Posts Tagged ‘Mateusz Borek’

Zrzut ekranu 2018-01-05 o 12.06.36.png

W piątek 50 świeczek z urodzinowego tortu zdmuchnie Andrzej Gołota. Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. Miliony Polaków wstawało w nocy na jego walki, bo gdy „Andrew” wchodził na ring w USA, grzmoty było słychać w naszym kraju. Jego dwa pojedynki z Riddickiem Bowe mają swój osobny rozdział w historii wagi ciężkiej. Gołota nigdy nie był mistrzem świata, ale jest legendą polskiego boksu. Jego walkę z Timem Witherspoonem oglądało w Polsacie 12,5 miliona widzów. Dzisiaj w Polsce nie ma pięściarza, który mógłby przyciągnąć przed telewizory taką rzeszą kibiców.

Urodziny Andrzeja Gołoty to dobra okazja, żeby przypomnieć kilka anegdotek z jego życia. Mateusz Borek, Andrzej Kostyra i Andrzej Wasilewski w swoich „Alfabetach”, które ukazały się na Po Gongu, opowiedzieli kilka fajnych historii dotyczących „Andrew”.

Z Alfabetu Mateusza Borka: Po walce Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem w Chengdu Don King zaprosił nas na kolację do dobrej chińskiej restauracji, w której pierwsze piętro było przeznaczone dla normalnych ludzi, a drugie dla VIP-ów, gdzie King zorganizował bankiet dla około 40 osób. Pojechałem tam z Przemkiem Garczarczykiem. Wchodzimy do środka i… własnym oczom nie wierzymy. Pobity przez Austina Andrzej Gołota siedzi z rodziną i je między setką Chińczyków na pierwszym piętrze. Tak wstydził się porażki, że nie miał ochoty wjechać piętro wyżej. Namówiliśmy go jednak, żeby wszedł tam chociaż na chwilę. Gdy Don King go zobaczył od razu wypalił: Andrju, mój przyjacielu, dam ci jeszcze jedną szansę.

***

Nie wiem, czy traktować to w kategorii anegdoty, bo na własne uszy tego nie słyszałem, ale podobno Gołota przed walką z Johnem Ruizem powiedział Kingowi, że nawet jak zdobędzie pas mistrza świata, to następnego dnia kończy karierę. Pamiętajmy, że King był wtedy również promotorem Ruiza, więc mógł sobie pomyśleć: po co ja mam dać Gołocie pas, skoro on go następnego dnia zwakuje i ja tego pasa jako promotor też nie będę miał i przelecą mi miliony koło nosa. Możliwe, że Gołota pospieszył się z tą deklaracją. Wielki boks to wielka polityka i wielka kasa, a pamiętamy, że ta walka była bardzo wyrównana.

***

Myśląc o Andrzeju Gołocie, mam w głowie takie zdanie: nigdy polscy ojcowie nie wstawali tak często do dzieci, jak wstawali na walki Andrzeja Gołoty. Trafił na nieprawdopodobne czasy w kategorii ciężkiej, bo pamiętajmy, że gdy boksował w swoim prime byli między innymi: Mike Tyson, Lennox Lewis, Michael Grant i Riddick Bowe. To była cała plejada świetnych zawodników. Jednak fakty są takie, że Andrzej Gołota co najmniej raz powinien być mistrzem świata, bo na pewno wygrał walkę z Chrisem Byrdem.

W jego karierze było sporo dziwacznych momentów: szybkie przegrane z Lewisem czy Brewsterem, ucieczka z ringu w walce z Tysonem, niezrozumiała przegrana z Grantem, dziwna deklaracja przed pojedynkiem z Ruizem, o której wspominałem wcześniej. Co by nie mówić, Gołota był świetnym pięściarzem, ale w boksie zawodowym niczego nie osiągnął. Karierę pięściarza puentuje to, co uda się zawiesić na biodrach, a on przecież nie zdobył żadnego pasa. Dlatego Andrzej przypomina polskich bohaterów literackich i jest wielką postacią tragiczną.

Smutne było to, że Gołota nie potrafił pogodzić się z brakiem sukcesu sportowego. Gdy był po wypadkach, nie mógł prostować lewej ręki, nie funkcjonował mu bark i spadła szybkość, on ciągle wierzył, że jest w stanie zawojować wagę ciężką. To było życzeniowe myślenie.

Z Alfabetu Andrzeja Kostyry: Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

***

Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

***

Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy na sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

Z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego: Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: „Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był.” Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

***

Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

Reklamy

DSC_2197.jpg

Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

  • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

  • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
  • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
  • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
  • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
  • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
  • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
  • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
  • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
  • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
  • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
  • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
  • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
  • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
  • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
  • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
  • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

IMG_7457

Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

Demolki?

No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

Jaka była twoja największa waga?

Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

Poszedłbyś z nim na kawę?

Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE:

FOT 400MM.PL

Opadł już kurz po gali Polsat Boxing Night 7. Tomasz Adamek faktycznie był Jokerem, ale show skradł mu Mateusz Masternak. Swoje pięć minut miał Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Nie zabrakło też kontrowersji. Z jajami Łukasza Janika w roli głównej. Z Ergo Areny raczej nikt nie wyszedł zawiedziony. 

Gdy po zakończeniu szóstej rundy Tomasz Adamek szedł do swojego narożnika, wiedzieliśmy już, że ma walkę pod kontrolą i że jeśli nie zdrzemnie się na moment, to spokojnie wygra. Solomon Haumono w każdej rundzie zbierał sporo ciosów, ale nie był ani razu podłączony, dlatego było też wiadomo, że pojedynek potrwa cały dystans.

„Góral” faktycznie był Jokerem

Adamek na tle Australijczyka pokazał, że 40-latek może jeszcze bić seriami, że widzi ciosy rywala, że ma refleks i kondycję na 12 rund. „Góral” był w tej walce Jokerem, tak jak anonsowano go na plakacie promującym galę. Jokerem na pewno nie był jego rywal. Mateusz Borek żartował po gali, że Haumono w hierarchii ważności kart spadł na „9”.

FOT 400MM.PL

Po gali próbowaliśmy ustalić, co czeka Adamka w najbliższej przyszłości, ale żadne konkrety nie padły. Ani z ust głównego zainteresowanego, ani promotora Borka. Jedno jest pewne, „Góral” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i jeszcze zobaczymy go w ringu. Może wojować za granicą, ale w Polsce też nie zabraknie chętnych do walki z nim. Swoją kandydaturę już zgłosił Krzysztof Zimnoch. Tak na marginesie, to dobry pomysł na promocję. „Chcę walki z Adamkiem” – chwytliwe hasło, prawda?

Masternak skradł show Adamkowi

Mateusz Masternak i Robert Talarek to bez wątpienia najwięksi wygrani gali PBN 7. Ten pierwszy w pojedynku z Siłłachem zdał test na męskość i przy okazji skradł show Adamkowi. Był w tarapatach (rozcięty łuk brwiowy, liczenie), momentami walka wymykała mu się spod kontroli, ale dał radę. Ukłony, „Master”. Z obu stron oglądaliśmy boks w najlepszym wydaniu. Wynik był na styku, werdykt mógł pójść w obie strony. Masternak takie historie już przerabiał. Na wyjeździe tego typu walki przegrywał, teraz to jego ręka powędrowała w górę. Warto zwrócić uwagę, że „Master” nie ma w tej chwili promotora. Niektórym osobom powinno dać to do myślenia.

FOT 400MM.PL

Mocnego zaplecza promotorskiego nie ma też za sobą Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Ta gala powinna być dla tego chłopaka trampoliną. Pokazał, że ciężka robota, w którą wkłada się serce i charakter, przynosi efekty. Jeżeli odbędzie się kolejna gala PBN, Talarka wypadałoby zaprosić w pierwszej kolejności. Szkoda też, żeby chłopak dalej jeździł po Europie i dostawał po uszach nie od rywali, ale od sędziów. Przed galą Talarek w talii kart był tylko „10”. Po walce z Dąbrowskim nie został od razu asem, ale na pewno o jeden stopień przesunął się w górę.

Sulęcki i Głowacki wygrali… sparingi

Maciej Sulęcki i Krzysztof Głowacki wykonali swoją robotę i mogą iść dalej. Szkoda, że mieli mało wymagających przeciwników. W ich przypadku szkoda czasu na walki, które przypominają sparingi. Plusem jest to, że pokazali się na tak dużej imprezie. Obaj twierdzą, że są gotowi na pojedynki o pasy. Teraz wszystko w rękach ich promotorów i menedżerów.

Andrzej Gmitruk przed walką Łukasza Wierzbickiego przekonywał, że jego podopieczny w Ergo Arenie będzie grał na pianinie. Trzeba przyznać, że Wierzbicki na tle Tlatlika wypadł bardzo korzystnie i wygrał bez problemu. Może nie grał jeszcze na pianinie, ale pokazał, że ma smykałkę do boksu. Andrzej Gmitruk musi jeszcze pracować nad tym chłopakiem. Potencjał na pewno jest.

Były też kontrowersje. Z jajami Janika w roli głównej

Na PBN 7 nie obyło się bez kontrowersji. Sporo dyskutowało się o werdykcie po walce Ewy Brodnickiej. O skandalu nie możemy mówić, ale Ewa na pewno wygrała szczęśliwie.  Viviane Obenauf nie zgadzała się z werdyktem i zaprosiła Brodnicką na rewanż do Szwajcarii. – Jak mi dobrze zapłaci, to czemu nie” – stwierdziła na gorąco „Kleo”.

_IGA1815.jpg

Rewanżu domaga się też Łukasz Janik, który twierdzi, że Adam Balski trafił go poniżej pasa. Powtórki telewizyjne pokazały, że Janik nie ma racji. O samej walce za dużo nie można napisać, bo Balski od początku wziął sprawy w swoje ręce i z każdym ciosem zaznaczał swoją przewagę. Szkoda, że Janik nie miał czasu na normalne przygotowania do tego pojedynku. W sobotę był po prostu słaby. Było bang, bang i po zawodach. Rewanż? Jeżeli Balski nie będzie miał innej opcji, to czemu nie. Poza tym Janik powinien spełnić dwa warunki:

  1. Nie może się przygotowywać na wariackich papierach
  2. Musi kupić sobie suspensor, bo w innym przypadku znowu mogą być jaja

Nie ma powodów do marudzenia

Mateusz Borek przyznał po gali, że rozważany był undercard w stylu braci Kliczko. Czyli wielka kasa idzie na jeden pojedynek, reszta walk interesuje tylko rodzinę i przyjaciół walczących pięściarzy. Szef MB Promotions postawił jednak na inne rozwiązanie.

Zakontraktował Adamkowi rywala z niższej półki, ale dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć w akcji innych, czołowych pięściarzy z polskiego podwórka. To było dobre rozwiązanie, nikt nie powinien marudzić.

Krzysztof Smajek

pbn_nowe rozdanie

  • 24 czerwca odbędzie się gala Polsat Boxing Night 7. 
  • W karcie walk znajduje się osiem pojedynków. Jako danie główne zaserwowana będzie konfrontacja Tomasza Adamka z Solomonem Haumono. 
  • Gala awizowana jest hasłem „Nowe Rozdanie”.  W roli organizatora debiutuje Mateusz Borek. 
  • Jest kilku chętnych do skradnięcia show głównym bohaterom wieczoru. Najwięcej do stracenia ma Tomasz Adamek.
  • Przed PBN 7 jest sporo znaków zapytania. Najważniejsze pytanie brzmi:

Dla kogo będzie to nowe rozdanie?

Tak naprawdę na PBN każdy może coś dla siebie ugrać i trudno powiedzieć, kto ma najwięcej do zyskania. Wróbelki ćwierkają, że po gali w Ergo Arenie przed Tomaszem Adamkiem może otworzyć się ciekawa droga. – On ma teraz większe szanse na zdobycie tytułu mistrza świata lub na walkę z dużym nazwiskiem niż wtedy, gdy piał się w górę i trafił na ścianę zwaną Witalij Kliczko – twierdzi Maciej Miszkiń.

Inni też mogą sporo zyskać. Adam Balski może mieć w CV byłego pretendenta do mistrzowskiego pasa. Krzysztof Głowacki, Mateusz Masternak, Maciej Sulęcki i Ewa Brodnicka mogą przejść kolejny korytarz, który prowadzi do walki o mistrzostwo świata. Łukasz Wierzbicki, Robert Talarek i Norbert Dąbrowski mogą się fajnie wypromować. Łukasz Janik może wrócić do gry. Jest się o co bić.

Kto ma najwięcej do stracenia? 

Tomasz Adamek, bo on już nie ma czasu na porażki. Przegrana z Haumono = emerytura. Na wpadki nie mogą pozwolić sobie ani Głowacki, ani Sulęcki, którzy na papierze są zdecydowanymi faworytami. Porażki mogłyby wyhamować ich kariery. Masternak to czołówka wagi junior ciężkiej i w pojedynku z Siłłachem musi to potwierdzić. Jeśli przegra, znów zrobi krok do tyłu. Kilka już takich w swoje karierze zrobił, więc na kolejny nie może sobie pozwolić.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Na co stać jeszcze czterdziestoletniego Tomasza Adamka? 

To jest pytanie za przysłowiowe sto punktów. „Góral” po raz trzeci wraca z emerytury, na którą tak naprawdę nigdy się nie wybrał. Brzmi to trochę kuriozalnie, ale w jego przypadku tak to wyglądało. Po przegranych pojedynkach mówił, że czas kończyć karierę, ale za każdym razem się rozmyślał. W ostatniej walce z Erikiem Moliną wyglądał bardzo przyzwoicie, dał się jednak trafić i przegrał. W konfrontacji z Haumono nie może zagapić się nawet na chwilę, bo Australijczyk potrafi nokautować rywali. Janusz Pindera, który z bliska obserwował treningi Adamka, twierdzi, że jest on najlepiej przygotowany od wielu lat. Skoro tak, to z Haumono nie powinien mieć większych problemów.

Kto może skraść show głównym bohaterom wieczoru?

Dzień przed galą show Adamkowi na pewno skradnie Ewa Brodnicka, czyli mistrzyni ceremonii ważenia. Tu Tomek i reszta nie będą mieli nic do powiedzenia. Chyba, że „Góral” założy gatki, w jakich w przeszłości paradował Artur Szpilka… Żarty na bok. Jeżeli Krzysztof Głowacki w efektowny sposób znokautuje rywala, pewnie będziemy o tym długo wspominać. Grzmoty mogą być w walce Masternaka z Siłłachem i Balskiego z Janikiem. W tym drugim przypadku raczej jednostronne. Norbert Dąbrowski głośno mówi, że z Robertem Talarkiem chcą skraść show. Niech kradną. Show must go on.

Czy będzie jak u Hitchcocka?

„Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Znacie to z filmów Alfreda Hitchcocka. Czy podobnie będzie na PBN 7? W Ergo Arenie jako pierwsi do ringu wejdą Robert Talarek i Norbert Dąbrowski. Panowie walczyli ze sobą w 2015 roku i wtedy wygrał Dąbrowski. Od tego czasu u jednego i drugiego sporo się zmieniło. Norbert liznął dużego boksu, gdy w Montrealu stoczył 10-rundowy pojedynek z Alvarezem. Wcześniej odniósł cenne zwycięstwo nad Markiem Matyją. Talarek robotę w kopalni łączy z treningami. Wychodzi mu to całkiem nieźle, wygrał cztery ostatnie walki. 24 czerwca będzie chciał wyrównać rachunki z Dąbrowskim, więc po godzinie 18 ziemia w okolicach Ergo Arenie może się zatrząść.

Jak dużym znakiem zapytania jest Łukasz Janik?

Ogromnym. Nie walczył dwa lata, w tym czasie zmagał się z wieloma problemami zdrowotnymi. Pojedynek z Adamem Balskim wziął miesiąc przed galą, więc nie miał czasu na normalne przygotowania. Nie ściemnia nikogo, o swojej formie mówi wprost: „nie ma szału”. Janik to facet, który w ringu nie pęka, zostawia serce i walczy na charakterze. Tak samo będzie 24 czerwca. Czy jest w stanie przetrwać cały dystans? Wątpliwa sprawa. Balski to nie Drozd czy Afolabi, ale trzeba przyznać, że chłopak rozkręca się z walki na walkę i jest faworytem tej konfrontacji. Jednak pamiętajmy, że pięściarz Tymexu nie walczył jeszcze na tak dużej gali. Światła, flesze, oczekiwania i presja potrafią przytłoczyć. Jeżeli wytrzyma głowa, ręce dadzą sobie radę.

Czy Krzysztof Głowacki załatwi sprawę przed czasem?

„Główka” za każdym razem powtarza, że czuje ogromny głód boksu. Nie ma się co dziwić, ostatnią walkę stoczył w październiku 2016 roku. Stracił wtedy pas mistrza świata. Pierwotnie jego rywalem miał być Brian Howard, ostatecznie ring będzie dzielił z niepokonanym Hiznim Altunkayą. – Dla mnie to żadna różnica, kogo będę bił – tymi słowami Głowacki skomentował zmianę rywala. Turek jest kopią Pawła Kołodzieja. Fajny dla oka rekord wyhodował na słabych rywalach, ale żarty już się skończyły. 24 czerwca Głowacki powie: sprawdzam. Pamiętacie, jak Kołodzieja zweryfikował Lebiediew? Altunkaya czeka to samo z rąk Głowackiego.

Jak mocno bije świeżo upieczony tata?

Witalij Kliczko stwierdził kiedyś, że gdy został ojcem, zaczął bić dużo mocniej. Zobaczymy, czy w przypadku Macieja Sulęckiego, któremu w trakcie przygotowań do PBN 7 urodziła się córka, będzie tak samo. Warto przypomnieć, że jakiś czas temu za Maćkiem ciągnęła się opinia pięściarza, który ma watę w rękawicach. – Nie przejmuje się takimi słowami, bo wiem, co drzemie w moich rękach – tak Sulęcki odpowiadał na zaczepki krytyków. Swoje zaczął też robić w ringu. Po efektownym nokaucie na Grzegorzu Proksie nikt mu już nie wypominał, że głaszcze rywali, zamiast ich bić. Damian Ezequiel Bonelli musi się nastawić, że od pierwszej rundy będzie pod ciągłym ostrzałem Sulęckiego, który sześć ostatnich walk wygrał przed czasem. Kolejna taka wygrana będzie mile widziana.

W jakim stroju na ważeniu wystąpi Ewa Brodnicka?

Ewa lubi zaskakiwać na ceremoniach ważenia. Tym razem, gdy kamer będzie o wiele więcej niż zwykle, pewnie przygotuje coś ekstra. Z cyklu „Droga do PBN” dowiedzieliśmy się, co założy na after party. A co czeka Brodnicką w ringu? W ostatniej chwili doszło do zmiany jej rywalki i wygląda na to, że Ewa będzie miała więcej roboty niż z Marisol Reyes. Viviane Obenauf to twarda babka, nie pękła przed Katie Taylor, nie wystraszy się też Polki. Na barkach Brodnickiej spoczywa spory ciężar. Na PBN 7 będzie musiała w ładny sposób „sprzedać” kobiecy boks. Klinczu kibice nie kupią.

Czy Łukasz Wierzbicki zagra na pianinie?

Wierzbicki przeciętnie wypadł w debiucie na polskim ringu. Nie możemy go usprawiedliwiać, że w głowie miał już wtedy występ na PBN 7. W jego boksie nie było błysku. Andrzej Gmitruk zapowiada, ze w Ergo Arenie jego pięściarz będzie grał na pianinie. Trzymamy za słowo, bo w Ełku Wierzbicki grał na trąbce i przy okazji trochę fałszował.

Ile będzie nokautów?

Nokauty są solą boksu, więc każdy jest mile widziany. Szybko policzmy. Głowacki na 99 procent zafunduje rywalowi KO, Balski też powinien załatwić sprawę przed czasem. Argentyńczycy nie pękają, ale podobno ojcowie biją mocniej, więc Sulęcki też wcześniej może pójść pod prysznic. I to by było chyba na tyle. A może warto dopisać do tej listy jeszcze Tomasza Adamka, który przeżywa drugą młodość…

Czy Mateusz Borek będzie musiał sprzedać mieszkanie?

Na koniec został wątek finansowy. Mateusz Borek, który będzie debiutował w roli organizatora gali, podkreślał w wywiadach, że jeśli projekt pod nazwą PBN 7 nie wypali, będzie musiał sprzedać mieszkanie. Nie od dziś wiemy, że polski boks jest w kryzysie. 24 czerwca dostaniemy odpowiedź na pytanie, czy w naszym kraju jest jeszcze zapotrzebowanie na szermierkę na pięści na wysokim poziomie. Jeśli chodzi o matchmaking, Borek stanął na wysokości zadania. Wprawdzie w karcie walk brakuje zestawienia, które niesie za sobą jakąś pikantną historię lub konfrontacji typu Szpilka vs Adamek, ale i tak nikt nie powinien narzekać. Miał być sport i jest sport. Popka z Robertem Burneiką w ringu nie zobaczymy. Jeśli ludzie tego nie „kupią” i Mateusz Borek będzie musiał dołożyć do interesu, to nad polskim boksem pojawią się coraz ciemniejsze chmury. Taki scenariusz jednak zawczasu przekreślamy. Projekt PBN 7 musi wypalić, bo nikt ludziom bubla nie wciska.

Wystarczyło, że Tomek Adamek wspomniał coś o powrocie na ring i już wybuchła burza. Może inaczej. Na Twitterze rozpoczęła się burzliwa dyskusja na temat potencjalnego przeciwnika dla Górala. Pojawiły się też pierwsze nazwiska. Poważne i mniej poważne.

Zacznijmy jednak od wywiadu, którego Tomek Adamek udzielił Przemkowi Garczarczykowi. Oto najważniejsze cytaty z tej rozmowy:

Tomek Adamek: „Jestem na tak. Po rozmowie z Mateuszem Borkiem powiedziałem, że wracam na ring.”

Skoro ma ochotę wracać na ring, niech wraca. Nic nam do tego. Przypominamy, że w Polsce nie ma obowiązku oglądania jego pojedynków. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że Góral wraca, bo kasa się skończyła. Spokojnie, główny zainteresowany twierdzi, że z dutkami wszystko jest ok. Wierzcie, komu chcecie, ale lepiej trzymać się zasady, że do cudzego portfela nie ma sensu zaglądać.

TA: „Chciałbym pożegnać się z kibicami w dobrym stylu, żeby zapamiętali mnie jako wojownika.”

W dobrym stylu można pożegnać się na różne sposoby. Na przykład: można wpaść w garniaku na galę Polsat Boxing Night, powiedzieć kilka zdań do kibiców, odebrać pamiątkowy puchar, zebrać owację na stojąco i tyle. Góralowi jednak nie o to chodzi. On chce się pożegnać kolejną walką. Tomek musi też pamiętać o jednym: tak czy siak kibice (zwłaszcza ci trochę starsi) zapamiętają go jako wojownika. Niczego już nikomu nie musi udowadniać.

Wiadomo, że nikt nie lubi schodzić ze sceny pokonanym. Zresztą pięściarze często powtarzają tę wyświechtaną formułkę: „chciałbym pożegnać się w dobrym stylu”. Pytanie, co należy rozumieć przez dobry styl? Zbicie jakiegoś kelnera? W przypadku Adamka odpowiedź brzmi: nie.

TA: „Jeżeli wygrywać to z czołówką. Co mi daje zwycięstwo z przeciętnym pięściarzem?

Krótko mówiąc, Tomek Adamek nie ma ochoty na walkę, jakby to powiedział redaktor Andrzej Kostyra, z puszką soku pomidorowego. Ma być rywal z czołówki. Nie chodzi o to, żeby dać mu przeciwnika, który będzie przypominał porcelanową figurkę, która stłucze się po pierwszym ciosie.

Czas przejść do wspomnianej na wstępie rozmowy na temat kolejnego rywala dla Górala, w której w rolach głównych wystąpili: Mateusz Borek i Andrzej Wasilewski.

Promotor grupy Sferis KnockOutPromotions zaproponował dla Adamka dwie opcje: walkę z Krzysztofem Włodarczykiem lub Andrzejem Wawrzykiem.

tweet1

Pomysł spodobał się Maciejowi Miszkiniowi, który napisał: „Zapomniałem o tym zestawieniu. Dla mnie ciekawie, ppv jeden z lepszych wyników myślę”.

Jednak zupełnie bez entuzjazmu do tych propozycji podszedł Mateusz Borek.

tweet3

Dalsza część rozmowy mięrzy panami Borkiem i Wasilewskim wyglądała mniej więcej tak (pisownia oryginalna, wszystkie cytaty pochodzą z Twittera):

Andrzej Wasilewski: „Jestem zdecydowanie za walka pozegnalna Tomka ale albo z Polakiem albo nie jako glowna walka.”

AW: „Diablo albo Wawrzyk. Mlody ciezki. Kiedys bylo Adamek – Golota, teraz Adamek nie chce…”

Mateusz Borek: „Niech Wawrzyk wygra eliminator z Wachem a Diablo niech idzie droga IBF bo nie chciał walczyć o pas WBO”

AW: „Mati, dlaczego tak sie obawiasz walki z innym Polakiem? Zwyciezca bedzie Polakiem, zostanie w rodzinie”

MB: „Nigdy juz nie da zarobić innemu Polakowi. Niech każdy sobie zasłuży na wypłatę. TA ma z kim walczyć”

AW: „Wygra TA to jest w grze i pozniej zawalczy z kolejnym Polakiem, z korzyscia dla wszystkich”

MB: „Ludzie chętnie obejrzą fajna walkę, choćby rewanż z EM, choćby sie to miało skończyć tak samo”

MB: „Niech Ci w Prime zaczną sprzedawać bilety i PPV. A nie, każdy sie chce promować na Adamku. Over.”

AW: „Zeby zaczeli musza byc wypromowani. Trzeba tworzyc produkt. Za chwile nie bedzie w ogole kim boksowac.”

AW: „Dlaczego Glowki, Diabl Sulek, Wawrzyk, Laszcz, Szyman i inni nie boksuja regularniena PBN?”

MB: „Ale Ty możesz ich zawsze wystawić, wziąć ryzyko finansowe i zrobić galę jak 17 września pod szyldem PBN.”

AW: „Dlaczego nie budowac polskiego boksu razem? TV i promotor – wieloletni partnerzy..nie chcemy wspolnego produktu?”

MB: „Zrób walke Diablo vs Adamek lub Wawrzyk vs Adamek i dogadaj sie z Tomkiem na kasę. Nie mam nic przeciw.”

AW: „on mnie odesle do Ciebie -;)))”

MB: „Czyli Was nie stać :-)”

AW: Pewnie na mniej niz caly Polsat. Zgoda -;)

Oczywiście wymiana zdań nie została zakończona w tym miejscu, ale my stawiamy tutaj kropkę.

Opcja walki Krzysztof Włodarczyk vs Tomasz Adamek pod każdym względem wydaje się interesująca dla kibiców. Panowie mogliby sprzedać PPV w ilościach hurtowych. To zestawienie broni się przede wszystkim sportowo, bo to pojedynek z gatunku 50/50. A przecież w tym biznesie, oprócz oczywiście biznesu, chodzi właśnie o sport. Pytanie tylko, w którym kierunku chce pójść Diablo? Z jednej stony słychać, że ma w planach odzyskać tytuł mistrza świata w cruiser, z drugiej, jego promotor proponuje walkę z Adamkiem.

Czytając ostatni wywiad Włodarczyka dla „Super Expresu”, w którym tak mówił o swoich finansach: „Powiem tylko tyle, że żyłem zbyt rozrzutnie i zdaję sobie z tego sprawę. Oszczędności? Szkoda gadać, nie chcę sam siebie dołować… ” – można odnieść wrażenie, że Diablo przyjmie każdą konkretną ofertę pod względem finansowym. Podobno skusiłby się nawet na propozycję walki w formule MMA. Zresztą potencjalna konfrontacja z Adamkiem mogłaby być dla niego jednorazowym wyskokiem do wagi ciężkiej, który nie zamknie mu żadnej furtki w cruiser.

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Góral dostanie pewnie jeszcze niejedną ofertę walki. Poważną lub mniej poważną… Wiadomo na jego nazwisku wielu chciałoby się wypromować.

tweet4

Tomaszowi Babilońskiego gratulujemy poczucia humoru, ale ta oferta jest interesująca pewnie tylko dla niego…

tweet5

W czwartek rano na Twitterze rozgorzała bardzo ciekawa dyskusja o polskiej wadze ciężkiej. Pojawiło się sporo interesujących opinii i wątków, dlatego uznałem, że warto to wszystko spisać, usystematyzować i dorzucić swoje trzy grosze. W wymianie zdań (ciosów) brali udział między innymi: Mateusz Borek, Andrzej Wasilewski, Michał Koper i Przemek Garczarczyk.

Iskrą, która wznieciła dyskusję, była informacja o planowanej walce Alberta Sosnowskiego z Andrzejem Wawrzykiem na wrześniowej gali Głowacki vs Usyk. Tak, tak, tego samego Alberta Sosnowskiego, który w marcu po pojedynku z Andrasem Csomorem mówił, że definitywnie kończy karierę. Tak na marginesie, dla mniej zorientowanych: w boksie stwierdzenie „kończę karierę”, odczytujemy jako: „zaraz wracam”.

Przejedźmy jednak do konkretów. Żeby wszystko było w miarę jasne i przejrzyste wprowadziłem podział na wątki.

1. Pojedynek Wawrzyk vs Sosnowski

Informacja o planowanej walce Sosnowskiego z Wawrzykiem nie przypadła do gustu Mateuszowi Borkowi, który napisał (wszystkie cytaty w tym tekście pochodzą z Twittera):

„Nie chce słyszeć o walce z Wawrzykiem. Nikt, komu zależy na zdrowiu człowieka, nie podpisze się pod tym. Dla mnie, szczerze, to wstyd raz jeszcze proponować powrót Albertowi Sosnowskiemu. Pieprzenie o wielkich walkach dla Andrzeja a potem… WTF?”

Później doszło do dyskusji Mateusza Borka z Michałem Koprem z ringpolska.pl. Poniżej fragment rozmowy tych panów:

borek vs koper

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Ze sportowego punktu widzenia walka Wawrzyk vs Sosnowski nie ma większego sensu. Nawet nie trzeba tłumaczyć, dlaczego. Mismatch. Ale pamiętajmy, że boks rządzi się swoim prawami. Sosnowski ma nazwisko, które przyciągnie kibiców. Przyciągnie, bo Dragon wciąż jest popularny.

Kiedyś spytałem Alberta, dlaczego tak trudno podjąć mu decyzję o zakończeniu kariery. Odpowiedział: „Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg.” Albert z tym nałogiem sobie nie radzi, dlatego pewnie wróci. Znów na chwilę znajdzie się w centrum zainteresowania (kibice, wywiady, konferencje prasowe, itp.), znów poczuje adrenalinę, coś tam zarobi, a na koniec dostanie od Wawrzyka po głowie.

2. Inny rywal dla Andrzeja Wawrzyka

borek vs wasilewski.png

Żeby wszystko było jasne: podczas wrześniowej gali Fiodor Łapin ma zajmować się tylko Krzysztofem Głowackim. To oznacza, że Andrzej Wawrzyk nie będzie miał w narożniku swojego trenera. A to z kolei oznacza, że nie może dostać zbyt wymagającego rywala. Jeszcze niedawno, jako potencjalnego przeciwnika Wawrzyka, wymieniało się Marcina Siwego. Teraz jest grany temat Sosnowskiego. Mateusz Borek (Wawrzyk pewnie też) liczył na zdecydowanie większe nazwisko. „Ja myślałem o Washingtonie lub Aguilerze dla Wawrzyka a tu taka „niespodzianka”.

Nagy Aguilera byłby ciekawą opcją. Kilka miesięcy temu dał dobrą walkę z Marcinem Rekowskim. To nie jest facet, który wpadnie do Polski, nadstawi głowę, zbierze oklep i wróci do domu. A między rundami będzie liczył dolary. Pewnie Wawrzykowi postawiłby twarde warunki, ale ta kandydatura nie wchodzi w grę, bo „w Ergo nie ma mowy, bez swojego trenera w narożniku” (cyt. Andrzej Wasilewski). W takim razie otwarte pozostaje wciąż pytanie: czy jest sens, żeby Wawrzyk w ogóle wychodził w tym terminie do walki? Co, oprócz easy money, da mu walka z Sosnowskim?  

Przejdźmy teraz do kolejnego  tematu, który pojawił się w trakcie tej twitterowej wymiany zdań. Wątek ten wywołał Michał Koper, a do dyskusji włączył się też Przemek Garczarczyk.

3. Tomek Adamek vs Andrzej Wawrzyk, czyli czas na gdybanie

Michał Koper: „Mateusz, ja żałuję że nie doszło do walki Andrzeja Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem na PBN. To byłby lepszy wybór niż Molina medialnie i sportowo.”

Po tym wpisie ruszyła kolejna dyskusja. Rozmowę nakręcało pytanie: kto wygrałby pojedynek Adamek vs Wawrzyk?

adamek vs wawrzyk_ok

Stop. Znów musimy się na chwilę zatrzymać. Czy Andrzej Wawrzyk wygrałby z Tomkiem Adamkiem? Zdania są podzielone. Przemek Garczarczyk twierdzi, że Wawrzyk bardziej pasowałby „Góralowi” niż walczący z defensywy Molina. Z kolei panowie Wasilewski i Koper uważają, że pięściarz KnockOutPromotions miałby przewagę szybkości i to on wygrałby z Adamkiem. „A może ko nawet?” – zastanawia się Wasilewski.

Trudno powiedzieć, jakim wynikiem zakończyłaby się ta walka. Dzisiaj stawiałbym 60/40, a może nawet 70/30 na Wawrzyka. Adamek najlepsze lata ma już za sobą. Jego karierę zastopował Wiaczesław Głazkow, swoje dołożył też Artur Szpilka. Choć, trzeba przyznać, że Góral na tle Moliny wyglądał bardzo przyzwoicie. Jak „przygotowany, starszy pan”.

„Głupie rozmowy. W jego prime żaden by się do niego nie zbliżył. Dawać Aguilere dla AW” – napisał Borek. Racja, Adamek za najlepszych lat był poza zasięgiem, po prostu nie do ruszenia przez innych polskich ciężkich.

adamek cd

Skoro jesteśmy przy Tomku Adamku, to nie możemy pominąć kolejnego wątku, w którym pojawiło się jego nazwisko. Ten temat wywołał Mateusz Borek.

4. Powrót Górala na ring!

borek o adamku.png

Wpis dziennikarza Polsatu trzeba traktować z lekkim przymrużeniem oka, ale powrotu Adamka na ring nie można na sto procent wykluczyć. Wiadomo, Góral nie ma już szans na zawojowanie zawodowych ringów, ale na kolejny, jednorazowy wyskok może się przecież jeszcze skusić… Kto da sobie rękę uciąć, że Tomek już nie wróci? Ja swojej nie daję.

powrót adamka_cd

Może i Tomek Adamek faktycznie czuje się teraz spełniony, ale pamiętacie przecież, że słowa „kończę karierę” – w przypadku pięściarzy – czytamy jako: „zaraz wracam”. Wystarczy, że zadzwoni Mateusz Borek z jakąś ciekawą propozycją…

Patrząc z innej perspektywy, może wyglądać to tak: Adamek siedzi sobie teraz na bokserskiej emeryturze w USA, ale pewnie wie, co w trawie piszczy. Usłyszy raz, że Wawrzyk by go pokonał, usłyszy drugi raz to samo i w końcu wyciągnie rękawice z szafy…

powrót adamka_cd

Krzysztof Smajek/Po Gongu

jackiewicz

„No to teraz Rafał Jackiewicz pewnie zacznie przed kolejnymi pojedynkami sprzedawać reklamy na podeszwach” – takie myśli przebiegły mi przez głowę, gdy „Wojownik” wylądował na deskach w walce z Michałem Syrowatką. Rafał do gali w Ełku przystępował po trzech porażkach z rzędu. Po pierwszej rundzie jego konfrontacji z Syrowatką wydawało się, że przegra po raz kolejny. Że powoli zacznie rozmieniać się na drobne. Tak się jednak nie stało, bo Rafał przetrwał krótki kryzys i wziął sprawy w swoje ręce. W czwartej odsłonie było już pozamiatane, Jackiewicz wygrał przez TKO.

Wróćmy jednak do pierwszej rundy tego pojedynku, bo wiąże się z nią niewyjaśniona do końca historia. Syrowatka pytany o to, dlaczego nie dokończył roboty, mając Jackiewicza na deskach, odpowiada: „Poczułem przez chwilę, że faktycznie trafiłem i że to się może skończyć, ale rozmowy były takie, że co by się nie działo, żeby walki za szybko nie kończyć, bo jednak telewizja i kibice i trzeba boksować”. Dość tajemniczo to brzmi, prawda?

– Nigdy telewizja nie wymaga od żadnego pięściarza, żeby nie kończył walki w pierwszej rundzie, jeśli może to zrobić. Boks to jest sport tak niebezpieczny, tak brutalny, zabierający tyle zdrowia, a czasami i życie, że to byłoby amoralne, naganne i w ogóle niedopuszczalne, żeby telewizja próbowała taki komunikat przekazać zawodnikowi. Być może rozmawiał z nim promotor gali, być może prosił go organizator, że jeśli może, to żeby nie kończył tego za szybko i trochę się pobawił z Jackiewiczem, bo jest stamtąd i ludzie kupili bilety. Tego się nie dowiemy, bo Michał Syrowatka, kiedy go o to zapytałem, to dość sprawnie uciekł od rozszerzenia tej odpowiedzi – mówi Mateusz Borek.

Też próbowałem dopytać Michała o tę sytuację z pierwszej rundy, ale nie chciał o tym rozmawiać. Na odczepnego powiedział tylko: „Chciałem, żeby walka potrwała dłużej. Bardzo tego żałuję i tyle”. – Syrowatka podał linkę ratunkową Rafałowi, a stary lis Jackiewicz to wykorzystał – twierdzi z kolei Andrzej Kostyra.

W sobotę podczas gali Polsat Boxing Night dojdzie do rewanżowej walki obu panów. – Dostałem stawkę razy dwa i pół i dlatego zgodziłem się na drugi pojedynek z Michałem – mówi Jackiewicz. Przed ich pierwszą konfrontacją w Ełku bezdyskusyjnym faworytem był Syrowatka. Teraz sprawa nie jest już tak oczywista.

– To będzie thriller psychologiczny. To wszystko rozegra się w głowie – zapowiada Borek. – Rafał Jackiewicz nie ma nic do stracenia. Jak przegra, dalej będzie szukał promotorów, którzy będą chcieli go wystawiać na swoich galach i będzie zarabiał pieniądze, bo w zasadzie jest po drugiej strony rzeki. W przypadku Syrowatki sprawa wygląda zupełnie inaczej. Nie chcę mówić, że porażka będzie dla niego tragedią, ale jeśli przegra, to nastąpi poważne zastopowanie kariery, która wydawało się, że po znokautowaniu Michała Chudeckiego, pójdzie błyskawicznie do przodu – dodaje Borek.

– Czy czuję presję? Tak, boję się, czy zrobię wagę, bo jak się nie uda, będę musiał oddać gażę. Zrobię wagę, zrobię, nie ma żadnej presji – mówi z uśmiechem na ustach Jackiewicz. Po czym dodaje „Jestem już półemerytem. Jedną nogą stoję na skórce od banana, drugą jestem na emeryturze. Będę walczył, dopóki będą płacili. Na razie płacą, więc walczę.” Jackiewicz ostatnio kiepsko wypadł w walce z Kostovem. Po pojedynku przepraszał kibiców za swoją postawę, później zmienił zdanie i odwoływał te przeprosiny. Niesmak jednak pozostał, bo kibice mogli poczuć się nabici w butelkę. W Krakowie będzie miał szansę zatrzeć złe wrażenie z Radomia.

Syrowatka przed rewanżem z „Wojownikiem” nie stoczył żadnej walki na przetarcie. Sparzył się na Jackiewiczu i na Jackiewiczu chce się odgryźć. Od razu, bez czekania. Michał mówi, że nie czuje żadnej presji. Mało tego, twierdzi, że to co miał stracić, stracił już w pierwszej walce… Z boku wygląda to trochę inaczej. Wydaje się, że Syrowatka w Krakowie będzie toczył pojedynek z gatunku: o być albo nie być. Podobnie na sprawę patrzy Andrzej Kostyra: „Jeśli Syrowatka przegra po raz drugi, będzie to dla niego oznaczało praktycznie koniec zawodowej kariery.”

Na gali Polsat Boxing Night „Final Call” pojedynek Jackiewicz vs Syrowatka 2 jest jedynie przystawką, ale w innych okolicznościach spokojnie mógłby być daniem głównym. W tej walce należy brać pod uwagę dosłownie każdy scenariusz. Nawet taki, że Jackiewicz będzie żałował po pojedynku, że jednak nie sprzedał reklamy na podeszwach…

Krzysztof Smajek

Na karcie walk gali w Łomiankach znalazły się trzy pojedynki kobiet. To niezwykle rzadko spotykana sytuacja w świecie boksu. Głównymi bohaterkami wieczoru były: Karolina Łukasik, Sasza Sidorenko i Ewa Brodnicka, która po zwycięstwie nad Elfi Philips została mistrzynią Europy w wadze lekkiej. Byliśmy tam z kamerą.


POLUB NAS NA FACEBOOKU. TAM TEŻ SIĘ SPORO DZIEJE!

N – najlepiej znający się na boksie dziennikarz w Polsce. Janusz Pindera, bo posiada ogromną wiedzą książkową i empiryczną. Ma wielkie doświadczenie, skomentował kilkaset walk spod ringu. Co odróżnia dobrego dziennikarza od wybitnego? Ten dobry jest w stanie wielu rzeczy się nauczyć, podejrzeć, podsłuchać i zapamiętać. Natomiast nigdy nie nauczy się czytania i antycypowania danej dyscypliny, a Janusz Pindera posiada te umiejętności. Dlatego jest wybitny. To jest wielka przyjemność spotykać się z nim w jednym studiu. Namawiał mnie parę razy, żebym usiadł z nim przed mikrofonem, ale odmówiłem, bo nie jestem godny, żeby komentować razem z nim gale. Wolę zostać przy reporterce i robić swoje.

O – obóz Tomka Adamka. Przeżyłem z Tomkiem Adamkiem wiele fajnych chwil. Zawsze traktował mnie w sposób bardzo elegancki. Dzięki niemu mogłem być w miejscach, w których dziennikarze zwykle nie przebywają, a to dało mi dodatkową wiedzę na temat tego sportu. Tomka traktuję jak dobrego kumpla i dlatego postanowiłem, że na koniec kariery zorganizuje mu profesjonalny obóz, którego nigdy nie doświadczył. Z dietą, kucharzem, porządnymi sparingpartnerami, trenerem od przygotowania fizycznego, czyli ze wszystkim jak pan Bóg przykazał. Taki jak na co dzień ma Władimir Kliczko.

Dlaczego rywalem Tomka w jego pożegnalnej walce będzie Przemek Saleta? Bo to pięściarz, który całe życie jest w treningu. Poza tym Saleta jest naturalnym ciężkim, który nigdy nie dał się rozbić, bo jak trafiał na punchera, klękał na jedną nóżkę i kończył walkę. Stąd jego żywotność. Zresztą Przemek lubi wyzwania. Już po pierwszym telefonie od nas powiedział „tak”. Co więcej, Saleta uważa, że ma szanse wygrać z Adamkiem. W przypadku tego pojedynku chodziło o wytworzenie pewnego ładunku emocjonalnego, a Saleta jest postacią rozpoznawalną i budzi spore emocje.

P – Polsat Boxing Night. Na polskim rynku jest wielu promotorów, ale tak naprawdę największym promotorem jest telewizja, która wymyśliła sobie imprezę Polsat Boxing Night. Z Marianem Kmitą od początku chcieliśmy, żeby to były gale polsko-polskie, na których można byłoby zestawiać najlepszych zawodników z polskich grup promotorskich i to nam się udało zrobić. Raz, drugi, trzeci. Jesteśmy ciekawi, kiedy wyczerpie się ta formuła. Po PBN w Krakowie wydawało nam się, że następna gala nie może być już polsko-polska, ale usiedliśmy nad figh-cardem i okazało się, że jesteśmy w stanie wymyślić 30 kolejnych fajnych zestawień. Impreza świetna, ekskluzywna i interesująca nie tylko kibiców boksu. Traktowana jest także jako miejsce dla polskiego show-biznesu. Na galach zawsze jest komplet publiczności. Możliwe, że wkrótce stanie się imprezą międzynarodową.

R – Roy Jones Jr. Wielki mistrz, wybitny pięściarz, szkoda, że nigdy nie doszło do jego walki z Darkiem Michalczewskim. Roya oszukano, źle zainwestował pieniądze w nieruchomości, które niesamowicie straciły na wartości i dlatego teraz na siłę musi przedłużać swoją karierę. Roy ima się różnych zajęć. Oprócz boksowania, jest komentatorem stacji HBO, a także próbuje swoich sił w trenerce, bo cały czas nie ma pieniędzy. Zarabiając te dziesiątki milionów dolarów pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że przyjdzie taki dzień, że będzie miał problemy finansowe. Roy Jones walczył niedawno w Polsce. Pierwotnie miał skrzyżować rękawice z Dawidem Kosteckim, ale „Cygan” trafił do więzienia i w trybie awaryjnym zastąpił go Paweł Głażewski. PPV z Głażewskim nie sprzedało się tak, jak oczekiwali tego promotorzy Roya i sprawa znalazła się w sądzie. Jego prawnik wygrał sprawę i z tego co pamiętam, Roy otrzymał od polskich promotorów 300 tysięcy dolarów. Ostatnio, jak był w Polsce, robiłem za jego przewodnika po Warszawie. Spędziliśmy fanie czas, to jest normalny, miły facet.

POLUB NAS NA FACEBOOKU. TAM TEŻ SIĘ SPORO DZIEJE!

S – Szpilka Artur. Wulkan emocji i aspiracji. Jakby mógł, to walczyłby o 8 rano z Joshuą, o 12 rewanż z Jenningsem, o 16 z Wilderem, a na wieczór zostawiłby sobie Kliczkę. Energetyczna postać, mocna osobowość, charakterny chłopak. Jeszcze przed pojedynkiem z Manuelem Quezadą mówił mi, że jeśli wygra, to usiądzie z promotorami do stołu i powie im, że nie chce więcej walczyć z takimi rywalami. Twierdzi, że wyjechał do USA po to, żeby dać Polsce pierwszego mistrza świata wagi ciężkiej. Nie wiem, czy uda mu się zrealizować ten cel, bo boks to trudny biznes. Artur ma talent, swoje plusy, ale ma też ograniczenia w postaci braku granitowej szczęki. Posiada jednak taką siłę mentalną, że nie zabierajmy mu marzeń i nie odbierajmy szans. Pamiętajmy, że on ma dopiero 26 lat. Wyjazd do Ameryki to bardzo dobry ruch z jego strony. A to wcale nie jest takie proste, spakować dwie walizki, narzeczoną, psa i zaryzykować otwarcie nowego życia. Oby mu się udało.

T – Tyson Mike. Tyson pożerał rywali jak drapieżnik. To był fantastyczny pięściarz, z nokautującym ciosem. Siłą mentalną łamał wszystkich. Wydaje mi się, że 80-90% jego przeciwników było złamanych psychicznie już przed pierwszym gongiem. Do tego grona należy zaliczyć Andrzeja Gołotę. Jednak na „Bestię” trzeba spojrzeć też przez pryzmat braku rozsądku w życiu. Potrafił wchodzić do salonu i kupować po kilka sztuk Ferrari dla siebie i swoich kolegów, a teraz jest zadłużony po uszy i musi występować w reklamach i innych produkcjach. Do dzisiaj nie oddał pieniędzy Tomaszowi Babilonśkiemu, które wziął z góry za swój przyjazd do Polski. Gdy dzisiaj rozmawia się z Tysonem i patrzy mu się prosto w oczy, to wciąż widać w nich szaleństwo. Po jednym spojrzeniu można zrozumieć, dlaczego ci wszyscy przeciwnicy, którzy z nim walczyli, tak się go bali…

U – Ugonoh Izu. Bardzo sympatyczny i inteligentny chłopak. Czasami mówi się, że w sportach walki inteligencja może nawet przeszkadzać, ale w jego przypadku to się nie potwierdziło. W tej chwili buduje swoją karierę w Australii i Nowej Zelandii, ale niestety walczy z leszczami. Ostatnio spotkałem w Nowym Jorku Jonathana Banksa, który powiedział mi, że Izu robi duże postępy i szybko się uczy. Sceptycznie podchodzę do tego typu opinii, bo Banks też miał znokautować Adamka i zostać mistrzem świata, a pamiętamy co z tego wyszło. Chciałbym zobaczyć Ugonoha w jakieś fajnej walce. Chętnie byśmy dali mu miejsce na karcie walk gali Polsat Boxing Night, ale ciężko złapać z nim kontakt. Wysłałem do niego z pięć sms-ów, wykonałem z dziesięć telefonów, nawet nagrałem mu się na skrzynce, ale ani nie oddzwonił, ani nie odpisał. Jest paru rywali, którzy mogliby z nim walczyć: Zimnoch, Wawrzyk. Kołodziej albo Rekowski, ale ciężko mu cokolwiek zaproponować, skoro nie ma z nim żadnego kontaktu. Jeszcze nie postawiliśmy na nim krzyżyka, ale przydałoby się, żeby pan Ugonoh oddzwonił do nas.

W – Wasilewski Andrzej. Największy polski promotor, który działa na rynku od wielu lat. Trzeba oddać Andrzejowi, że potrafił doprowadzić swojego zawodnika do tytułu świata. Niektórym swoim pięściarzom załatwił kontrakty z Alem Haymonem. Świetnie porusza się po rynku bokserskim. Dobrze radzi sobie na wielu płaszczyznach biznesowych, jest facetem niezależnym finansowo, a w boks się tylko bawi. Jego tata był prezesem PZB i dzięki niemu młody Andrzejek połknął bakcyla i teraz kontynuuje rodzinne tradycje.

Włodarczyk Krzysztof. Promotorzy prowadzili go rozsądnie i mądrze, ale wiązało się to z dosyć ograniczonymi finansami. „Diablo” musiał wyjechać do Australii do Greena, do Moskwy do Czakijewa i Drozda, żeby zarobić solidną wypłatę. W tym momencie Krzysiek przez swoje zawirowania życiowe jest na rozdrożu. Niestety, wygląda na to, że Rosjanie nie za bardzo będą chcieli dać mu walkę rewanżową z Drozdem. Chyba, że zmusi ich do tego ranking. Przed Włodarczykiem trudne miesiące i czas trudnych decyzji. Sam jestem ciekaw, czy jest on w stanie wrócić na szczyt.

Nie widzę sensu, żeby przechodził do kategorii ciężkiej, bo jego boks w cruiser opiera się na mocnym ciosie a nie na intensywności czy nogach. Ktoś powie: Adamkowi udało się wśród ciężkich, to „Diablo” też może spróbować. „Góral” zawodników przeciętnych i dobrych w wadze ciężkiej robił nogami, techniką i ilością ciosów. Krzysiek nigdy nie był zawodnikiem walczącym w ten sposób. On czekał na jeden cios, który był nokautujący w cruiser, ale nie będzie w wadze ciężkiej. Dlatego w jego przypadku przeprowadzka do królewskiej dywizji nie ma większego sensu.

Z – Ziggy Rozalski. Chcę jeszcze raz podkreślić i zdementować wszystkie plotki – Ziggy nie zarabia pieniędzy na boksie. On jest milionerem i wybitnym biznesmenem, który ma gigantyczny majątek. Rozalski pomagał zainwestować pieniądze Andrzejowi Gołocie, ale ustawił też finansowo, przez swoje decyzje biznesowe, Tomka Adamka. Nie jest fanem boksu, nie ogląda go w telewizji, sam często powtarza, że się na boksie za bardzo nie zna. W Ameryce Ziggy’ego nazywają „Mister twenty five procent”, bo nikt nie daje takich napiwków w restauracjach jak on. Zna najlepsze lokale gastronomiczne, kelnerzy jak go widzą, to ścigają się, żeby go obsłużyć, bo wiedzą, że dostaną sowity napiwek.

ZOBACZ TAKŻE: ALFABET MATEUSZA BORKA, CZ. 1. DEKLARACJA GOŁOTY, IMPREZY U MICHALCZEWSKIEGO I… UCIECZKI Z KOŚCIOŁA

Spisał: Krzysztof Smajek