Posts Tagged ‘boks’

adam_kownacki

Chris Arreola został odhaczony, ale Adam Kownacki nie może być zadowolony ze swojej postawy. Wygrał zdecydowanie, kibice dostali mordobicie, więc nie mogą narzekać, ale jest pewien problem. Adam przyjął w tej walce prawie 300 ciosów. Z takich pojedynków powinien wychodzić bez szwanku. Niestety, w Barclays Center jego defensywa była koszmarna.

Przed walką eksperci i kibice przekrzykiwali się, w której rundzie „Babyface” wykończy Arreolę. Prawie nikt nie brał pod uwagę, że Adam może mieć pod górkę. PoGongu tonowało nastroje, pisaliśmy, że to może być dla Kownackiego walka-pułapka. Nasze obawy zwiększyły się po ceremonii ważenia, bo ponad 120 kilogramów to jednak była przesada. Adam publicznie tego nie powiedział, ale jak stanie przed lustrem, to pewnie sam przed sobą przyzna, że zlekceważył Arreolę. Myślał, że pójdzie gładko, że rozjedzie Chrisa jak poprzednich rywali. Dlatego nie pilnował kilogramów.

Wyświetl ten post na Instagramie.

20-0 🙏🏻🙏🏻🙏🏻🙏🏻

Post udostępniony przez Adam Kownacki (@akbabyface)

//www.instagram.com/embed.js

Kownacki w sobotni wieczór był za ciężki i przez to był wolniejszy niż w poprzednich walkach. W jego boksie zabrakło dynamiki, wydłużenia kombinacji i zmian tempa. Gdy Arreola był podłączony, Kownacki nie dociskał gazu, tylko dawał rywalowi wrócić do gry. I stąd wzięły się nadgodziny. Po raz pierwszy w karierze walczył 12 rund, ale w dwóch ostatnich odsłonach prawie nie było go w ringu. Rządził wtedy Arreola, który walczył już jedną ręką. Strach pomyśleć, jak wyglądałaby walka, gdyby Kalifornijczyk do końca miał dwie sprawne ręce. Werdykt oczywiście nie zostawia żadnych wątpliwości. Kownacki wygrał zasłużenie, choć punktacja była chyba trochę za wysoka.

Nie chcemy się pastwić nad Adamem, ale zasłużył na krytykę. Wcześniej był głaskany przez wszystkich, więc kilka cierpkich słów nie powinno mu zaszkodzić. Po takiej walce nie może być za kolorowo. Martwi to, że przyjął tyle ciosów. Wojny są fajne dla kibiców, ale z punktu widzenia zawodników wygląda to trochę inaczej. Przemek Saleta w studiu Polsatu podkreślał, że pięściarz nie jest w stanie stoczyć zbyt wielu takich wojen jak Kownacki z Arreolą. W takich walkach pięściarze szybciej się starzeją. Szkoda zdrowia.

W tym miejscu warto przypomnieć bardzo ciekawą wypowiedź Adama. Z listopada 2017 roku.

„Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki, a nie inny. Lubię się bić.”

Za chwilę na świecie pojawi się Kazimierz, syn Adama, więc powyższe słowa warto byłoby wprowadzić w życie. Oczywiście Kownacki stylu już nie zmieni, bo on płynie w jego DNA, ale nad defensywą musi pracować. Wilder nie wybacza błędów w obronie przeciwników.

View this post on Instagram

Poland Born, Brooklyn Raised.

A post shared by Adam Kownacki (@akbabyface) on

Kownacki walką z Chrisem Arreolą wszedł w inny wymiar kariery. Dostał walkę wieczoru, poczuł większą presję, odebrał większy czek. Wokół niego wybuchło też olbrzymie zainteresowanie ze strony mediów. Tu wywiad, tam sesja zdjęciowa, tu zaproszenie do telewizji. Wcześniej tego nie było, przynajmniej nie w takich rozmiarach. Dla Adama to nowa sytuacja. Przydałby mu się jakiś mentor, który udzieliłby mu kilku wskazówek i wskazał zagrożenia, które czyhają na najwyższym poziomie. Najlepiej ktoś, kto już to poczuł na swojej skórze. Może Adam powinien zaprosić na piwo Tomka Adamka i podpytać go o te sprawy. Gra jest o dużą stawkę. Liczą się już detale.

Co dalej z karierą Kownackiego? Nadal jest w poczekalni i musi czekać na mistrzowską szansę. Jego menedżer twierdzi, że od walki o pas dzielą go jeszcze dwa pojedynki. Polscy kibice chcieliby zobaczyć Adama w polskim ringu, ale w najbliższym czasie to raczej mało realna opcja. Mateusz Borek pisał na Twitterze, że „polski rynek nie ma żadnych szans na wygenerowanie takich pieniędzy, jakie dziś trzeba zapłacić Adasiowi”. Ma rację, ale „Babyface” zawsze może pójść na jakieś ustępstwa. Może stoczyć w Polsce walkę ze słabszym rywalem, za mniejsze pieniądze. Finansowo byłby na minusie, ale marketingowo mógłby zyskać.

Ale pewnie jego kolejna walka odbędzie się w USA. Przemek Garczarczyk informował, że jeśli z jakichś powodów Luis Ortiz wypadnie z zaplanowanej na listopad konfrontacji z Deontayem Wilderem, to pierwszym rezerwowym będzie Kownacki. W boksie niczego nie można zaplanować, więc Adam musi uzbroić się w cierpliwość. Może walczyć z Wilderem, jego rywalem może być Andy Ruiz Jr, ale niewykluczone, że spotka się w ringu z Kubratem Pulewem (chyba najlepsza z tych opcji). W dyspozycji z ostatniej walki nie będzie faworytem w żadnym z tych pojedynków.

Adam musi na spokojnie obejrzeć walkę z Arreolą i przeanalizować popełnione błędy. Później powrót na salę i robota. Najważniejsze, że wygrał z Arreolą, ma bilans 20-0 i wciąż jest w grze o mistrzostwo świata. I mimo wszystko trochę poprawił nam humor, bo ostatnie tygodnie w polskim boksie były tragiczne.

Reklamy

Kownacki-Arreola

Jeszcze niedawno Adam Kownacki postrzegany był jako sympatyczny grubasek. Nikt nie traktował go poważnie. A on robił swoje. Czyli z uśmiechem na ustach bił kolejnych rywali. Na rozkładzie ma już dwóch pretendentów i jednego mistrza świata. Po wygranej z Geraldem Washingtonem wymownym gestem pokazał, że chce walki o pas. I jest już coraz bliżej tej walki, ale na razie czeka w poczekalni na rozwój wypadków. W nocy z soboty na niedzielę wejdzie do ringu z Chrisem Arreolą.

Kownacki jest twarzą polskiej wagi ciężkiej, która jest w potężnym kryzysie. Tomasz Adamek jest na emeryturze, ale może jeszcze wróci, żeby zarobić na mercedesa, Izu już powiedział dziękuję, Artur Szpilka został brutalnie zweryfikowany przez Derecka Chisorę. Pozostałych nie ma sensu wymieniać.

Kownacki to chłopak wychowany na Brooklynie, a Barclays Center to jego drugi dom. Stoczył tam już osiem pojedynków, ale po raz pierwszy wystąpi w walce wieczoru. Na trybunach ma być armia Kownackiego, jak to ujął Adam. Twierdzi, że sprzedał 2000 biletów. To dużo. Duża będzie też ciążyła na nim presja, bo do ringu wejdzie jako faworyt. To dla niego nowość. Wcześniej faworytem był tylko w walce z Washingtonem.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Chór ekspertów przekonuje, że Polaka w konfrontacji z „Koszmarem” czeka spacerek. Oby tak było, ale to może być walka-pułapka (odpukać!). Niby Chris Arreola jest już po drugiej stronie rzeki, ale „Babyface” nie może go zlekceważyć. Adam wie, że takie podejście to największy grzech w boksie, ale warto o tym przypomnieć. Kownacki nie może sobie pomyśleć: zrobię show w Barclays Center i rozwalę go do drugiej rundy. Takie podejście jest niebezpieczne. Wie coś o tym Artur Szpilka, który tak sądził przed walką z Kownackim i się przeliczył.

Nie będziemy pompować balonika i brać udziału w licytacji, w której rundzie „Babyface” znokautuje Arreolę. Wierzymy, że Adam wygra bez wydawania reszty, ale lepiej dmuchać na zimne. Wydaje się, że może mieć z Arreolą więcej roboty niż w starciu z Geraldem Washingtonem. „Koszmar” to twardy zawodnik, nie pęka w ringu. Trzy razy walczył o mistrzostwo świata, był w ringu z Witalijem Kliczką i Deontayem Wilderem. Kownackiego się nie przestraszy.

Polak od dawna chciał konfrontacji z Kalifornijczykiem. Jak na pojedynek w poczekalni jest to atrakcyjny rywal. Z rozpoznawalnym nazwiskiem i fajną przeszłością, ale już u schyłku kariery i bez przyszłości. Arreola oczywiście twierdzi, że chce zostać mistrzem świata, ale to tylko takie gadanie, żeby lepiej wypaść w mediach. Nikt w jego słowa nie wierzy. Z tego Arreoli, który kilka lat temu walczył z Tomaszem Adamkiem, zostało już niewiele.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Style obu zawodników, mówiąc wprost, gwarantują mordobicie. Kibice kochają taki matchmaking. Kownacki musi uszczelnić obronę, bo przez swój styl jest skazany na przyjmowanie ciosów. Polak jest odporny, ale każdą szczękę da się skruszyć i lepiej, żeby Arreola jej nie testował. Z takiej walki najlepiej wyjść bez szwanku.

Kownacki toczy korespondencyjne pojedynki z Deontayem Wilderem. Szpilkę i Washingtona pokonał szybciej od mistrza federacji WBC. Po walce z Kalifornijczykiem ten bilans może wyglądać 3-0 dla Kownackiego, musi tylko wyrobić się przed 8. rundą. Niby nie ma to wielkiego znaczenia, ale Kownacki czekając na walkę z Wilderem, może się chwalić, że szybciej od niego odsyłał rywali do szatni.

Ostatnie tygodnie to nie jest dobry czas dla polskiego boksu. Swoje walki przegrali Krzysztof Głowacki, Maciej Sulęcki i Artur Szpilka. Mizernie to wygląda. „Babyface” może przerwać złą passę. – Słyszałem, że po trzech pogrzebach czas na wesele i zrobię wszystko, by poprawić humor polskim kibicom – twierdzi „Babyface” w rozmowie z TVP Sport.

ZOBACZ TAKŻE:

Szpilka-Chisora

Artur Szpilka w polskim boksie generuje największe emocje. To typ, który lubi spacerować na krawędzi przepaści. Teraz pojechał do Londynu, żeby bić się z Derekiem Chisorą. Eddie Hearn mówi, że w ringu spotka się dwóch szalonych gości. Ma rację. A my będziemy mieć emocje.

Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia Szpilka nie powinien brać tej walki. Okoliczności średnio jej sprzyjają. Nie złapał jeszcze pewności siebie po porażce z Adamem Kownackim, ostatnia walka z Mariuszem Wachem była taka sobie w jego wykonaniu. Wachowi tak naprawdę zabrakło jednego ciosu do wygranej. Na dodatek Szpilka ma nowego trenera. Roman Anuczin może i jest fachowcem, ale panowie znają się tylko z sali treningowej. Fajnie wyglądają na tarczy, ładnie wychodzą na wspólnych zdjęciach, ale jeszcze nie byli razem na robocie. Artur jest zachwycony Anuczinem, ale w jego przypadku fascynacja nowym szkoleniowcem to standard.

Trenerzy mają problem ze Szpilką, bo jego ego jest trudne do okiełznania. – On potrzebuje obok siebie mocnego charakteru, który wskaże mu kierunek – mówił Andrzej Wasilewski po walce Szpilki z Kownackim i dodawał, że Ronnie Shields w sferze mentalnej nie zapanował nad Arturem. Największy wpływ na Szpilkę miał Fiodor Łapin. To z nim w narożniku stoczył on wzorową pod względem taktycznym walkę z Tomaszem Adamkiem.

W sobotę Szpilka nie może zapomnieć o dyscyplinie w ringu. Chisora będzie prowokował do bójki, a tego Polak musi unikać. Brytyjczy twierdzi, że nie umie boksować, ale lubi się bić. Jest twardy, zadaje dużo ciosów i cały czas idzie do przodu. Wydaje się, że dla Szpilki to stylowy koszmar. Polak nie może stracić koncentracji, co często mu się zdarza. Nie może też opuszczać rąk w kryzysowych momentach, ale z tego to już chyba nie da się go wyleczyć. Jeśli Anuczin to zrobi, będzie cudotwórcą.

Z walki Szpilki z Wachem zapamiętaliśmy obrazek, gdy Artur opuścił ręce i poszedł do narożnika. To był komunikat do Wacha: chodź, możesz mnie bić. Mariusz nie skorzystał z okazji. Jeśli Szpilka będzie odstawiał podobne numery w Londynie, to czeka go KO. Chisora nie wypuści go z budki telefonicznej. A z niej Szpilka nie zadzwoni po pomoc do GOPR-owców, jak uczynił to, gdy zabrał Pumbę na Snieżkę i miał problem z powrotem do domu. Tam będzie musiał liczyć tylko na siebie, ale lepiej, żeby nie dawał się zamknąć w narożniku.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Pomysł walki z Chisorą nie przypadł do gustu Andrzejowi Wasilewskiemu. I trudno mu się dziwić, ale Szpilka nie daje się prowadzić za rączkę. Kilka lat temu na Twitterze „zorganizował” sobie walkę z Bryantem Jenningsem. Z promotorskiego punktu widzenia pojedynek miał status: bez sensu, ale Szpilka się uparł, pojechał do USA i przegrał przed czasem. Przeliczył się, bo nie był wtedy gotowy na ten poziom.

Szpilka lubi brawurę i jazdę bez trzymanki. W ringu i w życiu prywatnym. Bylejakość go nie interesuje. Nie chciał bić słabych rywali za przeciętne gaże. Szukał wyzwań i większych pieniędzy. Chce pić szampana, to ryzykuje. W boksie i w życiu warto być odważnym. Gdyby Andy Ruiz Jr nie zaryzykował, nie byłby dzisiaj mistrzem świata.

(więcej…)

izu_3

Na polskim podwórku mieliśmy walkę-odpowiednik konfrontacji Anthony Joshua vs Andy Ruiz Jr. W Polsce też zwyciężył grubasek, na którego niewielu stawiało.

Izu Ugonoh wszedł do ringu w Rzeszowie i od pierwszego gongu szukał tabliczki z napisem exit. Brak pomysłu na walkę to był jego jedyny pomysł. Determinacja Ugonoha była na poziomie ucznia wracającego po wakacjach do szkoły. Wydawało się, że lewą ręką będzie kontrolował walkę, że będzie bił po dołach i polował na mocny prawy. Nic z tego nie wyszło.

Inne nastawienie miał Łukasz Różański, który od początku pojedynku ruszył po nokaut. W 4. rundzie dopiął swego i wygrał przed czasem. Wcześniej zdominował Ugonoha pod każdym względem. Walka zakończyła się w KONTROWERSYJNYCH okolicznościach, bo Różański dobijał klęczącego już Izu. Gdyby team Ugonoha wniósł protest, walka mogłaby zakończyć się dyskwalifikacją Różańskiego. Sędzia Robert Gortat, który po ostatnich galach był chwalony, tym razem stracił kontrolę nad wydarzeniami w ringu.

Izu po walce nie szukał wymówek. Z uśmiechem na ustach pogroził tylko palcem Różańskiemu za ostatni cios. „Łukasz był lepszy ode mnie. Niepotrzebnie uderzył mnie, gdy leżałem na podłodze. To nie było fajne” – mówił, ale w tych słowach nie było sportowej złości. Później dodał: Coś we mnie zgasło, nie byłem w stanie dać z siebie więcej. Myślę, że zabrakło serca, żeby wzbić się na wyżyny.

(więcej…)

izu_3

Od ostatniej walki Izu Ugonoha minął już ponad rok. Od ostatniej poważnej prawie dwa i pół. Kariera Izu na pewno nie stanowi wzoru do naśladowania. Wiele razy była w martwym punkcie.

Gdy Ugonoh podpisał kontrakt promotorski z Dariuszem Michalczewskim, wydawało się, że jego kariera ruszy z kopyta. – Jest diamentem do oszlifowania. Jestem przekonany, że Izu to materiał na mistrza świata – mówił „Tiger”. Zapomniał chyba, że diamenty szlifuje się znacznie wcześniej.

Walka o mistrzostwo świata – taki był plan

Michalczewski miał konkretny pomysł na Ugonoha. Chciał zorganizować mu walkę z Alim Demirezenem o pas WBO Europe. Po zwycięstwie Izu miał wejść do pierwszej dziesiątki rankingu. Później plan zakładał jeszcze 2-3 walki i w 2020 roku Izu miał się bić o mistrzowski pas. Fajnie to brzmiało, ale nic z tego nie wyszło.

Walka z Demirezenem była przekładana i nigdy do niej nie doszło. Po drodze team Izu odrzucił ofertę pojedynku na gali Mateusza Borka w Spodku. Szef MB Promotions chciał go skonfrontować z Sergiejem Werwejką.

Za przeciwnika Ugonoha chciałem zapłacić. Nikt by na tym nie stracił. Ja miałbym jeszcze ciekawszą kartę, a Izu aktywność – mówił Borek. Negocjacje zakończyły się fiaskiem. – Uważali, że Izu jest zawodnikiem, który powinien boksować w main lub co-main evencie. Miałem na ten temat inne zdanie i nie doszliśmy do porozumienia – dodał Borek.

Nokauty na słabych rywalach i runda roku

Jeśli ktoś ostatnio czuł głód walk Izu, mógł włączyć powtórkę jego starcia z Dominikiem Breazeale’em. Co to była za walka. Trzecia odsłona tego starcia została wybrana przez „The Ring” rundą 2017 roku. Ugonoh przegrał przed czasem, ale w CV może wpisać, że posłał na deski pretendenta do tytułu mistrzowskiego.

(więcej…)

DSC02833

Maciej Sulęcki nie miał nic do powiedzenia w walce z Demetriusem Andrade, której stawką był mistrzowski pas federacji WBO. Polak przegrał wszystkie rundy i wypadł blado na tle Amerykanina. „Striczu” w poniedziałek wrócił do Polski i opowiedział o pojedynku w Providence.

O porażce z Andrade

Jestem trochę rozbity mentalnie, fizycznie czuję się bardzo dobrze. Najgorzej, że czuję, że to jest oddana walka trochę bez walki. Mieliśmy plan, ale gdy stanęliśmy w ringu z Andrade, wszystko legło w gruzach. Nie miałem kompletnie pomysłu. Chodziłem za nim i myślałem, jak się do niego dobrać. Był zdecydowanie trudniejszym rywalem niż Daniel Jacobs. Nie chcę szukać wymówek, bo to nie ma sensu. Przyjmuję porażkę na klatę, przegrałem w słabym stylu. Nie spałem po walce i myślałem o tym, ale teraz chcę odpocząć z rodziną i nacieszyć się córką. Nie chcę wyciągać wniosków na gorąco, bo pośpiech jest złym doradcą. Na pewno wyciągnę konsekwencje.

O planie na walkę

Plan zakładał, żeby nie lecieć na hura na niego. Wiedzieliśmy, że Andarde bardzo dobrze kontruje, chcieliśmy go wciągać. Być cały czas na pressingu i go zaczepiać. Czekać na jego atak i po ataku robić zejście i wtedy zadawać ciosy. Kurczę, ale nie wyszło. Wydawało mi się, że potrafię walczyć z mańkutami, ale Andrade to jednak inny styl. Nic nie wyszło w tej walce i nic się nie zazębiło. Pierwszy raz w życiu wszedłem do ringu i nie wiedziałem, co mam robić. Nie poradziłem sobie z Andrade, bo był za trudny, ale to nie jest usprawiedliwienie. Jeżeli chcesz być najlepszy na świecie, musisz wygrywać z każdym.

O nokdaunie

Dostałem w trąbę, upadłem, ale szybko się pozbierałem. Nokdaun nie zabrał mi pewności siebie. Fizycznie go nie odczułem. Frustrowałem się strasznie, po ósmej rundzie byłem strasznie sfrustrowany. Dajcie mi trochę czasu, żeby dojść do siebie. Niech głowa wróci na odpowiednie tory. Później będę myślał, co dalej. Nie widziałem walki, jeszcze żyję emocjami i nie do końca racjonalnie myślę.

O Piotrze Wilczewskim

Styl robi walkę. Po walce z Rosado, oprócz dziewiątej i dziesiątej rundy, wszyscy mówili, że było super. O, profesor. W Polsce jest tak, że w przypadku niepowodzenia wszyscy mówią o zmianie trenera. Uważam, że komendy Piotrka były bardzo dobre. Tylko ciężko było mi je wprowadzić w życie.

O krytyce i przyszłości

Ludzie we mnie wierzyli i wiedziałem, że spadnie na mnie krytyka. Każdą, zwłaszcza konstruktywną, krytykę przyjmuję i z każdym porozmawiam. Potrzebuję 2-3 tygodni luzu, później będę wyciągał wnioski. Muszę spojrzeć na siebie, na swoją ekipę. Spojrzeć na przygotowania, czy czegoś nie zawaliliśmy. Jestem w środku pokłuty i poraniony. Na dodatek serducho jest strasznie dziurawe. Muszę zresetować głowę i lecimy przed siebie, nie poddaję się.

O zejściu kategorię niżej

Waga średnia jest najmocniejsza na świece, a ja lubię wyzwania. Dlatego tu zostanę. Chcę wyzwań i walk z mocnymi rywalami. Chcę być najlepszy na świecie. Mam jakąś markę w USA, trochę to zostało teraz nadszarpnięte. Muszę wrócić do Stanów i szybko się odbudować. Jestem gotowy na wszystko i pokornie znoszę porażkę. Na pewno będzie lepiej.

matchroomboxing_ddc_june29_300x250-copy_9cec27da-5056-a36a-090a5a25847a1274.jpg

To nie tak miało wyglądać. Maciej Sulęcki wchodził do ringu bardzo pewny siebie, ale od pierwszego gongu ta pewność zaczęła ulatywać. Demetrius Andrade stylowo nie odpowiadał polskiemu pięściarzowi i odniósł zdecydowane zwycięstwo.

Andrade rozpoczął agresywnie i już w pierwszej rundzie sędzia liczył Sulęckiego. Polak wstał z desek, ale do końca pojedynku był bezradny. Nie potrafił dobrać się do przeciwnika i nie podłożył ani jednej miny pod jego nogi. Andrade kontrolował tempo walki, bił kiedy chciał, obniżał pozycję, był szybki i ruchliwy. Momentami wyglądało to na zabawę z jego strony.

Sulęcki w swoim arsenale nie miał broni. Brakowało planu B i C na walkę. Bardzo rzadko używał prawej ręki, lewy prosty nie wykonał zadania. Z minuty na minutę jego bezradność była coraz większa. Sulęcki jest pięściarzem, który lubi się bić i nie można mu odmówić charakteru, ale w Providence nie istniał w ringu. Rywal był nieuchwytny. Według statystyk Compubox Polak zadał 331 ciosów, trafił Andrade tylko 51 razy. 15 procent skuteczności to za mało, żeby zdobyć pas mistrza świata.

 
Jeśli ktoś po raz pierwszy widział w ringu Sulęckiego, to pewnie pomyślał sobie, że Polak jest przeciętnym zawodnikiem. Przegrał wszystkie rundy z Andrade i nie miał nic do powiedzenia. Sulęcki w walkach z Danielem Jacobsem czy Gabrielem Rosado udowodnił jednak, że należy mu się miejsce w czołówce wagi średniej.

Po walce w Providence pojawiły się opinie, że egzaminu w narożniku Sulęckiego nie zdał jego trener – Piotr Wilczewski. Panowie pracują ze sobą od kilku miesięcy, mają za sobą dwie walki. Bilans 1-1. Sulęcki w rozmowie z TVP Sport odniósł się do krytyki trenera. – Mam na to wywalone. Wrócimy do Polski, usiądziemy z trenerem i pogadamy co było ok, a co nie ok (…) Jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jest źle, to zaraz powstają teorie spiskowe, wymówki, szukanie winnych, a prawda jest taka, że z tak dysponowanym Andrade przegrałbym dziesięć walk na dziesięć bez względu na to, kogo miałbym w narożniku.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Nie róbmy z Piotra Wilczewskiego kozła ofiarnego. Panowie muszą usiąść, przeanalizować walkę i ustalić, czy widzą sens dalszej współpracy. Najłatwiej jest zwolnić trenera, ale przecież nie o to chodzi. Piotr Wilczewski jako szkoleniowiec dopiero zdobywa doświadczenie na najwyższym poziomie. Pamiętajmy też, że w Polsce nie ma trenerów do wyboru, do koloru.

W grupie KnockOut Promotions głównym szkoleniowcem jest Fiodor Łapin, ale Sulęckiego nigdy nie ciągnęło w kierunku tego trenera. Kilka lat temu mówił nam: Fiodor Łapin jest doskonałym trenerem, ale mi by nie odpowiadał, bo to nie jest mój styl.

Maciej Sulęcki zapowiada, że porażka z Amerykaninem to tylko krok do tyłu, że nie zamierza się poddać i wciąż chce walczyć o najwyższe cele. Przegrał walkę o mistrzostwo świata, ale Andrade to kozak, który jeszcze wielu rywalom napsuje krwi. Sulęcki ma dopiero 30 lat, więc jeszcze ma czas, żeby spełnić marzenie o mistrzowskim pasie. Lekcję z Providence na pewno zapamięta do końca życia.

sulecki_1

Andrzej Wasilewski powiedział kiedyś, że Maciej Sulęcki jest bokserskim chuliganem, który chce boksować z każdym. Za chwilę ten ringowy chuligan, który od dawna ma apetyt na duże walki, może zostać mistrzem świata. „Striczu” walczy w mocno obsadzonej kategorii wagowej, dlatego wejście na szczyt nie było prostą sprawą.

W kwietniu 2015 roku spotkaliśmy się z Maciejem Sulęckim w Legia Fight Club. Przygotowywał się wtedy do walki z Darrylem Cunninghamem. Pierwszej na nowej scenie, bo to miał być jego debiut na amerykańskim ringu. Kilka miesięcy wcześniej Sulęcki wygrał z Grzegorzem Proksą i otworzył sobie drzwi do dużej kariery.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat? – tym pytaniem kończyliśmy rozmowę z Maćkiem.

Za pięć lat? Będę miał wtedy trzy dychy na karku… Chcę być już na szczycie – odpowiedział bez chwili zastanowienia.

Od naszej rozmowy minęły 4 lata z hakiem. W najbliższą sobotę Sulęcki będzie walczył z Demetriusem Andrade o pas mistrza świata.

Daje widowiskowe walki

Sulęcki nie urwał się z choinki. Jego kariera, może z małymi wyjątkami, jest prowadzona modelowo. Maciej nie szedł na skróty. Nie bił słabych rywali, by w końcu dostać walkę o tytuł i zarobić gażę życia. Wspina się na szczyt krok po kroku. W USA stoczył już siedem walk i wyrobił sobie tam nazwisko. Daje widowiskowe walki, w których kipi od emocji. Kibice dla takich pięściarzy jak Sulęcki kupują bilety i zarywają noce.

Z Danielem Jacobsem, byłym mistrzem świata, stoczył twardy pojedynek. Przypomnijmy, że wtedy nikt nie traktował go poważnie. Amerykańscy dziennikarze mówili o tej walce, że to mistmach. Miał przyjechać chłopak z Polski i dostać lanie od miejscowego bohatera.

Sulęcki miał inny plan. Wszedł do ringu i dał wyrównaną walkę. Udowodnił, że należy do światowej czołówki kategorii średniej. Mimo że przegrał po raz pierwszy w zawodowej karierze, nie musiał się niczego wstydzić.

Lekcja pokory i powrót do starej zasady

Pięściarzy można podzielić na dwie kategorie. Tych, którzy chcą zarobić kasę i tych, którzy chcą zrobić karierę (plus zarobić pieniądze, bo nikt nie bije się za darmo). „Striczu” jest w drugiej grupie. On jest głodny sukcesu. Gdy mu coś nie pasowało, nie wiązał języka na supeł. – Po walce z Centeno, którą wygrałem w dobrym stylu, byłem ostro wkur***, że dostaje pojedynki z ogórami w Polsce, a nie z dobrymi rywalami w USA – mówił nam Sulęcki.

To był faktycznie trudny okres w jego karierze. Sulęcki miał apetyt na duże walki, a musiał bić się z „ogórami”. Michi Munoz i Damian Bonelli to byli rywale, których „Striczu” przed walką mógł pytać, w której rundzie chcą leżeć na deskach, by później spełniać ich prośby.

Dwa łatwe zwycięstwa trochę uśpiły Sulęckiego. Pojechał do USA i miał olbrzymie problemy z Jackiem Culcayem. Wygrał, ale stracił dużo zdrowia. W ringu była wojna. Po czasie przyznał, że poczuł się zbyt pewny siebie i nie przykładał się do treningów. – Otrzymałem lekcję pokory i wróciłem do starej zasady, że trzeba zapierniczać na treningach, bo nic za darmo nie przychodzi – twierdził po walce.

Strumień komplementów i krytyki

Sulęcki po starciu z Jacobsem podpisał kontrakt na trzy walki z platformą DAZN. Eddie Hearn jako pierwszą przeszkodę podstawił mu Gabriela Rosado. „Striczu” pojechał na teren wroga i miał walkę pod kontrolą, ale w 9. rundzie dwa razy leżał na deskach. Wygrał jednogłośnie na punkty, ale po pojedynku pod jego adresem leciał podobny strumień komplementów co krytyki.

„Striczu” był też na deskach w konfrontacji z Jacobsem. Na najwyższym poziomie przeciwnicy nie wybaczają błędów. – Najbardziej martwi mnie to, że Maciek padał na deski po podobnych akcjach, czyli ciosach nad jego lewą ręką. Ta ręka jest za nisko lub za bardzo wysunięta do przodu. Przeciwnicy znajdują przestrzeń, żeby uderzyć z kontry lub bezpośrednim prawym i niestety trafiają – mówił nam po walce z Rosado Andrzej Wasilewski.

W konfrontacji z Demetriusem Andrade lewa ręka Sulęckiego musi pilnować szczęki. Amerykanin jest niewygodny, zadaje dużo ciosów i bije mocno z obu rąk. Będzie groźny w każdej sekundzie walki. – Nastawiam się na szachy. Nie sądzę, że będzie tu typowa bójka. Wiadomo, że będę musiał być agresywny, ale nie będzie można głupio atakować, ponieważ Andrade bardzo dobrze kontruje – mówił Sulęcki w rozmowie z WP SportoweFakty.

Kiedyś krążyła opinia, że Sulęcki ma watę w rękawicach. Wygrywał walki, ale nie nokautował rywali. To się zmieniło po konfrontacji z Grzegorzem Proksą. Mit został obalony, ale Maciek nigdy tym się nie przejmował – Wiem, co drzemie w moich rękach – powtarzał z uśmiechem. Jack Culcay, który walczył z Sulęckim i Andrade twierdzi, że mocniej bije polski pięściarz.

Teraz słychać opinie, że Sulęcki ma słabą szczękę. – Niech sobie ludzie mówią, ja wiem swoje – mówi „Striczu” w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Kibice wierzą, że przywiezie pas

Sulęcki w pojedynku z Rosado doznał kontuzji prawej dłoni. Nie było złamania, ale badania wykazały odprysk kości. Pięściarz zapewnia, że ze zdrowiem jest już wszystko w porządku i że po kontuzji ręki nie ma śladu. Do walki życia ma wyjść zdrowy i optymalnie przygotowany.

Na barkach Sulęckiego ciąży odpowiedzialność. Kiedyś powiedział z przymrużeniem oka, że polski boks jest w jego rękach. Nie minął się z prawdą. On, Krzysztof Głowacki i Adam Kownacki to nasze największe nadzieje na sukcesy. Głowacki sparzył się w Rydze, a Kownacki cały czas czeka na mistrzowską szansę.

Kibice w Polsce liczą na Sulęckiego i wierzą, że przywiezie z USA pas mistrza świata. – Idę na ring dobrze się bawić i biorę to, co moje, czyli pas mistrza świata – zapowiada Maciek w rozmowie z „PS”.

Trzymamy za słowo i wkładamy szampana do lodówki.

krzysztof glowacki.jpg

Krzysztof Głowacki był na szczycie, spadł z niego, ale wdrapał się ponownie. Kilka dni przed walką z Mairisem Briedisem został pełnoprawnym mistrzem świata federacji WBO. Wcześniej był tylko mistrzem tymczasowym. W sobotę w Rydze może zdobyć także pas WBC.

Jakie to uczucie zostać mistrzem świata bez walki? – pytamy Krzysztofa Głowackiego.

Nie możemy powiedzieć, że bez walki, bo w listopadzie wygrałem z Masimem Własowem. On był wtedy jedynką, a ja dwójką w rankingu WBO. To był eliminator. To fajne uczucie zostać mistrzem, ale lepiej byłoby, gdybym odebrał pas Ołeksandrowi Usykowi.

W jakich okolicznościach dowiedziałeś się, że zostałeś pełnoprawnym mistrzem federacji WBO?

Przeczytałem o tym w internecie (śmiech). Teraz nie skupiam się na tym. Będziemy się cieszyć dopiero po turnieju WBSS. Oczywiście, jak go wygram – twierdzi Głowacki.

Żeby wygrać turniej WBSS Głowacki musi w sobotę w Rydze pokonać Mairisia Briedisa. Zwycięstwo da mu przepustkę do finału i dwa mistrzowskie pasy. – Od dawna spodziewaliśmy się, że stawką tej walki mogą być dwa pasy i to zostało oficjalnie potwierdzone dziesięć dni przed pojedynkiem. Wiadomo, że przed walkami o mistrzostwo świata jest większa presja, ale Krzysztof wie, co to znaczy nosić pas. Jego nie trzeba dodatkowo nakręcać, raczej trzeba go trochę uspokajać – mówi Fiodor Łapin.

Tylko raz oglądał powtórkę walki z Huckiem

Krzysztof Głowacki pierwszy raz na szczycie kategorii junior ciężkiej znalazł się w 2015 roku. W Prudential Center leżał na deskach, ale wstał, otrzepał się i znokautował Marco Hucka. To był jeden z najpiękniejszych momentów w historii polskiego boksu. – Chyba tylko raz oglądałem powtórkę pojedynku z Huckiem. Szóstej rundy wciąż nie pamiętam. Ta walka zmieniła moje życie, bo zostałem mistrzem świata – mówi Głowacki.

Głowacki szybko został zrzucony z tronu. W drugiej obronie mistrzowskiego pasa na jego drodze stanął Ołeksandr Usyk. Ukrainiec do dzisiaj siedzi w głowie pięściarza z Wałcza. – To moja największa porażka w życiu. Mam nadzieję, że kiedyś będę miał szansę zrewanżować się Usykowi, ale na razie nie myślę o nim, tylko skupiam się na Briedisie – mówi Głowacki. W podobnym tonie wypowiada się trener Łapin. – Jesteśmy ambitni i staramy się nie zapominać o porażkach. Chcemy się odgryźć. Krzysztof chce tej walki, ja też jej chce. Wiadomo jak trudne byłoby to zadanie, ale w tej chwili o tym nie myślimy.

Krzysztof Głowacki i Fiodor Łapin pracują ze sobą od wielu lat. Jeśli dobrze liczymy to od dziewięciu. Gdy się patrzy na nich z boku, przypominają stare dobre małżeństwo – Kawał czasu spędziliśmy na sali z trenerem Łapinem. Minęło nie wiadomo kiedy. Mam nadzieję, że jeszcze parę lat przed nami – mówi Głowacki.

Były trudne momenty?

Pewnie, że były. Zawsze są w trakcie przygotowań, gdy człowiek ciężko trenuje i jest zmęczony. Czasami pojawiają się myśli: po co mi to wszystko? Ale później przychodzi walka i jest już pięknie.

glowacki

Blisko katastrofy w Nysie

Głowacki do starcia z Siergiejem Radczenko przystępował w roli faworyta. To miała być łatwa robota, przetarcie przed poważniejszymi walkami. Mało brakowało, a walka w Nysie skończyłaby się katastrofą dla Głowackiego. W 5. rundzie pięściarz KnockOut Promotions leżał na deskach i mógł przegrać przed czasem ze swoim byłym sparingpartnerem.

Głowacki wygrzebał się z tarapatów, ale za walkę zasłużył na dwóję. – To była tragedia w moim wykonaniu. Nie zlekceważyłem rywala, miałem problemy w życiu prywatnym i tak wyszło. Nie chcę do tego wracać. Po walce z Radczenko miałem rozmowę z trenerem, padły mocne słowa z jego ust – twierdzi Głowacki.

Łapin: Potwierdzam, była rozmowa. Może nie nazwałbym jej wychowawczą, bo to jest dorosły facet i miał problemy dorosłego życia. Nie każdy wie, jakie Krzysiek miał problemy poza sportem (chodzi o rozwód z żoną – przyp.red.), a to się najbardziej nałożyło na jego postawę w ringu. Wyjaśniliśmy sobie, co z tym zrobić, bo Krzysztof przeżywał wtedy bardzo trudny okres w życiu.

Głowacki: Trener Łapin jest motywatorem i psychologiem. Rozmawiamy o życiu prywatnym, o wszystkim. Mamy bardzo dobry kontakt i bardzo mu za to dziękuję. Jest moim prywatnym psychologiem.

Łapin: Nawet czasem nie musimy mówić do siebie, a już wiemy, o co chodzi drugiej stronie.

Problemy z kasą. „Ciągle się zapożyczałem”

Głowacki po turbulencjach wrócił na właściwe tory. Dostał się do drugiej edycji turnieju WBSS i znów jest w grze o wielką stawkę. Sportową i finansową. Pod względem finansowym nie zawsze było u niego różowo.

Kiedy zaczynałem walczyć zawodowo, ciągle się zapożyczałem. Nie miałem innego wyjścia (…) Później przychodziła walka, zarabiałem osiem tysięcy sześćset, oddawałem pożyczone pieniądze i zostawało mi na czysto jakieś sześć stówek. Oczywiście miałem też stypendium, ale długo to było jakieś dwa tysiące złotych. Sam byłem w Warszawie, rodzina w Wałczu, więc miałem dwa domy do utrzymania. A przecież same dojazdy też kosztowały. To były trudne czasy – wspomina Głowacki w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Według informacji tvpsport.pl zwycięzca walki Briedis vs Głowacki ma zarobić milion dolarów (400 tysięcy „podstawy” + 600 tysięcy bonus za awans).

Czy ściany pomogą Briedisowi?

Głowacki do konfrontacji w Rydze trenował w Polsce, Hiszpanii i Anglii. – Przygotowania były bardzo ciężkie, zresztą jak zawsze. Teraz były urozmaicone, bo były wyjazdy do Hiszpanii i Anglii. Było coś innego, inne sale i inni zawodnicy. Najpierw pracowaliśmy nad siłą i wytrzymałością, później było dużo techniki, na końcu sparingi – mówi Głowacki. – W trakcie przygotowań patrzyliśmy na mocne i słabe strony Briedisa. Łotysz ma pozostałości z kickboxingu, jest unikalny w swoim rodzaju. Patrzyliśmy też na siebie. Na przygotowanie mentalne, fizyczne i technikę – dodaje Łapin.

(więcej…)

joshua_ruiz

Podobno dzisiejszy świat nie jest stworzony dla marzycieli. Andy Ruiz Jr, który był skazywany na porażkę z Anthonym Joshuą, obalił tę teorię. „Niszczyciel„ wszedł do Madison Square Garden kuchennymi drzwiami, a wyszedł głównym wyjściem z kolekcją pasów i czekiem na kilka milionów dolarów.

Czuję dreszcze i jestem podekscytowany tą walką. Przyzwyczaiłem się już do tego, że ludzie mnie nie doceniają. Jestem gotów umrzeć w ringu, aby wygrać – mówił Andy Ruiz Jr przed pojedynkiem z Anthonym Joshuą. Czekało na niego bardzo trudne zadanie, ale Ruiz wierzył, że może zostać pierwszym meksykańskim mistrzem świata wagi ciężkiej.

Joshua od 4. rundy był o rozmiar mniejszy

Gdy Ruiz padł na deski w 3. rundzie, wydawało się, że jego marzenia właśnie dobiegają końca. Joshua miał przed sobą zranionego rywala, musiał go tylko dobić. Meksykanin miał inne plany i po chwili zmienił obraz walki. To on bił, a Joshua był w tarapatach. Brytyjczyk po 3. starciu wracał do narożnika na miękkich nogach i z mętlikiem w głowie. Do kolejnej rundy wyszedł o rozmiar mniejszy. Wiedział, że ten 122-kilogramowy grubas z Meksyku wszedł do ringu po jego pasy.

W kolejnych rundach Ruiz kontrolował walkę. Egzekucji dokonał w siódmej, gdy znów dwa razy przewrócił Joshuę i sędzia przerwał pojedynek. Podjął słuszną decyzję, bo Brytyjczyk nie miał ochoty walczyć. Ruiz go stłamsił i został bohaterem Meksyku. – Wiele osób twierdzi, że nie jestem Meksykaninem, bo nie mówię zbyt wiele po hiszpańsku. Meksyk jest w mojej krwi i DNA – przekonywał przed walką Ruiz. Na prawym ramieniu ma wytatuowany napis „Hecho En Mexico” (stworzony w Meksyku).

  (więcej…)