Posts Tagged ‘Don King’

Adamek Tomasz.

Z Tomkiem mieliśmy wiele różnych przygód. Czasami było super, bo zdarzało się nam posiedzieć przy butelce wina i pogadać o wszystkim, ale bywały też i mniej serdeczne okresy. Jak to w życiu. Z perspektywy czasu świetnie widać, że na te mniej serdeczne relacje dominujący wpływ miały osoby z naszego szeroko rozumianego otoczenia.

Wielka postać polskiego boksu, mega wojownik, ale i duży szcześciarz. W kilku walkach miał pewną sympatię sędziów po swojej stronie. Dużo dały mu bardzo dramatyczne w przekazie pojedynki ze średnim tak naprawdę Paulem Briggsem. Miał też szczęście, gdy dopuszczono go do pojedynku o mistrzostwo świata federacji WBC w kategorii półciężkiej. Po wycofaniu Brahmera przez grupę Universum nie było chętnych do walki o pas. Tomek na tym skorzystał.

Stoczył wiele ringowych wojen, zawsze dawał z siebie wszystko między linami. Jest jednym z nielicznych pięściarzy, którzy dzięki boksowi potrafili ustawić się na całe życie. Szczerze i z całego serca życzę mu, żeby definitywnie zakończył karierę i cieszył się życiem. Mógłby zająć się trenowaniem. Byłoby szkoda, gdyby nie przekazał młodym zawodnikom swojej ogromnej wiedzy i doświadczenia.

***

Pewnego razu lecieliśmy z Diablo do Ameryki. W samolotach LOT-u był taki zwyczaj, że kapitan witał na pokładzie mistrza świata – Krzysztofa Włodarczyka. To było bardzo sympatyczne, a przy okazji łechtało ego Krzysia. Pół godziny po starcie piliśmy sobie drinka, stojąc w tyle samolotu. W tym czasie podeszła do nas jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i niezadowolonym tonem spytała: Który z panów jest tym niby mistrzem, bo jakoś tak nie poznaję? Tą nieznajomą była pani Dorota, żona Tomka. Wtedy w relacjach między mną a jej mężem wiało chłodem, więc pani Dorota postanowiła wbić nam szpileczkę. Trzeba przyznać, że skutecznie. Nie wiedzieliśmy z Krzyśkiem, co odpowiedzieć.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Boks.

Wielka przygoda i pasja, która rozpoczęła się w jakimś 1977 roku. Promotorem zostałem przez przypadek w 1999 r. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi zrobiłem kilka rzeczy, które wcześniej wydawały się w Polsce niemożliwe. Zorganizowałem pierwszą poważną walkę o mistrzostwo świata w naszym kraju. Wygrywałem przetargi z Kingiem.

Dzięki boksowi przeżyłem dużo wspaniałych przygód, zjeździłem pół świata, poznałem wielu świetnych sportowców. Począwszy od naszych wielkich przed laty pięściarzy, jak Średnicki, Pietrzykowski, Kulej i wielu, wielu innych, po mistrzów boksu zawodowego. Świetna sprawa dla takiego pasjonata jak ja.

Zbliża się dwudziestolecie mojej aktywności promotorskiej. Momentami, a właściwie coraz częściej, mam już tego wszystkiego dosyć. Nie ma jednak nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie pałeczkę. Nie widzę na horyzoncie ludzi, których byłoby stać na duże inwestowanie w ten biznes. Nie interesuje mnie, kto co napisze i w jaki sposób skomentuje moje słowa, ale prawda jest taka, że dla polskiego boksu zawodowego zrobiłem zdecydowanie najwięcej ze wszystkich. Tej satysfakcji nikt mi nie odbierze. Mógłbym zrobić jeszcze więcej… Psuć jest naprawdę łatwo, budować bardzo trudno. Wielu ludzi przez te lata starało się i dalej stara się psuć. Może kiedyś napiszę książkę na ten temat. Sam ją sfinansuje i wypromuje. W końcu trochę się na tym znam (śmiech).

Cygan – Dawid Kostecki.

Absolutna porażka. Tymi dwoma słowami mógłbym określić naszą współpracę z Dawidem. Wszystko w jego życiu było pokręcone. Gdy był w najlepszej formie sportowej i miał na wyciągnięcie ręki walkę mistrzowską, zamiast wchodzić do ringu, szedł do zakładu karnego. Tak było chyba ze trzy razy. Siedząc w więzieniu, cały czas dostawał od nas pensje, którą przelewaliśmy na konto jego żony. W tym przypadku wykraczaliśmy poza wymogi kontaktowe, bo byliśmy związani z jego rodziną. Wierzyliśmy też w jego niewinność i zapewnienia, że system brutalnie go traktuje. “Cygan” cały czas mówił, że uwzięło się na niego kilku funkcjonariuszy CBŚ. Podawał nawet ich nazwiska. Po kilku latach okazało się, że ci funkcjonariusze zostali aresztowani. Mieli jakieś związki z domami publicznymi. Być może Dawid rzeczywiście był konkurencją dla tych dżentelmenów i nadepnął im na odcisk. Nam zawsze powtarzał, że jest niewinny.

***

Przez Dawida Kosteckiego mieliśmy też największe straty finansowe. „Cygan” został aresztowany, a my za odwołanie jego walki z Royem Jonesem Juniorem musieliśmy zapłacić 200 tysięcy dolarów odszkodowania. Mało tego, gala przyniosła stratę około 150 tysięcy, więc byliśmy do tyłu jakieś 350 tysięcy dolarów. Stało się tak, bo Dawid był tak pewny siebie i przemądrzały, że nie dopilnował swoich spraw. Jego adwokat nie złożył jakiegoś drobnego wniosku i wymiar sprawiedliwości przyspieszył procedury, które powinny pójść innym trybem. “Cygan” zamiast walki życia, trafił pod celę, a my mogliśmy jedynie podliczyć nasze straty.

***

Parę lat temu Dawid przegrał nieuczciwie pojedynek w Moskwie. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurał sobie, że ustawiłem walkę przeciwko niemu i w szatni rzucił się na mnie z pięściami. Nie wiem, skąd miał takie podejrzenia, ale to była kompletna bzdura. Żeby było ciekawiej, na drugi dzień oprotestowałem wynik walki. To należy do rzadkości, ale udało mi się zmienić werdykt końcowy. Dawidowi było głupio, ale niesmak pozostał, bo jego zachowanie było chore i nielogiczne.

***

Ostatnio, zanim trafił ponownie do więzienia, nagrywał jakieś kretyńskie filmiki i gadał na mój temat niestworzone rzeczy. Przyznam szczerze, że nie przejmowałem się jego słowami, bo wiedziałem, że albo jest pod wpływem jakiś środków, albo zwariował. Teraz wiemy, że chodziło o jedno i drugie. Nie mam pojęcia, czemu mnie atakował. Dzisiaj nie mam z nim żadnego kontaktu i nie chcę mieć, ale życzę Dawidowi i jego rodzinie wszystkiego najlepszego.

Don King.

W pewnym momencie zniszczył wagę ciężką, bo ją zablokował, organizując walki wyłącznie między swoimi pięściarzami. Z tego powodu Lennox Lewis i bracia Kliczko bardzo długo nie mogli dopchać się do pojedynków o mistrzostwo świata. Dominacja Kinga w wadze ciężkiej była za duża i niekorzystna dla boksu. Swoich zawodników traktował jak mięso armatnie. Podpisywał z nimi wspaniałe kontrakty, ale nic z tego nie wynikało. Miał wielu pięściarzy, więc stworzył sobie ławkę rezerwowych i dyktował warunki.

Wyglądało to mniej więcej tak: pierwszemu facetowi z tej ławki proponował 100 tysięcy dolarów za walkę o mistrzostwo świata. Jeśli pięściarz buntował się i kręcił nosem, bo w kontrakcie miał zapisane 1,5 mln, to King zostawiał go na tej ławce i kazał czekać na następną propozycję. –  A ty za stówę zaboksujesz – pytał następnego. Kto marudził, nie walczył. Jednak Andrzej Gołota zawsze mi powtarzał, że nikt tak nie oszukiwał jak Don King, ale też nikt nie płacił jak on. Dziś jest postacią pomnikową i nie odgrywa już praktycznie żadnej roli w boksie.

***

W 2001 roku 19-letni Krzysztof Włodarczyk pojechał do Włoch i znokautował niepokonanego Vincenzo Rositto. Po tym pojedynku Don King zapragnął mieć Diablo w swojej stajni i zaczął robić pod niego podchody. Ogłosił nawet jakiś plebiscyt na prospekta roku, który oczywiście wygrał Krzysiek. Dostał za to dyplom, ale to miało wymiar symboliczny. Chodziło o to, że legendarny promotor chciał go mieć u siebie.

Floryda. Tam polecieliśmy na negocjacje z Kingiem. Chcieliśmy, żeby podpisał kontrakt nie tylko z Krzyśkiem Włodarczykiem, ale także z Tomkiem Boninem, Maciejem Zeganem i Wołodią Łazebnikiem. Przez tydzień siedzieliśmy z Piotrem Wernerem i resztą naszej ekipy w Hiltonie niedaleko jego biura. Każdy z naszej delegacji dostał osobny pokój, mieliśmy jedzenie, basen, nawet samochód do dyspozycji. Był tylko jeden problem. Nikt się z nami nie kontaktował. Pierwszy dzień, cisza. Drugi, to samo. Tydzień powoli uciekał, a my byliśmy pozostawieni sami sobie. Dopytywaliśmy o spotkanie, ale za każdym razem padała odpowiedź: pan King jest zajęty. Facet zakwaterował nas w hotelu, za wszystko zapłacił i grał na zwłokę. To była tradycyjna formuła zmiękczania drugiej strony przed negocjacjami. Wtedy nie byliśmy tego świadomi. Ostatniego dnia w końcu doszło do spotkania, ale to był cyrk, nie negocjacje. Wszystko było wyreżyserowane, potraktowano nas jak sportowców z trzeciego świata.

Najpierw wprowadzono nas do gabinetu Kinga, gdzie wisiały jego zdjęcia z prezydentami USA. Później zeszliśmy na dół do King Productions, gdzie mieściły się studia telewizyjne. To wszystko miało zrobić na nas wielkie wrażenie, ale nikt nie cmokał z zachwytu. W końcu usiedliśmy w sali konferencyjnej, rozmowę z nami prowadziła kobieta o nazwisku Jammison, prawa ręka Kinga. Przedstawiła nam ofertę i wyszła z sali. Na stole stały jakieś urządzenia elektroniczne, dzięki którym pani Jammison w pokoju obok słyszała naszą rozmowę. Znała siedem języków, w tym rosyjski i polski, więc rozumiała, o czym dyskutowaliśmy. Po chwili wróciła do naszej sali i wiedziała, do czego może się posunąć w negocjacjach. Wiele osób zrobili w ten sposób w trąbę, ale z nami nie dopięli swego. King chciał podpisać kontrakt przede wszystkim z Włodarczykiem, a parafował umowy z Zeganem, Boninem i Łazebnikiem. Można powiedzieć, że mimo tych wszystkich zabiegów i sztuczek, wygraliśmy pierwsze negocjacyjne starcie z Kingiem.

Emocje.

One trzymają mnie przy boksie i sprawiają, że jestem od niego uzależniony. W przeszłości najbardziej przeżywałem walki Krzysztofa Włodarczyka. Zdarzało się, że 2-3 dni przed jego pojedynkiem nie spałem, prawie mdlałem, ale wyrosłem już z tego. Dzisiaj w polskim boksie największe emocje budzi Artur Szpilka. Kiedyś próbował go naśladować Dawid Kostecki, ale w jego wykonaniu było to żenujące. Artur jest naturalny. Niczego nie reżyseruje, nie udaje. Kiedyś wszyscy go kochali, teraz budzi różne emocje. Jedni go kochają, inni często krytykują.

***

Są pięściarze, którzy w ringu są bardzo dobrzy, ale poza nim nikogo już nie interesują, bo są nudni. I na odwrót. W tym przypadku proporcje muszą być odpowiednio dobrane. U Artura to działa. Gdyby był innym człowiekiem, mniej barwnym, być może Al Haymon nie podpisałby z nim kontraktu. Pamiętam pierwszą walkę Artura w USA, to było jeszcze w kategorii junior ciężkiej. Już wtedy Leon Margules był pod jego wrażeniem. – Zobacz, jak ludzie na niego patrzą, gdy idzie do ringu – mówił do mnie. Faktycznie, coś w tym było. Po kilku latach na jego walce z Deontayem Wilderem na trybunach było więcej Polaków niż Amerykanów.

Jeśli chodzi o złe emocje, to przed pojedynkiem z Adamkiem Artur był mocno chroniony, bo baliśmy się, że z jakichś przyczyn do tej walki nie dojdzie. Mieliśmy w hali wielu ochroniarzy, bo kibice Wisły i Cracovii chcieli się ze sobą skonfrontować. Na szczęście do niczego nie doszło. Pojawili się przedstawiciele tylko jednej strony. Dzięki naszej reakcji druga ekipa nie dotarła.

Fiasko rozmów.

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać. Żałuję, że nie pojechałem wtedy w nocy do Wisły, może udałoby mi się go przekonać. Szkoda, że nie doszło do tej walki, bo jestem przekonany, że Krzysiek by ją wygrał i wrócił na tron. Dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu. Życiowo, finansowo i sportowo. Diablo był przekonany, że Rosjanie poczekają na niego. Po raz kolejny się przeliczył. Dla nas jest to największe fiasko biznesowo-sportowe.

Jednak w przypadku Włodarczyka nie wolno zapominać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jest jedynym polskim pięściarzem, który walczył i bronił tytułów na galach obcych promotorów. Stoczył takich walk bodaj sześć. Dla porównania: Tomek Adamek ma jeden taki pojedynek na koncie, a Darek Michalczewski żadnego… Po drugie, Diablo zrobił najwięcej dla popularyzacji boksu w naszym kraju. Stoczył najwięcej walk na otwartych kanałach, najpierw TVP 1 a potem Polsatu.

Gołota Andrzej.

Dzisiaj już mało ludzi pamięta, że mój tata był jednym z ojców chrzestnych sukcesów amatorskich Andrzeja Gołoty i Dariusza Michalczewskiego. Był wtedy człowiekiem o dużych wpływach w Polsce i regularnie ratował Andrzeja, gdy ten miał przygody na styku z prawem. Przez mojego ojca byłem wychowany w swoistym kulcie Gołoty.

***

Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był. Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

***

Gołota sportowo jest niespełniony. On pewnie zdaje sobie z tego sprawę, ale nigdy się do tego nie przyzna. Boks go trochę pokarał. Mówiłem to już, ale powtórzę jeszcze raz: Andrzej zostałby mistrzem świata wagi ciężkiej, gdybym był jego promotorem.

Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

Huck Marco.

Wyjątkowy impertynent medialny, który promował się w myśl zasady: po trupach do celu. Mógłby pisać powieści science-fiction, bo ma dar wymyślania niestworzonych rzeczy. Kiedyś kolportował plotki, że na sparingu znokautował Krzyśka Włodarczyka. Nic takiego nie miało miejsca. Raz z bezsilności rzucił się na Diablo, bo nie był w stanie go trafić i wtedy obaj wypadli z ringu. Lina nie wytrzymała ich naporu i pękła. Po tym wydarzeniu wersja Hucka brzmiała: na sparingu znokautowałem Włodarczyka. Można i tak budować swoją historię.

Huck w pewnym momencie wymyślił, że sam będzie dla siebie promotorem. Po tej decyzji skończyły się jego wielkie sukcesy. Doprowadzenie do jego pojedynku z Krzysztofem Głowackim uważam za swój promotorski majstersztyk. Przycisnęliśmy go z każdej strony. Mieliśmy informacje dotyczące dat gal w niemieckich telewizjach i wiedzieliśmy, kiedy ich nie będzie. Było wielu ludzi, jego wrogów, którzy chętnie przekazywali nam informacje.

Zastawiliśmy na niego pułapkę. Doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że Marco miał do wyboru dwie opcje: oddać pas bez walki albo przyjechać na naszą galę. Ostatecznie zmusiliśmy go do wyjechania z Niemiec. Szansę dał nam Al Haymon. Amerykanie wyłożyli bardzo duże pieniądze na ten pojedynek. Zaufali moim słowom, że Krzysiek jest mocniejszy, niż się wszystkim wydaje. Główka w pięknym stylu zdobył mistrzowski pas, to była jedna z najbardziej dramatycznych walk w polskim boksie. Huck niechcący odegrał ważną rolę w historii polskiego pięściarstwa. Ostatnio przegrał kolejną walkę. Myślę, że Głowacki kompletnie go złamał.

Izu Ugonoh.

Zgadzam się z dowcipną wypowiedzią Andrzeja Kostyry, że od Izu języka polskiego powinni uczyć się polscy selekcjonerzy, z Franciszkiem Smudą na czele. Jestem ciekaw, jak potoczy się jego kariera. Nie znam jego możliwości pięściarskich, ale boję się, że jest za słaby fizycznie na wagę ciężką. Poza tym nie jestem przekonany, czy Izu ma odpowiednią psychikę do walk z kolosami, którzy doszli teraz do głosu w królewskiej dywizji. Dał kilka świetnych rund z Dominikiem Breazealem. W tej walce wyszedł jednak jego brak doświadczenia w konfrontacjach na najwyższym poziomie. Nasza współpraca z Izu dobiegła końca w normalnych warunkach. Skończył się kontrakt i się rozstaliśmy. Wybrał inną drogę, jego decyzja.

Jackiewicz Rafał.

W boksie nie udało mu się zdobyć mistrzostwa świata, ale był mistrzem w bójkach ulicznych. Stworzony do sportów walki, ale szkoda, że tak późno trafił do boksu. Kolorowa postać. Miał jednocześnie bodaj aż trzy wyroki w zawiasach za udział w bójkach. To jest naprawdę niespotykana sytuacja. Zwykle przy drugich zawiasach delikwent idzie do więzienia. On pozostał na wolności. Jak to możliwe? Po prostu Rafał pięknie zeznawał w sądzie. Przychodził miły, uśmiechnięty chłopiec i przepraszał za swoje grzechy. Zawsze był mniejszy od tych, z którymi się bił, więc sędziowie patrzyli na niego przychylnym okiem i dawali mu kolejną szanse. On jej nie zmarnował.

***

Po pojedynku z Delvinem Rodriguezem nie był już tym samym pięściarzem. Po tej ringowej wojnie coś w nim pękło. W kolejnych walkach widzieliśmy Rafała, który nie podejmował już ryzyka. To samo było podczas sparingów. Moim zdaniem mógł wygrać z Janem Zaveckiem i zostać mistrzem świata, ale przeszedł obok walki. Zabrakło odwagi…

Za pojedynek z Rodriguezem w Ełku Rafał zarobił około 5 tysięcy dolarów. Podaję kwotę z pamięci, więc mogę się minimalnie mylić. Po kilka latach byłem na walce tego samego, ale już słabszego i bardziej wyboksowanego, Rodrigueza z Larą. Wiecie, ile ten drugi zarobił? Milion dwieście tysięcy dolarów. Rafał za walkę z Delvinem miał na swoje ulubione pączki, Lara na willę, samochód i inne atrakcje.

Jackiewicz jest teraz bardzo aktywny, organizuje dużo projektów. Strasznie się cieszę, że daliśmy mu jako grupa szansę w boksie i on ją pięknie wykorzystał. Brawo, Rafciu!

***

Chicago. Jechaliśmy busem z Rafałem i człowiekiem, który od wielu lat jest kibicem bokserskim. Nie będę wymieniał go z imienia i nazwiska, ale w przeszłości świetnie poruszał się wśród starych pruszkowskich, był na wielu zdjęciach z „Pershingiem”. I ten pan zaczął opowiadać historię z lat 90.

„Trzymał” wtedy ochronę w kilku lokalach, jego ekipa stała na bramce między innymi na jakiejś dyskotece w Wildze pod Warszawą. W pewnym momencie dostał telefon, że jego ochroniarze zostali pobici przez małolatów. Pojechał na miejsce i zastał swoich kilku ludzi, każdy po 130 kilogramów mięśni, porządnie obitych. Stwierdził, cytuję: „Nie będę w nocy po lasach urządzał wyścigów za kotami, którzy oprawili mi ochroniarzy”. Sprawę uznał za zamkniętą. Gdy kończył opowiadać tę historię, Rafał z końca busa zaczął dopytywać się o nazwę tej dyskoteki. Okazało się, że coś kojarzy. – Pamiętam to miejsce, to ja obiłem tych kolesi, bo wcześniej mieli coś do mojego kumpla – stwierdził ze spokojem. Po chwili panowie wybuchnęli śmiechem i serdecznie się wyściskali…

***

Jackiewicz wybrał się na walkę do USA, ale okazało się, że nie było dla niego rywala. W końcu znaleźliśmy mu przeciwnika, który chciał walczyć w limicie do 62 kilogramów. Rafał ważył wtedy w okolicach 66 kilogramów, więc musiał zjechać z wagą w dół. Strasznie nie lubił tego robić, ale nie było wyjścia. Chciał zarobić, musiał zbijać. Narzekał, marudził i przeklinał pod nosem, ale wagę zrobił. Niestety, zastępczy rywal się rozmyślił i zrezygnował z konfrontacji.

Nie chcieliśmy, żeby Rafał został na lodzie, szukaliśmy dalej. Trafił się przeciwnik, który z kolei ważył ponad 70 kilogramów. Tym razem Rafał musiał iść z wagą w górę. Były rosoły, buliony i straszne bóle wątroby, ale przybyło mu kilka kilogramów. Na ważeniu panowie stanęli face to face. Nie pamiętam, czy Jackiewicz zrobił wtedy jakąś groźną minę, ale jego przeciwnik się rozmyślił i zrezygnował z walki. Nie wiem, dlaczego spękał. Był przecież dwa razy większy od Rafała. Kolejnego rywala już mu nie szukaliśmy…

Kmita Marian.

Super promotor. Pana Kmitę poznałem, gdy w małych baraczkach pod Piasecznem powstawała stacja Polsat Sport. To jest jego dziecko i wielki sukces. Człowiek, który od wielu, wielu lat odgrywa ogromnie istotną rolę w polskim sporcie.

Z panem Marianem uwielbiam rozmawiać o historii, polityce i życiu. Najmniej ciekawe rozmowy prowadzimy o boksie. Zdarzały nam się spotkania, w trakcie których przez 1,5 godziny we wspanialej atmosferze dyskutowaliśmy o polityce. Potem dopiero na pięć minut przechodziliśmy do tematów bokserskich.

Moim zdaniem mamy teraz duże zawirowania w boksie, dlatego od pewnego czasu próbuję namówić pana Kmitę, żebyśmy zrewidowali polskie podwórko bokserskie, naszych zawodników i żebyśmy razem mocniej promowali kilku wybranych, młodych pięściarzy zawodowych, przywiązując ich trwale do telewizji Polsat.

Spisał: Krzysztof Smajek

Reklamy