Posts Tagged ‘boks’

Zrzut ekranu 2018-01-22 o 20.57.17

Adam Kownacki wszedł do ringu w Barclays Center i wykonał swoją robotę. Załatwił Kiladze bez wydawania reszty. Przed Polakiem coraz większe pojedynki. Czy to już czas na konfrontacje z gigantami wagi ciężkiej?

„Babyface” nie był do końca zadowolony ze swojej postawy, bo przyjął sporo ciosów i kończył pojedynek z rozwalonym nosem. Miał jednak walkę pod kontrolą, Iago Kiladze już od czwartej rundy szukał drzwi wyjściowych. – Adam przyjął sporo ciosów na własne życzenie, bo był za pewny siebie. Jego waga świadczy o tym, że zlekceważył rywala. Nie można mu jednak niczego zarzucić. Nie potraktował Kiladze poważnie, ale miał do tego prawo, bo Gruzin nie gra w jego lidze. Walka to potwierdziła – mówi w rozmowie z Po Gongu Maciej Miszkiń.

Szukamy kolejnego rywala dla Kownackiego

„Babyface” przed pojedynkiem z Kiladze nie przejmował się zbytnio dietą, na wagę wniósł prawie 118 kilogramów, czyli o osiem więcej niż przed walką z Arturem Szpilką. W rozmowie z Onetem tłumaczył, dlaczego tych kilogramów było tak dużo: Pół roku przerwy, stres przed walką. Ja mam tak, że nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale gdy się stresuję, to zaczynam podjadać. Najgorzej, jak w grę wchodzą słodycze. Wtedy zanim człowiek się zorientuje, to już ma 20 funtów do przodu.

Po walce z Kiladze zaczęły się spekulacje dotyczące przyszłości Kownackiego. Wybraliśmy kilku potencjalnych przeciwników dla Adama. Z którymś z tych panów może wejść on do ringu w niedalekiej przyszłości. Oddajemy głos Maciejowi Miszkiniowi, który charakteryzuje potencjalnych rywali Kownackiego i ocenia szanse polskiego pięściarza w konfrontacjach z nimi:

Gerald Washington. To jest poprawny pięściarz, ale nie ma ani jednego elementu na bardzo wysokim poziomie. Atleta, ale mięśnie częściej mu przeszkadzają w boksowaniu niż pomagają. Ma problemy kondycyjne, często staje przy linach i to byłaby idealna okazja dla Kownackiego, żeby skończyć go przed czasem.

Typ: Kownacki przed czasem w późniejszych rundach.

Charles Martin. Przypadkowo został mistrzem. Pas dostał w prezencie od losu, ale Anthony Joshua brutalnie go zweryfikował. Po tej walce Martin miał problemy osobiste. Na pewno potrafi mocno uderzyć, ale Kownacki potrafi uderzyć i przyjąć. Tego Martin już nie umie.

Typ: Kownacki przez TKO.

Jarrell Miller. To jedna z najbardziej ekscytujących walk, jaką można zrobić z udziałem Kownackiego. Panowie mają podobne style, Miller też idzie jak czołg do przodu. Ostatnio Amerykanin męczył się z Mariuszem Wachem, zwyciężył tylko dlatego, że Polak rozwalił sobie rękę.

Typ: Lekkim faworytem byłby dla mnie Kownacki, ale to typowa walka na przełamanie. Kto pierwszy skruszy rywala, ten wygra.

Dominic Breazeale. Na miejscu Adama unikałbym tego gościa. Amerykanin ma świetne warunki fizyczne, bardzo dobrze boksuje ciosami prostymi. Mimo gabarytów dobrze pracuje na nogach, ma doświadczenie w pojedynkach z mocnymi rywalami. Kownackiemu walka z Breazeale’em nie da większego splendoru i pieniędzy niż konfrontacje z Martinem, Millerem czy Washingtonem. Nie ma sensu ryzykować, odstawiłbym tego rywala na dalszy plan.

Typ: Lekkim faworytem Breazeale.

Izu Ugonoh. Izu jest po długiej przerwie, nie lubi rywali wywierających presję. Nie byłby w stanie utrzymywać Kownackiego na dystans przez 12 rund. Ich walkę można sprzedać w Polsce i USA. Tu i tu wygenerowałaby zainteresowanie. W Stanach obaj uchodzą za bezkompromisowych pięściarzy. O Ugonohu wyrobili sobie taką opinię po jego konfrontacji z Breazeale’em.

Typ: Kownacki przed czasem.

Dillian Whyte. To druga, obok konfrontacji z Millerem, najbardziej ekscytująca walka z udziałem Adama. Whyte ma za sobą ringowe wojny, więc byłby gotowy na kolejną. Z Chisorą dali świetną walkę, tam były mocne wymiany. Whyte potrafi przyjąć i mocno oddać. Pytanie, czy wytrzymałby tempo narzucone przez Kownackiego. Wydaje mi się, że w tym momencie są małe szanse na taki pojedynek, bo Whyte zyskał uznanie na rynku i szykowany jest do walki za dużą kasę. Może Eddie Hearn będzie chciał go wypromować w USA. Jeśli tak, to wątpię, by użył do tego Kownackiego.

Typ: Nie wiem, na kogo postawić, walka 50/50.

Deontay Wilder. Chyba jest za wcześnie na taką walkę dla Adama. Wilder to dynamiczny, niebezpieczny i mocno bijący facet. Niby jest niesprawdzony, ale ja Wildera postawiłbym przed Joshuą. Kownacki nie miałby zbyt wielu argumentów w tej konfrontacji.

Typ: Wilder przez KO.

Na Wildera jeszcze przyjdzie czas

Kownacki po zwycięstwie nad Kiladze idzie dalej. Wkrótce okaże się, jakie plany wobec pięściarza z Brooklynu ma Al Haymon. Nie można wykluczyć, że „Babyface” niebawem dostanie walkę o mistrzostwo świata. – Jeśli Kownacki będzie mądry, to na razie, mimo że kasa kusi, odrzuci oferty walk z gigantami królewskiej kategorii. Ma na to czas. – pisze w swoim felietonie Mateusz Borek.

Po co teraz Adamowi konfrontacja z Wilderem? – zastanawia się Miszkiń i dodaje: Nie ma sensu rwać się za wszelką cenę do takiego pojedynku. Kownacki w drodze po pas może stoczyć jeszcze 2-3 walki. Na przykład: z Martinem czy Washingtonem. Przy okazji może zarobić bardzo dużo pieniędzy, podnieść swoje umiejętności i dalej się promować. Dopiero potem może skusić się na złoty strzał w postaci konfrontacji z Wilderem czy Joshuą.

Trochę innego zdania jest Steve Farhood, który komentował walkę Kownackiego z Kiladze. Ekspert Showtime uważa, że „Babyface” nie powinien zbyt długo zwlekać z dużym pojedynkiem. Farhood twierdzi, że braki w defensywie w końcu odbiją się na Kownackim. – Adam, gdy przystosuje się do szybkości rywala, to widzi jego ciosy, często odprowadza je skrętem głowy, nastawieniem czoła czy balansem tułowia. Czyli te ciosy nie wyrządzają mu takiej szkody, jak się wielu osobom wydaje. Nie martwiłbym się mocno o jego uszczerbek na zdrowiu – kończy Miszkiń.

Reklamy

adam kownacki

  • Adam Kownacki od ponad dwudziestu lat mieszka w USA, na polskim ringu nie stoczył ani jednej walki. – Mogę otwarcie powiedzieć, że zależy mi, aby Adam został nową gwiazdą gal z cyklu Polsat Boxing Night – mówi Mateusz Borek.
  • „Babyface” po świecie boksu zawodowego porusza się bez promotora, ale jest związany z Alem Haymonem. Na początku kariery boks łączył z pracą na budowie, w weekendy dorabiał na bramce.
  • Teraz skupia się tylko na boksie i chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. 20 stycznia w Barclays Arenie ma do wykonania robotę.
  • (więcej…)

    rusiewicz_kiladze

    Łukasz Rusiewicz dość dobrze zna Iago Kiladze, czyli najbliższego przeciwnika Adama Kownackiego. Był sparingpartnerem Gruzina, ale także walczył z nim. – To był naprawdę kozak, ale po walce z Kalengą coś w nim pękło – twierdzi Rusiewicz.

    20 stycznia Adam Kownacki będzie się bił z Iago Kiladze w Barclays Center. 2,5 roku temu walczyłeś z tym rywalem. Co możesz powiedzieć o Gruzinie?

    Łukasz Rusiewicz: Byłem nawet na sparingach u Kiladze przed jego walką z Yourim Kalengą. Bił wtedy strasznie mocno i precyzyjnie, aż w uszach dzwoniło. Posyłał na deski Marco Hucka, który później nie chciał z nim sparować. Jednak po walce z Kalengą to już nie był ten sam Kiladze. Walczyłem z nim w 2015 roku i powiem szczerze, że było mi dużo łatwiej niż na tych sparingach.

    Co się stało z Kiladze?

    Widocznie coś w nim pękło, musiał się zrazić psychicznie, bo zaczął ostrożniej boksować. Przed KO z rąk Kalengi, to był naprawdę kozak. Francuz musiał go bardzo mocno naruszyć. Nie wiem, może do tej pory Kiladze już się pozbierał.

    (więcej…)

    zimnoch_foto

    Miał ambitny cel, chciał zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Plany pokrzyżował mu przeciętny rywal z USA. Teraz Krzysztof Zimnoch bije na sali treningowej manekina i szykuje się do debiutu w MMA. Może właśnie w klatce dojdzie do jego konfrontacji z Arturem Szpilką.

    Wrzesień 2017 r. Krzysztof Zimnoch deklaruje, że za chwilę dobierze się do skóry światowej czołówce wagi ciężkiej.

    Grudzień 2017 r. Krzysztof Zimnoch oznajmia: Teraz czas na MMA.

    Między jedną a drugą wypowiedzią doszło do jego spotkania w ringu z Joey’em Abellem. Rzemieślnik z USA w trzeciej rundzie wykonał wyrok i bokserska kariera Zimnocha wpadła w turbulencje. Na gorąco, tuż po walce w Radomiu, Krzysiek mówił: „Nie poddam się, przynajmniej teraz, przynajmniej na razie. Jeżeli Tomasz Babiloński zrobi mi rewanż, to bardzo chętnie ponownie zaboksuję z Abellem.

    Krok w kierunku MMA

    Życie napisało jednak inny scenariusz. Tomasz Babiloński jako promotor skręcił w kierunku mieszanych sztuk walki. Oprócz gal bokserskich będzie organizował też pojedynki w formule MMA. Debiut w nowym środowisku ma już za sobą. Zimnoch też obrał taką ścieżkę.

    babilon_MMA_ok

    Krzysiek nie zmienia dyscypliny, nie rzuca boksu, ale podobnie jak ja próbuje innego sportu. 2 grudnia był na naszej gali MMA i powiedział, że chciałby spróbować swoich sił w klatce. Chwała mu za to, że dalej chce walczyć, bo niejeden po porażce z Abellem zwinąłby zabawki i poszedłby na bramkę w dyskotece. Zobaczymy, jak mu pójdzie w MMA. Nie wszyscy się do tego sportu nadają, było kilka przypadków, że pięściarze nie odnaleźli się w klatce. – mówi Po Gongu Tomasz Babiloński, promotor Zimnocha.

    Pięściarz w klatce MMA ma zadebiutować w marcu podczas gali Babilon MMA 3. Przygotowuje się już do startu, trenuje zapasy i brazylijskie jiu-jitsu. Na razie sparuje tylko z manekinem. W rozmowie z ringpolska.pl opowiadał, jak to wygląda: „Wchodzę mu w nogi, rzucam na matę, zakładam dźwignię, ale on ciągle wstaje i się ze mnie śmieje. Ma namalowaną twarz i szczerzy do mnie zęby.”

    Pierwsze obalenie i po Krzysiu

    Pojawił się pomysł, żeby Krzysztof Zimnoch w debiucie spotkał się w oktagonie z Szymonem Kołeckim. Były ciężarowiec od ponad roku trenuje MMA, ma na koncie już cztery zwycięstwa, wszystkie przed czasem. – Rozmawiamy o tym, na razie jest to bardziej pytanie do kibiców, czy chcieliby zobaczyć taką konfrontację. Chciałbym organizować walki, które będą ciekawe dla fanów. Trzeba mieszać sztuki walki, po to jest przecież MMA – twierdzi Babiloński.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Po ogłoszeniu informacji, że możliwy jest pojedynek Zimnocha z Kołeckim pojawiło się wiele głosów i to one dominują, że pięściarz nie miałby żadnych szans w tym starciu. Oto kilka z brzegu opinii znalezionych na Twitterze: „Kołecki parafrazując klasyka zrobi mu dziecko”, „Jak na moje Kołecki poradzi sobie bez problemu”, „Kołecki kończy Zimnocha w parterze”, „Pierwsze obalenie i po Krzysiu”.

    Trudno wskazać faworyta, ta walka to spora zagadka. Wiadomo, że Krzysiek ma większe doświadczenie w stójce, ale pamiętajmy, że Szymon ma niesamowitą siłę, mistrzem olimpijskim nie został przypadkiem – mówi promotor obu zawodników.

    Szpilka vs Zimnoch łatwiej zrobić w MMA niż w boksie

    Wróćmy jeszcze na chwilę do sparingów Zimnocha z manekinem. – Co ciekawe, mój manekin ma też napisane na plecach Artur. Nie ma jednak wiele wspólnego z Arturem, o którym teraz wszyscy pomyślą, bo manekin Artur w odróżnieniu od tego drugiego chociaż podaje mi rękę – mówi pięściarz.

    zimnoch_2

    Zimnoch mówiąc „ten drugi”, ma oczywiście na myśli Artura Szpilkę, który też ostatnio zaczął treningi MMA. Ich konfrontacja w ringu była już parę razy zapowiadana, ale do walki nigdy nie doszło. Może w przyszłości panowie spotkają się w klatce?

    Czemu nie. Ich walka powinna się odbyć, nawet dla świętego spokoju, bo przecież mają sobie coś do wyjaśnienia. Tylko wiadomo, że jeden i drugi mają jakieś tam finansowe wymagania. Dzisiaj promotorów bokserskich nie stać na to, żeby zorganizować taki pojedynek, ale MMA rządzi się swoimi prawami. Wystarczy spojrzeć na to, co robi KSW, jak zapełnia trybuny, w jaki sposób przykuwa uwagę. W przypadku pojedynku Zimnocha ze Szpilką można pójść w tym kierunku, w stronę oktagonu – twierdzi Babiloński.

    Podobnie na sprawę patrzy Zimnoch, który w rozmowie z „Super Expressem” powiedział: „W kontrakcie mam możliwość wystąpienia na gali innego promotora po opłaceniu konkretnego procenta z wynagrodzenia, myślę, że Artur ma podobnie, więc może chłopaki z KSW chcieliby coś takiego zorganizować? Jestem otwarty na wszelkie propozycje.”

    Plan na Zimnocha? Walki z rodakami

    Pięściarze coraz częściej spoglądają w stronę MMA. Tego chleba w przeszłości spróbowali Przemysław Saleta i Rafał Jackiewicz. Teraz coraz głośniej o występach w oktagonie mówi Mateusz Masternak. Boks mu się jeszcze nie znudził, ale ma ochotę wejść do klatki. Krzysztof Włodarczyk też nie mówi „nie”, gdy słyszy o MMA.

    Moim zdaniem pięściarze, którzy za długo przesiadują na ławce rezerwowych w boksie, powinni zawitać do MMA i spróbować swoich sił w klatce – mówi Babiloński i dodaje: Jako organizator gal bokserskich zauważyłem, że inny kibic przychodzi na MMA, inny na boks. Wkrótce te dwa środowiska będą się mieszać.

    Krzysztof Zimnoch nie pożegnał się definitywnie z ringiem. Jednak po porażce z Abellem może zapomnieć o dużych zarobkach i walkach z czołówką wagi ciężkiej. Jego nazwisko w świecie boksu nic nie znaczy. Promotorom nie łatwo będzie znaleźć sposób na odbudowanie jego kariery.

    Jeżeli chodzi o boks, to w przypadku Krzyśka koncentrujemy się dzisiaj na walkach polsko-polskich. Są w naszym kraju pięściarze, których moglibyśmy z nim skonfrontować. Chcemy go sprawdzić z rodakami, bo on musi przekonać promotorów, sponsorów i telewizję, że warto ściągnąć Abella na rewanż. Poprzez polskie podwórko chcemy sprawdzić, czy on się jeszcze do boksu nadaje. Mam nadzieję, że ta ostatnia przegrana nie zostawiła żadnego śladu na jego psychice – kończy Tomasz Babiloński.

    Krzysztof Smajek

    Zrzut ekranu 2018-01-05 o 12.06.36.png

    W piątek 50 świeczek z urodzinowego tortu zdmuchnie Andrzej Gołota. Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. Miliony Polaków wstawało w nocy na jego walki, bo gdy „Andrew” wchodził na ring w USA, grzmoty było słychać w naszym kraju. Jego dwa pojedynki z Riddickiem Bowe mają swój osobny rozdział w historii wagi ciężkiej. Gołota nigdy nie był mistrzem świata, ale jest legendą polskiego boksu. Jego walkę z Timem Witherspoonem oglądało w Polsacie 12,5 miliona widzów. Dzisiaj w Polsce nie ma pięściarza, który mógłby przyciągnąć przed telewizory taką rzeszą kibiców.

    Urodziny Andrzeja Gołoty to dobra okazja, żeby przypomnieć kilka anegdotek z jego życia. Mateusz Borek, Andrzej Kostyra i Andrzej Wasilewski w swoich „Alfabetach”, które ukazały się na Po Gongu, opowiedzieli kilka fajnych historii dotyczących „Andrew”.

    Z Alfabetu Mateusza Borka: Po walce Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem w Chengdu Don King zaprosił nas na kolację do dobrej chińskiej restauracji, w której pierwsze piętro było przeznaczone dla normalnych ludzi, a drugie dla VIP-ów, gdzie King zorganizował bankiet dla około 40 osób. Pojechałem tam z Przemkiem Garczarczykiem. Wchodzimy do środka i… własnym oczom nie wierzymy. Pobity przez Austina Andrzej Gołota siedzi z rodziną i je między setką Chińczyków na pierwszym piętrze. Tak wstydził się porażki, że nie miał ochoty wjechać piętro wyżej. Namówiliśmy go jednak, żeby wszedł tam chociaż na chwilę. Gdy Don King go zobaczył od razu wypalił: Andrju, mój przyjacielu, dam ci jeszcze jedną szansę.

    ***

    Nie wiem, czy traktować to w kategorii anegdoty, bo na własne uszy tego nie słyszałem, ale podobno Gołota przed walką z Johnem Ruizem powiedział Kingowi, że nawet jak zdobędzie pas mistrza świata, to następnego dnia kończy karierę. Pamiętajmy, że King był wtedy również promotorem Ruiza, więc mógł sobie pomyśleć: po co ja mam dać Gołocie pas, skoro on go następnego dnia zwakuje i ja tego pasa jako promotor też nie będę miał i przelecą mi miliony koło nosa. Możliwe, że Gołota pospieszył się z tą deklaracją. Wielki boks to wielka polityka i wielka kasa, a pamiętamy, że ta walka była bardzo wyrównana.

    ***

    Myśląc o Andrzeju Gołocie, mam w głowie takie zdanie: nigdy polscy ojcowie nie wstawali tak często do dzieci, jak wstawali na walki Andrzeja Gołoty. Trafił na nieprawdopodobne czasy w kategorii ciężkiej, bo pamiętajmy, że gdy boksował w swoim prime byli między innymi: Mike Tyson, Lennox Lewis, Michael Grant i Riddick Bowe. To była cała plejada świetnych zawodników. Jednak fakty są takie, że Andrzej Gołota co najmniej raz powinien być mistrzem świata, bo na pewno wygrał walkę z Chrisem Byrdem.

    W jego karierze było sporo dziwacznych momentów: szybkie przegrane z Lewisem czy Brewsterem, ucieczka z ringu w walce z Tysonem, niezrozumiała przegrana z Grantem, dziwna deklaracja przed pojedynkiem z Ruizem, o której wspominałem wcześniej. Co by nie mówić, Gołota był świetnym pięściarzem, ale w boksie zawodowym niczego nie osiągnął. Karierę pięściarza puentuje to, co uda się zawiesić na biodrach, a on przecież nie zdobył żadnego pasa. Dlatego Andrzej przypomina polskich bohaterów literackich i jest wielką postacią tragiczną.

    Smutne było to, że Gołota nie potrafił pogodzić się z brakiem sukcesu sportowego. Gdy był po wypadkach, nie mógł prostować lewej ręki, nie funkcjonował mu bark i spadła szybkość, on ciągle wierzył, że jest w stanie zawojować wagę ciężką. To było życzeniowe myślenie.

    Z Alfabetu Andrzeja Kostyry: Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

    ***

    Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

    ***

    Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy na sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

    Z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego: Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

    Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: „Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był.” Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

    ***

    Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

    Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

    DSC_2197.jpg

    Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

    • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

    Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

    • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
    • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
    • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
    • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
    • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
    • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
    • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
    • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
    • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
    • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
    • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
    • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
    • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
    • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
    • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
    • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

    DSC_4085

    W jakim stanie jest polski boks zawodowy? Jeżeli spojrzymy na podnoszącego się z desek Krzysztofa Zimnocha, którego w Radomiu zbił rzemieślnik Joey Abell, jeżeli policzymy celne ciosy zadane przez Krzysztofa Włodarczyka w pojedynku o mistrzostwo świata z Muratem Gassijewem (cztery sztuki), jeżeli przypomnimy sobie o dopingowej wpadce Andrzeja Wawrzyka, jeżeli poczytamy ostatnie wypowiedzi Kamila Łaszczyka żalącego się na promotorów, jeżeli posłuchamy Marcina Najmana, który z pełną powagą opowiada, że ściągnie do Polski Tysona Fury’ego, jeżeli zacytujemy słowa Macieja Miszkina, który podczas komentowania walki zawodowców, mówi do redaktora Kostyry: panie Andrzeju, Fekete nie potrafi boksować, to bez chwili zastanowienia możemy stwierdzić, że marnie to wszystko wygląda, trumna się zatrzasnęła i idzie już ksiądz z kropidłem.

    Na szczęście możemy jeszcze spojrzeć w drugą stronę. Tam widzimy Michała Syrowatkę nokautującego Robbiego Daviesa Jr na jego terenie, tam widzimy Macieja Sulęckiego, który za chwilę powinien dostać mistrzowską szansę, tam widzimy ambitnego Roberta Talarka, który na co dzień w kopalni zjeżdża na dół, ale w rankingach jedzie do góry aż miło, tam widzimy Tomasza Adamka, który pokazuje, że 40-latek nie musi zbierać po głowie i może jeszcze przyciągnąć publikę na trybuny i przed telewizory, tam widzimy też dwie gale: Polsat Boxing Night 7 i „Noc Wojowników”, na których można było obejrzeć kawałek dobrego boksu.

    Pięściarz roku w Polsce? Wakat

    Podsumowując 2017 rok w wykonaniu polskich pięściarzy stworzyliśmy trzy kategorie i tam powrzucaliśmy poszczególne nazwiska. Teoretycznie z pierwszej kategorii powinniśmy wybrać pięściarza 2017 roku w Polsce. Na to miano najbardziej zasłużył chyba Maciej Sulęcki, ale w tym roku lepiej zostawić wakat w tej kategorii, bo żaden zawodnik nie błyszczał jakoś wyjątkowo na tle innych.

    Kategoria 1. To był dobry lub bardzo dobry rok w ich wykonaniu:

    Michał Syrowatka – trzy walki, trzy wygrane. Pojedynki z Trayą i Szotem były tylko zaprawką przed konfrontacją z Daviesem. Michał po porażce z Rafałem Jackiewiczem chciał kończyć karierę, niecałe dwa lata później przywiózł z terenu wroga pas WBA Continental w wadze superlekkiej.

    Maciej Sulęcki – trzy walki, trzy zwycięstwa. Zbił dwóch leszczy, ale później dostał walkę z Jackiem Culcayem i miał pełne ręce roboty. Zdał ważny egzamin i jedzie dalej. Już zarzucił wędkę do stawu, w którym pływają mistrzowie świata.

    Adam Kownacki – dwie walki, dwie wygrane. Prawie nikt mu nie wierzył, gdy twierdził, że znokautuje Artura Szpilkę. Zrobił to bez problemu i dzisiaj może mierzyć coraz wyżej. Miesiąc temu w rozmowie z Po Gongu mówił: „Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.” Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku zobaczymy go na polskim ringu. To dobra wiadomość, bo pojedynki Kownackiego ogląda się przyjemnie.

    Robert Talarek – trzy pojedynki, trzy zwycięstwa. W Polsce długo był niedoceniany. Brał walki w różnych zakątkach Europy, raz wygrywał, raz przegrywał i tak toczyło się jego bokserskie życie. W końcu zaczął kolekcjonować zwycięstwa. Pokonując na PBN 7 Norberta Dąbrowskiego, ładnie przedstawił się polskim kibicom. Pod koniec roku przywiózł z Francji pas IBO Inter-Continental kategorii średniej.

    Mateusz Tryc – cztery walki, cztery wygrane. W 2017 roku stawiał pierwsze kroki na zawodowych ringach. Robił to bez kompleksów, wybił czterech rywali – każdego przed czasem. Może być o nim głośno.

    Kategoria 2. To był całkiem niezły rok w ich wykonaniu:

    Tomasz Adamek – dwa pojedynki, dwa zwycięstwa. Jeszcze chce mu się zasuwać na treningach, jeszcze dostaje zgodę od żony na wejścia do ringu, dlatego boksuje i zarabia dutki. W tym roku pokonał Haumono i Kassiego, więc nie ma się do czego przyczepić. Swoje zrobił i ma apetyt na więcej. Musi jednak uważać, żeby nie pójść o jeden most za daleko.

    Robert Parzęczewski – cztery walki, cztery wygrane. Trochę się w ostatnich 12 miesiącach narobił, ale nie miał zbyt wymagających rywali. Po walce z Tomasem Adamkiem wyglądał, jakby pracował bez kombinezonu w rzeźni.

    Adam Balski – cztery pojedynki, cztery razy ręka w górze. Kombinację ciosów, którą wykończył w Ełku rywala z Ukrainy, mamy do dzisiaj przed oczami. To był pokaz boksu. O walce z Łukaszem Janikiem nie ma sensu wspominać, bo to były jaja. Złamana szczęka podczas „Nocy Wojowników” trochę skomplikowała jego plany. Miał trenować w USA, ale na razie ten wyjazd stanął pod znakiem zapytania.

    Mateusz Masternak – trzy walki, trzy wygrane. Podczas PBN 7 wraz z Siłłachem odpalili fajerwerki, fajnie się to oglądało. Ostatnio „Master” zaczął romansować z KSW, więc nie wiadomo, jak dalej potoczy się jego bokserska kariera.

    Mariusz Wach – dwie walki, wygrana i przegrana. Sam się zdziwił, gdy sędziowie uznali, że wygrał na punkty z Erkanem Teperem w Niemczech. Patrząc obiektywnie, Mariusz zasłużył na zwycięstwo. Szkoda porażki z Millerem, bo gdyby nie kontuzja, Wach mógłby zbić tego wyszczekanego grubasa i dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu.

    Łukasz Wierzbicki – 3 pojedynki, trzy do przodu. Pod koniec 2017 roku jego dorobek na zawodowych ringach to 14-0. Na papierze ładnie to wygląda, ale musi jeszcze ostro zasuwać, bo podczas „Nocy Wojowników” wyszło sporo jego braków. Musi dać Michałowi Żeromińskiemu rewanż, bo inaczej nie wypada.

    Do tej kategorii możemy wrzucić jeszcze: Przemysława Runowskiego, Kamila Szeremetę, Patryka Szymańskiego (tylko jedna walka w 2017 roku), Pawła Stępnia, Marka Matyję, Norberta Dąbrowskiego (porażka z Talarkiem to dwa kroki do tyłu), Jordana Kulińskiego, Rafała Jackiewicza (dla niego boks to już zabawa, dostał walkę o pas EBU-EU i to się liczy) i Siergieja Werwejko, dla którego ostatnie miesiące były szalone. Najpierw zebrał po głowie od Nascimento, później pokonał faworyzowanego (przereklamowanego) Aguilerę, a na koniec roku wszedł do ringu z rywalem, który między linami robił za klauna.

    Kategoria 3. To był fatalny rok w ich wykonaniu:

    Andrzej Fonfara – dwie walki, jedna wygrana, druga w plecy. W zasadzie mógł się znaleźć w kategorii wyżej, bo w końcu pokonał Chada Dawsona, ale jego celem było zdobycie mistrzowskiego pasa. Niestety, w walce z Adonisem Stevensonem nie miał nic do powiedzenia. Od Andrzeja musimy wymagać znacznie więcej.

    Artur Szpilka – jedna przegrana walka. Na początku roku miał mieć duży pojedynek, ale nic z tego nie wyszło. Później dostał lanie od Adama Kownackiego i to byłoby na tyle. Po operacji ręki i rehabilitacji zaczął treningi z Andrzejem Gmitrukiem. Promotorów Szpilki może martwić fakt, że Artur coraz częściej spogląda w stronę MMA.

    Andrzej Wawrzyk – brak pojedynków. Miał walczyć z Deontayem Wilderem, ale wpadł na dopingu i cały rok przeleżał na kanapie. Dzisiaj nie wiadomo, czy on jeszcze jest w tym biznesie, czy już go nie ma.

    Izu Ugonoh – jedna walka, jedna przegrana. Po porażce z Dominikiem Breazeale’em zebrał sporo komplementów. Trzecia runda tej walki została nominowana do „Rundy Roku 2017” w plebiscycie The Ring. Słabe to jednak dokonania, bo trzeba pamiętać, że Izu został znokautowany, a później wypadł z obiegu na długie miesiące.

    Krzysztof Głowacki – dwie walki, dwie wygrane. Na papierze niby wszystko się zgadza, ale pamiętajmy, że „Główka” jeszcze niedawno był mistrzem świata. W 2017 roku miał kłopoty zdrowotne, walczył ze śmiesznymi rywalami, był rezerwowym w WBSS. Na plus należy zapisać to, że po słabym roku jest bardzo wysoko w rankingach.

    Kamil Łaszczyk – jedna wygrana walka/sparing. Swoją sytuację najlepiej przedstawił pięściarz w rozmowie z Hubertem Kęską: „A ja jestem w dupie, inaczej tego nie nazwę. Nawet nie stoję w miejscu, cofam się. Lata lecą, a ja boksuję ze słabszymi zawodnikami niż na samym początku kariery.” Nie trzeba nic dodawać.

    Krzysztof Zimnoch – trzy pojedynki, dwa zwycięstwa i porażka. Rok zaczął od wyrównania rachunków z Mike’em Mollo, później obił wyciągniętego z sanatorium Michaela Granta, na koniec Joey Abell wybił mu z głowy boks. Dzisiaj Zimnoch chce walczyć w MMA, a jeszcze niedawno mówił, że chce być mistrzem świata w boksie.

    Krzysztof Włodarczyk – dwie walki, wygrana i przegrana. Pojedynek z Gassijewem pokazał, że Diablo nie jest już w stanie rywalizować ze światową czołówką w swojej kategorii wagowej.

    Do powyższego grona możemy jeszcze dodać: Dariusza Sęka, Michała Cieślaka, Krzysztofa Kopytka i Marcina Rekowskiego (pamiętny nokaut z rąk Takama).

    Wrzucając nazwiska pięściarzy z tych trzech kategorii do jednego kotła i mieszając, wychodzi na to, że tragedii z polskim boksem zawodowym jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Najbardziej niepokojące jest to, że w ostatniej kategorii znalazły się nazwiska zawodników, którzy są, albo jeszcze niedawno byli wizytówką polskiego boksu zawodowego. Mowa o byłych mistrzach świata i pretendentach do walk o pasy, którzy ostatnie 12 miesięcy mogą spisać na straty.

    IMG_7457

    Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

    Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

    Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

    Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

    W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

    Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

    Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

    Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

    Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

    Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

    Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

    Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

    Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

    Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

    Demolki?

    No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

    Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

    Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

    W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

    Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

    Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

    Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

    Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

    Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

    Jaka była twoja największa waga?

    Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

    Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

    Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

    Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

    Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

    Poszedłbyś z nim na kawę?

    Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

    Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

    Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

    Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

    Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

    Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

    Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

    Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

    Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

    Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

    Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

    W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

    Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    ZOBACZ TAKŻE:

    FOT 400MM.PL

  • Tomasz Adamek już kilka razy wspominał o zakończeniu kariery, ale nie odłożył rękawic do szafy.
  • W sobotę w Częstochowie znów zobaczymy go w ringu. Jego rywalem będzie Fred Kassi.
  • Kameruńczyk zapewniał na konferencji, że nie przyjechał do Częstochowy tylko po pieniądze.
  • „Góral” nie może się potknąć, bo w jego przypadku jest prosta matematyka: porażka=emerytura.
  •  
    Gus Curren w trzecim odcinku „Drogi do Częstochowy” przytoczył swoją pierwszą rozmowę z Tomkiem Adamkiem. Trener spytał wprost: Po co to robisz? Dla pieniędzy? Chcesz jeszcze raz wygrać i odejść na emeryturę?

    „Góral” odpowiedział: Nie. Chcę być mistrzem świata.

    Curren twierdzi, że bez takiego podejścia Adamka ich współpraca nie miałaby sensu. Później panowie wzięli się do roboty.

    Nie dla niego wędka i ryby

    Na chwilę cofnijmy się w czasie. Sierpień 2015 roku, fragment wywiadu PoGongu.pl z Tomaszem Adamkiem.

    W środowisku słychać opinię, że Roger Bloodworth nie jest w stanie z pana już więcej wycisnąć. Myślał pan o zmianie trenera?

    Nigdy o tym nie myślałem, bo od Rogera nauczyłem się bardzo dużo. Dzisiaj mam 39 lat i jestem zdrowy, nie przyjąłem zbyt wiele ciosów w wadze ciężkiej, a boksowałem z pięściarzami, którzy potrafią mocno uderzyć i to jest jego zasługą. Zostaję z Rogerem do końca mojej kariery.

    Adamek nawet po przegranych walkach twierdził, że jego współpraca z Bloodworthem dobrze się układa i za każdym razem powtarzał, że nie chce zmieniać trenera. Jednak gołym okiem było widać, że to nie ma sensu. Pojawiły się porażki, „Góral” gasł z walki na walkę. Było nawet słychać opinie, że na sali treningowej to ogon kręci psem. W końcu ich współpraca dobiegła końca. Roger Bloodworth po raz ostatni był w narożniku „Górala” podczas walki z Erikiem Moliną.

    Od 2014 roku Adamek nieśmiało żegna się z ringiem. O chęci zakończenia kariery wspominał po przegranych z Głazkowem, Szpilką i Moliną. Każda porażka go bolała, wiedział, że czas ucieka. Ziggy Rozalski proponował mu wędkę i ryby, ale Adamek nie skorzystał z tej propozycji. Pakował torbę, wsiadał w samolot i leciał do Polski na obóz.

    Warto zauważyć, że obozy w Osadzie Śnieżka, współpraca z Jakubem Chyckim i zmiana trenera, mocno go odmieniły. Adamkowi chce się zasuwać na sali, nie widać po nim tych 40 lat na karku. Mateusz Borek na konferencji prasowej stwierdził nawet, że „Tomek jest chyba najmłodziej wyglądającym 40-latkiem w świecie boksu”.

    Fajnie o Adamku wypowiedział się też Adam Balski, który na łamach „Gazety Wrocławskiej” stwierdził: „Muszę powiedzieć, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak szybkim zawodnikiem musiał być Tomek 10 lat temu, skoro teraz jest taki szybki.”

    40-latek bije seriami

    Niektórzy twierdzą, że Adamek wraca na ring dla pieniędzy. Kiedyś zarzucał mu to choćby Dariusz Michalczewski. „Góral” za każdym razem na takie zaczepki odpowiada w ten sam sposób: „Bogu dziękować, mam dobrą żonę, która potrafi gospodarować pieniędzmi. Nie wychodzę do ringu dla pieniędzy.”

    Adamka po raz ostatni widzieliśmy w akcji podczas gali Polsat Boxing Night 7. Bez żadnych problemów rozprawił się z Salomonem Haumono. Wtedy w jego narożniku stał już Gus Curren. „Góral” na tle Australijczyka pokazał, że 40-latek może jeszcze bić seriami, że widzi ciosy rywala, że ma refleks i kondycję na 10 rund. Nie zapominajmy jednak, że Haumono to pięściarz z trzeciej ligi.

    Kolejnym rywalem Adamka też nie będzie żaden artysta ringu. Fred Kassi to solidny rzemieślnik z przeciętnym rekordem. Warto jednak podkreślić, że Kameruńczyk stawiał twardy opór w pojedynkach z takimi rywalami jak: Dominic Breazeale, Hughie Fury czy Chris Arreola. Z Adamkiem też będzie się bił. Kassi miał dziesięć tygodni na przygotowania, więc powinien być w dobrej formie.

    Duża walka na horyzoncie?

    Kameruńczyk zapewniał na konferencji, że nie przyjechał do Częstochowy tylko po pieniądze. Twierdzi, że jest gotowy na ringową wojnę. Adamek nie chce głośno mówić o swoich sportowych planach, ale wiadomo, że pojedynek z Kassim ma mu uchylić drzwi do większych wyzwań.

    „Góral” marzy jeszcze o jednej dużej wale. – Gdzieś z tyłu głowy myślimy już o wiośnie 2018 roku. Może będzie to gala Polsat Boxing Night, może Wyspy Brytyjskie, ale najpierw trzeba pokonać Kassiego – twierdzi Mateusz Borek w rozmowie z „Gazetą Wrocławską”. Promotor MB Promotions i dziennikarz Polsat Sport podkreśla, że walka w Częstochowie, może być ostatnim pojedynkiem Adamka w ojczyźnie.

    Eksperci i bukmacherzy nie mają żadnych wątpliwości – faworytem konfrontacji Adamek vs Kassi jest polski pięściarz. „Góral” może mieć w sobotę pełne ręce roboty, ale jeśli chce zostać w tym biznesie, musi wygrać. – Jeśli to się nie uda, to będzie to game over naszego mistrza – dodaje Borek.

    balski

    Adam Balski na zawodowych ringach postawił dopiero dziesięć kroków, ale już zrobiło się o nim głośno, bo widać, że drzemie w nim spory potencjał. Jego promotor w kolejnym pojedynku chętnie zestawiłby go z Krzysztofem Włodarczykiem.

    Prawy na dół – lewy na dół – lewy podbródkowy – prawy prosty. Po tej kombinacji Adama Balskiego Taras Oleksijenko padł na deski. Ukrainiec próbował się podnieść, ale został wyliczony przez sędziego. W końcu wstał, ale jeszcze przez chwilę chwiał się na nogach. Komentujący walkę Andrzej Kostyra mówił: „On jest jeszcze nieprzytomny. Nie wie, czy jest we Lwowie, Dessau czy Ełku. Ależ fenomenalnie zakończył ten pojedynek Balski.” [tutaj skrót walki]

    Komplementy od Szpilki

    Takiej kanonady w wykonaniu polskiego pięściarza dawno nie widzieliśmy. Pod wrażeniem był też Artur Szpilka, który pisał na Twitterze: „Obejrzałem walkę Adama Balskiego i powiem tak: ma to coś chłopak. Pierwszy raz widziałem go w akcji, rzadko u polskich zawodników ogląda się łatwość zadawania podbródkowych i ogólnie kombinacji.”

    – Obawiałem się tej walki, bo wiedziałem, że pięściarze z Ukrainy potrafią boksować, że Taras Oleksijenko nie przyjedzie tylko po wypłatę. Balski zdał trudny egzamin w Ełku – mówi Po Gongu Mariusz Grabowski, promotor Tymex Boxing Promotions. To była dziewiąta walka Balskiego na zawodowych ringach. Wcześniej tylko dwóch rywali przetrwało z nim cały dystans – Łukasz Rusiewicz i Dariusz Skop.

    Pięściarz z Kalisza szerszej publiczności przedstawił się podczas gali Polsat Boxing Night 7. Pierwotnie jego rywalem miał być Vikapita Meroro, ale Namibijczyk z powodu spraw rodzinnych nie mógł wpaść do Polski. Zastąpił go Łukasz Janik. Na papierze zestawienie Balski va Janik wyglądało interesująco, ale w 4. rundzie było już po wszystkim, bo nieprzygotowany Janik zebrał oklep. „Lucky Look” nie chciał pogodzić się z werdyktem i próbował wszystkim wmówić, że otrzymał cios poniżej pasa. Powtórki telewizyjne pokazały, że nie miał racji.

    O walce w Ergo Arenie pisaliśmy tak:

    Balski od początku wziął sprawy w swoje ręce i z każdym ciosem zaznaczał swoją przewagę. Szkoda, że Janik nie miał czasu na normalne przygotowania do tego pojedynku. W sobotę był po prostu słaby. Było bang, bang i po zawodach. Rewanż? Jeżeli Balski nie będzie miał innej opcji, to czemu nie.

    – Chcieliśmy dać Janikowi rewanż, skoro tak się tego domagał. Był pomysł, żeby panowie weszli do ringu w Częstochowie. Na początku Łukasz powiedział, że porozmawia z trenerem i da mi znać. Później widziałem, że był na sparingach u Wacha i ponowiłem pytanie. Odpowiedział, że ma problem z kolanem i zrezygnował z walki z Adamem – mówi Grabowski.

    Z sali treningowej do roboty

    Zamiast Janika rywalem Balskiego 18 listopada w Częstochowie będzie Demetrius Banks (9-2). Do tego pojedynku pięściarz Tymexu przygotowuje się w towarzystwie Tomasza Adamka oraz trenerów – Gusa Currena i Jakuba Chyckiego w „Osadzie Śnieżka”. – Nigdy nie trenowałem tak ciężko jak teraz – na każdym kroku podkreśla Balski. To są jego pierwsze profesjonale przygotowania, wcześniej boks łączył z pracą zawodową.

    Pracował jako kierowca w firmie transportowej. O 8 rano był na sali treningowej, później ruszał w drogę. – Przewożę armaturę łazienkową. Najpierw załadowuję busa, ok. 50 kartonów. Jadę na niemiecką granicę i jeśli wrócę ok. 21, to jeszcze idę na salę potrenować – tak kilka miesięcy temu Balski opisywał swoje życie codzienne w rozmowie z „Super Expressem”.

    – Już jakiś czas temu doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu, żeby Adam łączył pracę zawodową z boksem. Tylko problem polega na tym, że on nawet teraz mówi, że po pojedynku w Częstochowie chciałby wrócić do pracy. Jest bardzo pracowity i nie może usiedzieć w jednym miejscu. Śmieję, że ma ADHD, bo cały czas musi coś robić. Mam nadzieję, że po walce z Banksem wybijemy mu z głowy ten pomysł i zajmie się tylko boksem – mówi Grabowski.

    – Moim zdaniem da się połączyć pracę zawodową z boksem. Jako przykład niech posłuży tutaj Robert Talarek, który jest na etacie w kopalni. Takie rozwiązanie często jest praktykowane w USA. Boks bardzo wymęcza zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jeśli Adam będzie się dobrze prowadził, a jego praca nie będzie mocno absorbująca, to da mu luz psychiczny i odciągnie go mentalnie od boksu. Oczywiście tak można robić do pewnego momentu. Gdy przyjdzie czas na ważniejsze walki, trzeba skoncentrować tylko na boksie – mówi w rozmowie z Po Gongu Maciej Miszkiń.

    Laurka od Currena

    Gus Curren po kilku tygodniach wspólnych treningów wystawił Balskiemu na łamach „SE” taką oto laurkę:

    „To świetny dzieciak, jest bardzo pilnym uczniem. Zostaje po treningach, by podglądać Tomasza Adamka, słucha, co się do niego mówi, zadaje też dużo pytań. Chłonie wiedzę i nie mam wątpliwości, że będzie mistrzem świata.

    – Nie chcę podważać słów trenera, bo on jest codziennie z Adamem na sali, ale ja spokojnie podchodzę do tego typu opinii. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby słowa Gusa miały w przyszłości pokrycie w faktach. Jedno jest pewne, Balski jest jednym z większych talentów w polskim boksie – twierdzi Grabowski.

    – Amerykańscy trenerzy mają takie podejście do pięściarzy. W ten sposób budują relacje z zawodnikami, motywują ich. Podobnie postępuje Andrzej Gmitruk, który od początku wmawia zawodnikowi, że stać go na wiele – dodaje Miszkiń.

    Z Włodarczykiem nawet jutro

    Mariusz Grabowski jeszcze niedawno wspominał, że w przyszłości chciałby zobaczyć Balskiego w ringu z Krzysztofem Włodarczykiem. W czerwcu w rozmowie z bokser.org mówił: Jeśli Włodarczykowi nie powiodłoby się w turnieju WBSS, to taki pojedynek miałby sens. Jeśli spadać, to tylko z wysokiego konia.” Diablo przegrał z Gassijewem, więc warto wrócić do tego tematu.

    Grabowski: Nadal jestem otwarty na walkę Balski vs Włodarczyk. Tylko nie wiem, czy druga strona się na to zgodzi i przede wszystkim nie mam pojęcia, jakie miałaby żądania finansowe. Diablo to w końcu były mistrz świata i za darmo walczyć nie będzie.

    Miszkiń: Za takim pojedynkiem musiałyby iść duże pieniądze, a przecież w tym momencie konfrontacja Włodarczyka z Balskim nie sprzeda się w systemie PPV, więc nie będzie miał, kto pokryć gaży Krzyśka. Andrzej Wasilewski będzie chciał na nim zarobić, więc pewnie postawi zaporowe warunki. Gdyby promotor Krzyśka był przekonany, że Diablo wygra z pięściarzem Tymexu, dałby mu zielone światło, bo przecież odniósłby same korzyści z takiego pojedynku. Włodarczyk miałby walkę na odbudowanie i jeszcze ktoś zapłaciłby mu gażę. Podejrzewam jednak, że pan Wasilewski może mieć wątpliwości, czy Diablo wygrałby z Balskim, dlatego nie wierzą, że dojdzie do takiej walki. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłby chyba pojedynek Szpilki z Włodarczykiem. Niezależnie od tego, kto wygra, Andrzej Wasilewski wyjdzie na tym dobrze pod względem finansowym.

    Grabowski: Jestem święcie przekonany, że Balski pokonałby Włodarczyka. Nawet w swojej następnej walce.

    Miszkiń: Balski w takim pojedynku dałby z siebie wszystko, to byłaby jego walka życia. Krzysiek już niekoniecznie miałby takie podejście. Adam jest na tym samym poziomie co Noel Gevor, który postawił Krzyśkowi trudne warunki, więc też miałby szanse w konfrontacji z Włodarczykiem. Na pewno nie można go skreślać.

    Będą patrzeć mu na ręce

    Teraz Balski nie może zawracać sobie głowy potencjalną walką z Włodarczykiem, bo najpierw musi uporać się z Banksem w Częstochowie. Oczekiwania wobec pięściarza z Kalisza są duże, wszyscy będą patrzeć mu na ręce. W ringu pokaże się przed Tomkiem Adamkiem.

    – To będzie dla Adama najtrudniejszy test w zawodowej karierze – uważa Grabowski. – Banks to przeciwnik walczący w innym stylu niż dotychczasowi oponenci Balskiego. Stawiam jednak, że to będzie łatwa robota dla Polaka – dodaje Miszkiń.

    Promotor Balskiego twierdzi, że dalsza współpraca pięściarza z Gusem Currenem jest nieunikniona. W planach jest wylot zawodnika do USA. Balski nie może sobie pozwolić na potknięcie w najbliższym pojedynku. – Pod względem rankingowym walka z Banksem niewiele da Adamowi. To jest raczej inwestycja w promocję tego zawodnika. Po 18 listopada może być bardziej rozpoznawalny w naszym kraju, a wtedy jego promotor będzie mógł zrobić galę z Balskim w walce wieczoru w kilku miastach w Polsce – kończy Miszkiń.

    Po pojedynku w Częstochowie będziemy trochę więcej wiedzieć o Balskim. Zobaczymy, ile dały mu wspólne treningi z Adamkiem, czego nauczył się od Currena. Mariusz Grabowski zdaje sobie sprawę, że w swojej stajni ma konia, w którego warto zainwestować. Dla promotora to też jest spore wyzwanie, bo karierę Balskiego trzeba umiejętnie poprowadzić, nie można go od razu rzucić na zbyt głęboką wodę.

    Krzysztof Smajek