Posts Tagged ‘Krzysztof Zimnoch’

zimnoch_foto

Krzysztof Zimnoch po ostatnich wygranych uwierzył, że jest najlepszym pięściarzem wagi ciężkiej w Polsce. Mówi o tym głośno i dosadnie, chyba wierzy w swoje słowa. Pewnie Tomasz Adamek, Izu Ugonoh, Adam Kownacki i inni mają na ten temat odmienne zdanie. Żeby rozstrzygnąć tę kwestię, trzeba byłoby zorganizować turniej. W tym momencie nie ma w ogóle takiego tematu, więc niech każdy pozostanie przy swojej opinii. Niech Krzysiek czuje się najlepszy. Z jego samooceną trudno się jednak zgodzić…

Dzisiaj o Zimnochu możemy powiedzieć, że jest solidnym rzemieślnikiem. W lutym 2016 roku wydawało się, że jego kariera nie ma sensu. Przegrał z Mike’em Mollo i znalazł się w poważnych tarapatach. Niektórzy zaczęli wypisywać mu bokserski nekrolog, ale Tomasz Babiloński nie postawił na nim krzyżyka. Dał mu drugą szansę, Zimnoch ją wykorzystał. Wykorzystał w tym sensie, bo pokazał, że porażka z pięściarzem z trzeciej ligi była wypadkiem przy pracy.

Z Krzysztofem Zimnochem jest pewien problem. Ma już 34 lata, a nie pływał jeszcze na głębokiej wodzie. Wybił kilku rywali z bokserskiego sanatorium (Olivier McCall 48 lat, Michael Grant 45 lat, Marcin Rekowski 38 lat, Artur Bińkowski 38 lat – wszyscy po przejściach) i to by było na tyle. W przeszłości wśród jego potencjalnych przeciwników padały nazwiska Powietkina, Haye’a (w tym przypadku na przeszkodzie stanęła porażka z Mollo), Whyte’a, ale do tych pojedynków nie doszło. Ostatnio Zimnoch miał opcję występu na organizowanej przez Mateusza Borka gali Polsat Boxing Night, ale nie był zainteresowany pojedynkiem z Adamem Kownackim.

W sobotę stoczy walkę, która wyznaczy kierunek jego dalszej kariery. Joey Abell nie jest pięściarzem z czołówki wagi ciężkiej, ale z sanatorium też nie uciekł. Amerykanin jest zaprawiony w bojach, w lewej ręce trzyma odbezpieczony granat, przyjmował ciosy od Tysona Fury’ego, Kubrata Pulewa i Chrisa Arreoli. Do walki z Zimnochem wyjdzie bez respektu, nie pęknie przed nim.

Poza tym Abell też chce pozostać w tym biznesie, dlatego Krzysiek musi uważać, bo jego szczęka może być wystawiona na ciężką próbę. Jeśli wygra, pójdzie dalej. Banał, ale tak w boksie jest. Tomasz Babiloński nie chce mówić, jakie furtki mogą otworzyć się przed jego pięściarzem po ewentualnej wygranej w Radomiu. Może i lepiej, po co zapeszać. Propozycje na pewno się pojawią.

Zimnoch wierzy też w to, że zostanie mistrzem świata. Nie śmiejcie się z tego, przecież wszystko zaczyna się od marzeń. Żeby je zrealizować, musi pokonać pierwszą poważną przeszkodę w swojej karierze. I to bez wydawania reszty. W sobotę w Radomiu w pojedynku wieczoru mogą być niezłe turbulencje.

 

Reklamy

1. Jakiego Michaela Granta zobaczymy w ringu?

Amerykanin zapewnia, że nie przyjechał po porażkę. Mówi, że ma paliwo w baku, że jest doświadczonym lisem… Bla, bla, bla. W sumie to mógłby powiedzieć, że po obiciu Krzysztofa Zimnocha obierze kurs na Deontaya Wildera i jego pas WBC. Opowiadać może różne historie. Fakty są takie, że Grant ostatni raz walczył w 2014 roku, ostatnią wygraną zanotował w 2011 roku. Dzisiaj jest bokserskim emerytem i fajerwerków w Legionowie już nie odpali. Grant miał miesiąc na przygotowania do sobotniego pojedynku, ale w ciemno można założyć, że nie biegał po lasach czy górach do utraty tchu. Nie ma szans, rdzy nie zrzucił. Jego walka z Zimnochem jest zakontraktowana na 8 rund. Jeśli były rywal Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka przetrwa cały dystans, to wyjazd do Polski będzie mógł uznać za udany. W tym miejscu rodzi się jednak kolejne pytanie:

2. Czy Krzysztof Zimnoch musi znokautować Granta?

Jeżeli masz mistrzowskie aspiracje, a przecież takie zgłasza Zimnoch, to na przeciwników pokroju Granta nie możesz brać nadgodzin. Polak powinien w miarę szybko załatwić sprawę i pójść pod prysznic. Legionowo to nie jest jednak ulubione miejsce Krzyśka. Tam przecież przegrał z Mike’em Mollo i stracił zero w rekordzie. Dlatego nie można wykluczyć scenariusza, że włączy mu się tryb „ostrożny” i spędzi z Grantem w ringu osiem rund. W takim trybie boksował choćby z Mateuszem Malujdą czy Arturem Bińkowskim, ale to było kilka lat temu. Dzisiaj Zimnoch jest podbudowany wygraną nad Mollo, więc z Grantem nie powinien mieć żadnych problemów. Tak na marginesie, szkoda że Krzysiek nie wziął walki z Adamem Kownackim na Polsat Boxing Night 7.

3. Czy Tomasz Gargula nadaje się jeszcze do tego sportu?

W sumie na to pytanie można odpowiedzieć już dzisiaj. Odpowiedź brzmi: nie. Gargula jest już rozbity i ostatnio przegrywa wszystko jak leci. Pięć porażek z rzędu, w tym cztery przed czasem. Taki bilans chwały mu nie przynosi. Tomek prędzej czy później dojdzie do wniosku, że nie ma sensu dłużej się w to bawić, ale skoro wziął walkę z Mateuszem Trycem, to oznacza, że jeszcze nie ma dosyć. Tryc w sobotę będzie debiutował na zawodowych ringach, ale to jego trzeba stawiać w roli faworyta. Musi tylko pamiętać, że Gargula nie przewraca się po pierwszym ciosie. Rozbić go jednak można. A nawet trzeba.

4. Po co Kamilowi Szeremecie ta walka?

Na rozgrzewkę przed czymś większym, bo tak naprawdę Szeremeta nie powinien zawracać sobie głowy takimi rywalami. Sebastian Skrzypczyński to rzemieślnik, który wprawdzie nie kalkuluje w ringu, idzie na całość, ale nie zmienia to faktu, że jest tylko rzemieślnikiem. Skrzypczyński nie ma nic do stracenia. Szeremeta na odwrót. Wygrana nic mu nie da, porażka wyhamuje karierę. Kamil w rozmowie z „Super Expressem” powiedział, że do sobotniego pojedynku przygotowuję się tak, jakby czekała go najtrudniejsza walka w życiu. Dobre podejście. Musi wejść do ringu i zrobić swoje. Przecież to tylko mocniejszy sparing.

5. Czy Michał Syrowatka wygra przed czasem?

Pojedynek zakontraktowany jest na 6 rund, więc może nie zdążyć. Tym bardziej, że Krzysztof Szot nie lubi przegrywać przed czasem. Ma na koncie 20 porażek, ale tylko w trzech przypadkach nie dotrwał do końca walki. Syrowatka jest w tej samej sytuacji co Kamil Szeremeta. Musi wygrać i iść do przodu. Niestety, po wygranej w 2014 roku z Michałem Chudeckim na Polsat Boxing Night jego kariera nie nabrała rozpędu. Może po gali w Legionowie to się zmieni.

6. Jak będzie wyglądał Dariusz Sęk po rozstaniu z Andrzejem Gmitrukiem?

Sęk rozpoczyna nowy rozdział w swoim bokserskim życiu. Po wielu latach rozstał się z Andrzejem Gmitrukiem i teraz będzie jadł chleb z innego pieca. Sęk w ostatnich walkach wyglądał blado, a pojedynek z Mustafą Chadlioui pewnie długo odbijał mu się czkawką. Kiedyś Darek wypowiedział fajne zdanie: stawiaj na Sęka, bo Sęk nie pęka. Dzisiaj to hasło jest już przeterminowane. Liczymy jednak, że w Legionowie Sęk nie pęknie i wreszcie zaboksuje na przyzwoitym poziomie. Przemek Garczarczyk w jego pojedynku z Wiktorem Poljakowem upatruje nawet walki wieczoru. Nie mamy nic przeciwko.

Zrzut ekranu 2017-04-21 o 13.57.18

 

zimnoch_foto

Na papierze wyglądało to tak: Krzysztof Zimnoch miał odnieść zwycięstwo nad zardzewiałym Mike’em Mollo i rozpocząć marsz za czołówką wagi ciężkiej. W maju miał dostać walkę, tak przynajmniej mówił jego promotor – Tomasz Babiloński, która wprowadziłaby go do czołowej piętnastki światowych rankingów. Te plany wylądowały jednak w koszu, bo Mike Mollo był bezlitosny dla polskiego ciężkiego. Po raz kolejny potwierdziło się, że w boksie można zaplanować sobie co najwyżej dietę na cały tydzień. Nic poza tym.

Po walce sporo dyskutuje się o tym, czy faule Mollo miały wpływ na końcowy rezultat? Nie ulega wątpliwości, że Amerykanin napoczął Zimnocha ciosem po komendzie „stop”, a w ostatniej akcji rzucił nim jak workiem ziemniaków, ale takie sytuacje w boksie się zdarzają. Nie ma sensu kruszyć kopii w tym temacie. Przecież jest zasada, że bokser musi się cały czas bronić. Zresztą za dwa dni nikt nie będzie pamiętał o przebiegu walki. Liczą się fakty. A one są takie, że Zimnoch nie zdał ważnego egzaminu i stracił zero w rekordzie. Mógł zrobić kroczek do przodu, a zrobił z pięć w tył.

Warto zwrócić uwagę na słowa, które po pojedynku wypowiedzieli Krzysztof Zimnoch i Tomasz Babiloński. Ten pierwszy nie rozczulał się nad sobą, tylko zapowiedział powrót na salę treningową i dalszą harówkę. Z kolei Babiloński mówił, że nie zamierza skreślać Zimnocha. Wygląda na to, że obaj panowie dalej będą pchać wózek w tą samą stronę.

Teraz najlepszym rozwiązaniem byłoby namówić Mike’a Mollo (pewnie trzeba będzie sięgnąć głębiej do kieszeni) na rewanż, bo tak naprawdę po walce w Legionowie jest sporo znaków zapytania. Zwłaszcza otwarte pozostaje pytanie, ile dziś jest wart Krzysztof Zimnoch? Jeśli oceniać go tylko przez pryzmat walki z Mollo, to niewiele, ale tę porażkę trzeba raczej rozpatrywać w kategoriach wypadku przy pracy. A może jednak nie? A może Zimnoch nie wytrzymał ciśnienia i przegrał pojedynek w głowie? Tak na marginesie, wydaje się, że CJ Hussein nałożył na Zimnocha dodatkową presję, wyskakując z tym tekstem o herbacie i szybkim nokaucie (w sumie trafił w sedno). Jak widać, wątpliwości jest sporo, więc w tym przypadku rewanż jest potrzebny.

Mike Mollo na brak ofert z polskiego rynku narzekać nie będzie. Mariusz Grabowski już zaproponował Amerykaninowi walki z pięściarzami z jego stajni- Mariuszem Wachem lub Marcinem Siwym. Z kolei Mollo mówił w wywiadzie z „Super Expressem”, że w przypadku wygranej z Zimnochem chce kolejnej walki ze Szpilką. Trochę tych opcji się porobiło. Choć, ta ostatnia wydaje się mało realna.

Jeszcze jedno. W sobotę Krzysztof Zimnoch przegrał w sumie dwa pojedynki. Z Mollo i korespondencyjny z Arturem Szpilką. Przed galą w Legionowie spytałem Andrzeja Wasilewskiego, czy w niedalekiej przyszłości jest możliwa walka Zimnocha ze Szpilką? W odpowiedzi usłyszałem: „Ta walka kiedyś jest nieunikniona. Jednak w tej chwili Szpilkę czeka kilka miesięcy przerwy. To po pierwsze. Po drugie, zainteresowany jest nim rynek amerykański i pewnie tam będzie toczył walki. Jednak poczekajmy do soboty. Zobaczymy, jaki będzie rezultat walki Zimnocha z Mollo”. Dzisiaj już wiemy, że nie ma sensu gadać o pojedynku Krzyśka z Arturem. Zimnoch niech najpierw wyrówna rachunki z Mollo, a do tematu jego walki ze Szpilką może jeszcze kiedyś wrócimy.

Krzysztof Smajek

Niepokonany na zawodowych ringach Krzysztof Zimnoch skrzyżuje rękawice z Mike’em Mollo podczas sobotniej gali w Legionowie. – To jest dla niego początek drogi ku bardziej ambitnym celom. Jeśli będzie w stanie pokonywać coraz trudniejsze przeszkody, to być może czeka go ciekawa kariera – mówi Janusz Pindera.

Faworytem pojedynku jest Polak, który w swojej ostatniej walce pokonał przed czasem Obengę Oluokuna. – Trenuję, jem i śpię. To są wymarzone warunki do tego, żeby robić postępy pod każdym względem – mówi Krzysztof Zimnoch. – W sobotę będą leciały iskry z ringu. Myślę, że ta walka nie potrwa całego dystansu – dodaje Andrzej Wasilewski, współpromotor polskiego pięściarza.

 

Po pojedynku Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem rozgorzała dyskusja o przyczynach porażki polskiego ciężkiego. „Wikingowi” zabrakło umiejętności czy jaj? A może jednego i drugiego? Na ten temat wypowiedzieli się już prawie wszyscy kibice i eksperci, więc nie ma sensu dalej drążyć tego tematu. Lepiej w tym miejscu zastanowić się nad stanem polskiej wagi ciężkiej. A nie wygląda to zbyt kolorowo.

Z całego towarzystwa najwyżej w rankingach notowany jest Artur Szpilka, który kilka miesięcy temu spakował walizki i poleciał za Ocean spełniać swój amerykański sen. Zanim to zrobił, pokonał na gali Polsat Boxing Night Tomasza Adamka, któremu z kolei przerwał sen o podboju wagi ciężkiej. Dzisiaj „Góral” jedną nogą jest już po drugiej stronie rzeki. Może stoczy jeszcze jedną lub dwie walki, żeby dorobić sobie do emerytury, ale pojedynków o pasy w królewskim towarzystwie toczyć już nie będzie. Choć Adamek po wygranej z Saletą pewnie ma trochę inne zdanie na ten temat…

Wróćmy do Szpilki. Po wyjeździe do USA duży boks oglądał w telewizji, bo sam toczył pojedynki ze śmiesznymi rywalami. Dlatego nadal jest sporą niewiadomą. Jednak w ciemno możemy założyć, że „Szpila” nie leży przy basenie i nie korzysta z uroków słońca, tylko ostro zasuwa na treningach. Odpowiedź na pytanie, czy zrobił jakieś postępy pod okiem Ronniego Shieldsa, mieliśmy poznać w grudniu, ale jego pojedynek z Amirem Mansourem został przełożony. Szkoda, ale co się odwlecze, to nie uciecze. W przyszłym roku powinniśmy wiedzieć dużo więcej na temat Szpilki i jego możliwości.

Zdecydowanie więcej wiemy o Mariuszu Wachu, który przegrał dwa pojedynki z pięściarzami z topu. Porażki z Kliczką i Powietkinem wstydem go nie okryły, ale przy okazji pokazały, ile Mariusza dzieli od tych najlepszych. Niestety, dzieli bardzo dużo. Mniej więcej tyle co Warszawę od Szczecina. Wach pewnie stoczy jeszcze jakąś dużą walkę (jest łakomym kąskiem), ale prędzej zrobi karierę w Hollywood niż zdobędzie mistrzowski pas. W tym przypadku nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości.

Jeszcze niedawno mówiło się, że Marcin Rekowski jest trzecią lub nawet drugą siłą w polskiej wadze ciężkiej. Po kontrowersyjnej porażce z Aguilerą może i nie stracił pozycji na naszym podwórku (teraz jest trzeci?), ale zrobił spory krok w tył. Andrzej Wasilewski w jednym z wywiadów stwierdził, że po przegranej na PBN Rekowskiemu przeszła koło nosa ciekawa walka w USA. Szkoda. Oby teraz dostał rewanż z Aguilerą, bo to mu się należy jak psu miska. Jednak „Rex” ma już swoje lata i raczej na wyższy poziom już nie wskoczy.

Ostatnio na ring po dłuższych przerwach powrócili Krzysztof Zimnoch i Andrzej Wawrzyk. Ten drugi ma fajny dla oka rekord (nabity na słabych/przeciętnych rywalach), ale też porażkę z Powietkinem przez KO, której raczej musi wstydzić, bo szybko został rozbity przez Rosjanina. A może nie musi się wstydzić? Przecież takiego Pereza Sasza ustrzelił jeszcze szybciej… Wawrzyk w ostatnim czasie obił dwóch kelnerów, ale nikomu to nie zaimponowało. Przy jego nazwisku też trzeba postawić znak zapytania, bo dzisiaj trudno powiedzieć, na co stać pięściarza KnockOut Promotions.

Zero w rekordzie cały czas trzyma Krzysztof Zimnoch, który w październiku wrócił na ring po dwuletniej przerwie. Pięściarz z Białegostoku ostatnio trenował w Anglii z nowym trenerem. Cj Hussein, bo o nim mowa, zapowiada, że za kilka miesięcy zobaczymy nowa wersję Krzysztofa Zimnocha. W takim razie musimy uzbroić się w cierpliwość i poczekać na efekty pracy tych panów. Zimnoch podczas gali w Wieliczce rozprawił się z Oloukunem, ale w tej walce, to nie Polak był taki dobry, tylko rywal okrutnie słaby.

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, to nie są poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu. Czy to jest materiał na przyszłego mistrza świata? Żaden ekspert tego głośno nie powie. Swój rekord na walkach ze słabszymi rywalami buduje też Adam Kownacki.

Na tym ostatnim nazwisku należy zakończyć przegląd polskich ciężkich. Wnioski? Niezbyt optymistyczne. W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę. Gdyby dzisiaj Tyson Fury, Deontay Wilder, Anthony Joshua lub Bryant Jennings chcieliby walczyć z którymś z polskich ciężkich, to strach byłoby wysłać któregoś z nich na taką wojnę. W sumie można wysłać Wacha, który ma twardą szczękę i nie padnie po pierwszym mocniejszym ciosie, ale przecież nie o to chodzi.

1. Nie zapraszać Gbengi Oluokuna do Polski

Pięściarz z Nigerii w tym roku już po raz trzeci walczył na polskiej gali. Nieźle wypadł w pojedynku z Mariuszem Wachem, o wiele gorzej w walce z Marcinem Rekowskim i fatalnie w konfrontacji z Krzysztofem Zimnochem. Pojedynek w Wieliczce powinien być jego ostatnim w naszym kraju, bo Oluokun wszedł do ringu tylko po wypłatę. Padał po trochę mocniejszych ciosach Zimnocha i ewidentnie nie miał ochoty się przemęczać. Co tu dużo pisać – Oluokun zrobił z siebie pośmiewisko i wziął kasę za darmo. Jedyny z niego pożytek był taki, że dał twarz i nazwisko na plakat promujący galę, ale to trochę za mało. Temu panu już dziękujemy.

Kiepskim żartem był też rywal Krzysztofa Koseli – Henadzi Daniluk. Polak miałby trudniejszą przeprawę w walce z cieniem niż z 47-letnim Białorusinem, który strach w oczach miał już w drodze na ring.

2. Zimnoch wrócił, ale zbyt dużo o nim nie wiemy

Krzysztof Zimnoch wrócił na ring po dwuletniej przerwie i na tle słabego Oluokuna pokazał się z dobrej strony. Od pierwszego gongu był pewny siebie, precyzyjny i szybko załatwił sprawę. Nie przyjął żadnego mocnego uderzenia. W korespondencyjnym pojedynku był lepszy od Mariusza Wacha i Marcina Rekowskiego, ale nie możemy patrzeć w ten sposób, bo dostał najsłabszą wersję Oluokuna. Tak naprawdę po tym pojedynku nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele o Zimnochu. W tym roku powinien jeszcze raz wyjść do ringu, bo w walce z Nigeryjczykiem nawet na dobre nie zrzucił rdzy. Gdzieś na horyzoncie pojawiła się jego walka z Izu Ugonohem, ale to jest opcja dopiero na wiosnę przyszłego roku. Jedno jest pewne – to zestawienie na papierze wygląda bardzo interesująco.

3. Głażewski znów nie wytrzymał presji

Wprawdzie Paweł Głażewski nie złożył jeszcze deklaracji o zakończeniu kariery, ale powinien się nad tym poważnie zastanowić. Wydaje się, że w boksie zawodowym nie ma już czego szukać. Tym bardziej, że Tomasz Babiloński postawił na nim krzyżyk. Tak naprawdę kariery Głażewskiego nie zakończył Bartłomiej Grafka, tylko Juergen Braehmer. „Głaz” po porażce w Niemczech nie był już tym samym pięściarzem, a jego największym problemem wydaje się być głowa. Głażewski nie wytrzymał ciśnienia przed rewanżem z Maciejem Miszkiniem i przegrał z kretesem. Podobnie było w sobotę. Wiedział, że stawką pojedynku z Grafką jest jego przyszłość i znów nie poradził sobie z presją. Po walce w Wieliczce mówił, że czuje się zwycięzcą, ale chyba sam nie wierzył w te słowa. Głażewski może być jeszcze lokalnym bohaterem i na małych galach obijać różnych kelnerów, ale czy to ma sens?  Chyba lepiej zejść ze sceny…