Wyjątkowo grzeczny i stonowany (jak na siebie) był profesor śmieciowego gadania – Rafał Jackiewicz. „Wojownik” przyzwyczaił do tego, że świetnie nakręca atmosferę przed walką, ale tym razem nie częstował nas oryginalnymi tekstami. Nocnika też nie przyniósł. Choć trochę próbował kpić z Syrowatki. Poza tym mówił, że nie będzie już lepszy niż jest. „Jestem już stary, ale trzymam pewien poziom. Spodziewam się trudnej walki” – stwierdził. No i miał na sobie t-shirt z wymownym hasłem „Jackiewicz przebudzenie mocy”.

Stonowany w swoich wypowiedziach był też Michał Syrowatka, który stwierdził, że zdecydował się na rewanż, bo chce sprawdzić samego siebie. Wytłumaczył się też z porażki w pierwszej walce z Jackiewiczem: wtedy coś nie zagrało. Na co Jackiewicz odparł: zagrało w czwartej rundzie. Syrowatka złożył też ważną deklarację: chcę dać świetną walkę i mądrzej boksować. Co oznacza mądrzej boksować? „Nie iść z ryjem wysuniętym do przodu” – wytłumaczył. Zapytany przez Mateusza Borka o presję stwierdził: czuję mniejszą niż ostatnio.

Z wypowiedzi Mateusza Masternaka wynotowaliśmy dwa ciekawe zdania. Pierwsze zabrzmiało bardzo groźnie: będę się mścił na Eriku Fieldsie. Drugie było już łagodniejsze: będę się karmił energią polskiej publiczności. Poza tym „Master” nie ukrywał zadowolenia, że znów trenuje pod okiem Andrzeja Gmitruka. Jego rywal – Eric Fields coś tam gadał, że Masternak nie pokazuje w ringu niczego spektakularnego, ale złożył też odważną deklarację: jadę do Polski po zwycięstwo, chcę żeby publika zamilkła. Widać, że facet w gadce jest mocny. Zobaczymy, czy da radę uciszyć polską publiczność.

Dużo do powiedzenia miał Francisco Palacios. Praktycznie w każdej swojej wypowiedzi straszył Michała Cieślaka. „W mojej krwi nie ma nawet kropli tchórzostwa (…) Na pogrzebie mojego brata obiecałem mu, że zostanę mistrzem świata. Muszę to zrobić, więc Cieślak jest kolejną przeszkodą. Zamierzam dać mu prawdziwą szkołę boksu i zaczarować go w ringu (…) Przyjadę do Polski, żeby zlać Cieślaka.” Wygląda też na to, że Michał będzie musiał płacić za nieswoje rachunki. „Nawet, jeśli to nie on nazwał mnie tchórzem, to właśnie on zapłaci za te słowa.”

Michał Cieślak nie zamierzał odpowiadać na zaczepki Palaciosa. Widocznie uznał, że wystarczy jak balonik pompuje jego rywal. Ponadto stwierdził, że to nie on nazwał „Czarodzieja” tchórzem. „Nie wahałem się ani chwili, żeby wziąć pojedynek z Palaciosem (…) Jestem dobrze przygotowany i spokojny o tę walkę (…) Może to być mój najtrudniejszy pojedynek w karierze.” W sumie nuda, ale Cieślak na pewno nie będzie nudny w ringu. I raczej nie zapłaci tego rachunku, o którym wspominał Palacios.

Tomek Adamek tym razem nie przekonywał nas o swojej szybkości, ale widać, że zdaje sobie sprawę, po co wyjdzie do ringu 2 kwietnia. „Dla mnie to jest walka o wszystko. Jeśli przegram, będzie to moja ostatnia walka… ” – Ale nie będzie to ostatnia – szybko dodał. (…) Pokażę, że 39-letni Adamek potrafi wygrywać z najlepszymi. Rzucił też uniwersalne i ponadczasowe hasło: ring zweryfikuje wszystko.

Podobne plany do Adamka ma Eric Molina, który zapowiedział, że jest w świetnej formie i przyjeżdża do Polski po wygraną. „Mam wiele do stracenia. Jeśli przegram, stanę się chłopcem do bicia” – powiedział były pretendent do tytułu mistrza świata federacji WBC. Wysłał też „Góralowi” wiadomość: bądź gotowy, nadchodzę.

To by było na tyle. Jednak pamiętajmy, że buńczuczne wypowiedzi pięściarzy na konferencjach są jak strzały ślepakami. Dlatego trzeba je traktować z dużą rezerwą, ale mimo wszystko warto zapamiętać, bo później można niektórych krzykaczy rozliczyć z ich słów.

brodnicka

Takiego szumu, jaki przed swoją walką wywołały panie Brodnicka i Piątkowska dawno w polskim boksie nie było. Jeszcze dzień przed pojedynkiem dziewczyny kłóciły się o rękawice, w których miały walczyć. Po pojedynku, który zakończył się niejednogłośnym zwycięstwem Brodnickiej, od razu zaczęto dyskutować o werdykcie i rewanżowej walce. – Kiedyś do tego rewanżu może dojść. Natomiast podkreślam, jeśli do niego dojdzie, to tylko na moich warunkach – mówi w rozmowie z Po Gongu pięściarka Tymex Boxing Promotion.

Jaki smak ma zwycięstwo nad Ewą Piątkowską?

Ewa Brodnicka: Słodki, długo wyczekiwany, dający ogromną satysfakcję i ulgę po całej tej burzy medialnej. Przed walką byłam stawiana na straconej pozycji, ale udowodniłam, że za wcześnie mnie przekreślono. Czułam dużą presję otoczenia, bo ta walka niosła za sobą spory ciężar gatunkowy. Miałam wrażenie, że przygotowywałam się do tego pojedynku z pół roku, a przecież trenowałam dwa miesiące z lekkim hakiem. Dlatego satysfakcja ze zwycięstwa jest bardzo duża.

Czy ta walka jeszcze w piątek była zagrożona?

Zagrożona może nie, ale pojawił się spór o rękawice. W kontraktach było wpisane, jakie rękawice powinien dostarczyć nam organizator. Na liście znajdowały się między innymi Granty, ale ostatecznie do wyboru miałyśmy Everlasty lub Adidasy. Nowe, zapakowane, leżały na stole. Jednak okazało się, że Ewa chciała walczyć w Grantach, które przyniosła z domu. Mój team chciał, żeby organizator zapewnił nam takie same rękawice, ale że takich nie miał, to powstał problem. Ewa powiedziała do mnie, że walczy albo w Grantach albo wcale. Ostatecznie walczyłyśmy w Grantach, które załatwił Tomasz Babiloński, ale trochę czasu minęło zanim wszystko zostało ustalone.

Według regulaminu – w walce rankingowej – pięściarz może mieć swoje rękawice. Tylko osoba z komisji musi je przed walką obejrzeć.

Być może tak jest, ale nie spotkałam się wcześniej z czymś takim. Byłam przekonana, że rękawice załatwia organizator i byłam zaskoczona tym, że Ewa chciała walczyć w swoich. To nie jest tak, że nie chciałam boksować w Grantach. Po prostu zależało mi na tym, by mieć takie same rękawice jak rywalka, bo Granty naprawdę różnią się od Everlastów. W takich rękawicach jeszcze nie walczyłam. Można powiedzieć, że biłyśmy się na gołe pięści. W przyszłości chciałabym walczyć w bardziej europejskich rękawicach, bo po karierze bokserskiej zamierzam jeszcze coś robić i nie chcę się totalnie rozbić. Po walce chcieliśmy kupić te rękawice od Tomasza Babilońskiego, ale on sobie zażyczył za nie tysiąc euro. Nie skusiłam się na taką promocję.

Kolor rękawic ma aż takie znaczenie, bo o to też był spór? Wyszła z tego komedia.

Nie kłóciliśmy się o kolor. W mediach nie został przestawiony cały sens tego zamieszania i wyszło, że losowany był kolor rękawic. A to nieprawda. Chodziło o to, że to nie były nowe rękawice, więc żeby nikt nie miał do nikogo pretensji, zostały one wylosowane.

Oglądałaś już swoją walkę z Ewą Piątkowską?

W poniedziałek oglądałam powtórkę i muszę przyznać, że bardzo się denerwowałam. Prawie spadłam z krzesła. Najbardziej podobał mi się doping moich fanów, dali czadu.

Werdykt wywołał sporo dyskusji, bo sędziowie byli niejednomyślni. Jak Ty oceniasz punktację?

Wiem, że sporo się dyskutuje o werdykcie, ale za bardzo się tym nie przejmuję. Oglądając powtórkę, punktowałam walkę i wyszło mi, że wygrałam dwoma punktami. W boksie nie liczy się ciosów, które lądują na gardzie lub prują powietrze. Liczą się ciosy, które dochodzą do celu. W tym pojedynku byłam bardziej precyzyjna od Ewy i dlatego wygrałam. Pewnie nie byłoby tego zamieszania, gdybym zwyciężyła przez nokaut. Choć, wtedy mogłyby się pojawić komentarze, że moja trenerka podglądała Piątkowską na Legii. Wszystkim się nie dogodzi.

Celowałaś w tej walce w nokaut?

Nie myślałam o tym nawet przez chwilę. Tata mówił mi, że po którymś z moich prawych prostych Ewa się zachwiała, ale ja tego nie wyczułam. Od początku byłam mentalnie nastawiona na wygraną i nawet nokdaun w pierwszej rundzie nie zmienił mojej postawy. Nokautu nie szukałam, ale wydaje mi się, że Ewa chyba o nim myślała. I to ją zgubiło, bo jak się myśli o nokaucie, to zazwyczaj nic z tego nie wychodzi.

Wiele osób zarzuca Ci, że dużo klinczowałaś. Taki był plan na pojedynek?

Po prostu realizowałam niemiecki plan na walkę. Wprawdzie miałam w klinczu robić więcej rzeczy, ale nie zawsze mi to wychodziło. Nie zgadzam się jednak z opiniami, że ściągałam przeciwniczkę za głowę lub faulowałam. Podobnie boksuje Bernard Hopkins i nikt nie ma do niego o to pretensji. To są wymówki Ewy i trenera Gmitruka, który przecież mógł jej powiedzieć w narożniku, żeby odskakiwała czy kontrowała. Nie zrobił tego i dlatego Piątkowska walczyła na moich warunkach.

Po pojedynku promotorzy Ewy Piątkowskiej zaczęli zgłaszać zastrzeżenia do nieprawidłowego ich zdaniem ochraniacza na tułów, który miałaś na sobie. Kto wydał zgodę na walkę w takim ochraniaczu?

Ochraniacz przed walką sprawdził sędzia ringowy, który nie stwierdził żadnych nieprawidłowości. Pas nie wychodził poza spodenki, czyli był właściwej wielkości. Zresztą takie ochraniacze są zatwierdzane przez federacje podczas walk o prestiżowe pasy. Dlatego śmieszą mnie protesty promotorów Ewy. Ona miała na sobie bardzo podobny ochraniacz, który zasłaniał jej większą cześć brzucha. Cała sytuacja jest próbą podważenia i zdeprecjonowania mojego zwycięstwa.

Po takich walkach kibice zwykle czekają na rewanż. Jesteś chętna, żeby po raz drugi skrzyżować rękawice z Ewą Piątkowską?

W tym momencie jeszcze nie wiem, bo chciałabym się nacieszyć zwycięstwem i pomyśleć o kolejnych walkach, ale nie mówię nie. Kiedyś do tego rewanżu może dojść. Natomiast podkreślam, jeśli do niego dojdzie, to tylko na moich warunkach, bo teraz to ja godziłam się na wszystko. Bardzo zależało mi na tym pojedynku, więc szłam na ustępstwa. Tym razem to Ewie powinno bardziej zależeć.

Gdyby obóz przeciwniczki zaproponował rewanż – na przykład – za pół roku, to jaka byłaby dzisiaj Twoja odpowiedź?

Nie, bo w tym czasie planujemy zupełnie inną walkę. Możliwe, że jeszcze w tym roku stoczę jakiś pojedynek rankingowy, a potem chcemy powalczyć o pas. Muszę się skupić na tym, nie mogę myśleć tylko o Piątkowskiej. Jeszcze przed galą Polsat Boxing Night obie mówiłyśmy w wywiadach, że po walce nie będziemy miały ze sobą nic wspólnego i każda pójdzie w swoją stronę. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Teraz nie ma sensu planować rewanżu.

Topór wojenny został już między wami definitywnie zakopany?

Nadal się nie lubimy, ale sporo sobie wyjaśniłyśmy w ringu. Po pojedynku spotkałyśmy się w hotelu, Ewa podeszła do mnie, gdy stałam przy barku i powiedziała: to teraz możesz mi chyba postawić piwo. Nie odmówiłam, przy okazji zrobiłyśmy sobie selfie i zamieniłyśmy parę słów, a potem każda poszła w swoją stronę. Jednak przyjaciółkami już nie będziemy.

Jak długa jest Twoja droga po mistrzowski pas którejś z liczących się federacji?

Dominik Junge stwierdził, że mam wszystko, żeby być mistrzynią świata. Powiedział, że potrzebuje maksymalnie pół roku, żeby wyeliminować moje błędy i popracować nad defensywą. Po tym czasie możemy stanąć do dużych walk o pasy.

Czyli Dominik Junge już na stałe został Twoim trenerem?

Super nam się pracowało przed pojedynkiem z Piątkowską. Bardzo podoba mi się jego spokój i opanowanie. Czuję, że z tym trenerem mam szansę na duży rozwój. Za kilka dni będziemy rozmawiać o dalszej współpracy. Pewnie często będę jeździła do Niemiec na treningi, ale szczegółów jeszcze nie ustaliliśmy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Już przed galą Polsat Boxing Night mówiono, że przystawki będą lepsze od dania głównego. I to się potwierdziło, choć nikt się chyba nie spodziewał, że danie główne będzie aż tak niesmaczne, a przystawki takie smakowite.

Walka wieczoru rozczarowała, bo Przemek Saleta był tylko tłem dla Tomka Adamka i nie wywołał wojny, którą zapowiadał przed pojedynkiem. Saletę możemy jednak w jakimś stopniu usprawiedliwić, bo w trakcie walki odnowiła mu się kontuzja barku i nie mógł używać lewej ręki. A jedną ręką z tak dysponowanym „Góralem” wygrać się nie dało. Gdyby Saleta miał dwie sprawne ręce też pewnie by nie wygrał, bo jego rywal w sobotę był w dobrej formie. Przede wszystkim był szybki, bił kombinacjami i nie dał się trafiać.

Co dalej z karierą Adamka? Pewnie może liczyć na kolejną ofertę od Polsatu. Na polskim podwórku świetnie sprzedałby się jego pojedynek z Krzysztofem Włodarczykiem, który myśli o przeprowadzce do kategorii ciężkiej. Smakowitym kąskiem byłaby też jego walka z Mariuszem Wachem, ale dzisiaj za wcześnie jest na takie spekulacje, bo zarówno Włodarczyk jak i Wach mają swoje plany. Zresztą „Góral” nie chce słyszeć o tych nazwiskach, bo twierdzi, że z kolegami walczyć nie będzie. Nie wiadomo, co z tych przymiarek wyjdzie, ale Adamka w ringu jeszcze zobaczymy, bo po łatwym zwycięstwie nad Saletą nabrał ochoty na kolejne pojedynki. Choć tak naprawdę nie wiemy na co go stać, bo sprawdzian z „jednorękim” Saletą nie dał nam zbyt wielu odpowiedzi.

Bardzo pyszną przystawką była walka Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Panie zapowiadały, że w ringu rozpętają wojnę i słowa dotrzymały. Od pierwszego do ostatniego gongu walka trzymała w napięciu i nie było mowy o żadnej kalkulacji. Brodnicka podniosła się po nokdaunie w pierwszej rundzie i w dalszej części pojedynku pokazała, że ma charakter. Sędziowie nie byli jednomyślni – dwóch widziało wygraną Brodnickiej (77-75), jeden wypunktował zwycięstwo Piątkowskiej w stosunku 79-73. Werdykt wywołał sporo dyskusji, ale skoro pokonana stwierdziła, że był sprawiedliwy, to nie ma sensu drążyć tego tematu. Po takich walkach zawsze mówi się o rewanżu i w tym przypadku jest tak samo. Byłoby fajnie, gdyby panie jeszcze raz weszły do ringu, ale na razie królową jest Ewa Brodnicka i to ona musi się zgodzić na drugą konfrontację z Piątkowską.

Od razu po walce rewanżu z Nagy Aguilerą domagał się Marcin Rekowski, który doznał porażki w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. „Rex” prowadził na punkty, ale w samej końcówce walki przyjął straszną bombę, po której zataczał się, jakby właśnie wyszedł z baru po całonocnej imprezie. Jednak nie dał się wyliczyć i kontynuował walkę. Po chwili Aguilera przypuścił kolejny atak i sędzia Dariusz Zwoliński zakończył pojedynek. Niepotrzebnie, bo Rekowski, mimo że był zamroczony, panował nad sytuacją i od wygranej dzieliły go raptem 2-3 sekundy.

Rekowski był bardzo rozgoryczony tym faktem i po walce użył kilku mocnych słów. Co z tego? Wynik poszedł w świat i nikt mu już nie wykreśli porażki z rekordu. Sama walka była bardzo ładna dla oka, od pierwszej rundy nokaut unosił się w powietrzu. Przed pojedynkiem zachodziły obawy, że Aguilera wyjdzie do ringu tylko po wypłatę, ale nic takiego nie miało miejsca. Pięściarz pochodzący z Dominikany przyjechał dać dobrą walkę i swoje zrobił. Szkoda tylko, że pojedynek zakończył się w takich okolicznościach. Jednak Rekowski nie może mieć pretensji tylko do sędziego. Mógł skończyć Aguilerę wcześniej. Przecież okazji nie brakowało.

W pozostałych pojedynkach wszystko poszło zgodnie z planem. Michał Cieślak znów zrobił show i w ciągu rundy „spakował i odprawił” do domu swojego rywala. Po walce z Coxem po raz kolejny wywołał do tablicy Łukasza Janika, który wyraził zainteresowanie taką walką. Ten pojedynek mógłby być ozdobą kolejnej gali Polsat Boxing Night, której kartę walk można powoli układać.

Walka Adamek vs Saleta jest głównym daniem gali Polsat Boxing Night, ale smaczniejsze wydają się być przystawki. Zwłaszcza ta jedna. Mowa oczywiście o konfrontacji Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Poza tym w łódzkiej Atlas Arenie zobaczymy między innymi Marcina Rekowskiego, dla którego walka z Nagy Aguilerą wcale nie musi być spacerkiem. 

– Czas pomału odchodzić z boksu – to słowa Tomasza Adamka, które wypowiedział po porażce z Arturem Szpilką. Minęło kilka miesięcy i „Górala” znów zobaczymy między linami. Pierwotnie zakładano, że konfrontacja z Przemkiem Saletą będzie jego pożegnalnym pojedynkiem, ale plany się zmieniły. Dzisiaj Adamek stawia sprawę jasno – jeśli w walce z Saletą będzie sobą, to pokusi się o kolejne pojedynki.

Adamek chce uciec przed bokserskim domem starości

 Adamek, żeby wrócić do wielkiego boksu, nie może tej walki tylko wygrać. Musi dominować, wygrać efektownie, przez KO” – pisze w swoim tekście na polsatsport.pl Przemek Garczarczyk. I ma sto procent racji, bo przecież Saleta od kilku lat, z małą przerwą na walkę z Andrzejem Gołotą, przebywa w bokserskim domu starości i nie powinien być dla „Górala” zbyt dużym wyzwaniem. Po porażkach z Głazkowem i Szpilką jedną nogą w bokserskim domu starości jest też Adamek, który jednak nie chce dostać tam stałego zameldowania.

Saleta w kilku wywiadach powtarzał, że jego plan na pojedynek jest prosty – wojna. Przede wszystkim zależy mu na tym, żeby zrobić show dla kibiców. Bukmacherzy i prawie wszyscy eksperci nie dają mu żadnych szans. I nie ma się, co dziwić, bo wszystkie argumenty (przede wszystkim szybkość) są po stronie byłego mistrza świata dwóch kategorii wagowych. Chyba pozostaje nam tylko, licytować się o to, ile rund potrwa ten pojedynek. Z tym ostatnim zdaniem nie zgodziłby się Zbigniew Raubo, który… prognozuje porażkę „Górala”. Po tych słowach niektórzy pewnie traktują go jako wariata, ale poczekajmy z tym osądem do soboty.

Przystawki smaczniejsze od dania głównego

Walka Adamek vs Saleta jest głównym daniem gali Polsat Boxing Night, ale smaczniejsze wydają się być przystawki. Zwłaszcza ta jedna. Mowa oczywiście o konfrontacji Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Dawno w polskim boksie nie było takiego zamieszania wokół pojedynku. Panie szczypały się na każdym kroku, a słowa o „aspirowaniu do miana striptizerki” i „chłopięcej urodzie przeciwniczki” cytowały wszystkie sportowe media w naszym kraju.

Trzeba przyznać, że Ewy świetnie wypromowały swój pojedynek. W sumie to wypromowało go życie, bo pięściarki autentycznie się nie lubią. Ich walkę obejrzą nawet ci, którzy dzisiaj zaklinają się, że boks kobiet jest nudny i nikogo nie interesuje. O szansach w damskiej konfrontacji nie ma sensu się zbytnio rozpisywać, bo wygra ta, która lepiej wytrzyma ciśnienie.

Spore zainteresowanie wywołuje też pojedynek Miszkiń vs Gargula. W tym przypadku faworytem jest pięściarz grupy Sferis KnockOut Promotions, który ma też o wiele więcej do stracenia w tej walce, bo porażka może wyhamować jego karierę. Z kolei Gargula nic nie musi. Jeszcze niedawno odsiadywał długi wyrok w więzieniu, a teraz będzie walczył na największej gali w Polsce. Swoje już wygrał. Reszta w jego rękach, bo zwycięstwo w sobotę może otworzyć mu kolejne drzwi. Tylko, czy ktoś postawi pieniądze na wygraną faceta z anemią?

Rekowski nie może liczyć na spacerek

Pierwotnie rywalem Marcina Rekowskiego miał być Mariusz Wach. Panowie nawet spotkali się na konferencji prasowej, spojrzeli sobie w oczy, ale ostatecznie do ich pojedynku nie dojdzie, bo „Wiking” wybrał opcję z Powietkinem. Szkoda, bo to mogła być jedna z lepszych walk w historii Polsat Boxing Night. Ostatecznie „Rex” skrzyżuje rękawice z solidnym Nagy Aguilerą, który ma dobre nazwisko i spory bagaż doświadczeń. Walczył przecież z pięściarzami lepszymi od Rekowskiego i tylko dwa razy przegrał przed czasem. Polak nie może nastawić się na spacerek, ale jeśli chce się liczyć w tym biznesie, musi wygrać. Najlepiej efektownie.

Na gali w łódzkiej Atlas Arenie pokażą się też Kamil Szeremeta, Dariusz Sęk i Michał Cieślak. Najtrudniejsze zadanie stoi chyba przed Szeremetą, bo Patrick Mendy nie jest pięściarzem z łapanki i tanio skóry nie sprzeda. Kamil w ostatniej walce w Międzyzdrojach wypadł poniżej oczekiwań, więc teraz ma okazję do rehabilitacji. Na wpadkę nie może pozwolić sobie także Darek Sęk, który walczył już z lepszymi przeciwnikami niż Pedro Otas. Brazylijczyk ma ładny dla oka bilans, ale nabity na anonimowych rywalach. Z Polski powinien wyjechać z trzecią w karierze porażką.

W ciemno możemy założyć, że walka Michała Cieślaka z Shawnem Coxem nie potrwa całego dystansu. Polak ostatnio w ekspresowym tempie rozprawił się z Jarno Rosbergiem i pewnie w sobotę będzie chciał zrobić to samo. „Snajper” z Barbadosu na ostatnich siedem walk przegrał aż pięć razy (za każdym razem przed czasem) i wszystko wskazuje na to, że w sobotę zbierze solidny oklep.

Krzysztof Smajek

Tomasz Adamek

– Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze – mówi w rozmowie z Po Gongu Tomasz Adamek.

Czy Tomasza Adamka stać jeszcze na dobry boks?

Czas pokaże. Od trzech tygodni przygotowuję się do walki z Przemkiem Saletą. Mój trener od przygotowania fizycznego – Kuba Chycki – wyciska ze mnie siódme poty. Nie mam żadnej kontuzji, czuję się świetnie, ale dopiero 26 września przekonamy się, ile wart jest Tomek Adamek. Na treningach może wszystko wychodzić, a w ringu może nie wyjść. Zawsze powtarzam, że ring weryfikuje wszystko.

Ma pan jeszcze motywację do ciężkich treningów?

Gdybym jej nie miał, to by mnie tutaj nie było.

Dariusz Michalczewski twierdzi, że wraca pan na ring ze względów finansowych. To prawda?

Niech się Darek nie martwi o moje finanse. Bogu dziękować, mam dobrą żonę, która potrafi gospodarować pieniędzmi. Nie wychodzę do ringu dla pieniędzy. Wracam, bo nie chcę kończyć kariery przegraną walką, w której nie byłem sobą. Chcę pokazać kibicom, że potrafię jeszcze walczyć i wygrywać.

Mateusz Borek zorganizował panu przed walką z Przemkiem Saletą obóz z prawdziwego zdarzenia. Jak wcześniej wyglądały pana przygotowania do walk?

To jest jeden z lepszych obozów w mojej karierze. Gdyby nie to, że Mateusz Borek zorganizował mi te przygotowania, to pewnie nie zgodziłbym się na ponowne wyjście do ringu. Dałem sobie jeszcze jedną szansę. Podczas poprzednich obozów nie miałem aż tylu badań i takiej opieki medycznej, jaką mam teraz. W górach mówią, że zajechać można nawet konia, a ja jestem takim koniem, który ciężko pracuje. Czasami przetrenowanie jest gorsze niż niedotrenowanie, bo wtedy nie jest się tym samym pięściarzem. Mnie takie błędy już się zdarzały.

Przemek Saleta chce iść z panem na wojnę. Jak pan zamierza na to odpowiedzieć?

Muszę być przygotowany na wszystko. Zarówno na obronę jak i na atak. Chcę pokazać kibicom, że ze starego Adamka jeszcze sporo zostało. W boksie największą sztuką jest zadać cios i nie przyjąć. Takie wojny mogę toczyć.

Mam pan jeszcze jakieś sportowe marzenia i cele?

Walka z Przemkiem Saletą jest dla mnie taką jakby przepustką do dalszych marzeń. Jeśli w tym pojedynku będę sobą, to pewnie po raz kolejny wyjdę do ringu. Jeśli nie będę miał swoich atutów, zakończę karierę. To jest boks i nie można w ringu przesadzać, bo można w nim stracić zdrowie a nawet życie.

Ile razy oglądał pan swoją walkę z Arturem Szpilką?

Widziałem tylko parę rund. W tym pojedynku nie byłem sobą, nie byłem szybki i dlatego w tej walce było tak mało walki.

Zlekceważył pan wtedy Szpilkę?

Nie, nigdy nie zlekceważyłem żadnego rywala. Trenowałem do tego pojedynku w górach, ale nie miałem trenera od przygotowania fizycznego i to był błąd. Było jak było, trzeba umieć przegrać. Wnioski wyciągnąłem i dałem się namówić na kolejną walkę.

Kto był dla pana trudniejszym rywalem – Głazkow czy Szpilka?

Oczywiście, że Głazkow, bo jest pięściarzem mocniej bijącym i przyjąłem od niego parę mocnych ciosów. W ostatniej walce tych ciosów nie było za wiele.

W środowisku słychać opinię, że Roger Bloodworth nie jest w stanie z pana już więcej wycisnąć. Myślał pan o zmianie trenera?

Nigdy o tym nie myślałem, bo od Rogera nauczyłem się bardzo dużo. Dzisiaj mam 39 lat i jestem zdrowy, nie przyjąłem zbyt wiele ciosów w wadze ciężkiej, a boksowałem z pięściarzami, którzy potrafią mocno uderzyć i to jest jego zasługą. Zostaję z Rogerem do końca mojej kariery.

Pod okiem Bloodwortha stał się pan lepszym pięściarzem?

Oczywiście, że tak. Gdybym w wadze ciężkiej walczył tak jak wcześniej, czyli szedł na otwarte wojny, to moja kariera wśród ciężkich już dawno dobiegłaby końca.

Ile ofert powrotu na ring dostał pan po porażce ze Szpilką?

Jakieś oferty były, ale tak naprawdę nad żadną nawet się nie pochyliłem. Skusiłem się dopiero na propozycję telewizji Polsat, choć żona i córki były przeciwne.

Czego pan najbardziej żałuje ze swojej kariery?

Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze. Gdybym mógł cofnąć czas, to przyjechałbym na przygotowania na dziesięć tygodni do Polski. Teraz mogę sobie gdybać, ale to nie ma sensu.

Czy któryś z pana rywali bił mocniej od Kliczki?

Mocniej bił z pewnością Travis Walker, czułem każde jego uderzenie. Po jednym z ciosów Amerykanina odcięło mi prąd, zaliczyłem deski, ale szybko doszedłem do siebie i zwyciężyłem. Wtedy pokazałem serce do walki. Wielu kibiców pewnie straciło nadzieję, że jestem w stanie wstać, ale mnie to się udało zrobić. Czasem trzeba się przewrócić i powstać, by wygrać.

Co było najważniejszym momentem w pana karierze?

Wyjazd do Ameryki w 2008 roku. To był najlepszy krok. Zabrałem żonę, dzieci i ruszyłem w świat. Gdybym mógł cofnąć czas, to zdecydowałbym się na wyjazd do USA jeszcze wcześniej.

Ma pan jakiś indywidualny ranking swoich najlepszych walk?

Nie, bo każde zwycięstwo jest ważne, buduje twoją pozycję w boksie. Najważniejsze są walki zacięte, bo kibice lubią takie pojedynki. Jeśli toczysz walki cios za cios, to w każdym kolejnym pojedynku masz coraz więcej kibiców.

Czuje się pan spełnionym pięściarzem?

Oczywiście, przecież zdobyłem dwa tytuły mistrza świata. Wprawdzie nie udało mi się zdobyć trzeciego, co było moim marzeniem, ale taki jest sport – uczy wygrywać, ale też przegrywać. Nie mam się czego wstydzić. Swoje w boksie osiągnąłem.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek