Posts Tagged ‘Marcin Rekowski’

rekowski

Gdy Marcin Rekowski pakował walizki i planował podróż do chińskiego Makau, było wiadomo, że leci tam dostać po głowie od Carlosa Takama. Nikt nie brał pod uwagę innego scenariusza, bo przecież „Rex” ostatnio obrywał od Aguilery, Wawrzyka czy Zimnocha, a więc pięściarzy słabszych od Takama. Poza tym wiadomo było, że Kameruńczyk z francuskim paszportem nie głaszcze rywali, więc nokaut na Rekowskim można było w ciemno zakładać. Bez konsultacji z wróżbitą Maciejem.

Tak też się stało. Miała być egzekucja i była. Po walce zaczęły się pojawiać pytania: Po co Rekowski brał tę walkę? Po co wkładał głowę pod topór? Po co promotor go tam wysłał? Odpowiedź jest banalnie prosta – boks to jego zawód, więc Marcin zrobił to dla pieniędzy. Tak, jak Kowalski codziennie idzie do pracy, żeby zarabiać na chleb, tak Rekowski wsiadł w samolot i poleciał do Makau po wypłatę. Owszem, sporo ryzykował, ale w końcu takie wybrał sobie zajęcie… Bijesz się i na tym zarabiasz. Tak do działa.

Pamiętam, że kiedyś pytałem Rafała Jackiewicza o to, jak wyglądały jego negocjacje w sprawie walk z promotorami. Odpowiedział coś w tym stylu: dostawałem ofertę i miałem dwie opcje: brać albo nie. Jeśli propozycja była fajna, podpisywałem kontrakt. Jeśli była chuj…, mówłem: nie, dziękuję, pierod…to. Rekowski mógł wybrać opcję numer dwa i odrzucić ofertę. Założyć kapcie, wziąć browar i przed telewizorem czekać na następną. Tylko, że taka mogłaby się już nie pojawić. Przecież Marcin jest już 39-letnim pięściarzem po przejściach i co dwa dni nie odbiera telefonów z podobnymi propozycjami. Dlatego, nie możemy mieć do niego pretensji, że skusił się na konfrontację z Takamem. Zresztą, wiedział w co się pakuje.

„Trzy tygodnie temu zadzwonił do mnie promotor z tą ofertą, dał mi kilka godzin na przemyślenie decyzji. Na szczęście byłem już treningu, więc ustaliliśmy z trenerem, że bierzemy walkę” – mówił „Rex” w rozmowie z wRINGUu.net.  Promotor dał mu czas na zastanowienie się, ale nie przyłożył broni do skroni i nie kazał brać tej walki. To warto rozróżńić, bo słychać opinie, że promotorzy wsadzili Rekowskiego na minę. O wsadzeniu na minę moglibyśmy mówić, gdyby „Rex” usłyszał od nich taką propozycję: „Marcin, pojedziesz do Chin na swój koszt, za walkę z Takamem dostaniesz pięć złotych, ale jak z nim wygrasz, to obiecujemy ci walkę za milion dolarów w USA. Chłopie, musisz w to wejsć, bo taka oferta już się nie powtórzy.” Taka sytuacja nie miała jednak miejsca.

Rekowski zdawał sobie sprawę, że biorąc walkę z Takamem, przystępuje do bardzo ryzykownej gry. „Oczywiście, że był moment zawahania – każdy o zdrowych zmysłach by go miał. Zresztą nie sądzę, że wielu zawodników jest w stanie przyjąć walkę tak krótko przed jej planowanym terminem” – mówił. Rzeczywiście nie miał zbyt wiele czasu na przygotowania, bo o walce z Takamem dowiedział się na początku stycznia. Cała akcja wyglądała na spontaniczną i robioną trochę na wariackich papierach. Przecież jeszcze przed wyjazdem do Chin stoczył pojedynek z Artsiomem Hurbo, który miał mu trochę podreperować rekord. Ostatecznie wygrana z Białorusinem i tak zniknęła z Boxreca.

Wróćmy jednak do pojedynku z Takamem. Rekowski zdawał sobie sprawę, że jego rywal nie jest przypadkowym gościem: „Carlos to bardzo silny pięściarz, posiadający bardzo mocne uderzenie, zdeterminowany i idący do przodu – będzie to ciężki orzech do zgryzienia.” We wspomnianym wyżej wywiadzie poruszony został też wątek pieniędzy. Marcin na pytanie, czy za walkę w Makau dostanie wypłatę życia, odpowiedział: „To wszystko nie wygląda tak różowo, jak wszyscy myślicie. Oczywiście pieniążki są niezłe, jednak muszę z tego opłacić sparingpartnerów, odżywki, masażystów, trenera, dojazdy na treningi. Moja dziewczyna śmieje się ze mnie, że za takie pieniądze, nie dała by sobie pyska oklepywać.”

Marcin nie podał kwoty, która skusiła go do wejścia między liny z Takamem, ale rąbka tajemnicy zdradził Janusz Pindera, który na polsatsport.pl tak pisał o jego gaży: „Nie są to zawrotne sumy, ale 100 tysięcy złotych zawsze lepiej mieć niż nie mieć.” Nie wiem, czy to była największa wypłata w karierze „Rexa”, ale skoro przyjął propozycję, to znaczy, że liczby na papierze się zgadzały. Artur Szpilka, Andrzej Fonfara i Tomek Adamek na taką ofertę nawet nie rzuciliby okiem. Nic dziwnego, są przyzwyczajeni do większych wypłat. I za takie pieniądze, podobnie jak dziewczyna Marcina, nie daliby sobie pyska oklepywać.

Jednak „Rex” nad ofertą się pochylił i powiedział tak. Poleciał do Chin, przyjął kilka bomb od Takama i wziął za to kasę. Nic mi do tego. Zaraz parę osób krzyknie w tym miejscu: zaraz, ale przecież to nie miało nic wspólnego ze sportem. No nie miało. Wszyscy wiemy, że dla Rekowskiego to była walka dla kasy (choć sportowo też mógł zyskać), ale przecież boks to biznes. Marcin nie jest pierwszym ani ostatnim pięściarzem, który wszedł między liny dla pieniędzy. Najważniejsze, że jest cały i zdrowy. Taką przynajmniej informację na Twitterze podał Andrzej Wasilewski.

W całej tej historii najdziwniejsze jest jednak to, że federacja IBF dopuściła „Rexa”, który przegrał ostatnie walki z Wawrzykiem i Zimnochem do pojedynku o pas IBF InterContinental. Gdyby trzeba było nazywać rzeczy po imieniu, to słowa –  wstyd i patologia – byłyby tu chyba najwłaściwsze. Ale w sumie, czy to wszystko kogoś jeszcze dziwi? Przecież boks to biznes.

Krzysztof Smajek

Reklamy

Po pojedynku Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem rozgorzała dyskusja o przyczynach porażki polskiego ciężkiego. „Wikingowi” zabrakło umiejętności czy jaj? A może jednego i drugiego? Na ten temat wypowiedzieli się już prawie wszyscy kibice i eksperci, więc nie ma sensu dalej drążyć tego tematu. Lepiej w tym miejscu zastanowić się nad stanem polskiej wagi ciężkiej. A nie wygląda to zbyt kolorowo.

Z całego towarzystwa najwyżej w rankingach notowany jest Artur Szpilka, który kilka miesięcy temu spakował walizki i poleciał za Ocean spełniać swój amerykański sen. Zanim to zrobił, pokonał na gali Polsat Boxing Night Tomasza Adamka, któremu z kolei przerwał sen o podboju wagi ciężkiej. Dzisiaj „Góral” jedną nogą jest już po drugiej stronie rzeki. Może stoczy jeszcze jedną lub dwie walki, żeby dorobić sobie do emerytury, ale pojedynków o pasy w królewskim towarzystwie toczyć już nie będzie. Choć Adamek po wygranej z Saletą pewnie ma trochę inne zdanie na ten temat…

Wróćmy do Szpilki. Po wyjeździe do USA duży boks oglądał w telewizji, bo sam toczył pojedynki ze śmiesznymi rywalami. Dlatego nadal jest sporą niewiadomą. Jednak w ciemno możemy założyć, że „Szpila” nie leży przy basenie i nie korzysta z uroków słońca, tylko ostro zasuwa na treningach. Odpowiedź na pytanie, czy zrobił jakieś postępy pod okiem Ronniego Shieldsa, mieliśmy poznać w grudniu, ale jego pojedynek z Amirem Mansourem został przełożony. Szkoda, ale co się odwlecze, to nie uciecze. W przyszłym roku powinniśmy wiedzieć dużo więcej na temat Szpilki i jego możliwości.

Zdecydowanie więcej wiemy o Mariuszu Wachu, który przegrał dwa pojedynki z pięściarzami z topu. Porażki z Kliczką i Powietkinem wstydem go nie okryły, ale przy okazji pokazały, ile Mariusza dzieli od tych najlepszych. Niestety, dzieli bardzo dużo. Mniej więcej tyle co Warszawę od Szczecina. Wach pewnie stoczy jeszcze jakąś dużą walkę (jest łakomym kąskiem), ale prędzej zrobi karierę w Hollywood niż zdobędzie mistrzowski pas. W tym przypadku nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości.

Jeszcze niedawno mówiło się, że Marcin Rekowski jest trzecią lub nawet drugą siłą w polskiej wadze ciężkiej. Po kontrowersyjnej porażce z Aguilerą może i nie stracił pozycji na naszym podwórku (teraz jest trzeci?), ale zrobił spory krok w tył. Andrzej Wasilewski w jednym z wywiadów stwierdził, że po przegranej na PBN Rekowskiemu przeszła koło nosa ciekawa walka w USA. Szkoda. Oby teraz dostał rewanż z Aguilerą, bo to mu się należy jak psu miska. Jednak „Rex” ma już swoje lata i raczej na wyższy poziom już nie wskoczy.

Ostatnio na ring po dłuższych przerwach powrócili Krzysztof Zimnoch i Andrzej Wawrzyk. Ten drugi ma fajny dla oka rekord (nabity na słabych/przeciętnych rywalach), ale też porażkę z Powietkinem przez KO, której raczej musi wstydzić, bo szybko został rozbity przez Rosjanina. A może nie musi się wstydzić? Przecież takiego Pereza Sasza ustrzelił jeszcze szybciej… Wawrzyk w ostatnim czasie obił dwóch kelnerów, ale nikomu to nie zaimponowało. Przy jego nazwisku też trzeba postawić znak zapytania, bo dzisiaj trudno powiedzieć, na co stać pięściarza KnockOut Promotions.

Zero w rekordzie cały czas trzyma Krzysztof Zimnoch, który w październiku wrócił na ring po dwuletniej przerwie. Pięściarz z Białegostoku ostatnio trenował w Anglii z nowym trenerem. Cj Hussein, bo o nim mowa, zapowiada, że za kilka miesięcy zobaczymy nowa wersję Krzysztofa Zimnocha. W takim razie musimy uzbroić się w cierpliwość i poczekać na efekty pracy tych panów. Zimnoch podczas gali w Wieliczce rozprawił się z Oloukunem, ale w tej walce, to nie Polak był taki dobry, tylko rywal okrutnie słaby.

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, to nie są poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu. Czy to jest materiał na przyszłego mistrza świata? Żaden ekspert tego głośno nie powie. Swój rekord na walkach ze słabszymi rywalami buduje też Adam Kownacki.

Na tym ostatnim nazwisku należy zakończyć przegląd polskich ciężkich. Wnioski? Niezbyt optymistyczne. W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę. Gdyby dzisiaj Tyson Fury, Deontay Wilder, Anthony Joshua lub Bryant Jennings chcieliby walczyć z którymś z polskich ciężkich, to strach byłoby wysłać któregoś z nich na taką wojnę. W sumie można wysłać Wacha, który ma twardą szczękę i nie padnie po pierwszym mocniejszym ciosie, ale przecież nie o to chodzi.

Już przed galą Polsat Boxing Night mówiono, że przystawki będą lepsze od dania głównego. I to się potwierdziło, choć nikt się chyba nie spodziewał, że danie główne będzie aż tak niesmaczne, a przystawki takie smakowite.

Walka wieczoru rozczarowała, bo Przemek Saleta był tylko tłem dla Tomka Adamka i nie wywołał wojny, którą zapowiadał przed pojedynkiem. Saletę możemy jednak w jakimś stopniu usprawiedliwić, bo w trakcie walki odnowiła mu się kontuzja barku i nie mógł używać lewej ręki. A jedną ręką z tak dysponowanym „Góralem” wygrać się nie dało. Gdyby Saleta miał dwie sprawne ręce też pewnie by nie wygrał, bo jego rywal w sobotę był w dobrej formie. Przede wszystkim był szybki, bił kombinacjami i nie dał się trafiać.

Co dalej z karierą Adamka? Pewnie może liczyć na kolejną ofertę od Polsatu. Na polskim podwórku świetnie sprzedałby się jego pojedynek z Krzysztofem Włodarczykiem, który myśli o przeprowadzce do kategorii ciężkiej. Smakowitym kąskiem byłaby też jego walka z Mariuszem Wachem, ale dzisiaj za wcześnie jest na takie spekulacje, bo zarówno Włodarczyk jak i Wach mają swoje plany. Zresztą „Góral” nie chce słyszeć o tych nazwiskach, bo twierdzi, że z kolegami walczyć nie będzie. Nie wiadomo, co z tych przymiarek wyjdzie, ale Adamka w ringu jeszcze zobaczymy, bo po łatwym zwycięstwie nad Saletą nabrał ochoty na kolejne pojedynki. Choć tak naprawdę nie wiemy na co go stać, bo sprawdzian z „jednorękim” Saletą nie dał nam zbyt wielu odpowiedzi.

Bardzo pyszną przystawką była walka Ewy Brodnickiej z Ewą Piątkowską. Panie zapowiadały, że w ringu rozpętają wojnę i słowa dotrzymały. Od pierwszego do ostatniego gongu walka trzymała w napięciu i nie było mowy o żadnej kalkulacji. Brodnicka podniosła się po nokdaunie w pierwszej rundzie i w dalszej części pojedynku pokazała, że ma charakter. Sędziowie nie byli jednomyślni – dwóch widziało wygraną Brodnickiej (77-75), jeden wypunktował zwycięstwo Piątkowskiej w stosunku 79-73. Werdykt wywołał sporo dyskusji, ale skoro pokonana stwierdziła, że był sprawiedliwy, to nie ma sensu drążyć tego tematu. Po takich walkach zawsze mówi się o rewanżu i w tym przypadku jest tak samo. Byłoby fajnie, gdyby panie jeszcze raz weszły do ringu, ale na razie królową jest Ewa Brodnicka i to ona musi się zgodzić na drugą konfrontację z Piątkowską.

Od razu po walce rewanżu z Nagy Aguilerą domagał się Marcin Rekowski, który doznał porażki w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. „Rex” prowadził na punkty, ale w samej końcówce walki przyjął straszną bombę, po której zataczał się, jakby właśnie wyszedł z baru po całonocnej imprezie. Jednak nie dał się wyliczyć i kontynuował walkę. Po chwili Aguilera przypuścił kolejny atak i sędzia Dariusz Zwoliński zakończył pojedynek. Niepotrzebnie, bo Rekowski, mimo że był zamroczony, panował nad sytuacją i od wygranej dzieliły go raptem 2-3 sekundy.

Rekowski był bardzo rozgoryczony tym faktem i po walce użył kilku mocnych słów. Co z tego? Wynik poszedł w świat i nikt mu już nie wykreśli porażki z rekordu. Sama walka była bardzo ładna dla oka, od pierwszej rundy nokaut unosił się w powietrzu. Przed pojedynkiem zachodziły obawy, że Aguilera wyjdzie do ringu tylko po wypłatę, ale nic takiego nie miało miejsca. Pięściarz pochodzący z Dominikany przyjechał dać dobrą walkę i swoje zrobił. Szkoda tylko, że pojedynek zakończył się w takich okolicznościach. Jednak Rekowski nie może mieć pretensji tylko do sędziego. Mógł skończyć Aguilerę wcześniej. Przecież okazji nie brakowało.

W pozostałych pojedynkach wszystko poszło zgodnie z planem. Michał Cieślak znów zrobił show i w ciągu rundy „spakował i odprawił” do domu swojego rywala. Po walce z Coxem po raz kolejny wywołał do tablicy Łukasza Janika, który wyraził zainteresowanie taką walką. Ten pojedynek mógłby być ozdobą kolejnej gali Polsat Boxing Night, której kartę walk można powoli układać.

Polska:

„Nie będzie walki Wach vs Rekowski. Za namową promotora AW, Rex chce absurdalnej kasy. A sami płacili mu za ME 1/3 tego, co mu zaoferowaliśmy” – napisał w piątek na Twitterze Mateusz Borek. – Obliczyliśmy wszelkie koszty związane między innymi z przygotowaniami i okazało się, że nie zostałoby z tego Marcinowi 10 tysięcy euro, a to w wadze ciężkiej za trudny pojedynek nie są duże pieniądze – to z kolei słowa Andrzeja Wasilewskiego cytowanego przez ringpolska.pl. Nie będziemy się tutaj wymądrzać, bo nie siedzieliśmy przy negocjacyjnym stole, ale przynajmniej wiemy, że rozeszło się o pieniądze. Szkoda, bo walka zapowiadała się interesująco. To po pierwsze. Po drugie, po tym pojedynku łatwiej byłoby ułożyć ranking wagi ciężkiej w Polsce.

*****

Krzysztof Włodarczyk jednak nie wystąpi podczas planowanej na 14 sierpnia gali w Newark. „Diablo” nie walczył już prawie od roku i jeśli tak dalej pójdzie, to zacznie rdzewieć. Wprawdzie jego nazwisko wymieniane jest w kontekście gali Polsat Boxing Night, gdzie miałby walczyć z Mateuszem Masternakiem, ale ten pojedynek wydaje się mało prawdopodobny. Raczej jego promotorzy muszą szukać dla niego innych opcji.

*****

Mateusz Masternak w rozmowie z „Super Expressem” poskarżył się, że nie ma kontaktu ze swoimi promotorami. „Od dwóch tygodni piszę do nich e-maile i nie ma odpowiedzi. Z Kalle tak bywa, czasem bracia są mocno zagubieni. Niestety, to od nich zależy moja kariera. Mam kontrakt ważny do końca roku, jeszcze nie wiem, czy zostanie przedłużony – powiedział „Master”. Dla Polaka chyba lepiej, żeby kontrakt nie został przedłużony, bo wydaje się, że grupa Sauerlanda straciła pomysł na jego karierę.

Świat:

Carl Froch zawiesił rękawice na kołku. Szkoda – to jedyne słowo, które ciśnie się na usta, ale z drugiej strony, trzeba uszanować decyzję Brytyjczyka. Froch walczył z najlepszymi, był właścicielem pasów WBC, IBF i WBA w wadze super średniej, ale przede wszystkim był wojownikiem, którego walki oglądało się z wypiekami na twarzy. Teraz będzie ekspertem telewizji Sky Sports.

*****

Floyd Mayweather rozpoczął przygotowania do wrześniowej walki. Jednak nadal nie znamy nazwiska jego rywala, ale według ostatnich doniesień podobno najwyżej stoją akcje… Andre Berto. To nazwisko nikogo nie rzuca na kolana, ale my nie mamy nic do gadania. Przecież to król P4P decyduje o wszystkim… A tak na marginesie, ESPN informuje, że Floyd za wrześniowy pojedynek ma przytulić około 35 milionów dolarów. Grosze w porównaniu z ponad dwustoma milionami, które zgarnął za walkę z Pacquiao.

*****

Tyson Fury już rozpoczął śmieciowe gadanie przed walką z Władimirem Kliczką. „Gypsy King” zapowiedział, że wyrwie serce Władimirowi i nakarmi nim Witalija. Aż strach pomyśleć, co będzie wygadywał Fury w kolejnych tygodniach. Pewnie posunie się dalej niż David Haye, który „obcinał” głowy ukraińskim braciom. W najbliższy wtorek odbędzie się pierwsza konferencja z udziałem Kliczki i Fury’ego. Może być ciekawie.

*****

Mariusz Wach i Tony Thompson byli wymieniani wśród kandydatów do walki z Anthonym Joshuą we wrześniu, ale ostatecznie Brytyjczyk w tym terminie skrzyżuje rękawice z Gary Cornishem. Szkot legitymuje się ładnym dla oka bilansem 21-0, ale powoli musi oswajać się z myślą, że wkrótce straci zero ze swojego rekordu.

Przegląd walk:

Chris Arreola, który był przymierzany do walki z Deontayem Wilderem, zaledwie zremisował z przeciętnym Fredem Kassim podczas gali w El Paso. Co tu dużo pisać, Amerykanin zaczyna rozmieniać się na drobne. Jeśli dostanie walkę o tytuł mistrzowski, będzie to wielka kpina.

Podczas tej samej gali na ring wrócił Julio Chavez Jr., który wygrał na punkty z Marco Reyesem, ale nikogo nie zachwycił. Warto dodać, że Meksykanin nie zrobił wagi przed walką. Widać, że facet poważnie podchodzi do boksu.

Na gali w El Paso bardzo dobrą walkę dali Carl Frampton i Alejandro Gonzalez Jr. Brytyjczyk w pierwszej rundzie był dwa razy liczony, ale później wziął się do roboty i obronił pas IBF kategorii super koguciej.

Serial pt. „Abraham vs Stieglitz” dobiegł końca. „Król Artur” znokautował w szóstej rundzie rywala i po raz czwarty z rzędu obronił tytuł mistrza świata kategorii super średniej federacji WBO. Piąta walka tych panów nie ma już sensu, bo przecież wiadomo, kto jest lepszy.

19-letni Vicent Feigenbutz już na poważnie zaczął rozpychać się łokciami na zawodowych ringach. Młokos z Niemiec po zwycięstwie nad Mauricio Reynoso zdobył w sobotę pas federacji WBA wersji tymczasowej. Grupa Sauerlanda będzie miała z tego chłopaka jeszcze sporo radości (czytaj: pieniędzy).

David Price po przegranej przez nokaut z Erkanem Teperem powinien wziąć przykład z Artura Bińkowskiego i „spakować kredki do piórnika”. Brytyjczyk z taką obroną nie ma czego szukać wśród ciężkich.

W tym momencie waga ciężka w Polsce to Artur Szpilka, Marcin Rekowski, Mariusz Wach i długo, długo nic. Później na horyzoncie pojawiają się Andrzej Wawrzyk i Krzysztof Zimnoch, którzy ze względu na kontuzje od dłuższego czasu są nieaktywni. Na siłę możemy jeszcze wspomnieć o Adamie Kownackim, który buduje sobie rekord i jak na razie idzie mu to całkiem nieźle. I w sumie to byłoby na tyle.

W ostatnim czasie z gry wypadli Tomasz Adamek i Albert Sosnowski. Żaden z nich jeszcze oficjalnie nie zakończył kariery, ale zawodowych ringów ta dwójka już nie zawojuje. „Góralowi” boks z głowy wybił Szpilka, w przypadku Sosnowskiego uczynił to Rekowski.

Jak zatem wygląda ranking wagi ciężkiej w Polsce? To pytanie zadaliśmy niedawno Mariuszowi Wachowi. Padła taka odpowiedź: nie lubię bawić się w tego typu klasyfikacje. Walka Szpilka vs Adamek pokazała, że Artur jest w czołówce, że liczy się nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Gdzie widzę siebie? Na pewno w pierwszej trójce, ale na siłę nigdzie się nie pcham. Natomiast wiem jedno – przyszły rok będzie należał do mnie i udowodnię to w ringu.

Do ułożenia są tak naprawdę trzy klocki. Na dzisiaj taka kolejność wydaje się optymalna:

1. Artur Szpilka

2. Marcin Rekowski

3. Mariusz Wach

Szpilce dajemy pierwsze miejsce, bo wygrał z dotychczasowym numerem jeden, czyli Tomkiem Adamkiem i tym samym wskoczył na jego miejsce. To raczej oczywista sprawa. Drugi w rankingu Marcin Rekowski na początku roku miał bardzo napięty grafik, bo w cztery miesięce stoczył aż cztery pojedynki (3 wygrane, 1 porażka), ale po raz ostatni walczył pod koniec maja i później przepadł. Z kolei Mariusz Wach wrócił między liny po dwuletniej przerwie i uporał się z solidnym Samirem Kurtagiciem. Jednak coś więcej o „Wikingu” będziemy wiedzieć po jego piątkowej walce z Travisem Walkerem. Jeśli wygra z Amerykaninem (innego scenariusza nie bierzemy pod uwagę), to na dobre wróci do gry.

Wystarczy jeden rzut oka na ranking wagi ciężkiej w Polsce, żeby zorientować się, że ta kategoria jest pogrążona w kryzysie. Najgorsze jest to, że w najbliższym czasie nie widać perspektyw na poprawę tego stanu rzeczy. Co nam pozostaje? Czekać, czekać i jeszcze raz czekać na lepsze dni. W tym czasie możemy zazdrosnym okiem spojrzeć na podobny ranking w Wielkiej Brytanii, gdzie są takie nazwiska jak: David Haye, Tyson Fury, David Price, Anthony Joshua,  czy Dereck Chisora. Albo nie róbcie tego, po co się denerwować.