Posts Tagged ‘Krzysztof Włodarczyk’

Krzysztof Włodarczyk nikomu nie obiecywał, że z Newark przywiezie pas federacji IBF. Jego występem możemy być jednak rozczarowani. Diablo bił się o mistrzostwo świata, a w ciągu trzech rund zadał raptem cztery celne ciosy. Pojechał na ryby i nie chciało mu się zarzucać wędki. Już po 30 sekundach pojedynku było wiadomo, że to będzie trudny wieczór dla niego.

Włodarczyk przygotował misterny plan, chciał wygrać walkę, nie zadając ciosów. Gassijew go przechytrzył, bo postanowił te ciosy jednak zadawać. W 3. rundzie trafił lewym hakiem na dół i można było iść spać.

Tomasz Babiloński po pojedynku pisał na Twitterze, że sztab trenerski przemienił Włodarczyka z tygrysa w kotka. Można polemizować z tymi słowami, ale po powrocie z USA Diablo musi zastanowić się nad swoją przyszłością. Na gorąco mówił, że kariery kończyć jeszcze nie zamierza.

Zrzut ekranu 2017-10-22 o 17.06.18.png

Trudno za porażkę z Gassijewem obwiniać Fiodora Łapina, bo przecież to nie on zabronił Krzyśkowi używać pięści w ringu. Szkoda tylko, że nie potrafił do niego dotrzeć, przekonać go, że w boksie warto jednak bić przeciwnika. W tym miejscu warto zacytować fragment z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego:

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Dzisiaj Włodarczyk stoi pod ścianą. Czołówka wagi junior ciężkiej odjechała mu, o dużych walkach chyba może zapomnieć. Jeśli chce się dalej w to bawić, musi coś zmienić.

Może faktycznie dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana trenera. Tomasz Adamek też kiedyś zapowiadał, że do końca kariery będzie pracował z Rogerem Blodworthem, bo z nikim innym nie wyobraża sobie współpracy. Po porażce z Erikiem Mioliną zmienił zdanie i dzisiaj pod okiem Gusa Currena widzimy trochę innego „Górala”. Przede wszystkim z inną motywacją do pracy, bardziej energicznego, jakby dziesięć lat młodszego.

Żeby było jasne, nie podpisuję się pod słowami Tomasza Babilońskiego, ale wydaje się, że duet Włodarczyk-Łapin doszedł już do ściany. Trudno sobie wyobrazić, że panowie za jakiś czas wrócą na salę treningową i znajdą motywację do wspólnej roboty. Nie zmienia to jednak faktu, że Włodarczyk bardzo dużo zawdzięcza Łapinowi, bez niego nie odniósłby swoich największych sukcesów.

Możliwe, że Diablo będzie musiał dokonać więcej zmian. W Polsce nowego trenera będzie mu trudno znaleźć, więc może trzeba będzie spakować walizki i ruszyć w świat. Może warto pomyśleć także nad przejściem do kategorii ciężkiej i rozpocząć nowy rozdział w karierze. Krzysiek już dawno o tym wspominał. Opcji jest kilka, Włodarczyk nie musi kończyć kariery. Pytanie, czy chce mu się jeszcze angażować w boks na 100 procent?

W Polsce Diablo też będzie miał okazję dorobić do bokserskiej emerytury. Nadal gorącym tematem jest jego walka z Arturem Szpilką. Panowie mają jakieś tam sprawy do wyjaśnienia, kibice na pewno nie pogardziliby takim pojedynkiem.

Za chwilę konfrontacji z Diablo mogą domagać się Michał Cieślak lub Adam Balski (fajne zestawienie). Może wpłynie oferta z KSW. W Newark bokserski świat Włodarczyka się nie zawalił. Stawało się tylko jasne, że nie jest on już w stanie rywalizować z najlepszymi na świecie w wadze junior ciężkiej. Może jednak zostać królem na swoim podwórku.

Reklamy

Newark to bardzo szczęśliwe dla polskiego boksu miasto w Ameryce. W 2008 roku w Prudential Center Tomasz Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył pas mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Siedem lat później podobną historię napisał Krzysztof Głowacki, który po ringowej wojnie z Marco Huckiem przywiózł do Polski pas WBO. W nocy z soboty na niedzielę w ich ślady może pójść Krzysztof Włodarczyk.

Trudna zagadka

Włodarczyk nie będzie wchodził do ringu jako faworyt. Na dodatek będzie miał do rozwiązania bardzo trudną zagadkę, bo Murat Gasijew zna się na swojej robocie. Jeśli wygra Diablo, wiele osób w środowisku bokserskim uzna to za niespodziankę.

Kariera Krzysztofa Włodarczyka znalazła się na zakręcie po porażce z Grigorijem Drozdem. Stracił wtedy pas federacji WBC i schodek po schodku musiał odbudowywać swoją pozycję. Miał stoczyć rewanżowy pojedynek z Drozdem, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Warto przypomnieć, jak tę sytuację wspomina Andrzej Wasilewski:

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać (…)

Może wypchać kieszenie dolarami

Od porażki z Drozdem minęły już trzy lata. W tym czasie Włodarczyk stoczył cztery walki z przeciętnymi lub słabymi rywalami. W żadnej nie zachwycił, robił swoje, szedł dalej i czekał na ekstra propozycję. Doczekał się, bo udział w turnieju WBBS otwiera przed nim nowe możliwości, może mu też wypchać kieszenie dolarami. Jest jeden warunek, Diablo musi się dobrze bić. Tu jest jednak mały problem, bo on dawno tego nie robił.

Włodarczyk kilka razy zaskakiwał nas negatywnie, więc może tym razem zaskoczy pozytywnie. Jednak wielkiej kasy na jego wygraną lepiej nie stawiać, bo można zostać z niczym. Z drugiej strony, warto przypomnieć, że Krzysztof Głowacki do walki z Marco Huckiem też nie przystępował w roli faworyta, a w Prudential Center został mistrzem świata. Może będzie powtórka z rozrywki.

Bez wycierania butów

Maciej Sulęcki od dawna mówił, a nawet krzyczał, że chce dużych walk, że nie chce tracić czasu na potyczki ze słabymi przeciwnikami. Wreszcie dostał konkretnego rywala, wreszcie będzie mógł pokazać swój warsztat. Najlepszy w Polsce, tak przynajmniej uważa wielu fachowców. W rankingu Po Gongu jest w tym momencie najlepszym polskim pięściarzem bez podziału na kategorie wagowe.

Sulęcki twierdzi, że walka z Jackiem Culcay’em to dla niego przepustka do wielkich rzeczy. Tak to wygląda. Drzwi do dużych pojedynków są uchylone, Maciek musi wejść do środka bez wycierania butów, najlepiej z futryną. Tego od niego oczekujemy, tego on wymaga od siebie.

Musi jednak zachować chłodną głowę, bo jego rywal ma podobne plany – też chce wygrać walkę. Culcay nie stanie koło niego i nie powie: „Maćku, bij mnie. Wiem, że chcesz być mistrzem świata.”

Nie ma czasu na potknięcia

Teoretycznie najłatwiejsze zadanie z trójki Polaków, którzy wejdą do ringu w Prudential Center będzie miał Mateusz Masternak. Stivens Bujaj nie został wyciągnięty z pobliskiego baru, ale w jego rekordzie nie znajdziemy rywala pokroju „Mastera”. Polak dawno temu boksował w USA, teraz będzie miał okazję przypomnieć się na tamtym terenie. Na tle tego rywala może wypaść efektownie.

Po gali Polsat Boxing Night 7 oczekiwania wobec Masternaka poszybowały w górę. Podopieczny Andrzeja Gmitruka stoi na zapleczu czołówki wagi junior ciężkiej i ma ochotę na rywalizację o najwyższe trofea. Nie ma czasu na potknięcia. Na pewno nie z Bujajem.

Idealny dla nas scenariusz zakłada wygrane Włodarczyka, Sulęckiego i Masternaka. Wtedy będzie można otworzyć szampana i świętować.

Czekamy na ucztę.

Galę można obejrzeć w Polsat Sport.

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Lewy prosty Diablo.

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Łapin Fiodor.

Zbyszek Raubo po przegranej Krzysztofa Włodarczyka z Pavlem Melkomyanem w przypływie szczerości powiedział mi, że nie jest już w stanie trenować Diablo. – Więcej już go nie nauczę, nie jestem w stanie bardziej go zmobilizować – mówił. Byłem przerażony tymi słowami, bo nie wiedziałem, kto mógłby przejąć po nim Krzyśka. Zbyszek szybko mnie jednak uspokoił, mówiąc: W Jaworznie jest facet, Rosjanin, nazywa się Łapin, naprawdę dużo potrafi. Diablo będzie bezpieczny w jego rękach.

Zaufałem mu i chyba nikt dzisiaj nie żałuje tej decyzji.

***

Jest nieprawdopodobnie oddany swojej pracy. Wielu pięściarzy nie miało wcześniej pojęcia o organizacji treningu, dopiero Fiodor pokazał im, z czym to się je. Andrzej Wawrzyk przyjechał do nas jako wicemistrz Europy juniorów, a nie potrafił się nawet dobrze rozgrzać przed walką. Łapin uczył go podstaw. Tak było zresztą z innymi pięściarzami, którzy trafili w jego ręce. Skończył AWF we Lwowie ze specjalizacją boksu. Ma podstawy do bycia trenerem. Dzisiaj panowie kończą jakieś śmieszne kursy i myślą, że są wielkimi trenerami, a tak naprawdę to ze swoimi kwalifikacjami mogą próbować nosić wiaderko za Fiodorem.

Jest biało-czarny i za to pięściarze go szanują. Jest absolutnym wrogiem dopingu w sporcie, przyznam, że zaraził mnie tym podejściem. On nie chce mieć nic wspólnego z dopingowiczami. W tej kwestii nie robi żadnych wyjątków. Prowadzi zeszyty, po każdym treningu coś zapisuje, nic nie może mu umknąć. Jest człowiekiem, który cały czas chce się uczyć. Biega po górach lepiej od niektórych zawodników. Nie tylko Diablo coś o tym wie. Niestety nie ma następców i to jest wielki problem.

Miłość do boksu.

Miałem sześć lat, gdy moi rodzice się rozwiedli. W przyjaźni i zgodzie, ale się rozstali. Po rozwodzie ojciec, który był wtedy prezesem Polskiego Związku Bokserskiego, co dwa tygodnie zabierał mnie na męskie spotkania. Schemat był podobny. Rano jechaliśmy na mecz ligi bokserskiej, potem graliśmy w karty. W ten sposób zarażał mnie męskimi pasjami – brydżem i boksem. Od dziecka biegałem przy ringu, z wiekiem coraz bardziej wsiąkałem w to środowisko.

Pamiętam walki Henryka Średnickiego, Zbyszka Raubo, braci Skrzeczów i wielu, wielu innych. Miałem wielu „wujków” pięściarzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Krzysztof Kosedowski wymierzył mi kilka wychowawczych, zasłużonych klapsów. Można powiedzieć, że wychowałem się przy ringu. Z biegiem lat coraz więcej rozumiałem i coraz bardziej zaczął mnie interesować przebieg walk bokserskich. Tak narodziła się moja miłość do szermierki na pięści.

Negocjacje.

Nie cierpię dyskusji o pieniądzach. Jak każdy człowiek lubię je mieć, czuć tę milą swobodę, ale odczuwam dyskomfort, gdy trzeba o nich rozmawiać. A już bardzo niewdzięcznym zajęciem są negocjacje z pięściarzami. Przez wiele lat zajmował się tym Piotr Werner, który jednak wkładał w to za dużo serca i rozpuścił zawodników. Jeszcze kilka lat temu dla pięściarzy najważniejsze były ambicje sportowe, dopiero później kasa. Teraz jest często na odwrót. Nie podoba mi się to. Czasem, jak słucham, że kasa musi się zgadzać albo coś podobnego, to aż robi mi się niedobrze…

Zawodnicy coraz częściej wykłócali się o pieniądze w mediach. W przeszłości było to nie do pomyślenia. Dlatego musiałem włączyć się w te rozmowy. Najtrudniej negocjuje się z zawodnikami, którzy nie mają poczucia biznesu w boksie, są zieloni w tej dziedzinie, ale słuchają doradców. Ci doradcy też nie mają pojęcia, ale doradzają. Najczęściej podpowiadają: weź więcej, bo ci się należy. Dają ci stówę, wołaj pięćset. Pięściarze słuchają tych rad i chcą więcej i więcej…

W naszej grupie najtrudniej negocjuje się z Krzyśkiem Włodarczykiem i Arturem Szpilką. Na przykład: Diablo chciał pokazać żonie, że jest twardym negocjatorem i czasami wymyślał kompletne bzdury. Raz nawet przekroczył granicę dobrego smaku. W „Puncherze” mówił, że nie da się oszukiwać, że będzie walczył o swoje. Ale to była tylko gra pod kątem żony. Chciał, żeby poklepała go po plecach i powiedziała: super Krzysiu, potrafisz zadbać o swoje interesy. Oczywiście tym gadaniem nie wynegocjował nawet dolara, bo to była oferta nienegocjowalna, ale swoje pokrzyczał i mnie poobrażał.

Trudno negocjuje się też z Arturem, bo on potrafi się mocno podpalić podczas dyskusji o pieniądzach. Przed pojedynkiem z Wilderem negocjowaliśmy przez kilka nocy. Dodam, że polskiego czasu, on swoich nocek nie zarywał. Artur ma sporo energii, jest zapalczywy, dużo mówi, dlatego potrzeba wielu godzin, żeby w rozmowie z nim dojść do słowa i spokojnie coś wytłumaczyć. Generalnie rozsądnie myśli, ale jak się zapędzi w swoich oczekiwaniach, głowa pęka. Przed walką z Wilderem było dość ostro. Nie rozmawiałem z Alem Haymonem, ale ludzie, którzy pracują między nami mówili, że jeśli chłopak z Polski nie chce walczyć o mistrzostwo świata, to niech się pakuje i wraca do domu. Na szczęście dogadaliśmy się i panowie weszli do ringu. Negocjacje nie były jednak proste.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Organizacja gal.

Składa się z wielu elementów. Wynajęcie hali, zapewnienie ochrony i sprzedaż biletów, to są przewidywalne elementy. O wiele trudniejszym zadaniem jest matchmaking, czyli budowanie par pięściarzy, którzy spotykają się w ringu. Jest to szalenie wredne i nerwowe zajęcie, bo zawodnicy i ich menedżerowie, co chwilę zmieniają zdanie. Jest coraz mniej matchmakerów, w tej chwili ten zawód wymiera w Europie.

Zdarzają się sytuacje, że jesteśmy już dogadani, ale druga strona za pięć dwunasta przestaje odbierać telefony. Im głębiej wchodzi się w negocjacje, tym większe wychodzą komplikacje. Były takie sytuacje, że negocjowaliśmy z menedżerem zawodnika, ale okazało się, że on miał jeszcze innego menedżera, który miał zupełnie inne oczekiwania i o naszych wcześniejszych ustaleniach można było zapomnieć. Takie historie można mnożyć. Nasi pięściarze też potrafią grymasić. Stawka jest już dogadana, ale przychodzi delikwent i mówi, że za tyle nie będzie boksował.

Najgorzej, gdy zawodnik wypada z karty dzień przed galą. Wtedy trzeba szukać zastępcy w trybie awaryjnym albo rezygnować z walki. Są też takie sytuacje, że płacimy komuś za gotowość za bycie naszym planem B. Robimy tak przy większych walkach. Proponujemy wtedy danemu pięściarzowi 2,3 czy 4 tysiące euro i on normalnie przygotowuje się do pojedynku. Jeśli opcja A nie wypala, wtedy ten rezerwowy wskakuje na kartę. Nie prosto z kanapy, tylko po cyklu przygotowań. Gdyby z karty walk wypadł na przykład Usyk, to w takiej sytuacji trzeba skasować galę, bo dla takich zawodników nigdy nie planujemy zastępstwa. Na średnich imprezach zdarza się, że rezerwowy pięściarz jest w pogotowiu.

Olimpiada

Coraz bardziej korci mnie, żeby zaopiekować się jakimś zawodnikiem i pojechać z nim na kolejne igrzyska olimpijskie. Nigdy na nich nie byłem. Nie chciałem jechać w roli biernego kibica. Olimpiada to coś niepowtarzalnego. Ojciec opowiadał mi, że to wspaniała impreza i niesamowite przeżycie. Może niebawem odczuję to na własnej skórze. Może będzie to dla mnie kolejne wyzwanie w boksie? Zdobyć medal olimpijski, brzmi pięknie. Pamiętam, jak na stojąco oglądałem walkę Wojciecha Bartnika na IO w Barcelonie. Zdobył on wtedy dla Polski ostatni medal olimpijski w boksie. Było to w 1992 roku!

Pierwsza zorganizowana gala.

Szmat czasu, to był 2001 rok. Gala odbyła się w sali gimnastycznej szkoły, do której uczęszczałem przez 12 lat. Nie miałem wtedy żadnego doświadczenia w organizowaniu gal bokserskich. Byłem zielony, a problemy się mnożyły. Z transmisji imprezy wycofała się telewizja Canal Plus, zniknął przeciwnik Przemka Salety na walkę wieczoru. Poza tym dostawałem pogróżki. Była mowa nawet o podłożeniu bomby.

Przez tydzień wynajęci przeze mnie ludzie spali w samochodach przy ulicy Nowowiejskiej i pilnowali instalacji elektrycznych. Było urwanie głowy. Rywal Salety został podkupiony przez niemieckiego matchmakera na prośbę jednego z polskich promotorów. Konkurencja chciała nam zepsuć imprezę, ale gala się odbyła, Przemek walczył wtedy z pastorem o nazwisku Biko Botawamungu. Pierwsze koty za płoty.

Rekord i rankingi.

Budowanie rekordów zawodników to pięta achillesowa boksu. Bardzo często jest tak, że nie walczą ze sobą najlepsi pięściarze, bo istnieje ryzyko, że przegrany wypadnie z rankingu. Wprawdzie rekordy nie boksują, ale dzięki nim można zaistnieć w rankingach, a to daje z kolei szansę walk o pasy. Zdecydowanie rekordy zawodników odgrywają zbyt dużą rolę. Jednak rynek bokserski nie chce tego zmieniać. Kiedyś wydawało mi się, że telewizje coś z tym zrobią, ale tak się nie stało.

Często czytam i słucham komentarzy zarówno ze środowiska jak i spoza. Zauważyłem, że niemodne jest już słowo „przetarcie”, teraz popularniejsze jest słowo „konfrontacja”. Po tylu latach wiem, że gdybyśmy za szybko konfrontowali naszych pięściarzy, nie mielibyśmy żadnego mistrza świata. Przecież my nie wprowadzamy na zawodowe ringi mistrzów olimpijskich. Wiem, że słowo „weryfikacja” też ładnie brzmi. Tylko, kto będzie jutro boksować, jak my dzisiaj wszystkich zweryfikujemy?

Szpilka Artur.

Poznaliśmy się w Radomiu podczas Mistrzostw Polski juniorów. Artur od razu spodobał mi się, zdobył wtedy złoty medal. Minęło niewiele czasu, a już jadłem obiad u niego w domu w Wieliczce. Pamiętam, że jego mama usmażyła pyszne kotlety schabowe. Później wszystko szybko się potoczyło. Z Arturem i dookoła niego zawsze wiele się działo. Można by z tego całkiem grubą książkę napisać. Teraz nie jest dobry moment na rozmowy o nim. Niech się otrząśnie, odbuduje i wróci spokojnie na ring.

Telewizja.

Współpraca polskich promotorów ze stacjami telewizyjnymi jest zupełnie inna niż moich odpowiedników z Niemiec, Anglii czy USA ze swoimi telewizjami. Tamci promotorzy mają o tyle łatwiej, bo w każdym z tych krajów boks pokazuje kilka stacji, które trochę ze sobą konkurując, mocno promują sport.

***

W tym miejscu warto wspomnieć o Polsat Boxing Night. To wielkie święto boksu w Polsce. Pierwsze edycje pokazały, że potencjał tego projektu jest ogromny.  To praktycznie jedyna szansa dla polskich bokserów na toczenie wielkich walk w naszym kraju. Gdyby nie formuła PBN i PPV nigdy nie byłoby takich pojedynków jak: Szpilka vs Adamek, Głowacki vs Usyk, Sulęcki vs Proksa. Impreza musi być sprzedawana w systemie PPV, bo w innym przypadku takie eventy nigdy nie zwróciłyby się telewizji. Po ostatnim PBN pojawiło się nagle dużo złych emocji. Źle się stało. To powinno być piękne święto boksu. Szacunek dla włodarzy z grupy Polsat za pomysł i konsekwencję w realizacji projektu.

USA.

Tam funkcjonuje zupełnie inny model boksu niż w Polsce. W Ameryce promotor jest facetem od wynajęcia hali i podpisania kontraktu z telewizją. Czasami od pokazania telewizji, kto będzie boksował. Od negocjowania gaż i ogarniania innych spraw są menedżerowie.

Tam pan promotor przyjeżdża na halę, siada w pierwszym rzędzie i ogląda walki. W Ameryce o wiele przyjemniej jest być promotorem, bo nie interesują go gymy, sparingpartnerzy, treningi, życie osobiste pięściarzy czy ich kontuzje. W USA zdecydowanie większa jest rola menedżera, który w modelu europejskim praktycznie nie występuje. W Polsce niby są jacyś panowie, którzy nazywają się menedżerami, ale tak naprawdę zbyt wiele nie robią.

W USA nikt nikomu niczego nie daje za darmo. Polscy pięściarze często przeżywają szok, gdy staną oko w oko z amerykańską rzeczywistością. Tam się płaci za wszystko. Za wejście do gymu, wypożyczenie rękawic czy usługi cutmana w narożniku. Nie ma mowy, żeby zawodnicy dostawali pensję w Ameryce.

Artur Szpilka był bardzo zaskoczony, gdy pierwszy raz poleciał za ocean. Pamiętam jego minę, gdy zobaczył, jak mistrzowie świata dziękowali na konferencji prasowej swoim promotorom za walkę o tytuł. – Za co oni tak dziękują, przecież są mistrzami? To im się powinno dziękować – dziwił się Artur. Nie rozumiał, że ci pięściarze dziękowali ludziom, którzy dali im szanse. Nie było w tym nic dziwnego. Przynajmniej dla mnie.

Włodarczyk Krzysztof.

Od Krzyśka rozpoczęła się moja przygoda z boksem. Swoje dorzucił też Zbyszek Raubo, który kilka lat temu przyszedł do mnie i powiedział: – Mój rudy (Krzysztof Włodarczyk – red.) chce kończyć karierę, bo źle układa mu się współpraca z trenerem Skrzeczem. Stawia warunek albo będzie zawodowcem, albo rezygnuje z boksu. Andrzej, pomożesz temu chłopakowi? Jesteś prawnikiem, ciebie będzie trudniej oszukać niż mnie.

Nie odmówiłem. U Włodarczyka od razu było widać, że ma smykałkę do boksu. Na początku poszedłem do pana Andrzeja Gmitruka. Usłyszałem od niego, że z Diablo nic nie będzie i lepiej sobie odpuścić inwestowanie w niego. Dwa dni później podobno próbował za moimi plecami podpisać kontrakt z Krzyśkiem.

Następnie udaliśmy się do pana Krzysztofa Zbarskiego, gdzie Włodarczyk miał sparować z Robertem Złotkowskim, ale ten doznał kontuzji oka i sparingi zostały odwołane. Na sali został tylko jeden sparingpartner – Piotr Jurczyk. Doświadczony, ważący ze 120 kilogramów amator. Krzysiek miał wtedy pewnie z 35 kilogramów mniej. Spanikowałem trochę i zadzwoniłem do Zbyszka Raubo, żeby powiedzieć, że Diablo może sparować tylko z Jurczykiem i spytałem, co mamy w takiej sytuacji robić? – Niech walczy – odpowiedział Zbyszek. Sparing odbył się na macie zapaśniczej, Jurczyk bił potworne cepy, którymi przesuwał Krzyśka po dwa metry. Żal było na to patrzeć, ale Diablo przetrwał.

Pierwsze wspólne kroki nie były łatwe, bo nikt nie był zachwycony Diablo. Zostaliśmy sami, byłem jego menedżerem. Krzysiek na początku walczył na galach u innych promotorów. Ja za te walki płaciłem z własnej kieszeni. Wygrywał jednak kolejne pojedynki i jego pozycja rosła. Po latach został mistrzem świata.

***

Diablo zafundował mi największe emocje, ale też i największe rozczarowania. Przez swoje rozwalone życie prywatne stracił najlepsze lata kariery. Bardzo źle, za moimi plecami, inwestował pieniądze. Dzisiaj powinien być ustawiony finansowo, a z tego co wiem, pod tym względem jest u niego skromnie. Miał kilka bardzo dużych wypłat, kilkadziesiąt średnich, poza tym co miesiąc dostaje od nas dobrą, dyrektorską pensję.

Dzisiaj powinien mieć kilka czy też już kilkanaście nieruchomości, które dawałby mu poczucie finansowego bezpieczeństwa. Nie słuchał, gdy mu doradzałem. Chciałem mu potrącać część gaży za walki i odkładać, ale za każdym razem mówił: To jest świetny pomysł, ale zrobimy tak od następnego pojedynku. I tak w kółko. Martwię się, co Krzysiek będzie robił po zakończeniu kariery.

Ziggy Rozalski.

Zaopiekował się Andrzejem Gołotą w Ameryce i myślę, że zrobił dla niego wiele dobrego. Na pewno w sferze finansowej, dzięki niemu Andrzej jest majętnym człowiekiem. Pokazał mu, jak inwestować pieniądze, a nie głupio wydawać. Nauczył go luksusowo żyć. Pod tym względem odegrał w życiu Andrzeja pozytywną rolę.

Pan Rozalski zdecydowanie za często zmieniał Andrzejowi szkoleniowców, to był błąd. Pięściarz musi mieć zaufanie do trenera. Im trudniejsza sytuacja w ringu, tym to zaufanie jest ważniejsze. Jako wzór relacji na linii trener-zawodnik podaję przykład Krzysztofa Głowackiego i Fiodora Łapina. Gołota nie miał do nikogo zaufania. Do dziś mam w głowie obrazek, jak pan Certo wypychał Andrzeja z narożnika w walce z Tysonem. To było żenujące i obrzydliwie zachowanie. Kto wymyślił tego trenera? Certo to krawiec z zawodu, był blisko włoskiej mafii. Niestety był totalnym amatorem, a opiekował się brylantem.

***

Z panem Rozalskim spotkałem się kilka razy w życiu. To serdeczny, charyzmatyczny i bardzo majętny człowiek. Z naszej współpracy nigdy nic nie wyszło, mimo że na kilka drobnych rzeczy się umawialiśmy.

***

Odegrał także ważną rolę w karierze Tomka Adamka. Powielił jednak te same błędy, co w przypadku Gołoty, jeśli chodzi o dobór trenerów. Przecież Roger Blodworth zamiast uczyć, oduczał Tomka boksu. To był trener, który słuchał poleceń, a jego rolą było je wydawać… Na sali pewnie była fajna atmosfera, bo trener robił, co Tomek chciał. Nie o to jednak chodzi. Adamek pracując z nim, boksował gorzej niż przy Andrzeju Gmitruku. Bloodworth zabił w nim to, co miał najfajniejsze, a nie dał nic nowego. Kończąc wątek pana Rozalskiego, na pewno nauczył Gołotę i Adamka rzeczy bardzo ważnej, jak mądrze inwestować pieniądze, ale moim zdaniem trenerów dobierał im nieodpowiednich.

Spisał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

wsb

Porządne pieniądze na stole, kilku konkretnych facetów i cztery mistrzowskie pasy w obrocie. Turniej Word Boxing Super Series w kategorii junior ciężkiej może być strzałem w dziesiątkę jego organizatorów. Oby tylko obyło się bez jakichś nieprzewidzianych historii.

W sobotę w Monako poznaliśmy pary ćwierćfinałowe. Mistrzowie pięści, „piękni” chłopcy, wybierali tych „brzydkich”, czyli nie mających pasów. Kompletowanie par na zasadzie draftu było średnim pomysłem (lepiej losować), ale możemy na to przymknąć oko. 

Co wiemy po drafcie? Usyk i Briedis w nie mieli ochoty rozpoczynać turnieju od spotkania z Kudriaszowem. Yunier Dorticos nie miał wyjścia, musiał wziąć Rosjanina. Gdyby miał wybierać, pewnie też powiedziałby: nie, dziękuję. Nasz człowiek w WBSS, Krzysztof Włodarczyk jako obowiązkowy pretendent federacji IBF trafił w ręce Murata Gasijewa. 

Szanse Diablo? Bez pudrowania rzeczywistości, nie za duże. Po ostatnich jego pojedynkach trudno być optymistą. Faworytem jest Gasijew, który po raz pierwszy będzie bronił tytułu mistrzowskiego. Rosjanin sporo potrafi, mocno bije, ale wirtuozem pięści na pewno nie jest. Nie pękł przed Lebiediewem, nie podkuli też ogona przed byłym mistrzem WBC i IBF. Włodarczyka nie możemy jednak przekreślać. Z prostego powodu, jest puncherem, a tacy pięściarze w każdej sekundzie walki mogą jednym ciosem załatwić sprawę. Tym bardziej, że Gasijew nie jest Floydem w defensywie.

Konkretne mordobicie szykuje się w konfrontacji Dorticosa z Kudriaszowem. Razem mają na koncie 41 wygranych przed czasem. Tak, czterdzieści jeden! Panowie po pierwszym gongu powinni wywołać wojnę w ringu. W tym przypadku sędziowie punktowi mogą jechać na urlop. Wygrany tego pojedynku spotka się z Diablo lub Gasijewem. 

Usyk wybrał sobie Marco Hucka, którego kariera trzyma się na ostatnim zawiasie. Usyk ten zawias urwie z hukiem i odeśle Marco na emeryturę. Z kolei Briedis wskazał palcem na Pereza, czyli gościa, który za uszy został wciągnięty do zawodów przez swojego promotora. Nie wiemy, na co stać Kubańczyka po zmianie kategorii wagowej, ale w półfinale możemy go nie zobaczyć.

Pierwszym rezerwowym turnieju jest Krzysztof Głowacki. Wejdzie do gry, gdy któryś z zawodników dozna kontuzji. A teraz wyobraźcie sobie, że przed pierwszym pojedynkiem z turnieju wypada Murat Gasijew… Na horyzoncie pojawiłaby się walka Włodarczyk vs Głowacki. W tle byłyby dylematy obu pięściarzy, promotorów i Fiodora Łapina. Pamiętajmy, że życie pisze dziwne scenariusze.

Z naszego punktu widzenia największym nieobecnym w WBSS jest wspomniany już Głowacki. Można go było wystawić za Pereza czy Hucka. Sportowo – to bez dwóch zdań – na dziś lepsza opcja niż ci dwaj panowie. Nad nieobecnością Denisa Lebiediewa nikt nie powinien ubolewać. Rosjanin jest właścicielem atrapy pasa WBA Super World. Tak, atrapy, bo przecież ten pas powinien należeć do Gasijewa. Poza tym, Lebiediew jest już po drugiej stronie rzeki i niczego nie wniósłby do turnieju.

Brakuje też Tony’ego Bellew, ale on akurat nie był zainteresowany udziałem w tym balu, bo wybrał inną drogę, inną kasę. Jego biznes. Nie można jednak marudzić, bo i tak w stawie pływają grube ryby.

Wiecie, co jest najfajniejsze w tym turnieju? To, że możesz przystąpić do niego bez żadnego tytułu (patrz: Włodarczyk), a zakończyć zabawę z torbą pełną pasów. 

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

Wystarczyło, że Tomek Adamek wspomniał coś o powrocie na ring i już wybuchła burza. Może inaczej. Na Twitterze rozpoczęła się burzliwa dyskusja na temat potencjalnego przeciwnika dla Górala. Pojawiły się też pierwsze nazwiska. Poważne i mniej poważne.

Zacznijmy jednak od wywiadu, którego Tomek Adamek udzielił Przemkowi Garczarczykowi. Oto najważniejsze cytaty z tej rozmowy:

Tomek Adamek: „Jestem na tak. Po rozmowie z Mateuszem Borkiem powiedziałem, że wracam na ring.”

Skoro ma ochotę wracać na ring, niech wraca. Nic nam do tego. Przypominamy, że w Polsce nie ma obowiązku oglądania jego pojedynków. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że Góral wraca, bo kasa się skończyła. Spokojnie, główny zainteresowany twierdzi, że z dutkami wszystko jest ok. Wierzcie, komu chcecie, ale lepiej trzymać się zasady, że do cudzego portfela nie ma sensu zaglądać.

TA: „Chciałbym pożegnać się z kibicami w dobrym stylu, żeby zapamiętali mnie jako wojownika.”

W dobrym stylu można pożegnać się na różne sposoby. Na przykład: można wpaść w garniaku na galę Polsat Boxing Night, powiedzieć kilka zdań do kibiców, odebrać pamiątkowy puchar, zebrać owację na stojąco i tyle. Góralowi jednak nie o to chodzi. On chce się pożegnać kolejną walką. Tomek musi też pamiętać o jednym: tak czy siak kibice (zwłaszcza ci trochę starsi) zapamiętają go jako wojownika. Niczego już nikomu nie musi udowadniać.

Wiadomo, że nikt nie lubi schodzić ze sceny pokonanym. Zresztą pięściarze często powtarzają tę wyświechtaną formułkę: „chciałbym pożegnać się w dobrym stylu”. Pytanie, co należy rozumieć przez dobry styl? Zbicie jakiegoś kelnera? W przypadku Adamka odpowiedź brzmi: nie.

TA: „Jeżeli wygrywać to z czołówką. Co mi daje zwycięstwo z przeciętnym pięściarzem?

Krótko mówiąc, Tomek Adamek nie ma ochoty na walkę, jakby to powiedział redaktor Andrzej Kostyra, z puszką soku pomidorowego. Ma być rywal z czołówki. Nie chodzi o to, żeby dać mu przeciwnika, który będzie przypominał porcelanową figurkę, która stłucze się po pierwszym ciosie.

Czas przejść do wspomnianej na wstępie rozmowy na temat kolejnego rywala dla Górala, w której w rolach głównych wystąpili: Mateusz Borek i Andrzej Wasilewski.

Promotor grupy Sferis KnockOutPromotions zaproponował dla Adamka dwie opcje: walkę z Krzysztofem Włodarczykiem lub Andrzejem Wawrzykiem.

tweet1

Pomysł spodobał się Maciejowi Miszkiniowi, który napisał: „Zapomniałem o tym zestawieniu. Dla mnie ciekawie, ppv jeden z lepszych wyników myślę”.

Jednak zupełnie bez entuzjazmu do tych propozycji podszedł Mateusz Borek.

tweet3

Dalsza część rozmowy mięrzy panami Borkiem i Wasilewskim wyglądała mniej więcej tak (pisownia oryginalna, wszystkie cytaty pochodzą z Twittera):

Andrzej Wasilewski: „Jestem zdecydowanie za walka pozegnalna Tomka ale albo z Polakiem albo nie jako glowna walka.”

AW: „Diablo albo Wawrzyk. Mlody ciezki. Kiedys bylo Adamek – Golota, teraz Adamek nie chce…”

Mateusz Borek: „Niech Wawrzyk wygra eliminator z Wachem a Diablo niech idzie droga IBF bo nie chciał walczyć o pas WBO”

AW: „Mati, dlaczego tak sie obawiasz walki z innym Polakiem? Zwyciezca bedzie Polakiem, zostanie w rodzinie”

MB: „Nigdy juz nie da zarobić innemu Polakowi. Niech każdy sobie zasłuży na wypłatę. TA ma z kim walczyć”

AW: „Wygra TA to jest w grze i pozniej zawalczy z kolejnym Polakiem, z korzyscia dla wszystkich”

MB: „Ludzie chętnie obejrzą fajna walkę, choćby rewanż z EM, choćby sie to miało skończyć tak samo”

MB: „Niech Ci w Prime zaczną sprzedawać bilety i PPV. A nie, każdy sie chce promować na Adamku. Over.”

AW: „Zeby zaczeli musza byc wypromowani. Trzeba tworzyc produkt. Za chwile nie bedzie w ogole kim boksowac.”

AW: „Dlaczego Glowki, Diabl Sulek, Wawrzyk, Laszcz, Szyman i inni nie boksuja regularniena PBN?”

MB: „Ale Ty możesz ich zawsze wystawić, wziąć ryzyko finansowe i zrobić galę jak 17 września pod szyldem PBN.”

AW: „Dlaczego nie budowac polskiego boksu razem? TV i promotor – wieloletni partnerzy..nie chcemy wspolnego produktu?”

MB: „Zrób walke Diablo vs Adamek lub Wawrzyk vs Adamek i dogadaj sie z Tomkiem na kasę. Nie mam nic przeciw.”

AW: „on mnie odesle do Ciebie -;)))”

MB: „Czyli Was nie stać :-)”

AW: Pewnie na mniej niz caly Polsat. Zgoda -;)

Oczywiście wymiana zdań nie została zakończona w tym miejscu, ale my stawiamy tutaj kropkę.

Opcja walki Krzysztof Włodarczyk vs Tomasz Adamek pod każdym względem wydaje się interesująca dla kibiców. Panowie mogliby sprzedać PPV w ilościach hurtowych. To zestawienie broni się przede wszystkim sportowo, bo to pojedynek z gatunku 50/50. A przecież w tym biznesie, oprócz oczywiście biznesu, chodzi właśnie o sport. Pytanie tylko, w którym kierunku chce pójść Diablo? Z jednej stony słychać, że ma w planach odzyskać tytuł mistrza świata w cruiser, z drugiej, jego promotor proponuje walkę z Adamkiem.

Czytając ostatni wywiad Włodarczyka dla „Super Expresu”, w którym tak mówił o swoich finansach: „Powiem tylko tyle, że żyłem zbyt rozrzutnie i zdaję sobie z tego sprawę. Oszczędności? Szkoda gadać, nie chcę sam siebie dołować… ” – można odnieść wrażenie, że Diablo przyjmie każdą konkretną ofertę pod względem finansowym. Podobno skusiłby się nawet na propozycję walki w formule MMA. Zresztą potencjalna konfrontacja z Adamkiem mogłaby być dla niego jednorazowym wyskokiem do wagi ciężkiej, który nie zamknie mu żadnej furtki w cruiser.

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Góral dostanie pewnie jeszcze niejedną ofertę walki. Poważną lub mniej poważną… Wiadomo na jego nazwisku wielu chciałoby się wypromować.

tweet4

Tomaszowi Babilońskiego gratulujemy poczucia humoru, ale ta oferta jest interesująca pewnie tylko dla niego…

tweet5

Rok 2016 w polskim boksie zacznie się od mocnego uderzenia, bo 16 stycznia Artur Szpilka będzie walczył o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Możliwe, że w tym roku swoją drugą mistrzowską szansę otrzyma też Andrzej Fonfara, a Krzysztof Głowacki stanie do walki unifikacyjnej. Może do gry wróci też Krzysztof Włodarczyk. Oto nasza „list życzeń” na 2016 rok. 

Andrzej Fonfara vs Adonis Stevenson

Po ostatnich walkach Andrzeja Fonfary wiemy jedno – jest on już gotowy do drugiej konfrontacji z Adonisem Stevensonem. Kanadyjczyk pewnie nie będzie palił się do rewanżu, bo nie jest ślepy i widzi, że Polak w ostatnich miesiącach zrobił duży postęp. Na papierze minimalnym faworytem byłyby Stevenson, ale pas WBC mógłby zmienić właściciela. Wróć. Pas WBC pewnie zmieniłby właściciela… I tej wersji się trzymajmy.

Krzysztof Głowacki vs Tony Bellew

„Główka” ma już plany na początek 2016 roku, bo w pierwszej obronie pasa WBO najprawdopodobniej skrzyżuje rękawice ze Steve’em Cunninghamem (fajna opcja!). Ochotę na walkę z polskim mistrzem świata ma też Tony Bellew, który stwierdził, że Głowackiemu brakuje… serca do walki. Polak już wysłał Brytyjczykowi zaproszenie do tańca. Może coś z tego wyjdzie. Poza tym fajnie byłoby zobaczyć Krzysztofa Głowackiego w walce unifikacyjnej. Na przykład:

Krzysztof Głowacki vs Denis Lebiediew

To – obok walki Fonfara vs Stevenson – chyba najbardziej pożądany pojedynek polskiego pięściarza. Nie ma nic bardziej ekscytującego w boksie niż walki unifikacyjne. Głowacki pewnie musiałby się udać za naszą wschodnią granicę, bo Lebiediew po raz ostatni wychylił nosa poza Rosję w 2010 roku, ale dla „Główki” to żaden problem.

I jeszcze jedna opcja:

Krzysztof Głowacki vs Marco Huck 2

W tym przypadku uzasadnienie jest zbędne. Po pierwszym pojedynku aż się prosi o rewanż, ale spokojnie. Niech Huck trochę sobie poczeka…

Krzysztof Włodarczyk vs Beibut Szumenow

W przypadku Krzysztofa Włodarczyka „lista życzeń” powinna ograniczyć się tylko do jego powrotu między liny, bo „Diablo” od porażki z Grigorijem Drozdem nie stoczył ani jednego pojedynku. Szkoda, bo traci czas, którego nikt mu potem nie zwróci. Oby doszło do jego walki z Beibutem Szumenowem, bo to byłaby przepustka do kolejnego pojedynku o pas. Ostatnio sporo mówi się też o konfrontacji:

Krzysztof Włodarczyk vs Tomasz Adamek

Na papierze to zestawienie prezentuje się dość ciekawie. Dwóch byłych mistrzów świata na jednym ringu, brzmi nieźle. Skoro jesteśmy już przy Tomku Adamku, to ma on być głównym bohaterem kolejnej gali Polsat Boxing Night. Na polskim podwórku, oprócz Włodarczyka, pewnie znajdą się też inni chętni na walkę z „Góralem”, ale skoro ma on jeszcze ochotę na duży boks, to może warto byłoby zrobić rewanż z Chrisem Arreolą. Amerykanin pewnie do Polski nie wpadnie, ale na takie zestawienie chętnie byśmy rzucili okiem.

Maciej Miszkiń vs Alfredo Angulo

Miszkiń w ostatnim czasie nabrał apetytu na większe wyzwania i wziął na celownik Alfredo Angulo. Na polskim podwórku Maciek to solidna firma, ale przydałaby się w jego przypadku konkretna weryfikacja. Alfredo Angulo, który ostatnio wrócił na zwycięską ścieżkę, byłyby wartościowym sprawdzianem.

Teraz czas na krótką listę walk polsko-polskich. Do zrobienia jest oczywiście o wiele więcej interesujących konfrontacji, ale te zestawienia wydają się najbardziej pożądane (plus wspomniana wcześniej walka Włodarczyk vs Adamek):

Ewa Piątkowska vs Ewa Brodnicka 2

Panie niby wszystko sobie wyjaśniły w ringu, ale tak naprawdę nic nie wyjaśniły, bo po walce dalej iskrzy między nimi. Brodnicka i Piątkowska zostały niedawno mistrzyniami Europy (w innych kategoriach wagowych), ale do rewanżowej walki między nimi prędzej czy później pewnie dojdzie.

 

Skoro jesteśmy już przy paniach, to warto wspomnieć jeszcze o jednej konfrontacji:

Ewa Piątkowska vs Cecylia Braekhus

Ta walka to byłoby coś. Norweżka ma w swojej kolekcji wszystkie mistrzowskie pasy w kategorii półśredniej i jak do tej pory nie znalazła pogromczyni. Do odważnych świat należy, więc niech Ewa Piątkowska rzuca wyzwanie pani Braekhus i zabiera ze sobą co najmniej ze dwie torby na jej pasy.

Michał Cieślak vs Łukasz Janik

Wprawdzie Michał Cieślak ma już zakontraktowaną walkę z Francisco Palaciosem, ale łakomym kąskiem byłaby też jego konfrontacja z Łukaszem Janikiem, którego już kilka razy wywołał do tablicy. „Lucky Look” ostatnio był na tak, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić ten pojedynek.

Mariusz Wach vs Izu Ugonoh lub Mariusz Wach vs Krzysztof Zimnoch

Jeśli Mariusz Wach nie zostanie zdyskwalifikowany, to mamy dwa ciekawe zestawienia z jego udziałem. Pierwsza opcja to walka z Izu Ugonohem, który dobrze bawi się w wadze ciężkiej obijając słabych rywali, ale przecież ta zabawa nie może trwać wiecznie. Wach byłyby dla Izu największym wyzwaniem w karierze. I dopiero po tym pojedynku byśmy poznali prawdziwą wartość czarnoskórego pięściarza.

Druga opcja z udziałem „Wikinga” to jego konfrontacja z Krzysztofem Zimnochem, który w lutym skrzyżuje rękawice z Mike’em Mollo. Dla Zimnocha to też byłby najtrudniejszy test w karierze.

Dariusz Sęk vs Nathan Cleverly

Sęk w walce z Robinem Krasniqim pokazał, że nie pęka na robocie. Na polskim podwórku ma wyrobioną markę, ale warto rzucić chłopaka na głębszą wodę, bo nie ma sensu, żeby dalej obijał rywali pokroju Otasa czy Benzona. Nathan Cleverly po porażce z Andrzejem Fonfarą może będzie szukał walki na przetarcie…

******

Na „liście życzeń” zabrakło nazwiska Artura Szpilki, ale w tym przypadku sprawa jest prosta. „Szpila” 16 stycznia stanie do walki o pas WBC i lepszego zestawienie w tej chwili nie jesteśmy w stanie dla niego wymyślić. Pozostaje nam tylko życzyć mu powodzenia!


KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

M – Michalczewski Dariusz. Darek podczas swojej kariery doskonale rozumiał pracę dziennikarzy i wiedział, że potrzebują ciekawych informacji. Kiedyś – pamiętam – miał wypadek na autostradzie w Berlinie. Chwilę po zdarzeniu, jeszcze z autostrady, dzwoni do mnie. „Andrzej, miałem stłuczkę swoim mercedesem, chcesz jakieś fotki z miejsca kolizji?” To była niedziela, szykowaliśmy właśnie gazetę na poniedziałek, a tu niespodziewanie wpadł nam taki temat. Darek wysłał zdjęcia, a my zrobiliśmy story pod tytułem: Wypadek Michalczewskiego na autostradzie w Niemczech. Życzyłbym każdemu dziennikarzowi, żeby mógł współpracować z takimi pięściarzami jak Tiger.

Darek zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, zawsze był chętny do rozmowy. Niektórzy mówią, że szybciej mówi niż myśli. Może coś w tym jest, ale wolę takich raptusów, niż dyplomatów, którzy nigdy nic ciekawego nie powiedzą. Miał swoje różne grzeszki. Były naciski, żeby pisać o tym, ale nie dałem się namówić. Zainteresowani wiedzą, o co chodzi. Kiedyś Darek szedł z Jankiem Dydakiem i zaczepił ich jakiś pijak. Porywczy Janek chciał mu od razu przypierd…, ale Tiger odwiódł go od tego. Uspokoił prowodyra, a po chwili sprzedał mu lufę na bebechy. Po czym powiedział do Janka: „Gdybyś przywalił mu w łeb, byłyby problemy, a tak dostał za swoje i nie ma śladów.” Cały Darek, jak go nie uwielbiać. Cieszę, że odniósł sukces w biznesie. Gdy mężczyźni mają po kilka żon, to zazwyczaj zostają biedakami, jak na przykład Holyfield. Darek jest wyjątkiem. Wykształcił synów, ma wspaniałą żonę i stać go także na pomaganie innym.

N – Newark. Najszczęśliwsze w Ameryce miasto dla polskiego boksu. Tam Tomek Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył tytuł mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Niedawno Krzysiek Głowacki wygrał z Marco Huckiem. A kto teraz pamięta takiego boksera jak Antoni Zaleski, znany na zawodowych ringach jako Tony Zale? Amerykański Polak, który miał przydomek „Man of Steel” (Człowiek z Żelaza). Jeden z najwspanialszych czempionów wagi średniej w dziejach boksu. To właśnie w Newark (tyle że na Ruppert Stadium) stoczył w 1948 roku pojedynek o mistrzostwo świata z legendarnym Rockym Graziano i znokautował go w trzeciej rundzie. Historia kołem się toczy. Zale, Adamek, Głowacki… Który z polskich bokserów pójdzie w ich ślady i wywalczy w Newark kolejne mistrzostwo świata dla Polski?

O – Olszewski Lucjan. To niestety najbardziej zapomniana postać w polskim boksie i polskim dziennikarstwie. Człowiek o olbrzymiej, gigantycznej wiedzy. Był kapitanem sportowym PZB i redaktorem naczelnym „Boksu” a potem „Boksera”. Chodząca encyklopedia wiedzy o tej dyscypliny sportu. Gdy był naczelnym „Boksu” po legendarnym Aleksandrze Rekszy, za Biblię Boksu uważany był amerykański „The Ring”. Ale to bzdura, bo najlepszym pismem był „Boks” prowadzony przez Lucjana. Dzisiaj internet jest śmietnikiem, który trzeba dokładnie przeszukać, żeby znaleźć właściwe informacje. W tamtych czasach, jak ktoś kupował „Boks”, miał sto procent pewności, że tam nie ma żadnego błędu i znajdzie wszystko co trzeba o boksie. „Boks” był prenumerowany przez ludzi z całej Europy. Szkoda, że polski boks i dziennikarstwo nie wykorzystały potencjału  Lucjana Olszewskiego. Czasami wypijam z nim kawę i gadamy o starych, pięknych czasach.

P – Przemek Saleta. Zdobył mistrzostwo Europy, chociaż nikt w niego nie wierzył. Gdy wygrywał w 8. rundzie z Luanem Krasniqim nie było w Niemczech ani jednego polskiego dziennikarza. Byłem na ich rewanżowym pojedynku, który Przemek przegrał już w 1. rundzie, będąc trzy razy na deskach. Po tej walce ukazał się w „Super Expressie” wielki tytuł: „Saleta dupa, nie bokser”. Wymyślił go ówczesny redaktor naczelny. Jak wróciłem z Niemiec i to zobaczyłem, aż włosy stanęły mi dęba. Spytałem naczelnego, po co dał taki tytuł. W odpowiedzi usłyszałem: boksował jak dupa, czyli dupa nie bokser. Od razu zadzwoniłem do Przemka i przeprosiłem go za nie swoje grzechy. Jest facetem z klasą, więc przyjął przeprosiny. Do dzisiaj jesteśmy w dobrych kontaktach, bardzo go cenię.

Ostatnio dyskutowaliśmy, za pośrednictwem sms-ów, na temat jego udziału w kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Uważam, że popełnił błąd, angażując się w politykę. Tłumaczyłem mu, że politycy instrumentalnie traktują sportowców. Przemek dał się w to ciągnąć, a według mnie to było bez sensu. Więcej na tym stracił niż zyskał. Bardzo dobry analityk boksu. Mógłby robić karierę na kilku frontach, bo jest człowiekiem wielu talentów, ale nie ma chyba tylko talentu do biznesu. Nie zgadzam się z nim w jednym – Przemek jest za legalizacją dopingu, ja przeciwko.

P – Pershing. Domniemany przywódca gangsterów z Pruszkowa, a zarazem wielki kibic boksu. Byłem ostatnim dziennikarzem, który z nim rozmawiał. To było w Atlantic City. Siedzieliśmy sobie z Jurkiem Kulejem w pokoju w Trump Plaza, gdy popijaliśmy whiskey, przyszedł Ziggy Rozalski z Pershingiem. Zaproponowaliśmy z Jurkiem Pershingowi łyskacza, ale nie chciał alkoholu, zamówił wodę mineralną. Na początku rozmowa się nie kleiła, ale później Pershing się rozruszał i pogadaliśmy sobie trochę o walce Gołoty z Michaelem Grantem. Spytałem go, czy postawił jakąś kasę na wygraną Andrzeja. Powiedział, że w Las Vegas był dobry kurs na zwycięstwo Gołoty i postawił tam na Andrzeja 70 tysięcy dolarów.

Masa, najpopularniejszy świadek koronny w Polsce, twierdzi, że mafia i Pershing stawiali na Granta i dlatego Gołota poddał się w walce z Amerykaninem, mimo że wygraną miał w kieszeni. Czyja wersja jest prawdziwa? Chyba jednak Pershinga… Widziałem jak łamał i wyrzucał do kosza róże, które miał przygotowane dla Gołoty. Są też obrazki w telewizji, gdy widać Pershinga skaczącego z radości, gdy Grant lądował na deskach po ciosach Andrzeja. Teraz ma być w tej sprawie proces, mam w grudniu zeznawać jako świadek. Powiem co widziałem. Masa zapowiada, że wyciągnie wszystkich świadków i udowodni, że jego słowa są prawdziwe. Tych świadków to chyba będzie musiał wykopać spod ziemi…

Pamiętam, że wtedy w Trump Plaza, Pershing opowiadał mi, że miał kompleksy, bo był… łysy. Mówię do niego: „Panie Andrzeju, teraz można przecież zrobić sobie przeszczep włosów i po problemie”. A on: „Panie redaktorze, a wie pan, jaka to jest bolesna operacja?” Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, od razu przypomniała mi się ta rozmowa. Bał się przeszczepu włosów, a zginął od strzału w głowę. Ironia losu.

R – Rozalski Ziggy. Jako dzieciak wyjechał do Ameryki i tam zrobił karierę finansową. Dorobił się na prowadzeniu blacharni i lakierni, która obsługuje firmy ubezpieczeniowe. Mądrze poinwestował pieniądze, ma dom jak pałac. Pomógł zarówno Gołocie jak i Adamkowi w ich karierach. Bez niego trudno byłoby im odnieść sukcesy.

Ziggy zawsze ma przy sobie duże pieniądze. Nigdy nie widziałem go z portfelem, pieniądze nosi związane w gumki, setkami albo pięćdziesiątkami dolarów. W każdej chwili  jest przygotowany na wydawanie gotówki. Wykupił gym, który należał do Rocky’ego Marciano. Lubiłem Ziggyego i lubię, fajny facet. Z wyglądu to nie jest biznesmen, ale jest lepszym biznesmenem od setek pseudobiznesmenów ubranych w garnitury Armaniego. Pamiętam, że po jednej z walk zaproponował mi, żebym przewiózł od niego i Andrzeja Gołoty… 100 tysięcy dolarów i wręczył prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu na fundusz pomocy dla osób poszkodowanych w wielkiej powodzi, która nawiedziła południe Polski. Nie przewiozłem. Wiem, że potem Andrzej Gołota przekazał te 100 tysięcy dolarów prezydentowi Kwaśniewskiemu.

S – Skrzecz Paweł i Grzegorz. Jestem z nimi zaprzyjaźniony, to taka przyjaźń, o którą teraz trudno w relacjach dziennikarz – sportowiec. Oni byli młodymi bokserami, ja młodym dziennikarzem. Razem się bawiliśmy i świętowaliśmy. Dzisiaj dziennikarzy jest więcej niż bezdomnych psów, a wtedy liczących się było kilku i z tymi wielkimi sportowcami się przyjaźniliśmy. Obaj mieli wielkie serce do walki. Paweł powinien być mistrzem olimpijskim, ale nim nie został. Gdyby Andrzej Gołota miał serce do walki Pawła, to byłyby mistrzem świata, nie mam żadnych wątpliwości. Szkoda, że Paweł odszedł od boksu, bo nie stać nas na tracenie takich ludzi.

Teraz parę słów o Grześku. Podczas turnieju bokserskiego w Wenecji walczył ze Szwedem Brockiem i w tym pojedynku przyjął straszliwy cios, po którym przez półtorej rundy nie wiedział, co się działo wokół niego. Trener Michał Szczepan go jednak nie poddał i po walce trafił do szpitala, bo zapadł w śpiączkę. Na szczęście wyszedł z niej. PZB nie potrafił godnie go pożegnać, więc wziąłem to na swoje barki i zorganizowałem mecz z Gwiazdy Grzegorza Skrzecza kontra Hortex Ryki z mojego rodzinnego miasta. Drużyna, która przyjechała do Ryk to była prawdziwa plejada gwiazd. Selekcjonerem tego zespołu był Kazimierz Górski, grało wielu medalistów olimpijskich, mistrzów świata, gwiazd futbolu: Władek Komar, Tadzio Ślusarski, Andrzej Supron, Józek Łuszczek, Benek Blaut, Robert Gadocha, Antek Trzaskowski, Rysio Kulesza…. Pamiętam, że Grzesiek po meczu dostał szlafrok, kilka ręczników, szynkę, kilka kilogramów kiełbasy, baleron i pół litra wódki. Takie były czasy.

Ś – Średnicki Henryk. Gdyby trafił na zawodowstwo, na bank byłby mistrzem świata. Miał niesamowity ciąg na przeciwnika. Na mistrzostwach świata w Belgradzie w półfinale walczył z Rosjaninem Michajłowem i jak dopadł go przy linach, to lał przez półtorej minuty. Sędzia nie przerywał, bo cały czas była walka. Teraz jak ktoś wyprowadzi 4-5 ciosów, to mówi się, że bił serią. Serią to bił wtedy Heniek, który z wyprowadził z 50 ciosów. Miał notoryczne problemy z utrzymaniem wagi. Gdyby policzyć kilogramy, które zrzucał do kategorii muszej, to uzbierałoby się kilka ton. Był bardzo rozrywkowym człowiekiem i to go zgubiło. Lubił alkohol i dziewczyny. Miał fantazję w ringu, ale też poza nim. Przytoczę jedną historię.

Heniek pojechał kiedyś z reprezentacją Polski do Ugandy i tam wyrwał jakąś panienkę. Zapłacił jej w złotówkach, twierdząc, że to są… dolary Europy Wschodniej. Gdy panienka poszła wymienić te „dolary” na prawdziwe, zatrzymali ją, żądając wyjaśnień. Wtedy powiedziała, że pieniądze dostała od polskiego boksera i Średnicki mógł być w tarapatach, ale ówczesny prezes PZB Jacek Wasilewski, ojciec Andrzeja, interweniował i Heńkowi się upiekło.

T – Tyson Mike. Rozmawiałem z nim kilka razy i za każdym razem wrażenie robiły na mnie dwie rzeczy: pierwsza, że w ogóle nie miał szyi, druga, – jego głos. Mówił jakby go słowik dusił. Szkoda, że przepuścił pieniądze, które zarobił w ringu, ale jak się płaci 300 tysięcy dolarów rocznie na utrzymanie gołębi, to każdą fortunę można przepuścić. Teraz wyszedł na prostą. Ciekawy jestem czy zwróci 100 tysięcy za swojego angielskiego menedżera-cwaniaka, który organizował jego przyjazd do Polski i nie dotrzymał słowa. Kasą poszła, Tyson nie przyjechał. Tomasz Babiloński do dzisiaj nie odzyskał pieniędzy z tego tytułu. Ale podobno jest na dobrej drodze. „Bestia” to przykład pozytywnego wpływu więzienia na człowieka. Gdy Tyson siedział za domniemany gwałt na Desiree Washington czytał m.in… historię Polski, potem imponował wiedzą o naszym kraju.

U – Uli Wegner. To przedstawiciel starej niemieckiej szkoły trenerskiej, którą cechuje zamordyzm. Nie spoufalał się z zawodnikami, nigdy nie był dla nich kumplem. Do historii boksu przeszło to, w jaki sposób mobilizował Artura Abrahama w przerwie między rundami walki z Carlem Frochem. „Artur, jesteś tchórzem – mówił do swojego podopiecznego. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny trener w taki sposób mobilizował pięściarza.

Po innej walce (z Mirandą) Abraham  miał złamaną szczękę i wyglądał jak ofiara rozboju. Każdy inny trener w takiej sytuacji by go poddał, ale nie Uli Wegner. Niektórzy obrońcy praw człowieka chcieli, żeby za to zajęła się nim prokuratura, ale „Król Artur” był pierwszym, który wziął go w obronę. W Polsce też mieliśmy takiego trenera jak Wegner. Mam na myśli Antoniego Zygmunta, który też był zamordystą i na jego widok, wielu pięściarzom aż trzęsły się łydki.

W – Wasilewski Andrzej. To jest dyplomata tak wielkiej klasy, że jak idzie po schodach, to nie można odróżnić, czy wchodzi czy schodzi. Bez niego i Piotra Wernera, który wykonuje w tym duecie czarną robotę, nie byłoby polskiego zawodowego boksu. Wielkie uznanie za to, że zaangażowali się w polski zawodowy boks. Hejterzy zarzucają im, że prowadzą swoich zawodników ostrożnie jak babcia dzieci do przedszkola. Trochę w tym prawdy, ale liczą się ostateczne efekty… Proszę mi pokazać promotorów, który doprowadziłby takich pięściarzy jak Andrzej Wawrzyk i Paweł Kołodziej do walk o mistrzostwo świata. Są też tacy, którzy narzekają na poziom przeciwników, których na swoje gale sprowadzają panowie Wasilewski i Werner. Ostatnio w Newark na gali Ala Heymona Maciej Sulęcki walczył z bumem, którego organizatorzy pewnie wyciągnęli z dworca Nowym Jorku i dali ze sto dolarów za wyjście do ringu. Takich bumów na swoje gale Wasilewski i Werner nigdy nie sprowadzali. Te importowane z Węgier czy Czech puszki soku pomidorowego, które pojawiały się na ich galach przynajmniej padały po ciosach, a nie po świście powietrza, jak rywal Sulęckiego.

W – Włodarczyk Krzysztof. Lubię ludzi, którzy ciężką pracą dochodzą do sukcesów, a Krzysiek Włodarczyk jest takim człowiekiem. Zbyszek Raubo, jego pierwszy trener, twierdzi, że zdecydowanie większym talentem od Włodarczyka był Krzysztof Cieślak. Jednak Cieślak nic nie osiągnął, a Diablo był mistrzem świata. Do tego sukcesu doszedł ciężką pracą. Pamiętam jego walkę na mistrzostwach Polski w Płońsku, gdzie zlał go Wojciech Bartnik, zaprowadził go do bokserskiego przedszkola, wygrał 9:1. To jednak w tym przegranym pojedynku Andrzej Wasilewski dostrzegł jego talent. Szkoda, że w życiu osobistym Diablo się nie układa. Bardzo go lubię, ma serce na dłoni. Gdyby jeszcze był bardziej punktualny, umawia się na 14, a przyjeżdża godzinę później. Ale tu chyba już nikt go nie zmieni. Mam nadzieję, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i że odzyska pas mistrza świata. Chętnie zobaczyłbym jego walkę z Arturem Szpilką, na razie tylko obaj podgrzewają atmosferę. Ale wiem, że są przymiarki do tego pojedynku na Polsat Boxing Night. Ale chyba jeszcze nie w 2016, raczej w 2017. To byłby hit. Klasyczna walka nienawiści, nieudawanej, ale prawdziwej.

Z – Zbarski Krzysztof. Znajduje się w cieniu Andrzeja Wasilewskiego i spółki, ale też miał swoje promotorskie sukcesy. Doprowadził Alberta Sosnowskiego do mistrzostwa Europy a potem walki do mistrzostwo świata z Witalijem Kliczką, prowadził także karierę Grzesia Proksy. Kilka lat temu wykonał numer, których powinien się znaleźć w Księdze rekordów Guinnessa. Mieliśmy z Jurkiem Kulejem komentować jego galę w Irlandii, byliśmy już na miejscu, ale gala została odwołana, bo bokser z Ugandy, który miał wystąpić w walce wieczoru, zachorował na żółtaczkę. Robert Wichrowski (ówczesny szef sportu w TVN, która wtedy jeszcze zajmowała się sportem) zdenerwował się, zadzwonił do Zbarskiego z pretensjami, że przecież jest zarezerwowany czas w ramówce i ciężko jest w ostatniej chwili zmieniać plany. I gala się odbyła! Zbarski nie spał całą noc, obdzwonił pół Anglii, zmobilizował pięściarzy z tej odwołanej gali, wynajął studio filmowe, w którym kręcono wcześniej Bonda, załatwił ring, sędziów, spikera, przelot dla Jurka i dla mnie z Irlandii i dopiął swego. Na trybunach zasiadło z dziesięciu widzów, którzy robili za widownię. Cała impreza kosztowała go ładnych chyba z 30 tysięcy funtów, ale dotrzymał umowy z telewizją. Mistrzostwo świata.

KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek