Posts Tagged ‘Mariusz Wach’

CKO_3268

Robert Talarek i Patryk Szymański poszli na całość i skradli show w Spodku. Walki w Katowicach miło nie będzie wspominał Mariusz Wach, który po porażce z Ilungą Bakole zaczął mówić nawet o zakończeniu kariery. Rozczarowany był także Damian Jonak, który po pojedynku z Robinsonem miał pretensje do sędziów punktowych. – Damian wygrał trzy rundy. Według mnie nie było kontrowersji – mówi Przemysław Saleta. Innego zdania jest Grzegorz Proksa: Jestem bardzo zawiedziony werdyktem sędziowskim. Takich rzeczy się nie robi.

W walce wieczoru Robert Parzęczewski szybko odesłał do domu Czudinowa. Wydarzenia ze Spodka komentują Przemek Saleta i Grzegorz Proksa. Zapraszamy do oglądania.

Reklamy

parzeczewski_2

Już w sobotę do ringu wejdą bohaterowie gali Ostatni Taniec, która odbędzie się w katowickim Spodku. Największy znak zapytania stawiamy przy pojedynku Roberta Talarka z Patrykiem Szymańskim. Wojna może być w starciu Damiana Jonaka z Andrew Robinsonem, a ring może zadrżeć, gdy znajdą się w nim Mariusz Wach i Ilunga Bakole. Zobaczcie, jak typujemy sobotnie pojedynki.

Tomasz Gromadzki vs Mateusz Rzadkosz

Mateusz Rzadkosz od wygranej z Gromadzkim w Częstochowie raczej nie zrobił postępu. Bynajmniej nie zachwycił w żadnej z trzech ostatnich walk. W jego narożniku nie będzie już Piotra Wilczewskiego, z którym współpracował od początku zawodowej kariery. Gromadzki jest nakręcony czterema wygranymi z rzędu. Nie wygrywał z wielkimi nazwiskami, ale każde zwycięstwo dodało mu pewności siebie. Zadyma mówi, że będzie bardziej opanowany w ringu. Szczerze? Nie wierzymy mu. Może jedna lub dwie rundy będą spokojne w jego wykonaniu, ale potem będzie szukał rozróby. Charakteru nie da się zmienić z dnia na dzień. Gromadzki walczy na swoim terenie, ma do wyrównania rachunki z Rzadkoszem, więc motywacji mu nie zabraknie.

Typ: Gromadzki TKO

Damian Wrzesiński vs Kamil Młodziński

Faworytem jest Wrzesiński, ale w jego przypadku nie może być mowy o lekceważeniu rywala. Młodziński ma mniejsze umiejętności, ale lubi się bić. Nigdy nie odpuszcza i jest niewygodny dla każdego rywala. Nie jest łatwo go złamać. To może być najtrudniejsza walka w karierze Wrzesińskiego. W tym przypadku sędziowie nie muszą być jednomyślni, a kibice nie powinni się nudzić.

Typ: REMIS lub Wrzesiński PKT

Nikodem Jeżewski vs Shawndell Winters

Jeżeli Jeżewski myśli o czymś więcej niż tylko lokalnej sławie, to Wintersa musi rozbić bez wydawania reszty. Innego scenariusza nie bierzemy pod uwagę.

Typ: Jeżewski TKO

Robert Talarek vs Patryk Szymański

Ostrzymy sobie zęby na ten pojedynek. Po Robercie Talarku wiemy, czego się spodziewać. Wejdzie do ringu, jak na wojnę i zrobi wszystko, żeby wygrać. Dodatkowej energii doda mu to, że będzie walczył u siebie. Patryk Szymański nie może liczyć na taryfę ulgową. Podopieczny Gusa Currena jest zagadką. Po ostatniej walce wszyscy go skreślili, ale w Spodku, jak zapowiada Mateusz Borek, mamy zobaczyć Szymańskiego w wersji 2.0. Ma być przede wszystkim silniejszy i twardszy. Te cechy będą mu potrzebne w walce z Talarkiem. Szymański zapowiada, że w przypadku porażki będzie to jego ostatni taniec.

Typ: Talarek TKO

Mariusz Wach vs Ilunga Bakole

Bakole jest sporym znakiem zapytania. Sparował dużo z Joshuą, ale sparingi i walki to dwie inne bajki. Bakole może sporo ugrać w Spodku, bo wygrana z Wachem może się odbić głośnym echem. Determinacji nie powinno mu zabraknąć. Za Bakole ciągnie się opinia, że nie jest długodystansowcem i po 4-5 rundach siada kondycyjnie. W ciemno zakładamy, że po 3-4 starciach będzie prowadził na punkty, bo Wach długo jest śpiący w ringu. Bakole krzywdy Mariuszowi jednak nie zrobi. Jeśli Wach się szybko wybudzi, tym razem nie pomyli rund, to w drugiej części walki skończy się jego taniec z Bakole.

Typ: Wach TKO

Damian Jonak vs Andrew Robinson

Jonak marzy o dużej walce i dużej wypłacie. Robinson jest dla niego przepustką do realizacji tego celu. Brytyjczyk to solidny pięściarz, pływał na różnych wodach. Może napsuć Jonakowi sporo krwi, ale nie uda mu się go złamać. Może być ringowa wojna i zwroty akcji. W trakcie tej walki nie odrywajcie wzroku od ringu.

Typ: Jonak PKT

Robert Parzęczewski vs Dmitrij Czudinow

Parzęczewski jest nakręcony ostatnimi zwycięstwami. Przed nim okres adaptacji w nowej kategorii wagowej. Czudinow przegrał trzy z czterech ostatnich walk, ale z choinki się nie urwał, może być groźny. Swoje w ringu już przeżył. To może być dobry test dla Polaka, który już miał mistrzowskie oferty. Parzęczewski musi podejść na chłodno do rywalizacji z Czudinowem i nie może na siłę szukać nokautu, bo to go może spalić. Stawiamy, że po walce w Spodku będzie już panem Mister KO.

Typ: Parzęczewski TKO

borek_adamek

W najbliższą sobotę w katowickim Spodku odbędzie się gala „Ostatni Taniec”. To będzie już piąta gala organizowana przez grupę MB Promotions. – Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz – mówi Mateusz Borek w rozmowie z PoGongu.pl.

Zacznijmy od sprawdzenia obecności. Ilunga Bakole dojedzie na galę w Spodku? 

Mateusz Borek: Przyjedzie, bo odebrał w środę wizę w polskim konsulacie w Londynie. Sytuacja była niespotykana. Chciałem podziękować ambasadorowi, konsulowi oraz wielu ludziom z polskiej polityki, którzy mi pomogli. To nie jest prosta sprawa, żeby w szybkim trybie załatwić komuś wizę z Demokratycznej Republiki Konga. Chłopak jest bogaty, z normalnej rodziny, która ma książęcy pałac, ale te wszystkie procedury trwają. Na szczęście udało się wszystko załatwić. 

Był jakiś pięściarz w rezerwie dla Wacha, gdyby z wizą Bakole nie poszło po myśli?  

Był w rezerwie Amerykanin z rekordem 12-6, który walczył z dobrymi zawodnikami i się nie przewracał. Nie chciałem tego zastępstwa, bo nie miałem gwarancji, że zawodnik z USA po podróży na ostatnią chwilę, wyglądałby normalnie w ringu w sobotę. Nie mówię, że przyjechałby tylko po pieniądze, ale na pewno miałby mniejsze szanse z Wachem niż Bakole. Wydaje mi się też, że walka straciłaby na atrakcyjności, bo jak do ringu wchodzi dwóch ludzi po dwa metry i 120 kilogramów to zawsze jest to prawdziwe starcie w kategorii ciężkiej.

Bakole jest dużym znakiem zapytania? 

Był etatowym sparingpartnerem Joshuy, przeboksował z nim blisko 150 rund. Mówiono o nim, że będzie gwiazdą na brytyjskiej scenie wagi ciężkiej. Jego walka z Hunterem do ósmej rundy była wyrównana. Potem doznał kontuzji barku, zabrakło mu też doświadczenia na dłuższym dystansie i w końcówce Hunter go skończył. Teraz chce wrócić do gry. Walka z Wachem może mu pomóc załapać się na karuzelę Warrena czy Hearna. Będzie to ważny taniec dla obu pięściarzy. 

Na początku Bakole nie był zainteresowany pojedynkiem z Wachem.  

Zaproponowałem mu walkę w styczniu, ale powiedział, że ma inne plany i odmówił. Szukałem innego rywala dla Mariusza. Rynek kategorii ciężkiej w Europie jest trudny i drogi. Rozmawiałem z Abellem, Moliną, Dawejko i Wallishem, ale nagle Bakole zmienił zdanie i zadzwonił z informacją, że chce walczyć w Spodku. W 24 godziny dopięliśmy szczegóły kontraktu, pod którym złożył podpis 18 lutego. 

Jakie furtki może otworzyć Wachowi wygrana z Bakole? 

Mariusz nie mówi tego dziennikarzom, bo nie chce zapeszać, ale ma na stole kilka ofert. Może walczyć na gali ESPN-u, może wejść do ringu z Pulewem, może wystąpić na tej samej gali co Usyk, albo dostać większą walkę w lipcu w Niemczech. Jest też propozycja z Wielkiej Brytanii. Mariusz cały czas jest gorącym towarem. Jeśli wygra z Bakole, to wyśle komunikat, przede wszystkim na rynek brytyjski, że po dwóch porażkach wrócił do gry.  

mariusz wach

Organizuje pan już piątą galę boksu. Trudne jest życie promotora i organizatora?  

Bardzo trudne. Nie ma żadnych problemów produkcyjnych, promocyjnych czy logistycznych. W tej zabawie cały czas jest problem z kasą. Sponsorzy nie za bardzo garną się do tego sportu w Polsce. Pieniądze z polskiego rynku telewizyjnego są nieporównywalne do innych rynków, a zawodnicy, których oczekują polscy kibice i dziennikarze, kosztują tyle samo co w innych krajach. Proszę sobie wyobrazić, ile płaci Showtime, Fox, DAZN, Sky czy inne zagraniczne telewizje, a jakie są możliwości polskich stacji. Pewnie dzisiaj TVP płaci najlepiej w Polsce, bo matematyka tej stacji, podobnie jak wyniki oglądalności, wygląda zgoła inaczej niż w stacjach komercyjnych, utrzymujących się z reklam, bez państwowego finansowania. To nie zarzut, to fakt. Inne stacje płacą mniej. Nie dlatego, że są chciwe i nie chcą, ale realnie oceniają wartość rynkową i marketingową. Najczęściej telewizja daje kwotę, która jest skromnym wycinkiem budżetu gali. Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Oprócz pieniędzy z telewizji, musisz się dogadać z kilkoma podmiotami biznesowymi i musisz sprzedać określoną liczbę biletów, żeby zamknąć budżet imprezy. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz.  

Na którejś z czterech gal udało się panu zarobić?  

Nie. Trzy wyszły na zero. Do gali w Radomiu była dokładka. W twitterowych dyskusjach często pojawiają się opinie, że promotorzy kłamią. Może niektórzy kłamią, ja tego nie robię. Dla mnie to jest bardzo ciężki biznes, bo kosztuje dużo zdrowia i nerwów. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wojenki, do których nie chcę się już odnosić. Nie chcę dyskutować, które gale są na poziomie pierwszej, drugiej czy trzeciej ligi. Niech to ocenią kibice.  

Czy organizator gali bokserskiej w Polsce może w ogóle na tym zarobić? 

Są dwie drogi. Możesz zrobić galę z solidnym main eventem. Do tego dorzucić dwie walki z małym budżetem i promocją swoich zawodników, plus dwa pojedynki z udziałem pięściarzy niezrzeszonych, za których zapłacą ich sponsorzy i uzupełnić kartę walkami amatorskimi. Na takich galach da się zarobić, bo można jeszcze ograniczyć środki na produkcję. Druga droga to ta, którą ja wybrałem. Jestem promotorem, ale moje spojrzenie na organizację gal jest spojrzeniem kibica i dziennikarza. Robię walki, jakie chciałbym obejrzeć. Czasami podejmuję nierozsądne decyzje, ryzykuję rekord zawodnika i zainwestowane w niego pieniądze. Przecież nie musieliśmy ryzykować rekordem 17-0 Łukasza Wierzbickiego w starciu z Vovkiem. Zrobiliśmy to dla kibiców i dziennikarzy. Chcieliśmy, żeby w ringu było ciekawie i żeby nikt nie przewracał się od przeciągu w hali.  

Spodek to trudny teren do organizacji gali bokserskiej?  

Organizując „Ostatni Taniec”, od razu postawiłem na Śląsk. Miałem plany dotyczące Jastrzębia, ale nie doszedłem do porozumienia z miastem. Ostatecznie wybrałem Katowice i nie żałuję tego. Spodek to jest ziemia, która zna, kocha i rozumie boks. Dla mnie to jest legendarne miejsce, oddychające historią. Po siedmiu latach boks wraca w to miejsce. Spodek to jest chyba najdroższa arena w Polsce. Nie jest to hala, która pod względem technologicznym może się równać z tymi najnowocześniejszymi halami w Polsce. Podam przykład. Jeśli chcę zrobić pasek ledowy, to muszę go powiesić i za niego zapłacić. A taki pasek na przykład w Ergo Arenie jest w wyposażeniu hali. Wpinam kabel i działa. Dodatkowo nie płacę za to. 

DSC_2197

Ilu widzów spodziewa się pan w sobotę na trybunach?  

Realnie oceniam, że będzie 6 tysięcy osób.  

Czy to pozwoli wyjść na zero lub zagwarantuje zarobek? 

Nie wiem. Jest za wcześnie, żeby to policzyć. Czasami w ostatniej chwili może pojawić się jakaś dziura budżetowa, którą trzeba będzie załatać. Są też niespodziewane koszty, gdy na przykład ktoś spóźni się na samolot. Proszę też pamiętać, że są zobowiązania sponsorskie. Nie wszystkie bilety vipowskie trafiają do sprzedaży, część jest rozliczana w ramach umów.  

Czy bez Tomasza Adamka trudniej jest spiąć projekt promocyjnie i finansowo?  

Wydaje mi się, że gdyby Tomek walczył w Spodku, to na trybunach byłoby 2-3 tysiące ludzi więcej. Zdawałem sobie sprawę, że przyjdzie taki dzień, że Tomek nie będzie już walczył. Plan był taki, że Adamek wraca, bo chce stoczyć jeszcze jedną dużą walkę. Był pojedynek z Millerem i pewien rozdział się skończył. Chcieliśmy przy „Góralu” promować innych zawodników. Niektórzy z tego skorzystali, inni zaprzepaścili szansę. Polski boks musi żyć bez Adamka i Tomek musi żyć bez polskiego boksu.  

Składał pan Izu Ugonohowi ofertę walki w Spodku? 

Nie rozmawiałem z Izu, bo on ma promotora. Spotkałem się z teamem Darka Michalczewskiego. Zaproponowałem wstawienie Izu do karty i chciałem podzielić koszty finansowe. Zaproponowałem, że opłacę rywala, pobyt dwóch stron i wezmę na siebie promocję. Oni mieli ustalić gażę z Izu i wziąć ten koszt na siebie. Wydawało mi się, że to była dobra oferta. Jak chcesz włożyć walkę na galę niemiecką, to musisz zapłacić za swojego zawodnika i rywala. Plus pokryć wydatki związane z pobytem tych zawodników. Za przeciwnika Ugonoha chciałem zapłacić. Nikt by na tym nie stracił. Ja miałbym jeszcze ciekawszą kartę, a Izu aktywność.  

Czemu się nie dogadaliście?  

Druga strona pytała mnie o miejsce na karcie dla Izu. Miałem już wcześniej zaplanowane pierwsze trzy pojedynki, czyli walki Roberta, Damiana i Mariusza. Byłem z chłopakami po słowie i nie chciałem niczego zmieniać. Team Darka chyba nie za bardzo był zainteresowany miejscem Izu w środku karty. Uważali, że Izu jest zawodnikiem, który powinien boksować w main lub co-main evencie. Miałem na ten temat inne zdanie i nie doszliśmy do porozumienia. Szkoda, bo Ugonoh jest już po trzydziestce i rzadko walczy. Łukasz Rusiewicz był najpoważniejszym rywalem, z którym wygrał Izu.  

Miał pan w planach jakiegoś konkretnego rywala dla Izu?  

Myślałem o zrobieniu walki Izu z Sergiejem Werwejką. Skoro były już przymiarki do ich starcia w Ergo Arenie, to chciałem to przenieść do Spodka. Nie wypaliło. 

robert parzeczewski 

W main evencie wystąpi Robert Parzęczewski. Jak wysoko ma zawieszoną poprzeczkę?  

Robert powiedział, że jak znokautuje Czudinowa, to zmieni pseudonim na „Mister KO” i przestanie być „Arabem”, więc wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. A tak poważnie, Czudinow to pięściarz, który pływał w oceanie w boksie olimpijskim, a Robert był co najwyżej w jacuzzi. Parzęczewski dostał propozycje walki z Callumem Smithem o mistrzostwo świata, ale podziękowaliśmy, bo uważamy, że musi stoczyć jeszcze 2-3 pojedynki, by zaadaptować się w nowej kategorii. Za dwa lata będzie właściwy czas, żeby atakować tron. Nie chcemy jechać po kasę i ładnie przegrać.  

Pięściarze często mówią, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Robert zrobił inaczej.  

Gdy dostaje się propozycję walki 16 maja, a ma się już zakontraktowany pojedynek na 6 kwietnia, to trzeba być uczciwym wobec siebie. Do walki o mistrzostwo świata nie można przystąpić po czterech tygodniach przygotowań. Niby takich pojedynków się nie odrzuca, ale w przypadku Parzęczewskiego mogliśmy to zrobić. Jak ktoś nie ma promotora lub promotor nie ma pieniędzy na promowanie zawodnika, albo w niego nie wierzy, to wtedy trzeba brać walkę, żeby zarobić. Jeśli dzisiaj są propozycję dla Parzęczewskiego, który ma rekord 22-1, to będą też za dwa lata, gdy będzie miał 28-1. Nie zakładam, że się potknie po drodze, skoro się tak rozwija.  

Parzęczewski jest zawodnikiem Tymexu i MB Promotions?  

Nie, jest pięściarzem Tymexu. Współpracuję z Mariuszem Grabowskim, dlatego pomagam mu też z karierą Roberta. Uważam, że nasza współpraca układa się dobrze. Robert sportowo zasługuje na walki wieczoru i solidne zarobki. Jeżeli któregoś dnia Mariusz przyjdzie i powie: pracujmy z nim razem oficjalnie, to będziemy pracować oficjalnie. Dzisiaj to jest Mariusza zawodnik i to on podejmuje decyzje.  

Czy kariera Parzęczewskiego jest dla pana i grupy Tymex największym wyzwaniem promotorskim?   

Dla mnie największym wyzwaniem było udowodnić sobie, że dziennikarz potrafi zrobić galę. Po pierwszej gali wyzwaniem było, żeby zorganizować drugą. Później, że potrafię zrobić event bez Tomka Adamka. Jeden, a teraz kolejny.

Karierą Parzęczewskiego trzeba rozsądnie pokierować. W Polsce nie mamy zbyt wielu pięściarzy z takim potencjałem.

Robert czekając na walkę o pas, dostaje trudniejszych rywali po drodze niż wielu polskich zawodników, którzy też liczyli na walkę o mistrzostwo świata. Wielu z nich przez lata boksowało na podtrzymanie aktywności. Nad Robertem nikt nie trzyma i nie zamierza trzymać parasola ochronnego. Uznałem, że po występie w Radomiu, gdzie efektownie i szybko znokautował Darka Sęka, należy mu się walka wieczoru w Spodku. On cały czas idzie do przodu.

Z Patrykiem Szymańskim planuje związać się pan dłuższym kontraktem?  
 
Patryk zgłosił się do mnie, gdy wygasł jego kontrakt z poprzednim promotorem. Wrócił do Kuby Chyckiego i rozpoczął treningi z Gusem Currenem. Na obozie ich współpraca wyglądała obiecująco. Z Patrykiem jesteśmy po słowie. Przed walką z Robertem Talarkiem nie chcieliśmy parafować żadnych dokumentów. Mogliśmy to zrobić, ale po co? Jeśli, odpukać, coś nie wyjdzie, to tymi papierami moglibyśmy rozpalić w kominku. Jesteśmy dogadani na współpracę, ale do rozmów siądziemy po 6 kwietnia.

Szymański jest po porażce. Talarek nie będzie dla niego rywalem na przetarcie.

Patryk chciał trudnego testu, bo ma coś do udowodnienia. Narzucił też na siebie dodatkową presję, bo powiedział, że jak przegra, to zakończy karierę. Polscy kibice uważali go za prospekta, a po jednej porażce wszyscy w niego zwątpili. Zwycięstwo z Talarkiem może go wysoko wywindować w polskim rankingu P4P.   
 
Co Gus Curren mówi o współpracy z Szymańskim?
 
Patryk od początku podobał mu się boksersko. Pracowali nad obroną i pewnymi elementami technicznymi, ale nie chcę mówić o detalach. Pracowali też nad tym, żeby Patryk był twardszy, bo boks jest sportem dla twardych ludzi. Patryk wiele razy imponował umiejętnościami w ringu, ale był za delikatny i za kruchy. Teraz jego ciało się zmieniło. Wydłużył też okres sparingów, żeby błyszczeć 6 kwietnia. W Spodku zobaczymy wersję Szymański 2.0.  

Rozmawiał: Krzysztof Smajek
 
 

mariusz wach

Mariusz Wach po raz kolejny wejdzie do ringu 6 kwietnia podczas gali MB Promotions, która odbędzie się w katowickim Spodku. Jego rywalem będzie Martin Bakole Ilunga. – Mariusz po walce z Arturem Szpilką praktycznie nie wychodzi z sali. Chcieliśmy rewanżu, ale Artur coś nie ma na to chęci. Zwycięstwo nad Bakole może przybliżyć Wacha do wielkich walk – mówi Piotr Wilczewski.

sokolowski.jpg

Kolejnym rywalem Mariusza Wacha będzie Martin Bakole Ilunga. Panowie spotkają się w ringu podczas gali „Ostatni Taniec” organizowanej przez MB Promotions. O opinię na temat pięściarza z Demokratycznej Republiki Kongo zapytaliśmy Kamila Sokołowskiego, który ma za sobą walkę z Bakole. 

Kamil Sokołowski: Walczyłem z Martinem Bakole Ilungą w październiku 2017. Byłem w tym pojedynku journeymanem. W drugiej rundzie trafił mnie podbródkowym i złamał nos. Leciała mi z niego krew i ciężko mi się walczyło. W piątej rundzie zaczynałem już go napoczynać, bo słabł kondycyjnie, ale walka była zakontraktowana tylko na sześć rund, więc zabrakło mi czasu. Gdybym miał jeszcze ze dwie rundy, to mógłbym go skończyć nawet przed czasem. Przegrałem na punkty, ale do werdyktu nie mam zastrzeżeń.

Bakole nie bije bardzo mocno, ale uderza z luzu. Nie wkłada dużo siły w ciosy, ale jak trafi, to czuć te uderzenia. Ma aktywny lewy prosty i jest niebezpieczny w 4-5 rundach, ale później słabnie i opuszcza nisko ręce. Jest wtedy o wiele łatwiejszy do trafienia. Czy jest odporny na ciosy? Myślę, że odczuwał moje uderzenia. Szczerze, to nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.

Bakole w walce z Michaelem Hunterem dotrwał do 10 rundy, ale przegrał przed czasem. Nie wytrzymał tej walki kondycyjnie. W Anglii jest o nim raczej cicho, ale znany jest z tego, że bardzo często sparuje z Anthonym Joshuą. Bakole ma dobrego promotora, który zainwestował w niego duże pieniądze, ale moim zdaniem jego rekord jest napompowany na słabych rywalach. Hunter go zweryfikował.

Dla mnie faworytem będzie Mariusz Wach. Na korzyść Polaka przemawiają doświadczenie i gabaryty. Mariusz powinien wygrać bez większych problemów. Może go nawet skończyć przed czasem jak Hunter. Tylko musi pracować lewym prostym i wywierać presję. Wtedy Bakole siądzie kondycyjnie, bo ma problem z rywalami, którzy idą na niego. Nie jest łatwo go trafić, bo jest gibki. Wach musi uważać na ciosy podbródkowe. Na pewno nie może walczyć w ślimaczym tempie, bo wtedy może być różnie. Myślę, że Bakole nie nadaje się do rywalizacji na najwyższym poziomie.

Układanie walk na papierze to przyjemna robota. Nie trzeba się martwić, czy pięściarz X zgodzi się na gażę, czy pięściarz Y będzie miał ochotę wejść do ringu akurat z tym rywalem. Konflikty promotorów i TV? Nie zwracamy na to uwagi. Co najważniejsze, nie musimy się martwić, kto za to wszystko zapłaci. Patrząc z punktu widzenia kibiców, wybraliśmy siedem walk polsko-polskich, które mogłyby zmrozić szampana bez wkładania go do lodówki.

Artur Szpilka vs Mariusz Wach 2

10. runda walki z Arturem Szpilką pewnie do dzisiaj śni się Mariuszowi Wachowi. „Wiking” nie potrafił znokautować naruszonego rywala i przegrał. Na gorąco wydawało się, że sędziowie punktowi pomylili się z werdyktem, ale po obejrzeniu powtórek trzeba przyznać im rację. Szpilka wygrał, ale Wach zasłużył na rewanż. Walka była wyrównana i trzymała w napięciu do końca. Skoro obejrzało ją w TV prawie dwa miliony ludzi, to znaczy się matchmaking był na piątkę. Andrzej Wasilewski w rozmowie z „Super Expressem” mówił, że organizacja tego rewanżu jest priorytetem. Oby się udało, bo polski boks potrzebuje takich walk. 

Typ: Szpilka na punkty

Szansa na pojedynek: Duża

Hasło na plakat: Czas wyrównać rachunki

Andrzej Fonfara vs Michał Cieślak

To zestawienie gwarantuje wojnę w ringu. Jeden i drugi lubią się bić. Cieślak jeszcze nie walczył z rywalem z półki Fonfary, więc mógłby się skaleczyć i to mocno. Do tej pory „Polski Książę” na zawodowych ringach nie spotykał się z rodakami. Po konfrontacji z Siłłachem mówił, że na razie nie jest zainteresowany takimi starciami. „Na razie nie myślę o pojedynkach polsko-polskich. Nie mówię nie, może kiedyś dojdzie do takiej walki, ale na pewno nie w najbliższym czasie.” Biorąc pod uwagę, na jakich etapach kariery są obaj panowie, zorganizowanie ich walki w najbliższych miesiącach wydaje się nierealne, ale na papierze to starcie wygląda kozacko.

Typ: Fonfara KO lub Cieślak KO

Szansa na pojedynek: Minimalna

Hasło na plakat: Wojna na wyniszczenie

Mateusz Masternak vs Krzysztof Włodarczyk

Gdy Krzysztof Włodarczyk był mistrzem świata, miał uczulenie na Mateusza Masternaka. Kilka lat temu „Diablo” nie chciał nawet słyszeć o żarcie na prima aprilis, że podpisał kontrakt na walkę z „Masterem”. „Napiszcie, że będę walczył Pudzianowskim lub kimś innym, ale nie z Masternakiem” – wkurzał się Diablo.

Później zmienił nastawienie i już nie skakało mu ciśnienie, gdy była mowa o jego konfrontacji z młodszym kolegą. Włodarczyk jest po przejściach, Masternak to samo. Obaj wypadli poza ścisłą czołówkę na świecie, ale wciąż są groźni i (chyba) nienasyceni. To jest nawet dobry moment, żeby zrobić taką walkę, bo za 2-3 lata może już być za późno. Teraz na pewno nie byłby to odgrzewany kotlet. Wręcz przeciwnie. Main event z dużym potencjałem.

Typ: Masternak na punkty

Szansa na pojedynek: Do zrobienia

Hasło na plakat: Lepiej późno niż wcale

Robert Parzęczewski vs Norbert Dąbrowski

Ich kariery są w innym miejscu. Parzęczewski idzie jak burza, Dąbrowski znalazł się na bocznicy. „Arab” po walce z Dariuszem Sękiem powiedział, że nie chce już walk z Polakami. Wspomniał też, że chciałby opuścić polskie podwórko. Wydaje się, że obrał właściwy kierunek, ale nie zmienia to faktu, że chętnie zobaczylibyśmy go w ringu z Norbertem Dąbrowskim. „Noras” nie pęka, zawsze jest solidnie przygotowany, więc mógłby postawić twarde warunki „Arabowi”, dla którego mógłby to być ostatni przystanek przed zagranicznymi wyzwaniami. Mateusz Borek twierdzi, że ani on, ani grupa Tymex Boxing Promotions nie są zainteresowani taką walką, więc raczej będziemy musieli się obejść smakiem.

Typ: Parzęczewski na punkty

Szansa na pojedynek: Minimalna

Hasło na plakat: Ostatni przystanek

Damian Jonak vs Robert Talarek

Obaj nie mają czasu na potknięcia. Damian Jonak wrócił do boksu po dłuższej przerwie i zanotował dwa zwycięstwa. Nie pali się do walk z rodakami. Przez kontuzję ręki wypadł z gali w Radomiu, a jego walka z Andrew Robinsonem została przeniesiona na kwiecień. Robert Talarek zmienił promotora i na razie odbudowuje pozycję po porażce z Dąbrowskim. W ostatnim czasie zbił trzech słabych rywali. Trudno powiedzieć, jaki pomysł na górnika z Rudy Śląskiej ma Tomasz Babiloński. Kontrakty na walkę Jonak vs Talarek można byłoby podpisać od razu na dwa pojedynki a nawet na trylogię. Patrząc jednak realnie, do tej walki raczej nie dojdzie. Alternatywą może być konfrontacja Talarek vs Czerkaszyn.

Typ: 50/50

Szansa na pojedynek: Mała

Hasło na plakat: Bitwa o Śląsk

Mateusz Tryc vs Tomasz Gromadzki

Andrzej Kostyra komentując walkę Tomasza Gromadzkiego z Wojciechem Wierzbickim stwierdził, że panowie rozpętali w ringu Trzecią Wojnę Światową. Gromadzki to pięściarz, który wchodzi między liny i nie kalkuluje. Dla takich zawodników jak on kibice kupują bilety. „Zadyma” wygrał cztery walki z rzędu, ale nie miał zbyt mocnych rywali. Czas na większe wyzwania, a takim na pewno byłaby konfrontacja z niepokonanym Mateuszem Trycem. Panowie w przeszłości zaczepiali się w mediach społecznościowych i na tym się skończyło. Zamiast się prowokować, niech wejdą do ringu. Kibice na pewno nie będą się nudzić. 

Typ: 50/50

Szansa na pojedynek: Do zrobienia

Hasło na plakat:  Cios za cios

Kamil Młodziński vs Rafał Grabowski 2

W Radomiu podczas „Wojny Domowej” niejednogłośną decyzją sędziów wygrał Kamil Młodziński. Po walce sporo dyskutowało się o werdykcie, więc warto obu panów jeszcze raz zaprosić do ringu. Wprawdzie Grabowski mówił po walce, że nie wie, czy będzie kontynuował karierę, ale pewnie już ochłonął i bez mrugnięcia okiem podpisze kontrakt na rewanż. Mateusz Borek nie ukrywa, że chętnie po raz drugi zorganizuje taki pojedynek. 

Typ: Grabowski na punkty

Szansa na pojedynek: Duża

Hasło na plakat: Grzmoty po meksykańsku

szpilkawach
(więcej…)

wach\

(więcej…)

W sumie nie wiemy jeszcze dokładnie, co Polsat zaserwuje nam na jedno z dwóch głównych dań 5 listopada, ale o menu krakowskiej gali możemy już podyskutować. Każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Jest sporo znaków zapytania. Jedni mają dużo do stracenia, inni do zyskania. Plusem jest to, że prawie całe menu znamy na dwa miesiące przed imprezą.

Zacznijmy od przystawek. O walce Ewy Brodnickiej z Anitą Torti wiedzieliśmy już od dawna. Przed poprzednią galą PBN panie spojrzały sobie w oczy, nawet trochę na siebie pokrzyczały, ale przez kontuzję Polki do pojedynku nie doszło. Kto lubi patrzeć, jak kobiety okładają się po buziach, nie powinien marudzić. Wiadomo, więcej hałasu wywołałby rewanż Brodnickiej z Piątkowską, ale dzisiaj Ewy mają inne sprawy do pozałatwiania i jest im nie po drodze. Ale do tego tematu pewnie jeszcze kiedyś wrócimy.

Zaglądamy dalej w kartę i mamy konfrontację Dariusza Sęka z Doudou Ngumbu, który wprawdzie ma siedem porażek w rekordzie, ale nikt o nim nie powie, że jest kelnerem. Dwa lata temu napsuł sporo krwi Andrzejowi Fonfarze, ale przegrał z nim na punkty. Wygrał natomiast ze starym-(nie)dobrym znajomym Mateusza Masternaka – Johnnym Mullerem. Sęk na PBN boksował będzie po raz trzeci, ale tym razem czeka go naprawdę ciężka przeprawa. Sęk w tym, że forma Darka z ostatniej walki z Machtiejenką nie wystarczy na Ngumbu. Dla Polaka ta gala może być trampoliną, bo ostatnio jego kariera trochę wyhamowała. Ten pojedynek możemy też, na siłę oczywiście, podciągnąć pod korespondencyjną rywalizację Sęka z Fonfarą.

Przeglądamy kartę dalej. Wprawdzie Adam Kownacki brzuszka nie zgubił, ale dostał zaproszenie na PBN. Tego chłopaka w ringu naprawdę dobrze się ogląda. Niech się w końcu przedstawi polskiej publiczności, bo do tej pory rywali bił tylko w USA. Lepszej okazji niż PBN nie będzie miał. Można kręcić nosem na dobór rywala, bo Marcin Siwy ma swoje ograniczenia, ale ma też jeden atut – walczy tak, jakby nie było następnej rundy. Już możemy zacierać ręce na pierwsze trzy odsłony tego pojedynku. Będzie młócka. Któryś też straci zero z rekordu, ale raczej nie będzie to Kownacki, który jest faworytem takim 90/10.

Głodni jeszcze? To na stół ląduje ostatnia już przystawka, albo inaczej – deser – tym razem serwowany przed głównymi daniami. Michał Cieślak jest już stałym bywalcem PBN, ale jak nie zapraszać na gale gościa, który nie lubi brać jeńców. Przed ogłoszeniem karty walk po cichu liczyliśmy, zapominając o stronie finansowej, że rywalem Michała może być Steve Cunningham. Nie ma Amerykanina, ale i tak jest ok. Wybór padł na Ismaila Sillacha, który może postawić Polakowi twarde warunki. Ukrainiec trzy lata temu zaprzyjaźnił się z ryzykiem, gdy dzielił ring z Siergiejem Kowaliowem. Z killerem z Rosji przetrwał tylko dwie rundy. Jeśli do Krakowa przyjedzie Sillach a nie $$$illach, to Cieślak może mieć pełne ręce roboty.

Nadszedł czas na pierwsze danie główne, w którym Polsat zaserwował nam pojedynek Krzysztofa Włodarczyka z Olanrewaju Durodolą. Najpierw parę słów o rywalu Diablo. W listopadzie 2015 roku wybrał się do Kazania, żeby zebrać planowany oklep od Kudriaszowa. Przynajmniej taki scenariusz rozpisali Rosjanie. Nigeryjczyk nie miał jednak zamiaru tańczyć w ringu jak pajacyk na sznurkach, wziął sprawy w swoje ręce i w 2. rundzie było po robocie. Nie trzeba dodawać, że Rosjanom opadły wtedy kopary. W kolejnym pojedynku Durodola przegrał przez TKO z Mairisem Breidisem, ale wciąż zalicza się do ścisłej czołówki kategorii cruiser. Diablo nie może pozwolić sobie nawet na krótką drzemkę w ringu.

Dobrze się stało, że Włodarczyk znalazł się na karcie walk, bo po stracie pasa WBC jego kariera znalazła się na zakręcie. Nikt poważny nie chciał z nim walczyć. Rywale kalkulowali: walka z Diablo to jak całowanie niedźwiedzia w dupę, ryzyko duże a satysfakcja żadna. Do ringu z Włodarczykiem  weszli Walery Brudow i Kai Kurzawa, ale nie oszukujmy się, oni przyjechali tylko po wypłatę, bić się nie chcieli. Teraz były mistrz świata kategorii junior ciężkiej dostaje rywala z wysokiej półki, który nie przewróci się po lewym prostym.

O ostatnim daniu możemy sobie tylko pogdybać. Miała być walka, której się wszyscy spodziewali, czyli Mariusz Wach kontra Izu Ugonoh. Z „Punchera” wiemy jednak, że obóz Izu w ostatniej chwili wycofał się z tego pojedynku. Nie siedzieliśmy przy negocjacyjnym stole ani nikt nie dodał Po Gongu w DW w korespondencji mailowej, ale przyglądając się z boku temu zamieszaniu, możemy wnioskować, że Ugonoh lub ludzie kierujący jego karierą, wystraszyli się Wikinga. Brzmi to trochę groteskowo, bo przecież Wach nikogo ostatnio nie straszył. W ostatniej walce był w beznadziejnej formie, wcześniej nie było dużo lepiej. W środowisku bokserskim można znaleźć nawet takich, którzy stawialiby na Izu w tym pojedynku. No, ale siłą nikt przecież Ugonoha do ringu nie zaciągnie. Warto wspomnieć, że Izu na październik ma już zakontraktowaną kolejną walkę. Tym razem ma obić jakiegoś mało znanego Francuza. Deontay Wilder też wybił całe stado kelnerów a później został mistrzem świata. Może Izu i jego team mają podobny plan. Powodzenia.

Jeśli nie Ugonoh to może Andrzej Wawrzyk skrzyżuje rękawice z Mariuszem Wachem. Dla Wikinga  nie ma to większego znaczenia. „Nieważne, kto wyjdzie do ringu. Ja będę gotowy” – mówił w swoim stylu Mariusz. Ze sportowego punktu widzenia jego  pojedynek z Wawrzykiem może być nawet lepszą opcją, ale na razie nie ma sensu gdybać, bo nic nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszone. Czekamy na ostatnie danie, ale i tak już dzisiaj możemy być pewni, że 5 listopada nikt z Tauron Areny nie wyjdzie głodny.

Krzysztof Smajek

 

Po pojedynku Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem rozgorzała dyskusja o przyczynach porażki polskiego ciężkiego. „Wikingowi” zabrakło umiejętności czy jaj? A może jednego i drugiego? Na ten temat wypowiedzieli się już prawie wszyscy kibice i eksperci, więc nie ma sensu dalej drążyć tego tematu. Lepiej w tym miejscu zastanowić się nad stanem polskiej wagi ciężkiej. A nie wygląda to zbyt kolorowo.

Z całego towarzystwa najwyżej w rankingach notowany jest Artur Szpilka, który kilka miesięcy temu spakował walizki i poleciał za Ocean spełniać swój amerykański sen. Zanim to zrobił, pokonał na gali Polsat Boxing Night Tomasza Adamka, któremu z kolei przerwał sen o podboju wagi ciężkiej. Dzisiaj „Góral” jedną nogą jest już po drugiej stronie rzeki. Może stoczy jeszcze jedną lub dwie walki, żeby dorobić sobie do emerytury, ale pojedynków o pasy w królewskim towarzystwie toczyć już nie będzie. Choć Adamek po wygranej z Saletą pewnie ma trochę inne zdanie na ten temat…

Wróćmy do Szpilki. Po wyjeździe do USA duży boks oglądał w telewizji, bo sam toczył pojedynki ze śmiesznymi rywalami. Dlatego nadal jest sporą niewiadomą. Jednak w ciemno możemy założyć, że „Szpila” nie leży przy basenie i nie korzysta z uroków słońca, tylko ostro zasuwa na treningach. Odpowiedź na pytanie, czy zrobił jakieś postępy pod okiem Ronniego Shieldsa, mieliśmy poznać w grudniu, ale jego pojedynek z Amirem Mansourem został przełożony. Szkoda, ale co się odwlecze, to nie uciecze. W przyszłym roku powinniśmy wiedzieć dużo więcej na temat Szpilki i jego możliwości.

Zdecydowanie więcej wiemy o Mariuszu Wachu, który przegrał dwa pojedynki z pięściarzami z topu. Porażki z Kliczką i Powietkinem wstydem go nie okryły, ale przy okazji pokazały, ile Mariusza dzieli od tych najlepszych. Niestety, dzieli bardzo dużo. Mniej więcej tyle co Warszawę od Szczecina. Wach pewnie stoczy jeszcze jakąś dużą walkę (jest łakomym kąskiem), ale prędzej zrobi karierę w Hollywood niż zdobędzie mistrzowski pas. W tym przypadku nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości.

Jeszcze niedawno mówiło się, że Marcin Rekowski jest trzecią lub nawet drugą siłą w polskiej wadze ciężkiej. Po kontrowersyjnej porażce z Aguilerą może i nie stracił pozycji na naszym podwórku (teraz jest trzeci?), ale zrobił spory krok w tył. Andrzej Wasilewski w jednym z wywiadów stwierdził, że po przegranej na PBN Rekowskiemu przeszła koło nosa ciekawa walka w USA. Szkoda. Oby teraz dostał rewanż z Aguilerą, bo to mu się należy jak psu miska. Jednak „Rex” ma już swoje lata i raczej na wyższy poziom już nie wskoczy.

Ostatnio na ring po dłuższych przerwach powrócili Krzysztof Zimnoch i Andrzej Wawrzyk. Ten drugi ma fajny dla oka rekord (nabity na słabych/przeciętnych rywalach), ale też porażkę z Powietkinem przez KO, której raczej musi wstydzić, bo szybko został rozbity przez Rosjanina. A może nie musi się wstydzić? Przecież takiego Pereza Sasza ustrzelił jeszcze szybciej… Wawrzyk w ostatnim czasie obił dwóch kelnerów, ale nikomu to nie zaimponowało. Przy jego nazwisku też trzeba postawić znak zapytania, bo dzisiaj trudno powiedzieć, na co stać pięściarza KnockOut Promotions.

Zero w rekordzie cały czas trzyma Krzysztof Zimnoch, który w październiku wrócił na ring po dwuletniej przerwie. Pięściarz z Białegostoku ostatnio trenował w Anglii z nowym trenerem. Cj Hussein, bo o nim mowa, zapowiada, że za kilka miesięcy zobaczymy nowa wersję Krzysztofa Zimnocha. W takim razie musimy uzbroić się w cierpliwość i poczekać na efekty pracy tych panów. Zimnoch podczas gali w Wieliczce rozprawił się z Oloukunem, ale w tej walce, to nie Polak był taki dobry, tylko rywal okrutnie słaby.

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, to nie są poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu. Czy to jest materiał na przyszłego mistrza świata? Żaden ekspert tego głośno nie powie. Swój rekord na walkach ze słabszymi rywalami buduje też Adam Kownacki.

Na tym ostatnim nazwisku należy zakończyć przegląd polskich ciężkich. Wnioski? Niezbyt optymistyczne. W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę. Gdyby dzisiaj Tyson Fury, Deontay Wilder, Anthony Joshua lub Bryant Jennings chcieliby walczyć z którymś z polskich ciężkich, to strach byłoby wysłać któregoś z nich na taką wojnę. W sumie można wysłać Wacha, który ma twardą szczękę i nie padnie po pierwszym mocniejszym ciosie, ale przecież nie o to chodzi.