Posts Tagged ‘Deontay Wilder’

kownacki

(więcej…)

Reklamy

kownacki

W najbliższą sobotę Adam Kownacki będzie zdawał najważniejszy test w swojej karierze. Na jego drodze stanie były mistrz świata wagi ciężkiej – Charles Martin. Przed pojedynkiem w Barclays Center poszukaliśmy odpowiedzi na kilka pytań.

Czy Charles Martin będzie najtrudniejszym rywalem w karierze Adama Kownackiego?

Wszystko na to wskazuje, bo Amerykanin jest wielkim chłopem z ciężkimi łapami. Kownacki nie bił się jeszcze z przeciwnikiem o takich gabarytach i umiejętnościach, ale jeśli chce dorwać Joshuę lub Wildera, to pojedynek z Martinem będzie dla niego dobrą zaprawą przed konfrontacjami z dużymi chłopcami.

Amerykanin z 25 wygranych pojedynków aż 23 skończył przed czasem. Te liczby robią wrażenie, ale ze statystykami jest jak z krótką spódnicą u kobiety – niby wszystko widać, ale najważniejsze i tak jest zakryte. W przypadku Martina liczby zakrywają jakość rywali, których on pokonał. Wśród jego ofiar nie znajdziemy wirtuozów boksu, ale „Babyface” musi być przygotowany na to, że przeciwnik nie będzie go głaskał.

Jak dużym znakiem zapytania jest Charles Martin?

Ogromnym. W przypadkowych okolicznościach zdobył tytuł mistrza świata (więcej piszemy o tym TUTAJ). Później pojechał do Londynu i bez walki oddał swój pas Joshui. Martin może opowiadać, że był na szczycie wagi ciężkiej, ale na nikim nie zrobi to wielkiego wrażenia. Miał po prostu farta i tyle.

Po stracie pasa stoczył dwie walki, ale nie miał zbyt wymagających rywali. Ostatnio w ringu widziany był 14 miesięcy temu. Do konfrontacji z Kownackim przygotowywał się pod okiem Jeffa Mayweathera. Teraz twierdzi, że jest przygotowany na bardzo trudną walkę. Trzeba wierzyć mu na słowo.

Ile rund potrwa walka?

Jakoś trudno sobie wyobrazić, że ten pojedynek potrwa cały dystans. Adam Kownacki twierdzi, że nie da Martinowi wyjść poza szóstą rundę. W tej walce bomby będą latały w obu kierunkach, bo obaj panowie wiedzą, o co toczy się gra. Obaj też nie lubią brać nadgodzin, więc w trakcie tego pojedynku lepiej nie mrugajcie.

Co będzie największym atutem Kownackiego?

W tym pojedynku sfera mentalna może odegrać bardzo ważną rolę. „Babyface” jest gościem, który nie pęka w ringu. W szatni na pewno tej walki nie przegra. Artur Szpilka straszył Kownackiego i ewidentnie go lekceważył. Zaczepki „Szpili” spływały po Adamie. On tylko się uśmiechał. Później w ringu z uśmiechem na ustach dokonał egzekucji.

Kownacki twierdzi, że jego najbliższy przeciwnik nie ma serducha do walki. Coś w tym może być. Martin w pojedynku z Joshuą szybko wymiękł i nie miał ochoty na walkę. Nie chcemy pisać, że Martin jest leszczem, ale charakteru wojownika to on raczej nie ma. Zobaczymy, jak Amerykanin zachowa się, gdy polski czołg z Brooklynu ruszy na niego i będzie chciał go rozjechać.

Jakie drzwi Kownackiemu może otworzyć wygrana z Martinem?

Jeśli „Babyface” wygra, to wielu niedowiarkom zamknie usta, bo jeszcze nie wszyscy traktują go poważnie. Wygrana z Amerykaninem przybliży go też do walki o mistrzostwo świata. Pytanie tylko, czy Kownacki za wszelką cenę musi dążyć do pojedynków z Joshuą i Wilderem? Wydaje się, że ma jeszcze na to czas. Adam twierdzi, że już jest gotowy na takie wyzwania. – Do odważnych świat należy – mówi.

„Babyface” może stoczyć jeszcze ze dwie walki (zakładając, że w wygra z Martinem), najlepiej dobrze płatne, w których nabierze doświadczenia i podniesie swoje umiejętności. W boksie Adama jest sporo do poprawy. Musi pracować nad obroną i pracą nóg, bo te dwa elementy u niego kuleją.

W Barclays Center będzie zdawał bardzo ważny test. Jeśli znokautuje Martina, to zanim pójdzie do szatni, będzie mógł krzyknąć do Wildera (ma być na walce): idę po ciebie.

Wilder-Ortiz-Official-Poster

(więcej…)

Zrzut ekranu 2018-01-22 o 20.57.17

Adam Kownacki wszedł do ringu w Barclays Center i wykonał swoją robotę. Załatwił Kiladze bez wydawania reszty. Przed Polakiem coraz większe pojedynki. Czy to już czas na konfrontacje z gigantami wagi ciężkiej?

„Babyface” nie był do końca zadowolony ze swojej postawy, bo przyjął sporo ciosów i kończył pojedynek z rozwalonym nosem. Miał jednak walkę pod kontrolą, Iago Kiladze już od czwartej rundy szukał drzwi wyjściowych. – Adam przyjął sporo ciosów na własne życzenie, bo był za pewny siebie. Jego waga świadczy o tym, że zlekceważył rywala. Nie można mu jednak niczego zarzucić. Nie potraktował Kiladze poważnie, ale miał do tego prawo, bo Gruzin nie gra w jego lidze. Walka to potwierdziła – mówi w rozmowie z Po Gongu Maciej Miszkiń.

Szukamy kolejnego rywala dla Kownackiego

„Babyface” przed pojedynkiem z Kiladze nie przejmował się zbytnio dietą, na wagę wniósł prawie 118 kilogramów, czyli o osiem więcej niż przed walką z Arturem Szpilką. W rozmowie z Onetem tłumaczył, dlaczego tych kilogramów było tak dużo: Pół roku przerwy, stres przed walką. Ja mam tak, że nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale gdy się stresuję, to zaczynam podjadać. Najgorzej, jak w grę wchodzą słodycze. Wtedy zanim człowiek się zorientuje, to już ma 20 funtów do przodu.

Po walce z Kiladze zaczęły się spekulacje dotyczące przyszłości Kownackiego. Wybraliśmy kilku potencjalnych przeciwników dla Adama. Z którymś z tych panów może wejść on do ringu w niedalekiej przyszłości. Oddajemy głos Maciejowi Miszkiniowi, który charakteryzuje potencjalnych rywali Kownackiego i ocenia szanse polskiego pięściarza w konfrontacjach z nimi:

Gerald Washington. To jest poprawny pięściarz, ale nie ma ani jednego elementu na bardzo wysokim poziomie. Atleta, ale mięśnie częściej mu przeszkadzają w boksowaniu niż pomagają. Ma problemy kondycyjne, często staje przy linach i to byłaby idealna okazja dla Kownackiego, żeby skończyć go przed czasem.

Typ: Kownacki przed czasem w późniejszych rundach.

Charles Martin. Przypadkowo został mistrzem. Pas dostał w prezencie od losu, ale Anthony Joshua brutalnie go zweryfikował. Po tej walce Martin miał problemy osobiste. Na pewno potrafi mocno uderzyć, ale Kownacki potrafi uderzyć i przyjąć. Tego Martin już nie umie.

Typ: Kownacki przez TKO.

Jarrell Miller. To jedna z najbardziej ekscytujących walk, jaką można zrobić z udziałem Kownackiego. Panowie mają podobne style, Miller też idzie jak czołg do przodu. Ostatnio Amerykanin męczył się z Mariuszem Wachem, zwyciężył tylko dlatego, że Polak rozwalił sobie rękę.

Typ: Lekkim faworytem byłby dla mnie Kownacki, ale to typowa walka na przełamanie. Kto pierwszy skruszy rywala, ten wygra.

Dominic Breazeale. Na miejscu Adama unikałbym tego gościa. Amerykanin ma świetne warunki fizyczne, bardzo dobrze boksuje ciosami prostymi. Mimo gabarytów dobrze pracuje na nogach, ma doświadczenie w pojedynkach z mocnymi rywalami. Kownackiemu walka z Breazeale’em nie da większego splendoru i pieniędzy niż konfrontacje z Martinem, Millerem czy Washingtonem. Nie ma sensu ryzykować, odstawiłbym tego rywala na dalszy plan.

Typ: Lekkim faworytem Breazeale.

Izu Ugonoh. Izu jest po długiej przerwie, nie lubi rywali wywierających presję. Nie byłby w stanie utrzymywać Kownackiego na dystans przez 12 rund. Ich walkę można sprzedać w Polsce i USA. Tu i tu wygenerowałaby zainteresowanie. W Stanach obaj uchodzą za bezkompromisowych pięściarzy. O Ugonohu wyrobili sobie taką opinię po jego konfrontacji z Breazeale’em.

Typ: Kownacki przed czasem.

Dillian Whyte. To druga, obok konfrontacji z Millerem, najbardziej ekscytująca walka z udziałem Adama. Whyte ma za sobą ringowe wojny, więc byłby gotowy na kolejną. Z Chisorą dali świetną walkę, tam były mocne wymiany. Whyte potrafi przyjąć i mocno oddać. Pytanie, czy wytrzymałby tempo narzucone przez Kownackiego. Wydaje mi się, że w tym momencie są małe szanse na taki pojedynek, bo Whyte zyskał uznanie na rynku i szykowany jest do walki za dużą kasę. Może Eddie Hearn będzie chciał go wypromować w USA. Jeśli tak, to wątpię, by użył do tego Kownackiego.

Typ: Nie wiem, na kogo postawić, walka 50/50.

Deontay Wilder. Chyba jest za wcześnie na taką walkę dla Adama. Wilder to dynamiczny, niebezpieczny i mocno bijący facet. Niby jest niesprawdzony, ale ja Wildera postawiłbym przed Joshuą. Kownacki nie miałby zbyt wielu argumentów w tej konfrontacji.

Typ: Wilder przez KO.

Na Wildera jeszcze przyjdzie czas

Kownacki po zwycięstwie nad Kiladze idzie dalej. Wkrótce okaże się, jakie plany wobec pięściarza z Brooklynu ma Al Haymon. Nie można wykluczyć, że „Babyface” niebawem dostanie walkę o mistrzostwo świata. – Jeśli Kownacki będzie mądry, to na razie, mimo że kasa kusi, odrzuci oferty walk z gigantami królewskiej kategorii. Ma na to czas. – pisze w swoim felietonie Mateusz Borek.

Po co teraz Adamowi konfrontacja z Wilderem? – zastanawia się Miszkiń i dodaje: Nie ma sensu rwać się za wszelką cenę do takiego pojedynku. Kownacki w drodze po pas może stoczyć jeszcze 2-3 walki. Na przykład: z Martinem czy Washingtonem. Przy okazji może zarobić bardzo dużo pieniędzy, podnieść swoje umiejętności i dalej się promować. Dopiero potem może skusić się na złoty strzał w postaci konfrontacji z Wilderem czy Joshuą.

Trochę innego zdania jest Steve Farhood, który komentował walkę Kownackiego z Kiladze. Ekspert Showtime uważa, że „Babyface” nie powinien zbyt długo zwlekać z dużym pojedynkiem. Farhood twierdzi, że braki w defensywie w końcu odbiją się na Kownackim. – Adam, gdy przystosuje się do szybkości rywala, to widzi jego ciosy, często odprowadza je skrętem głowy, nastawieniem czoła czy balansem tułowia. Czyli te ciosy nie wyrządzają mu takiej szkody, jak się wielu osobom wydaje. Nie martwiłbym się mocno o jego uszczerbek na zdrowiu – kończy Miszkiń.

szpila_foto
fot. archiwum Artur Szpilka

Artur Szpilka mówi wprost: „W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.” Ostatni raz między linami widzieliśmy go rok temu, gdy został znokautowany przez Deontaya Wildera w walce o pas federacji WBC. „Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości” – twierdzi. W ringu miał się pojawić 25 lutego w Alabamie, ale jego pojedynek z Dominikiem Breazeale’em został odwołany. Coraz głośniej mówi o powrocie do Polski, bo życie w USA trochę mu się już znudziło. Jednak cele ma jasno sprecyzowane: „Chcę dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie.”

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Przetrawiłeś już informację o odwołaniu twojej walki z Dominikiem Breazeale’em?

Nie ukrywam, na początku chodziłem wkurwiony. I to bardzo. Teraz trochę ochłonąłem. Już to do mnie dotarło, ale miałem ze dwa dni załamania. Takiego totalnego zniechęcenia. Olałem dietę, pomyślałem sobie, że tak się najem, że aż dupa mi pęknie. Stanęło na tym, że przekąsiliśmy z Kamilą jakiegoś krokodylka. Przecież do tego pojedynku przygotowywałem się od sierpnia. Przed przyjazdem do USA też ostro zasuwałem, żeby wrócić do formy, a tu takie cyrki wyszły… Nie rozumiem tego wszystkiego. Kibice kupili wejściówki na galę, zarezerwowali hotele i bilety lotnicze, a teraz piszą do mnie: Artur, co mamy robić? Tylko, co ja mogę im odpowiedzieć? Przecież nie jestem organizatorem gali. Najgorsze jest to, że pojedynek z Breazeale’em nie był oficjalnie potwierdzony przez telewizję, więc nie ma się nawet do kogo odwołać.

Miałeś podpisany kontrakt na walkę?

Tutaj kontrakty podpisuje się przed pojedynkiem, ale wszystko było dogadane. Andrzej Wasilewski może to potwierdzić.

W takim razie, dlaczego wypadłeś z karty walk gali w Alabamie?

W sumie nadal tego nie wiem. Podobno telewizja Fox TV ma taki przepis, że nie może walczyć ze sobą dwóch pięściarzy, którzy przegrali swoje ostatnie walki. O tym, że nie będzie tego pojedynku dowiedziałem się z Twittera Andrzeja Kostyry. Później zadzwonił do mnie trener Ronnie Shields i powiedział, że gadał z Alem Haymonem i nie da rady zrobić tej walki. Właśnie przez ten przepis telewizji. Wtedy jeszcze myślałem, że znajdą mi innego rywala.

Wchodziły w grę inne nazwiska?

Nie było żadnych rozmów na ten temat.

Masz do kogoś pretensje o to zamieszanie?

Ciężko mi powiedzieć, bo nawet nie wiem, kto zawiódł w tej sytuacji. Gdybym wiedział, pewnie miałbym o to pretensje. Czasu jednak nie cofniemy, moja robota poszła na marne.

A może rozbiło się o finanse? Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu mówił, że na początku za walkę z Breazeale’em wymyśliłeś sobie „kwotę zupełnie z powietrza”.

Andrzej niepotrzebnie wyciąga na wierzch kwestie, o których jako promotor nie powinien mówić. Moim zdaniem to nie jest w porządku z jego strony. Nie było żadnej kwoty z powietrza, dogadaliśmy się w 4-5 dni i wszystko było ustalone już trzy tygodnie wcześniej. Zresztą, nikt nie będzie mi mówił, ile mam zarabiać. Ani dziennikarze, ani kibice. To ja wchodzę do ringu i to ja podpisuję czeki. Moja sprawa, na jakie kwoty.

Kibice na forach zaczynają już spekulować o twoim konflikcie z promotorami.

Spokojnie, nie ma żadnego konfliktu między nami. Czasami Andrzej coś palnie, powyciąga jakieś rzeczy i niepotrzebnie daje pożywkę ludziom. Szanuję go, dużo mu zawdzięczam, ale czasami mówi na mój temat takie głupoty, że ręce opadają.

A słyszałeś, co powiedział Breazeale? Według niego do waszej walki nie doszło, bo potrzebowałeś więcej czasu na treningi.

Czytałem te słowa, gościu pierdoli bzdury. Wiecie przecież, że nigdy nie odmówiłem żadnej walki. Wręcz przeciwnie, zawsze nalegałem na rywali z wyższej półki, nie chciałem walczyć z leszczami. Byłem gotowy na Breazeale’a, na pewno się go nie przestraszyłem. O czym my w ogóle mówimy. Zresztą, teraz każdy gada co innego. Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że za tym całym zamieszaniem mogli stać promotorzy. Nie wiem, czy moi czy amerykańscy. Pewnie zrozumieli, że lepiej zorganizować mój pojedynek w Nowym Jorku lub Chicago, bo tam przyjdą kibice i dzięki temu będą mogli więcej zarobić. Podejrzewam, że w którymś z tych miast odbędzie się moja następna walka, ale to są tylko moje przypuszczenia. Nie wiem, jak było naprawdę.

Co dalej? Słyszałem, że wracasz do Polski.

Teraz trochę te plany się zmieniły, pewnie zostanę tu jeszcze z pół roku. Może wejdę do ringu za 2-3 miesiące, więc do następnej walki chciałbym jeszcze zostać w USA. Generalnie chce wrócić do Polski, ale to nie jest takie proste. Nie da się tak z dnia na dzień spakować walizek i wrócić. Dzisiaj plan jest taki, że wracam do kraju i do Stanów będę przylatywał tylko na przygotowania do walk, ale ja mam 110 pomysłów na godzinę, więc to wszystko może się jeszcze zmienić. Do Polski i tak muszę wpaść, bo za chwilę wiza mi się kończy. Odpocznę trochę i wracam do USA na przygotowania do kolejnej walki. Nie znam jeszcze żadnych konkretów, ale pewnie zaboksuję w Chicago. Wspomnicie moje słowa.

Będziesz polował na rywala pokroju Breazeale’a, czy zgodzisz się na przeciwnika z niższej półki?

Mam nadzieję, że nie dostanę żadnego leszcza. Nie chcę tracić czasu i energii na kolejnego Ty Cobba, nie interesują mnie takie walki. Chce na powrót dobrego zawodnika, ale ja to mogę sobie tylko pogadać. Nie ode mnie to zależy.

Ronnie’emu Shieldsowi podoba się pomysł, że będziesz wpadał do USA tylko na przygotowania do walk?

Nie ma nic przeciwko temu. Trener zna mnie i wie, że nie unikam roboty. Nawet czasami każe mi odpocząć, bo widzi, że jestem dwa razy dziennie na sali i ciężko trenuję. On wie, że potrafię sam zbudować taką formę i wydolność jak pod jego okiem. Po ostatnim moim powrocie z Polski był nawet w szoku, w jakiej dyspozycji do niego przyjechałem. Prywatnie mamy świetny kontakt. Pracując z nim, zrobiłem postępy. Dołożyłem do swojego repertuaru ciosy podbródkowe i uniki. Mam lepszą defensywę, potrafię przyjąć cios na gardę, oddać. Jestem zadowolony z naszej współpracy.

Jak to możliwe, że Ameryka tak szybko ci się znudziła?

Nie będę ściemniał, trochę mi się znudziła. Ze sportowego punktu widzenia jest tu zajebiście, ale poza boksem też jest życie. Ludzie mogą gadać, że Szpilka siedzi sobie w Ameryce i ma klawe życie. Dom, basen, restauracje, krokodyle i inne rozrywki. W środku wygląda to trochę inaczej. Do życia codziennego wkradła się już monotonia. 24 godziny na dobę jestem w reżimie treningowym. Może wpływ na to znudzenie miał fakt, że od roku nie walczę. Człowiek ma dosyć, gdy nic się nie dzieje. W powrocie do Polski widzę same plusy. Wrócę i będę czekał na sygnał. Gdy pojawi się konkretna oferta, wsiadam w samolot i jestem na sali u Shieldsa. Tak to sobie wymyśliłem. W Polsce będę podtrzymywał formę. Uspokajam wszystkich, nie będzie imprez, alkoholu.

Zamiast ciebie rękawice z Breazeale’em ma skrzyżować Izu Ugonoh. Da radę?

Izu ma duże szanse na wygraną, bo Amerykanin nie jest jakimś tam wirtuozem bokserskim. Na pewno jest silny. Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? U Izu podobało mi się to, że nigdy nie dał sobie wejść na głowę promotorom. Zawsze miał swoje zdanie. Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.

Gdy były zawirowania z galą w Alabamie, Mateusz Borek zaproponował w jednym z tweetów, że może warto zorganizować walkę Szpilka vs Izu. Jest to do zrobienia?

To bardziej pytanie do promotorów. Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Nawet teraz, gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować. Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do ringu.

Może z tego zaproszenia skorzysta Adam Kownacki, który chce kolejnych wyzwań i twierdzi, że nie czułby strachu przed konfrontacją z tobą. „Według mnie Szpilka ma bardzo słabą szczękę” – stwierdził Adam w rozmowie ze sportowymifaktami.pl. Co ty na to? Ten pojedynek jest do zrobienia, w końcu obaj jesteście w stajni Haymona.

Teraz to mnie rozśmieszyłeś. Adam jest wesołym, sympatycznym grubaskiem, nic do niego nie mam, ale z przyjemnością mogę mu pokazać, na czym polega prawdziwy boks. W każdej chwili. Skoro tak się pali do walki ze mną, to zapraszam do ringu. Może być nawet moim następnym rywalem. Nie ma problemu. Proponuję jednak, żeby ochłonął i zszedł na ziemię. Przy okazji niech zgubi też parę kilogramów, ale mniejsza z tym. Za wygląd nie będę go krytykował. Na temat jego słów o mojej słabej szczęce nie chce mi się nawet gadać. Chętnie przetestuję jego.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wierzysz, że Andrzej Wawrzyk postawi się Deontay’owi Wilderowi? Tylko szczerze, bez ściemniania.

To jest waga ciężka, wszystko może się zdarzyć.

Artur, wyświechtane regułki też odłóżmy na bok. 

Jeśli nie zablokuje się psychicznie, to mam nadzieję, że da dobrą walkę. Przy każdej okazji powtarzam Andrzejowi, że Wilder jest tchórzem. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale taka jest prawda. Amerykanin nie jest prawdziwym wojownikiem. Byłem z nim w ringu i wiem, co mówię. To naciągany mistrz. Facet próbuje grać twardziela, straszyć minami, ale jak już je zacznie robić, wygląda wtedy jak moja babcia siedząca na klopie. Wprawdzie, nigdy nie widziałem babci w tej pozycji, ale tak to sobie wyobraziłem. Andrzej nie może się go wystraszyć przed walką.

Jakich jeszcze wskazówek udzieliłeś Wawrzykowi?

Coś tam staram mu się podpowiedzieć, ale Andrzej ma świetnego trenera i to jego powinien słuchać. Na pewno przygotują coś ekstra na walkę. Z Andrzejem praktycznie codziennie jesteśmy w kontakcie, ale to nie jest tak, że gadamy tylko o boksie i jego walce z Wilderem. Jest też czas na robienie sobie jaj ze wszystkiego. Ja, Andrzej, „Główka” i Grzesiu Proksa założyliśmy sobie taką grupę i piszemy do siebie sms-y. Codziennie, jak wstaję, mam po 120 nieprzeczytanych wiadomości. Nie powiem, o czym piszemy, bo tego nie da się publicznie cytować. Gdyby te sms-y wydostały się na zewnątrz, to jeszcze chcieliby nas zamknąć w zakładzie psychiatrycznym.

Będziesz na gali w Alabamie?

Oczywiście, że się wybieramy z Kamilą na walkę Andrzeja. Nie ma innej opcji. Zastanawiam się tylko, czy zabrać ze sobą Cyca i Pumbę. Ode mnie do Alabamy jest osiem godzin jazdy samochodem i trochę mnie to przeraża. Może zostawię psiaki z kolegą, a my polecimy samolotem. Jeszcze nie wiem, jesteśmy na etapie planowania.

Wyrzuciłeś już z głowy nokaut, który zafundował ci Wilder?

Co ja miałem wyrzucać, jak go nawet nie pamiętam. Z 4-5 razy widziałem to na powtórkach i za każdym razem łapałem się za głowę. Po chwili jednak śmiałem się z tego. Takie rzeczy w boksie się zdarzają. Było w tym dużo przypadku.

Jakie cele zapisałeś sobie na 2017 rok na tych legendarnych już karteczkach?

W tym roku nie wypisywałem nowych karteczek, bo cele cały czas są te same. Oczywiście te, których nie udało mi się osiągnąć. Chcę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Moim celem jest dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie. Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości. Mam nadzieję, że jeszcze ze dwie walki i będę oficjalanym pretendentem. Jak nie Wilder, to może ktoś inny, ale Amerykanin jest dla mnie jakiś taki… wyjątkowy.

Czyli pomysł z powrotem do wagi junior ciężkiej umarł już śmiercią naturalną?

Chyba tak. O zmianie kategorii wagowej pomyślałem i zacząłem o tym gadać, gdy byłem w ciężkim treningu, a waga mocno leciała w dół. Przy 102 kilogramach waga się jednak zatrzymała, a nawet poszła w górę, więc pojawiło się dużo znaków zapytania. W kategorii junior ciężkiej na pewno byłbym silny, ale czy starczyłoby mi energii? Nie wiem. Edwin Rodriguez opowiadał mi, że po konkretnym zbijaniu wagi, później na walce wyglądał słabo, nie miał kondycji. W mojej sytuacji bałbym się tego samego. Nie wiem, czy jest sens zrzucać na siłę wagę, a później męczyć się w ringu. Tu nie chodzi o to, że nie chce mi się tego robić. Gdybym był gruby i miał z czego schodzić, to mógłbym o tym pomyśleć na serio. Ale u mnie praktycznie nie ma tłuszczu. Nie ściemniam. Jak zobaczysz u mnie tłuszcz, to dam ci kasiorę. Nie zobaczysz, nie ma szans.

Jaką karę dałbyś Michałowi Cieślakowi i Nikodemowi Jeżewskiemu za dopingową wpadkę?

Nie chcę ich karać, nie jestem od tego. Na pewno jest to jakiś tam cios dla boksu w Polsce. Przez opinię publiczną już zostali osądzeni. Jakaś tam kara powinna ich spotkać, żeby to była przestroga dla innych. Oni są jeszcze młodzi, więc szkoda kończyć im kariery. Kopa od życia już dostali. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chłopaki wpadli przypadkiem, bo gdyby nie walczyli o pas, nie byłoby testów. Pięściarze powinni być częściej badani. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, że powstał program Clean Boxing. Dzięki temu mogę chociaż przypuszczać, że nie wchodzę do ringu z nakoksowanym rywalem.

Nie chciałeś podbić stawki w zakładzie z Tomaszem Babilońskim na wygranego w pojedynku Krzysztof Zimnoch vs Mike Mollo?

Nie podbijałem stawki. Tomek zaproponował tysiąc dolarów, przyjąłem propozycję i tyle. Mike Mollo zrobi swoją robotę, a mi tysiąc wpadnie do kieszeni. Easy money.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

Przed pojedynkiem Deontay Wilder zapowiadał, że do czwartej rundy znokautuje Artura Szpilkę. Słowa o nokaucie dotrzymał, ale posłał Polaka na deski dopiero w dziewiątej odsłonie. Po czterech rundach, gdy miało być już po zabawie, na kartach punktowych było: u dwóch sędziów 38-38 i a u trzeciego 39-37 dla Amerykanina.

Szpilka postawił mistrzowi twarde warunki i na pewno nie przyniósł wstydu. Wręcz przeciwnie, zasłużył na słowa uznania, bo momentami z właścicielem pasa WBC walczył jak równy z równym. Artur po pojedynku przepraszał kibiców, że ich zawiódł, ale on naprawdę nie miał za co przepraszać, bo przecież wykonał kawał dobrej roboty. Ta walka przyszła dla niego za wcześnie, ale o tym była już mowa po podpisaniu kontraktów, więc nie ma sensu drążyć tego tematu.

W Nowym Jorku oglądaliśmy najlepszą wersję Artura Szpilki. Do zwycięstwa zabrakło mu doświadczenia i mimo wszystko trochę umiejętności, choć momentami miał pojedynek pod kontrolą. Trzeba docenić postęp, jaki poczynił po wyjeździe do USA. Dzisiaj spokojnie możemy powiedzieć i nikt nie będzie się z tego śmiał, że Artur należy do czołówki wagi ciężkiej. W pojedynku z Amerykaninem zebrał worek doświadczenia, które musi zaprocentować w przyszłości.

Już można przeczytać komentarze, że Szpilka ze swoją szklaną szczęką nie ma czego szukać w wadze ciężkiej. Bawią mnie tego typu opinie, bo przecież Wilder tym ciosem wyrwałby drzewo razem z korzeniami. Dlatego nie ma się co dziwić, że Szpilce zgasło światło po zainkasowaniu takiej bomby. Tym bardziej, że on tego ciosu nie widział. Niestety, to był bardzo ciężki nokaut.

Kiedyś w podobny sposób w pojedynku z Aleksanderem Dimitrenką znokautowany został Albert Sosnowski. Niedawno Albert opowiadał mi, że po walce z „Saszą” odczuwał ciosy na sparingach i miał zawroty głowy. Ogólnie ten nokaut kosztował go dużo zdrowia i zostawił ślad w jego psychice. Oby Artur nie miał podobnych problemów, bo przed nim jeszcze ładnych kilka lat boksowania i kolejne szanse. Nawet te mistrzowskie.

„Szpila” mówił po walce, że z jego występu zadowolony był Al Haymon, który już zadeklarował, że kolejny pojedynek Polaka będzie pokazywany w telewizji Showtime. I o to chodzi w tym biznesie, żeby cały czas być na tapecie. Artur też już nakreślił ambitne plany. Najpierw chce poddać się operacji kontuzjowanej ręki, później stoczyć jeden pojedynek na przetarcie, ale jak podkreślił, nie z żadnym bumem i zaatakować pas IBF, którego nowym właścicielem został Charles Martin. Dobrze to sobie wszystko obmyślił, niech idzie tą ścieżką.

Dałbym sobie rękę uciąć, że gdyby Szpilka wyszedł w Barclays Center do ringu z Wiaczesławem Głazkowem lub Charlesem Martinem, to dzisiaj byłby pierwszym polskim mistrzem świata wagi ciężkiej. Ale co się odwlecze, to nie uciecze… Przecież podopieczny Shieldsa już wziął Martina na celownik.

ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKu

*******

Fajnie, gdyby Artur w tym roku wystąpił na jakieś polskiej gali. Po walce z Wilderem na pewno zdobył wielu nowych fanów w naszym kraju. Warto dla nich stoczyć pojedynek w Polsce. Z zapełnieniem hali nie byłoby żadnego problemu.

Krzysztof Smajek

Dwa miesiące temu analizowałem na Po Gongu sytuację w polskiej wadze ciężkiej. To było po porażce Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem. Pisałem wtedy: „W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę.”

W niedzielę rano (polskiego czasu) na wspomnianą wojnę wybiera się Artur Szpilka. Czy strach jest go tam wysyłać? Obawy zawsze są, bo przecież Polak nie będzie faworytem pojedynku z Wilderem. Jednak w przypadku Artura możemy być pewni jednego – chłopak nie pęknie na polu bitwy. W kilku pojedynkach pokazał, że ma charakter i serce do walki. Tych cech nie da się kupić na targu ani wytrenować. Przypomnę: w pojedynku z McClinem przez cztery rundy walczył ze złamaną szczęką, w obu walkach z Mollo leżał na deskach, ale wstawał i brał sprawy w swoje ręce. Nawet w przegranym starciu z Jenningsem do końca próbował zmienić obraz pojedynku.

Teraz zapowiada, że ma kilka planów na walkę z Wilderem, ale jeśli żadnego nie uda mu się zrealizować, to idzie na wojnę w myśl zasady: albo on albo ja. Podoba mi się takie podejście do tematu. Oczywiście pięściarze różne rzeczy opowiadają przed walkami, a później w ringu zapominają o swoich deklaracjach. Takich krzykaczy można wymieniać bez końca, ale w przypadku Szpilki jestem spokojny, że nie rzuca słów na wiatr. Gdybym był generałem, to chciałbym mieć takiego żołnierza w swojej armii.

Po zachowaniu Artura w ostatnich dniach widać, że nie przytłacza go atmosfera wielkiej walki. Wręcz przeciwnie, on z dnia na dzień jest coraz bardziej nakręcony. Dobrze się odnajduje w tej machinie promocyjnej, dlatego nie powinien wystraszyć się konfrontacji z Wilderem. Zresztą dwa lata temu podczas pojedynku z Jenningsem w Madison Square Garden zebrał spore doświadczenie, które teraz powinno zaprocentować. Wie już przecież jak smakuje atmosfera dużej gali.

Często pojawia się pytanie czy ta walka nie przyszła dla niego za wcześnie. Parę dni temu zapytałem o to pierwszego trenera Artura – Władysława Ćwierza, który stwierdził, że takie gdybanie nie ma sensu. „Raz byłoby za wcześnie, raz za późno” – powiedział. Dodał też, że Artur ma już trochę doświadczenia, więc niech się sprawdza. Podpisuję się pod tymi słowami. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby Artur stoczył jeszcze jedną lub dwie trudniejsze bitwy i dopiero po takiej zaprawie pojechał na wojnę. Boks jest jednak biznesem i nie da się wszystkiego zaplanować pod linijkę. Pojawiła się kusząca oferta, więc z niej skorzystał.

Często się mówi, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Nie do końca zgadzam się z tą wyświechtaną opinią. Jeśli przez dwa miesiące siedzisz na rybach i popijasz piwo i nagle dostajesz ofertę pojedynku o tytuł, która ma się odbyć za pięć dni, to naprawdę musisz ja wziąć w myśl zasady „walk o mistrzostwo się nie odrzuca”? Niech każdy z was sobie odpowie na to pytanie.

„Szpila” oczywiście nie był w takiej sytuacji. Miał czas na przygotowania, dlatego grzechem byłoby odrzucić taką ofertę. Wiadomo, że łatwiej byłoby sięgnąć po pas federacji IBF, ale do walki o ten tytuł wyznaczeni zostali Wiaczesław Głazkow i Charles Martin. Szkoda tylko, że Artur nie mógł w warunkach bojowych przetestować współpracy z trenerem Shieldsem, ale w tym momencie nie ma to już żadnego znaczenia. Najwyżej panowie będą się docierać na polu bitwy.

W tym tekście celowo mało miejsca poświęciłem Wilderowi, bo koń jaki jest, każdy widzi. Amerykanin jest wielkim chłopem, który ma tyle siły, że rękami mógłby wbijać gwoździe. Zmiatał z ringu wielu rywali i praktycznie nigdy nie był w sytuacji zagrożenia. Ma też dziury w obronie, które widać gołym okiem. Trzeba go tylko trafić…

Wydaje mi się, że Szpilka na konfrontacji z Wilderem może tylko zyskać. Chłopak ma dopiero 26 lat i nawet, jeśli przegra walkę o tytuł… Stop. W tym momencie nie ma sensu kreślić czarnego scenariusza. Artur potrafi zarazić optymizmem i mnie nim zaraził. Odkładam papierowe scenariusze i opinie ekspertów na bok i wierzę, że w niedzielę nad ranem ten były chuligan z Wieliczki na naszych oczach napisze nowy rozdział w historii polskiego boksu.

Krzysztof Smajek

– Pamiętam, że przyjechał kiedyś z obozu w Wiśle do Wieliczki. W tym samym dniu miał jeszcze rozprawę w Myślenicach i mecz Polska – Anglia w seniorach w Kielcach. Jednego dnia pokonał w samochodzie sporo kilometrów, a później musiał jeszcze wyjść do ringu – mówi o Arturze Szpilce jego pierwszy trener – Władysław Ćwierz.

ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKu

Dlaczego kilka lat temu zabrał pan chuligana na salę treningową?

Władysław Ćwierz: Artur nie był chuliganem, gdy po raz pierwszy pojawił się u mnie na treningu. To był jeszcze dzieciak, miał wtedy 12 lat. Potrenował ze 2-3 tygodnie, ale później rodzice zabronili mu przychodzić na zajęcia i tak się zakończyła jego pierwsza przygoda z boksem. Później znów do mnie trafił, ale już w innych okolicznościach. Bił się na boisku szkolnym z jakimś chłopakiem, poszło im o sprawy kibicowskie, więc zabrałem ich na salę, kazałem założyć rękawice. Szpilka ze dwa razy ruszył ręką, a tamten już leżał. Później zadzwoniłem do jego ojczyma i powiedziałem, że Artur ma spory talent i powinien trenować boks. I tak trafił ponownie na salę treningową.

Artur nie był grzecznym chłopakiem. Miał pan z nim jakieś problemy wychowawcze?

Lubił się bić z chłopakami na ulicy, ale zawsze tłumaczył się, że bronił słabszych. Wystarczyło, że ktoś się na niego krzywo spojrzał, a on już chciał wyjść z tym delikwentem na solówkę. Nawet spisywał sobie w zeszycie te wszystkie uliczne walki. Miał te swoje ścieżki. Pamiętam, że przyjechał kiedyś z obozu w Wiśle do Wieliczki. W tym samym dniu miał jeszcze sprawę sądową w Myślenicach i mecz Polska – Anglia w seniorach w Kielcach. Jednego dnia pokonał w samochodzie sporo kilometrów, a później musiał jeszcze wyjść do ringu. A wracając do pytania, nigdy nie miałem z nim żadnych problemów wychowawczych. Na treningach był bardzo pracowity. Jak zajęcia były na 18, to on już pół godziny wcześniej siedział na schodach i czekał na trening.

Gdy Szpilka trafił do więzienia nie bał się pan, że jego kariera dobiegnie końca?

Na początku przebiegły mi takie myśli przez głowę. Próbowałem nawet interweniować w jego sprawie. Chciałem, żeby ktoś się za nim ujął, ale on nie chciał żadnej pomocy, powiedział, że odsiedzi wyrok do ostatniego dnia. Gdy siedział w Krakowie, miał chodzić do szkoły i przejść proces resocjalizacji. Ładnie się to zapowiadało, ale był nieposłuszny. Komuś tam pyskował i przenieśli go do ciężkiego więzienia w Tarnowie.

Więzienie w jakiś sposób go zmieniło?

Trochę zmieniło… Gdy po wyjściu na wolność przyszedł do mnie na salę, był tak gruby, że nie mogłem go nawet objąć. Przytył ponad trzydzieści kilogramów.

Miał pan obawy, że były podopieczny ponownie trafi za kratki?

Nigdy. Po wyjściu z więzienia poznał Kamilę, która ma na niego bardzo dobry wpływ. Widać, że fajnie się dogadują. Kamila studiowała resocjalizację, a ja jej mówiłem, że nie musi mieć żadnych książek, bo na przykładzie Artura może napisać pracę. Śmiała się z tego.

Czy Artur dzwoni czasami do pana po jakieś rady?

Po każdej walce dzwoni do mnie i pyta czy oglądałem i czy mi się podobała jego postawa. Zawsze mu coś tam wytknę. Najczęściej zwracam uwagę, żeby trzymał wysoko ręce i pracował na nogach. Bierze pod uwagę te słowa i powtarza: wiem, wiem, trenerku. Gdy walczył w Polsce byłem na wszystkich jego pojedynkach. Ostatni raz dzwonił do mnie w niedzielę. Mówił, że jest lepiej przygotowany niż do walki z Tomkiem Adamkiem. W tamtym pojedynku wypadł bardzo dobrze pod względem taktycznym, boksował konsekwentnie. Jak powtórzy to w konfrontacji z Wilderem, to może być nieźle.

Co będzie kluczem do zwycięstwa nad Wilderem?

Przede wszystkim nogi, wysoka garda i opanowanie. Artur nie może dać się zepchnąć do narożnika ani do lin. Musi się trzymać środka ringu. Ponadto musi zachować zimną głowę, nie może dać się sprowokować i nie może wdawać się z nim w wymianę ciosów, bo Amerykanin to wielkie chłopisko.

Czy ta walka nie przyszła dla niego zbyt wcześnie?

Nie ma sensu rozpatrywać tego w takich kategoriach. Raz byłoby za wcześnie, raz za późno… Ma już trochę doświadczenia, niech się sprawdzi. Jest pod opieką dobrych trenerów, ma świetne warunki do treningu. Na pewno nie został rzucony na pożarcie.

Będziemy mieli pierwszego mistrza świata w wadze ciężkiej?

Oglądałem kilka walk Wildera i myślę, że on może pasować Arturowi.  Jeżeli Szpilka wytrzyma presję i będzie walczył na swoim poziomie, to ma spore szanse. Przecież on potrafi boksować, jestem o niego spokojny.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Gdy miał 20 lat przyszli po niego funkcjonariusze CBŚ i zatrzymali go dzień przed walką życia z Wojciechem Bartnikiem. W więzieniu przesiedział półtora roku. Po wyjściu na wolność miał jedno marzenie – chciał zostać mistrzem świata. W niedzielę rano (polskiego czasu) to marzenie może się spełnić, bo Artur Szpilka w Nowym Jorku skrzyżuje rękawice z Deontayem Wilderem. Na szali będzie leżał pas mistrza świata federacji WBC.  

ZAPRASZAMY NA FACEBOOKA PO GONGU

– Jestem gotów na walkę, znokautuję go! Będę chciał go zjeść w tym ringu. W ogóle nie dopuszczam myśli o porażce. Będzie wojna. Przecież ja go normalnie rozpierdolę. Dam z siebie wszystko i skopię mu tyłek. Mówiłem raz, a teraz powtarzam – ten pojedynek to formalność. To zbiór cytatów z Artura Szpilki przed jego walką z Bryantem Jenningsem. Tymi słowami dwa lata temu polski ciężki przekonywał wszystkich dookoła, że jedzie do USA po pewną wygraną.

Po walce z Amerykaninem „Szpila” miał już znaczniej mniej do powiedzenia i zdecydowanie spuścił z tonu. – Przepraszam wszystkich Polaków, którzy wierzyli we mnie. Widocznie nie jestem jeszcze gotowy do wielkich walk. Dałem troszkę dupy – mówił rozgoryczony po porażce.

Szpilka nazwał rzeczy po imieniu i nie szukał tanich usprawiedliwień. W pojedynku z Amerykaninem zabrakło mu umiejętności i doświadczenia, ale przynajmniej pokazał charakter i serce do walki. Wiedząc, że przegrywa na punkty, postawił wszystko na jedną kartę, ale dał się trafić i poniósł porażkę przed czasem. Do kraju wrócił z podkulonym ogonem, bo w końcu z tych jego szumnych zapowiedzi nic nie wyszło. „Szpila” chciał wejść do czołówki wagi ciężkiej, ale drzwi przed nosem zamknął mu Jennings.  Chcąc nie chcąc marzenia o podboju wagi ciężkiej musiał odłożyć na później…

*******

Październik 2009 rok, Łódź.

Cała Polska żyła wtedy konfrontacją Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Przed polskim pojedynkiem stulecia w ringu mieli pojawić się Artur Szpilka i Wojciech Bartnik. Do tej walki jednak nie doszło, bo 20-letni wówczas „Szpila” został aresztowany. Później na półtora roku trafił za kratki. To cena, jaką musiał zapłacić za błędy młodości.

– Po ceremonii ważenia pięściarze z mojej grupy wraz trenerami jedli kolację w hotelu. Nagle podjechało ze 20 funkcjonariuszy CBŚ i grupy pościgowej, którzy wyłapują najgroźniejszych przestępców w Polsce i zatrzymali Artura, który nigdy – nawet przez minutę – przed nikim się nie ukrywał. Chłopak spędził w więzieniu 18 miesięcy za udział w bójce, podczas której doszło chyba do złamania zęba u jakiegoś jego kolegi. Myślę, że na 100 podobnych spraw w 99 przypadkach wyrok byłby w zawiasach, ale Szpilka wylądował w ciężkim zakładzie karnym. Polski wymiar sprawiedliwości bardzo brutalnie się z nim obszedł – mówi w rozmowie z Po Gongu Andrzej Wasilewski, promotor pięściarza z Wieliczki.

Artur nigdy nie był grzecznym chłopcem i nie potrafił zatrzymać się przed linią, której przekraczać nie należało. Coś o tym wie Władysław Ćwierz, pierwszy trener „Szpili”. – Lubił się bić z chłopakami na ulicy, ale zawsze tłumaczył się, że bronił słabszych. Wystarczyło, że ktoś się na niego krzywo spojrzał, a on już chciał wyjść z tym delikwentem na solówkę. Nawet spisywał sobie w zeszycie te wszystkie uliczne walki. Jednak nie miałem z nim żadnych problemów wychowawczych. Na treningach był bardzo pracowity. Jak zajęcia były na 18, to on już pół godziny wcześniej siedział na schodach i czekał na trening.

„Więzień ringu” wygrywa po 33 sekundach

Szpilka wyszedł na wolność w kwietniu 2011 roku. Na więziennej diecie przytył ponad 30 kilogramów, więc musiał przejść do kategorii ciężkiej. – Gdy po wyjściu z więzienia przyszedł do mnie na salę, był tak gruby, że nie mogłem go nawet objąć – wspomina trener Ćwierz. Na ring powrócił dwa miesiące po wyjściu na wolność i w 33 sekundy rozprawił się z przeciwnikiem, którego nawet nie warto wymieniać z nazwiska. Chłop padł po pierwszym ciosie i „Szpila” mógł sobie zapisać w rekordzie premierowe zwycięstwo w wadze ciężkiej.

Artur, mimo że opuścił więzienie, nie zapomniał o swojej przeszłości i do ringu wychodził w uniformie więźnia, a sobie mówił, że jest więźniem ringu. – Od początku nie zgadzałem się z tym jego więziennym wizerunkiem i o to mieliśmy największe spory, ale znaleźliśmy kompromis. Jak wytłumaczyć jego zachowanie? Po prostu Artur zachował szacunek do środowisk, w których się wychował. Teraz żyje w innym świecie, ma inny system wartości, przekonał się, że świat to nie są tylko rozróby w małych wioskach pod Krakowem, ale to jest Warszawa, Paryż, Nowy York czy Las Vegas – mówi Wasilewski. – Też mu odradzałem ten strój. Może chciał tym komuś zaimponować. Nie wiem, ważne, że już tego nie zakłada – dodaje Ćwierz.

Później przyszły kolejne zwycięstwa przed czasem nad łatwymi rywalami i coraz to odważniejsze plany. Szpilka po obiciu Williamsa, Becka i innych podobnych jegomości zaczął zgłaszać mistrzowskie aspiracje. Kreślił plany, że za dwa, góra trzy lata będzie mistrzem świata. Nikt tych słów nie brał na poważnie, bo wagą ciężką rządził wówczas Władimir Kliczko, który nawet nie zawracał sobie głowy polskim ciężkim.

Złamana szczęka i niedokończone porachunki z Zimnochem

Pierwszym poważnym testem dla pięściarza z Wieliczki była konfrontacja z Jameelem McCline’em. Polak poradził sobie z czterokrotnym pretendentem do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej. Zwycięstwo okupił złamaną szczęką, ale zdał pierwszy trudny bokserski egzamin. Nie pękł na robocie – jak on ma to zwyczaju powtarzać, ale już wtedy jego ego rosło w szybkim tempie i w pewnym momencie było większe od Pałacu Kultury. – Artur poczucie własnej wartości i duże ego miał odkąd go poznałem, a miał wtedy 16-17 lat. Było to bodaj na mistrzostwach Polski w Radomiu, gdzie zdobył złoty medal. Był wtedy bardzo młodym człowiekiem, ale już wtedy był pewny siebie i przekonany o swojej wielkości – wspomina jego promotor.

Sporo szumu wokół Szpilki zrobiło się po konferencji prasowej, na której pobił się z Krzysztofem Zimnochem. Panowie jeszcze przed wejściem do ringu chcieli wyjaśnić sobie pewne sprawy i zrobiło się gorąco. Główną atrakcją gali Polsat Boxing Night miała być konfrontacja Andrzeja Gołoty z Przemkiem Saletą, ale po bójce na konferencji wszyscy czekali na pojedynek Szpilki z Zimnochem. W międzyczasie pięściarz KnockOutPromotions miał wyskoczyć do USA, obić starego rywala Gołoty Mike’a Mollo i wrócić do przygotowań do walki na PBN. Plan spalił na panewce, bo podopieczny Fiodora Łapina w Chicago był dwa razy liczony, po drugim nokdaunie wylądował na deskach. Po tych wydarzeniach pojedynek z Zimnochem został odwołany i Szpilka po raz drugi stracił szansę występu na gali, na której miał się też bić Andrzej Gołota.

„Natalia Siwiec polskiego boksu”

Tak Szpilkę nazwał kiedyś Dariusz Michalczewski. „Najpierw wychodził do ringu w stroju więziennym, teraz w majtkach z kokardką. Ludzie, zdecydujcie się – czy ma być grypserka, czy chippendales! Toż to trąci kiczem!” – pisał Michalczewski w swoim felietonie w „Przeglądzie Sportowym”. „Tiger” swego czasu chciał się nawet zakładać, że „Szpila” znów wyląduje w więzieniu. – Darek wyszedł z założenia, że jak ktoś nie kłania mu się w pas i nie całuje po rękach, to on go krytykuje. Szkoda, że tak jest, ale to jego sprawa – twierdzi Wasilewski.

Wróćmy jednak do spraw ringowych. Szpilka wygrał kolejne pojedynki: z Tarasem Bidenko, Brianem Minto, po raz drugi z Mollo (znów leżał na deskach) i mógł już się chwalić ładnym dla oka rekordem 16-0. Przedstawił się też amerykańskiej publiczności, bo jego dwie walki z Mike’em Mollo pokazywała telewizja ESPN. Jego apetyt rósł w miarę jedzenia, a w głowie rodziły się plany podboju wagi ciężkiej. Wtedy jednak przyszła walka z Jenningsem…

*******

Artur Szpilka zbyt długo nie lizał ran po pierwszej porażce w karierze. Wprawdzie wspominał, że miał chwile zwątpienia, ale szybko one minęły. Nie szukał też walk na przetarcie. Postawił wszystko na jedną kartę i wziął pojedynek z Tomaszem Adamkiem, którego nie był faworytem. Dla niego to była walka z gatunku: o być albo nie być. Wygrał i mógł wyznaczać sobie, na tych legendarnych już karteczkach, kolejne cele. Po zwycięstwie nad „Góralem” spakował walizki, zabrał ze sobą narzeczoną i Cyca i ruszył spełniać swój amerykański sen. W sumie zrobił do niego drugie podejście. Pierwszy trwał krótko, bo szybko wybudził go z niego Jennings.

Tydzień rozmów i kontrakt na walkę z Wilderem

Po podpisaniu kontraktu z Alem Haymonem wydawało się, że Artur Szpilka złapał pana Boga za nogi, ale początki w USA wcale nie były kolorowe. „Szpila” ostro zasuwał na treningach pod okiem Ronniego Shieldsa i chciał walk ze znanymi rywalami. Na jego liście życzeń przewijały się nazwiska Chrisa Arreoli czy Steve’a Cunninghama, ale zamiast nich musiał skrzyżować rękawice z Ty Cobbem, Manuelem Quezadą i Yasmanym Consuegrą, czyli przeciwnikami, których mógłby obić nawet przy zgaszonym świetle. Po tych walkach miał trzy wygrane więcej w rekordzie i trochę więcej pieniędzy na koncie. Jednak sportowo zbyt wiele nie zyskał.

Pod koniec zeszłego roku miał walczyć z Amirem Mansurem, ale to starcie zostało odwołane. Artur liczył na walkę o wakujący pas IBF, ale do tego pojedynku federacja wyznaczyła Wiaczesława Głazkowa i Charlesa Martina. Polak musiał obejść się smakiem. Później wszystko działo się już szybko. Na horyzoncie pojawiła się walka z mistrzem świata Deontayem Wilderem i Szpilka się na nią skusił.

– Była to bardzo dynamiczna sytuacja, moje rozmowy z Arturem trwały około tygodnia. Mieliśmy różnego rodzaju wątpliwości, ale one nie dotyczyły sfery sportowej, bo jeśli o nią chodzi, to Artur był pierwszym, który chciał z Wilderem boksować. Nasz wymarzony plan był taki, żeby do tej walki doszło przed wakacjami. Chcieliśmy, żeby Szpilka wcześniej stoczył jedną walkę na dystansie 8-10 rundowym, ale stanęło na tym, że zaboksuje o tytuł już 16 stycznia – mówi Wasilewski.

Szpilka już nie krzyczy. Teraz głośno marzy

Faworytem bukmacherów jest Amerykanin, który zapowiada, że znokautuje Szpilkę do czwartej rundy. Wildera mocno poniosło, bo wspominał też coś o nokaucie na granicy śmierci. Z kolei Polak jest stonowany w swoich wypowiedziach i nie krzyczy już tak jak przed pojedynkiem z Jenningsem. Wygląda jednak na pewnego siebie i głośno marzy. – Ciężko trenuję, bardzo w siebie wierzę. Nawet nie chodzi o to, że zostanę mistrzem świata. Bardziej, że będę pierwszym polskim mistrzem, że zmienię historię. Że jak kiedyś umrę, to ktoś będzie pamiętał, że to ten Szpilka, co został mistrzem świata wagi ciężkiej dla Polski – mówił kilka dni temu w rozmowie z Przemkiem Garczarczykiem.

– Jeżeli Artur wytrzyma presję i zaboksuje na swoim poziomie, to ma spore szanse. Przecież on potrafi boksować, jestem o niego spokojny – mówi Ćwierz.

Krzysztof Smajek