Posts Tagged ‘Artur Szpilka’

szpilkawach
(więcej…)

Reklamy

andrzej wasilewski

Po kilkumiesięcznej przerwie na ring wraca Artur Szpilka, który podczas Narodowej Gali Boksu będzie walczył z Dominickiem Guinnem. Po porażce z Adamem Kownackim kariera Szpilki znalazła się na dużym zakręcie. – Był taki moment, że zaczynałem się już obawiać, czy kariera Artura w ogóle się nie zakończy – mówi Andrzej Wasilewski.

W którym miejscu znajduje się dzisiaj kariera Artur Szpilki?

Andrzej Wasilewski: Tego nikt nie wie. Myślę, że sam Artur zadaje sobie to pytanie. On wraca na ring po długiej przerwie, po dwóch porażkach przez nokaut, z nowym trenerem i z jeszcze większą werwą i temperamentem. Pamiętajmy, że jest to powrót na ogromnej imprezie na Stadionie Narodowym. Dlatego najbliższa walka jest tak szalenie ważna dla jego kariery.

Czy dla niego konfrontacja z Dominickiem Guinnem ma status: być albo nie być?

Gdyby Artur tę walkę, nie daj Boże, przegrał w sposób sportowy, to chyba rzeczywiście musiałby pomyśleć o zmianie dyscypliny na inną, albo poszukać sobie innego zajęcia. Jednak jestem przekonany, że Artur wygra z Guinnem i przekona się, że może jeszcze boksować i że ciężka praca z Andrzejem Gmitrukiem przynosi efekty. Myślę, że po pojedynku na Stadionie Narodowym będzie jeszcze bardziej głodny i będzie czekał na kolejną walkę. Chciałbym, żeby tak było.

Na jak dużym zakręcie znalazła się kariera Szpilki po porażce z Adamem Kownackim?

Była na ogromnym zakręcie. Był taki moment, że zaczynałem się już obawiać, czy kariera Artura w ogóle się nie zakończy. On się paskudnie zaplątał w tych emocjach. Z jednej strony miał dziesiątki doradców, którzy niby nie mieli na niego wpływu, ale ich opinie dobiegały do jego uszu. Z drugiej strony, uzależnienie od internetu zrobiło mu bardzo dużą krzywdę. Jeżeli Artur czyta kilkaset postów od anonimowych ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co piszą, ale jakiś tam światopogląd przekazują, to jednak w jego głowie coś zostaje. Na szczęście Artur spotkał na swojej drodze Andrzeja Gmitruka i wygląda na to, że panowie wzajemnie dali sobie drugie sportowe życie. Mam wrażenie, że się bardzo dobrze uzupełniają i tworzą świetny team. Wierzę, że Artur nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w boksie.

Pod wodzą Andrzeja Gmitruka zobaczymy w ringu nowego Szpilkę?

Artur sporo już przyswoił z bokserskiego abecadła, on naprawdę dużo potrafi. Pamiętajmy, że doskonały trener, jakim bez wątpienia jest Fiodor Łapin, poświecił Arturowi naprawdę tysiące godzin na sali treningowej. Jednak w ostatnim czasie w boks Szpilki wkradł się chaos. Podporządkował sobie Ronniego Shieldsa, rządził swoim poprzednim trenerem i skończyło się to dla Artura fatalnie. Andrzej Gmitruk, który jest doświadczonym szkoleniowcem i świetnym psychologiem, musi to wszystko poukładać. Może jakieś tam techniczne szczegóły poprzestawia, ale raczej to będzie uporządkowanie boksu Szpilki, a nie rewolucja. Bardziej nadanie jakiegoś rysu, taktyki.

Na co trener Gmitruk powinien zwrócić szczególną uwagę?

Wszyscy wiemy, że Artur ma jedną fatalną cechę, której nie możemy go oduczyć od czasów amatorskich. W sytuacji zagrożenia lekceważy rywala, cofa się, zostaje na linach, zamiast chodzić na boki. Pamiętam turniej Stamma w boksie amatorskim, pamiętam walkę z Kownackim – w obu tych pojedynkach Artur powtarzał te same zachowania w kryzysowej sytuacji, nie panował nad emocjami. I tu jest szczególna rola trenera Gmitruka, żeby chwycić Artura za twarz i poprowadzić go w walce z żelazną dyscypliną.

(więcej…)

DSC_7173

Tomasz Adamek zbił w Częstochowie Joeya Abella i idzie dalej. Po walce nie chciał za dużo mówić o swojej przyszłości, ale w tym roku planuje jeszcze wejść do ringu. Najpierw musi przekonać żonę, która nie jest zadowolona z jego przedłużającej się kariery. – Może Mateusz Borek będzie musiał przyjechać do New Jersey na negocjacje. Ciężko jest z moją babą dyskutować – żartował Tomek.

Adamek wygrał trzy walki z rzędu. Po pojedynku z Abellem awansował na piętnaste miejsce w rankingu wagi ciężkiej portalu boxrec.com. Za chwilę mogą rozdzwonić się telefony z propozycjami, bo „Góral” ma nadal duże nazwisko w branży. Pięściarzy z czołówki wagi ciężkiej chętnych do walki z Adamkiem nie powinno brakować.

„Góral” na tle ostatnich przeciwników wyglądał, jakby miał o kilka lat mniej. Widać, że Guss Curren rozpalił w nim ogień, który przestał się nawet tlić, gdy w jego narożniku stał Roger Bloodworth. Musimy jednak pamiętać, że Haumono, Kassi i Abell nie są zawodnikami z czołówki wagi ciężkiej. Nie stoją nawet na jej zapleczu.

Dlatego szukając kolejnego rywala dla Adamka, trzeba iść tokiem myślenia Mateusza Borka i uważać na to, żeby Tomek nie dał sobie zrobić krzywdy. Lepiej nie zawracać sobie głowy walkami z wielkimi chłopami, którzy mają ciężkie łapy. Joshua, Wilder, Ortiz, Tyson Fury, Whyte czy Breazeale odpadają. Ci panowie już odjechali Tomkowi. Ani Guss Curren, ani Jakub Chycki nie są cudotwórcami, żeby zrobić z „Górala” równorzędnego przeciwnika dla wspomnianych kolosów.

(więcej…)

adam kownacki

  • Adam Kownacki od ponad dwudziestu lat mieszka w USA, na polskim ringu nie stoczył ani jednej walki. – Mogę otwarcie powiedzieć, że zależy mi, aby Adam został nową gwiazdą gal z cyklu Polsat Boxing Night – mówi Mateusz Borek.
  • „Babyface” po świecie boksu zawodowego porusza się bez promotora, ale jest związany z Alem Haymonem. Na początku kariery boks łączył z pracą na budowie, w weekendy dorabiał na bramce.
  • Teraz skupia się tylko na boksie i chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. 20 stycznia w Barclays Arenie ma do wykonania robotę.
  • (więcej…)

    zimnoch_foto

    Miał ambitny cel, chciał zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Plany pokrzyżował mu przeciętny rywal z USA. Teraz Krzysztof Zimnoch bije na sali treningowej manekina i szykuje się do debiutu w MMA. Może właśnie w klatce dojdzie do jego konfrontacji z Arturem Szpilką.

    Wrzesień 2017 r. Krzysztof Zimnoch deklaruje, że za chwilę dobierze się do skóry światowej czołówce wagi ciężkiej.

    Grudzień 2017 r. Krzysztof Zimnoch oznajmia: Teraz czas na MMA.

    Między jedną a drugą wypowiedzią doszło do jego spotkania w ringu z Joey’em Abellem. Rzemieślnik z USA w trzeciej rundzie wykonał wyrok i bokserska kariera Zimnocha wpadła w turbulencje. Na gorąco, tuż po walce w Radomiu, Krzysiek mówił: „Nie poddam się, przynajmniej teraz, przynajmniej na razie. Jeżeli Tomasz Babiloński zrobi mi rewanż, to bardzo chętnie ponownie zaboksuję z Abellem.

    Krok w kierunku MMA

    Życie napisało jednak inny scenariusz. Tomasz Babiloński jako promotor skręcił w kierunku mieszanych sztuk walki. Oprócz gal bokserskich będzie organizował też pojedynki w formule MMA. Debiut w nowym środowisku ma już za sobą. Zimnoch też obrał taką ścieżkę.

    babilon_MMA_ok

    Krzysiek nie zmienia dyscypliny, nie rzuca boksu, ale podobnie jak ja próbuje innego sportu. 2 grudnia był na naszej gali MMA i powiedział, że chciałby spróbować swoich sił w klatce. Chwała mu za to, że dalej chce walczyć, bo niejeden po porażce z Abellem zwinąłby zabawki i poszedłby na bramkę w dyskotece. Zobaczymy, jak mu pójdzie w MMA. Nie wszyscy się do tego sportu nadają, było kilka przypadków, że pięściarze nie odnaleźli się w klatce. – mówi Po Gongu Tomasz Babiloński, promotor Zimnocha.

    Pięściarz w klatce MMA ma zadebiutować w marcu podczas gali Babilon MMA 3. Przygotowuje się już do startu, trenuje zapasy i brazylijskie jiu-jitsu. Na razie sparuje tylko z manekinem. W rozmowie z ringpolska.pl opowiadał, jak to wygląda: „Wchodzę mu w nogi, rzucam na matę, zakładam dźwignię, ale on ciągle wstaje i się ze mnie śmieje. Ma namalowaną twarz i szczerzy do mnie zęby.”

    Pierwsze obalenie i po Krzysiu

    Pojawił się pomysł, żeby Krzysztof Zimnoch w debiucie spotkał się w oktagonie z Szymonem Kołeckim. Były ciężarowiec od ponad roku trenuje MMA, ma na koncie już cztery zwycięstwa, wszystkie przed czasem. – Rozmawiamy o tym, na razie jest to bardziej pytanie do kibiców, czy chcieliby zobaczyć taką konfrontację. Chciałbym organizować walki, które będą ciekawe dla fanów. Trzeba mieszać sztuki walki, po to jest przecież MMA – twierdzi Babiloński.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Po ogłoszeniu informacji, że możliwy jest pojedynek Zimnocha z Kołeckim pojawiło się wiele głosów i to one dominują, że pięściarz nie miałby żadnych szans w tym starciu. Oto kilka z brzegu opinii znalezionych na Twitterze: „Kołecki parafrazując klasyka zrobi mu dziecko”, „Jak na moje Kołecki poradzi sobie bez problemu”, „Kołecki kończy Zimnocha w parterze”, „Pierwsze obalenie i po Krzysiu”.

    Trudno wskazać faworyta, ta walka to spora zagadka. Wiadomo, że Krzysiek ma większe doświadczenie w stójce, ale pamiętajmy, że Szymon ma niesamowitą siłę, mistrzem olimpijskim nie został przypadkiem – mówi promotor obu zawodników.

    Szpilka vs Zimnoch łatwiej zrobić w MMA niż w boksie

    Wróćmy jeszcze na chwilę do sparingów Zimnocha z manekinem. – Co ciekawe, mój manekin ma też napisane na plecach Artur. Nie ma jednak wiele wspólnego z Arturem, o którym teraz wszyscy pomyślą, bo manekin Artur w odróżnieniu od tego drugiego chociaż podaje mi rękę – mówi pięściarz.

    zimnoch_2

    Zimnoch mówiąc „ten drugi”, ma oczywiście na myśli Artura Szpilkę, który też ostatnio zaczął treningi MMA. Ich konfrontacja w ringu była już parę razy zapowiadana, ale do walki nigdy nie doszło. Może w przyszłości panowie spotkają się w klatce?

    Czemu nie. Ich walka powinna się odbyć, nawet dla świętego spokoju, bo przecież mają sobie coś do wyjaśnienia. Tylko wiadomo, że jeden i drugi mają jakieś tam finansowe wymagania. Dzisiaj promotorów bokserskich nie stać na to, żeby zorganizować taki pojedynek, ale MMA rządzi się swoimi prawami. Wystarczy spojrzeć na to, co robi KSW, jak zapełnia trybuny, w jaki sposób przykuwa uwagę. W przypadku pojedynku Zimnocha ze Szpilką można pójść w tym kierunku, w stronę oktagonu – twierdzi Babiloński.

    Podobnie na sprawę patrzy Zimnoch, który w rozmowie z „Super Expressem” powiedział: „W kontrakcie mam możliwość wystąpienia na gali innego promotora po opłaceniu konkretnego procenta z wynagrodzenia, myślę, że Artur ma podobnie, więc może chłopaki z KSW chcieliby coś takiego zorganizować? Jestem otwarty na wszelkie propozycje.”

    Plan na Zimnocha? Walki z rodakami

    Pięściarze coraz częściej spoglądają w stronę MMA. Tego chleba w przeszłości spróbowali Przemysław Saleta i Rafał Jackiewicz. Teraz coraz głośniej o występach w oktagonie mówi Mateusz Masternak. Boks mu się jeszcze nie znudził, ale ma ochotę wejść do klatki. Krzysztof Włodarczyk też nie mówi „nie”, gdy słyszy o MMA.

    Moim zdaniem pięściarze, którzy za długo przesiadują na ławce rezerwowych w boksie, powinni zawitać do MMA i spróbować swoich sił w klatce – mówi Babiloński i dodaje: Jako organizator gal bokserskich zauważyłem, że inny kibic przychodzi na MMA, inny na boks. Wkrótce te dwa środowiska będą się mieszać.

    Krzysztof Zimnoch nie pożegnał się definitywnie z ringiem. Jednak po porażce z Abellem może zapomnieć o dużych zarobkach i walkach z czołówką wagi ciężkiej. Jego nazwisko w świecie boksu nic nie znaczy. Promotorom nie łatwo będzie znaleźć sposób na odbudowanie jego kariery.

    Jeżeli chodzi o boks, to w przypadku Krzyśka koncentrujemy się dzisiaj na walkach polsko-polskich. Są w naszym kraju pięściarze, których moglibyśmy z nim skonfrontować. Chcemy go sprawdzić z rodakami, bo on musi przekonać promotorów, sponsorów i telewizję, że warto ściągnąć Abella na rewanż. Poprzez polskie podwórko chcemy sprawdzić, czy on się jeszcze do boksu nadaje. Mam nadzieję, że ta ostatnia przegrana nie zostawiła żadnego śladu na jego psychice – kończy Tomasz Babiloński.

    Krzysztof Smajek

    DSC_2197.jpg

    Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

    • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

    Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

    • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
    • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
    • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
    • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
    • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
    • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
    • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
    • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
    • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
    • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
    • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
    • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
    • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
    • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
    • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
    • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

    KSW-41_750x400_acf_cropped

    Przedświąteczna gala KSW 41 w katowickim Spodku dostarczyła nam wielu wrażeń. Jako gość wpadł na nią Artur Szpilka i zrobił sporo zamieszania. Był to bardzo trudny wieczór dla Borysa Mańkowskiego, który stracił pas mistrzowski.

    Wyciągnęliśmy z tej imprezy kilkanaście wniosków. Oto one:

    1. Gala federacji KSW po raz kolejny była świetnie opakowana. Ceremonia otwarcia imprezy musiała zrobić wrażenie nawet na największych malkontentach.

    2. Panowie Maciej Kawulski i Martin Lewandowski zrobili złoty interes, podpisując kontrakt z Damianem Janikowskim. Ten facet w klatce zamienia się w tygrysa.

    3. W Spodku boleśnie przekonał się o tym Antoni Chmielewski, któremu nawet udało się obalić rywala, ale w przekroju całej walki nie miał nic do powiedzenia. Janikowski rozbił Chmielewskiego i sędzia musiał przerwać walkę.

    4. Były zapaśnik ma na koncie dopiero dwie walki w KSW, ale za chwilę może być wielką gwiazdą tej federacji. Ma na to papiery.

    5. Z kolei Antoni Chmielewski powoli musi myśleć o zakończeniu kariery, bo nie ma już argumentów w rywalizacji z takim tygrysami jak Janikowski.

    6. Michał Andryszak nie bierze jeńców, w Spodku potrzebował zaledwie 26 sekund, żeby spakować i odesłać do domu Fernando Rodriguesa Jr.

    7. Po walce Andryszak nie ukrywał, że ma ochotę założyć mistrzowski pas federacji KSW. W rozmowie z Mateuszem Borkiem mówił: „KSW potrzebuje nowego mistrza. On stoi tu przed wami”. Czyżby na horyzoncie widoczna była walka Andryszak vs Pudzianowski?

    8. Wróćmy jeszcze na chwilę do Rodriguesa. Chłopak w tym roku dwa razy wpadł na galę KSW i dwa razy zebrał KO, nie walczył nawet minuty. Najpierw załatwił go Marcin Różalski, teraz to samo zrobił Andryszak. Brazylijczyka chyba prędko w naszym kraju nie zobaczymy. Choć rachunki do wyrównania ma z nim Karol Bedorf.

    9. Skoro Bedorf został wywołany do tablicy, to warto wspomnieć, że w marcu wraca on do klatki. W studiu podczas gali KSW 41 mówił, że może wejść do oktagonu z… Arturem Szpilką. Stojący obok niego Tomasz Narkun stwierdził, że w klatce chętnie przywitałby innego pięściarza – Mateusza Masternaka. Wątpliwe, żeby Szpilka i Masternak skorzystali z tych zaproszeń.

    10. Artur Szpilka wpadł pooglądać galę KSW 41, ale na oglądaniu się nie skończyło. Tomasz Oświeciński wyzwał go na pojedynek, więc Szpilka wszedł do oktagonu na „negocjacje”. Skończyło się na przepychankach, musiała interweniować ochrona.

    11. Z tego wszystkiego wyszedł kabaret, bo Oświeciński po wygranej nad Popkiem nie miał nawet siły stać i ledwo rzucał słowa do mikrofonu, a tu jeszcze z łapami rzucił się na niego Szpilka.

    12. W tym momencie warto wystosować apel do Szpilki: Artur, daj sobie spokój z Tomaszem Oświecińskim. Ten facet ma 45 lat, jest aktorem, w KSW zawsze będzie miał status „freaka”. Chłopie, jeszcze dwa lata temu biłeś się o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a teraz szarpiesz się w oktagonie z kimś takim. Lodu! Chyba, że Ciebie sport już nie interesuje… Daj znać, bo może nie ma sensu wygłupiać się z takimi apelami.

    13. Jeżeli dojdzie do walki Szpilka vs Oświeciński, to życie przerośnie kabaret i trzeba będzie już zgasić światło. Wierzymy jednak, że Szpilka wszystko przemyśli, ochłonie, wróci na ring i nie będzie zawracał sobie głowy głupotami.

    14. Trzeba jednak przyznać, że „Strachu” w pojedynku z Popkiem dał radę. Łukasz Jurkowski przepowiadał, że walka potrwa max 60 sekund, a panowie szarpali się do 2. rundy. Na ogłoszenie werdyktu w tej walce musieliśmy czekać dłużej niż zwykle (tlen, gdzie jest tlen), ale taki to już urok „freak fightów”.

    15. Wracamy do sportu. Świetną walkę dali Marcin Wrzosek i Roman Szymański. „The Polish Zombie” tym pojedynkiem znów wrócił do wielkiej gry.

    16. Kategoria piórkowa niby nie ma mistrza, ale tak naprawdę go ma i nazywa się on: Kleber Koike Erbst. Japończyk stracił pas, bo nie zrobił wagi (od Mikołaja ma dostać wagę pod choinkę), ale w oktagonie „udusił” Artura Sowińskiego.

    17. Erbst jeszcze nie zdążył nacieszyć się wygraną nad Sowińskim, a w oktagonie odwiedził go już Marcin Wrzosek, który zaproponował mu wspólny taniec. Zaproszenie zostało przyjęte, więc panowie Kawulski i Lewandowski muszą ustalić tylko datę.

    18. Marcin Wrzosek potrafi zadbać o swój biznes. Najpierw zrobił swoje w oktagonie, a później negocjował (trochę inaczej niż Szpilka) kolejny pojedynek. Pewnie w kieszeni miał długopis, żeby w razie czego podpisać od razu kontrakt na walkę z Erbstem.

    19. Do największej niespodzianki w Spodku doszło w walce wieczoru. I nie chodzi wcale o to, że Borys Mańkowski przegrał, ale o to, że mistrz KSW był bezbronny w walce z Robertem Soldiciem. Narożnik „Diabła Tasmańskiego” musiał go poddać, bo walka zaczynała przypominać egzekucję.

    20. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.

    DSC_4085

    W jakim stanie jest polski boks zawodowy? Jeżeli spojrzymy na podnoszącego się z desek Krzysztofa Zimnocha, którego w Radomiu zbił rzemieślnik Joey Abell, jeżeli policzymy celne ciosy zadane przez Krzysztofa Włodarczyka w pojedynku o mistrzostwo świata z Muratem Gassijewem (cztery sztuki), jeżeli przypomnimy sobie o dopingowej wpadce Andrzeja Wawrzyka, jeżeli poczytamy ostatnie wypowiedzi Kamila Łaszczyka żalącego się na promotorów, jeżeli posłuchamy Marcina Najmana, który z pełną powagą opowiada, że ściągnie do Polski Tysona Fury’ego, jeżeli zacytujemy słowa Macieja Miszkina, który podczas komentowania walki zawodowców, mówi do redaktora Kostyry: panie Andrzeju, Fekete nie potrafi boksować, to bez chwili zastanowienia możemy stwierdzić, że marnie to wszystko wygląda, trumna się zatrzasnęła i idzie już ksiądz z kropidłem.

    Na szczęście możemy jeszcze spojrzeć w drugą stronę. Tam widzimy Michała Syrowatkę nokautującego Robbiego Daviesa Jr na jego terenie, tam widzimy Macieja Sulęckiego, który za chwilę powinien dostać mistrzowską szansę, tam widzimy ambitnego Roberta Talarka, który na co dzień w kopalni zjeżdża na dół, ale w rankingach jedzie do góry aż miło, tam widzimy Tomasza Adamka, który pokazuje, że 40-latek nie musi zbierać po głowie i może jeszcze przyciągnąć publikę na trybuny i przed telewizory, tam widzimy też dwie gale: Polsat Boxing Night 7 i „Noc Wojowników”, na których można było obejrzeć kawałek dobrego boksu.

    Pięściarz roku w Polsce? Wakat

    Podsumowując 2017 rok w wykonaniu polskich pięściarzy stworzyliśmy trzy kategorie i tam powrzucaliśmy poszczególne nazwiska. Teoretycznie z pierwszej kategorii powinniśmy wybrać pięściarza 2017 roku w Polsce. Na to miano najbardziej zasłużył chyba Maciej Sulęcki, ale w tym roku lepiej zostawić wakat w tej kategorii, bo żaden zawodnik nie błyszczał jakoś wyjątkowo na tle innych.

    Kategoria 1. To był dobry lub bardzo dobry rok w ich wykonaniu:

    Michał Syrowatka – trzy walki, trzy wygrane. Pojedynki z Trayą i Szotem były tylko zaprawką przed konfrontacją z Daviesem. Michał po porażce z Rafałem Jackiewiczem chciał kończyć karierę, niecałe dwa lata później przywiózł z terenu wroga pas WBA Continental w wadze superlekkiej.

    Maciej Sulęcki – trzy walki, trzy zwycięstwa. Zbił dwóch leszczy, ale później dostał walkę z Jackiem Culcayem i miał pełne ręce roboty. Zdał ważny egzamin i jedzie dalej. Już zarzucił wędkę do stawu, w którym pływają mistrzowie świata.

    Adam Kownacki – dwie walki, dwie wygrane. Prawie nikt mu nie wierzył, gdy twierdził, że znokautuje Artura Szpilkę. Zrobił to bez problemu i dzisiaj może mierzyć coraz wyżej. Miesiąc temu w rozmowie z Po Gongu mówił: „Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.” Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku zobaczymy go na polskim ringu. To dobra wiadomość, bo pojedynki Kownackiego ogląda się przyjemnie.

    Robert Talarek – trzy pojedynki, trzy zwycięstwa. W Polsce długo był niedoceniany. Brał walki w różnych zakątkach Europy, raz wygrywał, raz przegrywał i tak toczyło się jego bokserskie życie. W końcu zaczął kolekcjonować zwycięstwa. Pokonując na PBN 7 Norberta Dąbrowskiego, ładnie przedstawił się polskim kibicom. Pod koniec roku przywiózł z Francji pas IBO Inter-Continental kategorii średniej.

    Mateusz Tryc – cztery walki, cztery wygrane. W 2017 roku stawiał pierwsze kroki na zawodowych ringach. Robił to bez kompleksów, wybił czterech rywali – każdego przed czasem. Może być o nim głośno.

    Kategoria 2. To był całkiem niezły rok w ich wykonaniu:

    Tomasz Adamek – dwa pojedynki, dwa zwycięstwa. Jeszcze chce mu się zasuwać na treningach, jeszcze dostaje zgodę od żony na wejścia do ringu, dlatego boksuje i zarabia dutki. W tym roku pokonał Haumono i Kassiego, więc nie ma się do czego przyczepić. Swoje zrobił i ma apetyt na więcej. Musi jednak uważać, żeby nie pójść o jeden most za daleko.

    Robert Parzęczewski – cztery walki, cztery wygrane. Trochę się w ostatnich 12 miesiącach narobił, ale nie miał zbyt wymagających rywali. Po walce z Tomasem Adamkiem wyglądał, jakby pracował bez kombinezonu w rzeźni.

    Adam Balski – cztery pojedynki, cztery razy ręka w górze. Kombinację ciosów, którą wykończył w Ełku rywala z Ukrainy, mamy do dzisiaj przed oczami. To był pokaz boksu. O walce z Łukaszem Janikiem nie ma sensu wspominać, bo to były jaja. Złamana szczęka podczas „Nocy Wojowników” trochę skomplikowała jego plany. Miał trenować w USA, ale na razie ten wyjazd stanął pod znakiem zapytania.

    Mateusz Masternak – trzy walki, trzy wygrane. Podczas PBN 7 wraz z Siłłachem odpalili fajerwerki, fajnie się to oglądało. Ostatnio „Master” zaczął romansować z KSW, więc nie wiadomo, jak dalej potoczy się jego bokserska kariera.

    Mariusz Wach – dwie walki, wygrana i przegrana. Sam się zdziwił, gdy sędziowie uznali, że wygrał na punkty z Erkanem Teperem w Niemczech. Patrząc obiektywnie, Mariusz zasłużył na zwycięstwo. Szkoda porażki z Millerem, bo gdyby nie kontuzja, Wach mógłby zbić tego wyszczekanego grubasa i dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu.

    Łukasz Wierzbicki – 3 pojedynki, trzy do przodu. Pod koniec 2017 roku jego dorobek na zawodowych ringach to 14-0. Na papierze ładnie to wygląda, ale musi jeszcze ostro zasuwać, bo podczas „Nocy Wojowników” wyszło sporo jego braków. Musi dać Michałowi Żeromińskiemu rewanż, bo inaczej nie wypada.

    Do tej kategorii możemy wrzucić jeszcze: Przemysława Runowskiego, Kamila Szeremetę, Patryka Szymańskiego (tylko jedna walka w 2017 roku), Pawła Stępnia, Marka Matyję, Norberta Dąbrowskiego (porażka z Talarkiem to dwa kroki do tyłu), Jordana Kulińskiego, Rafała Jackiewicza (dla niego boks to już zabawa, dostał walkę o pas EBU-EU i to się liczy) i Siergieja Werwejko, dla którego ostatnie miesiące były szalone. Najpierw zebrał po głowie od Nascimento, później pokonał faworyzowanego (przereklamowanego) Aguilerę, a na koniec roku wszedł do ringu z rywalem, który między linami robił za klauna.

    Kategoria 3. To był fatalny rok w ich wykonaniu:

    Andrzej Fonfara – dwie walki, jedna wygrana, druga w plecy. W zasadzie mógł się znaleźć w kategorii wyżej, bo w końcu pokonał Chada Dawsona, ale jego celem było zdobycie mistrzowskiego pasa. Niestety, w walce z Adonisem Stevensonem nie miał nic do powiedzenia. Od Andrzeja musimy wymagać znacznie więcej.

    Artur Szpilka – jedna przegrana walka. Na początku roku miał mieć duży pojedynek, ale nic z tego nie wyszło. Później dostał lanie od Adama Kownackiego i to byłoby na tyle. Po operacji ręki i rehabilitacji zaczął treningi z Andrzejem Gmitrukiem. Promotorów Szpilki może martwić fakt, że Artur coraz częściej spogląda w stronę MMA.

    Andrzej Wawrzyk – brak pojedynków. Miał walczyć z Deontayem Wilderem, ale wpadł na dopingu i cały rok przeleżał na kanapie. Dzisiaj nie wiadomo, czy on jeszcze jest w tym biznesie, czy już go nie ma.

    Izu Ugonoh – jedna walka, jedna przegrana. Po porażce z Dominikiem Breazeale’em zebrał sporo komplementów. Trzecia runda tej walki została nominowana do „Rundy Roku 2017” w plebiscycie The Ring. Słabe to jednak dokonania, bo trzeba pamiętać, że Izu został znokautowany, a później wypadł z obiegu na długie miesiące.

    Krzysztof Głowacki – dwie walki, dwie wygrane. Na papierze niby wszystko się zgadza, ale pamiętajmy, że „Główka” jeszcze niedawno był mistrzem świata. W 2017 roku miał kłopoty zdrowotne, walczył ze śmiesznymi rywalami, był rezerwowym w WBSS. Na plus należy zapisać to, że po słabym roku jest bardzo wysoko w rankingach.

    Kamil Łaszczyk – jedna wygrana walka/sparing. Swoją sytuację najlepiej przedstawił pięściarz w rozmowie z Hubertem Kęską: „A ja jestem w dupie, inaczej tego nie nazwę. Nawet nie stoję w miejscu, cofam się. Lata lecą, a ja boksuję ze słabszymi zawodnikami niż na samym początku kariery.” Nie trzeba nic dodawać.

    Krzysztof Zimnoch – trzy pojedynki, dwa zwycięstwa i porażka. Rok zaczął od wyrównania rachunków z Mike’em Mollo, później obił wyciągniętego z sanatorium Michaela Granta, na koniec Joey Abell wybił mu z głowy boks. Dzisiaj Zimnoch chce walczyć w MMA, a jeszcze niedawno mówił, że chce być mistrzem świata w boksie.

    Krzysztof Włodarczyk – dwie walki, wygrana i przegrana. Pojedynek z Gassijewem pokazał, że Diablo nie jest już w stanie rywalizować ze światową czołówką w swojej kategorii wagowej.

    Do powyższego grona możemy jeszcze dodać: Dariusza Sęka, Michała Cieślaka, Krzysztofa Kopytka i Marcina Rekowskiego (pamiętny nokaut z rąk Takama).

    Wrzucając nazwiska pięściarzy z tych trzech kategorii do jednego kotła i mieszając, wychodzi na to, że tragedii z polskim boksem zawodowym jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Najbardziej niepokojące jest to, że w ostatniej kategorii znalazły się nazwiska zawodników, którzy są, albo jeszcze niedawno byli wizytówką polskiego boksu zawodowego. Mowa o byłych mistrzach świata i pretendentach do walk o pasy, którzy ostatnie 12 miesięcy mogą spisać na straty.

    IMG_7457

    Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

    Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

    Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

    Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

    W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

    Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

    Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

    Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

    Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

    Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

    Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

    Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

    Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

    Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

    Demolki?

    No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

    Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

    Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

    W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

    Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

    Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

    Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

    Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

    Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

    Jaka była twoja największa waga?

    Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

    Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

    Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

    Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

    Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

    Poszedłbyś z nim na kawę?

    Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

    Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

    Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

    Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

    Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

    Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

    Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

    Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

    Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

    Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

    Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

    W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

    Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    ZOBACZ TAKŻE:

    saleta_foto
    Fot. http://www.maciejgillert.pl

    Po kilku ostatnich pojedynkach wydaje się, że polska waga ciężka istnieje tylko na papierze. Patrzysz w lewo: na deskach leży Artur Szpilka, patrzysz w prawo: znokautowany zostaje Krzysztof Zimnoch. Znów patrzysz w lewo: widzisz poturbowanego Izu Ugonoha. Źle to wygląda. Przemek Saleta bez cienia wątpliwości mówi w rozmowie z Po Gongu, że sytuacja jest fatalna.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Czemu się zaśmiałeś, gdy powiedziałem, że chcę porozmawiać o polskiej wadze ciężkiej?

    Bo tak naprawdę nie ma teraz, o czym rozmawiać. Gdybyś poruszył ten temat rok temu, nastrój do rozmowy był zupełnie inny.

    W jakim stanie jest dzisiaj polska waga ciężka?

    W fatalnym, bo jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Adam Kownacki. Ci, którzy uważali, że są najlepsi, czyli Artur Szpilka i Krzysztof Zimnoch, zostali rozjechani w ostatnich walkach i nie wiadomo, czy będą w stanie się odbudować. Mariusz Wach, mówiąc żartem, nie wiem, czy jeszcze żyje. Izu Ugonoh też jest po przegranej, jego kariera znalazła się w fazie zawieszenia. Generalnie problem z polskim pięściarzami jest taki, że żaden nie ma swojego stylu. Swój styl miał Szpilka, ale moim zdaniem przegrał z własnym ego. Po porażce z Wilderem powinien stoczyć 1-2 łatwe, mało płatne walki, żeby się odbudować, ale on szukał kasy i uważał, że jest gotowy na duże pojedynki. Nie ocenił realnie swoich możliwości. Było widać, że nokaut z rąk Wildera został w jego głowie. Artur jest bardzo charakternym zawodnikiem, gdy lądował na deskach w walkach z Mollo, to wstawał i wygrywał przez nokaut. A w pojedynku z Kownackim wydaje mi się, że dopadło go przerażenie.

    W jaki sposób powinna być poprowadzona kariera Szpilki, żeby go przywrócić na właściwie tory?

    Przede wszystkim spokojnie i bez szaleństw. Artur potrzebuje kilku pojedynków, żeby się odbudować i zdobyć pewność siebie. Być może walka z Krzysztofem Zimnochem byłaby teraz w jego zasięgu i do wygrania. Na pewno za taki pojedynek więcej by mu wpadło do kieszeni niż za zwykłą konfrontację na przetarcie.

    Trwają przymiarki, żeby do tej walki doszło w grudniu. Starcie Szpilki z Zimnochem ma sens?

    Ze sportowego punktu widzenia ich walka nigdy nie miała sensu. Oni byli zupełnie inaczej prowadzeni. Wcześniej ten pojedynek opłacał się tylko Zimnochowi, bo po wygranej z Arturem mógł zaistnieć w rankingach. Szpilka miał do załatwienia tylko osobiste sprawy, przy okazji mógł zarobić kasę. Teraz ich konfrontacja budzi emocje, bo opiera się na konflikcie, który ciągnie się od kilku lat.

    Ta walka może sprzedać PPV w ilościach hurtowych i być biznesowym strzałem w dziesiątkę?

    Wydaje mi się, że nie. W tym momencie ciężko mi sobie wyobrazić walkę w polskim boksie, która by się dobrze sprzedała w PPV. Obojętnie, w jakiej kategorii wagowej.

    Czy przegrany pojedynku Zimnoch vs Szpilka będzie musiał zmienić branżę?

    Nie wiem, ale musiałby na pewno skorygować swoje aspiracje. Jest wielu pięściarzy, którzy jeżdżą po świecie i zarabiają pieniądze w ringu. Nie mają ambitnych celów sportowych, ale żyją z boksu. Im lepszy rekord, tym więcej zarabiają. Tylko nie wiem, czy któregoś z nich to by interesowało.

    Federacja KSW delikatnie romansuje z Arturem Szpilką. Widziałbyś go w oktagonie?

    To zależy od tego, z kim by walczył. Ja pierwszy pojedynek wziąłem z gościem, który był zapaśnikiem. Miał ponad 20 stoczonych walk w MMA. To był bez sensu pomysł, ale taką dostałem propozycję i ją przyjąłem. Jeśli w przypadku Artura w grę wchodziłaby walka ze stójkowiczem o podobnym doświadczeniu, to może miałoby to rację bytu. Na pewno z komercyjnego punktu widzenia ma to sens. „Szpila” budzi emocje, sprzedaje walki, ale moim zdaniem ma coś jeszcze do udowodnienia, choćby sobie, w boksie. Większą kasę też może zarobić w ringu niż oktagonie. Oczywiście, jeśli wróci na odpowiedni poziom. Artur ma talent, żyje boksem, jest bardzo pracowity. Ma oczywiście też wady, ale dałbym mu kredyt zaufania. Niech jeszcze boksuje.

    Krzysztof Zimnoch jest przeciętnym pięściarzem, czy walka z Abellem mu po prostu nie wyszła?

    Krzysiek jest przeciętny we wszystkim, nie ma choćby jednej rzeczy, która byłaby bardzo dobra. Są pięściarze, którzy są słabi albo przeciętni w wielu elementach, ale mają coś ekstra: błysk, timing, mocne uderzenie, kondycję. Jakiś element, z którego korzystają w trudnych momentach. Z Zimnochem problem jest taki, że ma poprawną technikę, kondycję i szybkość, przeciętne warunki fizyczne i uderzenie, ale nie ma niczego wybitnego. Ja przynajmniej nie dostrzegam.

    Chyba możemy powiedzieć, że jest odporny na ciosy. Od Abella sporo przyjął.

    Na stojąco oglądałem walkę parę metrów od ringu i powiem szczerze, że przerażający był odgłos rękawicy Abella, która uderzała w głowę Zimnocha. Krzysiek stał, nie chwiał się po zainkasowaniu wielu mocnych ciosów, ale nie możemy od razu mówić, że ma szczękę z betonu. Jest jakiś limit ciosów, które można zebrać na głowę. W jednej walce przyjmujesz dużo, w drugiej nie masz już takiej odporności na ciosy. Pojedynek w Radomiu kosztował Zimnocha sporo zdrowia, w końcu skończył go na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

    Joey Abell to średniak, niektórzy mówią o nim: ekskluzywny journeyman. Czy któryś z polskich „ciężkich” mógłby go pokonać?

    Wydaje mi się, że „Szpila” z walki z Wilderem dałby sobie z nim radę. Dzisiaj chyba tylko Wach… Mariusz jest dużym znakiem zapytania, ale przy swoich warunkach fizycznych mógłby wygrać z Abellem. Wydaje mi się, że byłaby to dobra walka, bo Mariusz mógł i może przyjąć. Tylko mam wątpliwości, czy pomiędzy pojedynkami dba o formę.

    Powiedziałeś na początku rozmowy, że jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Kownacki. Adam może być poważnym graczem w wadze ciężkiej?

    Obecnie w wadze ciężkiej jest wielu wielkich chłopów, a wydaje mi się, że Kownacki z dwumetrowcami będzie miał problem.

    Czyli nie wyjdzie z zaplecza czołówki królewskiej dywizji?

    Nie chciałbym tak mówić, bo Adam jest niepokonany, wygrał walkę ze Szpilką, w której prawie nikt na niego nie stawiał. Trzeba oceniać go z tego punktu widzenia. Ma trudny styl boksowania. Zadaje dużo ciosów, ma ciężkie ręce, cały czas idzie do przodu, może przyjąć. Dla rywali jest to frustrujące. Z Adamem nie można się bić. Trzeba boksować, schodzić z linii, ale tak, żeby mieć go cały czas w zasięgu. Wydaje mi się, że jeszcze jedna-dwie walki i Kownacki może dostać pojedynek o tytuł. Zależy, z kim będzie walczył jesienią. Teraz, gdy jest kilku mistrzów świata, łatwiej otrzymać pojedynek o pas.

    Boxing.pl podał informację, potwierdził ją Mateusz Borek, że było blisko walki Tomasza Adamka z Dereckiem Chisorą. „Górala” stać jeszcze na pojedynki z takimi rywalami? 

    Jestem ostatnią osobą, która odradzałaby komuś boksowania. Jeśli Tomek czuje się na siłach, żeby walczyć z takimi przeciwnikami, to nic mi do tego. Chisory jednak nie przeceniajmy. Też jest po przejściach, ma za sobą sporo trudnych walk. Nie jest wielkim ciężkim, czasami bywa nieprzygotowany do pojedynków. Konfrontacja z Whyte’em kosztowała go sporo zdrowia.

    Adamek może jeszcze namieszać?

    Namieszać nie, ale może jeszcze zarobić pieniądze w ringu.

    Wierzysz Albertowi Sosnowskiemu, że zakończy karierę. Po porażce z Łukaszem Różańskim mówił, że to była prawdopodobnie jego ostatnia walka.

    Słowo „prawdopodobnie” trochę mnie przeraziło. Szczerze mówiąc, nie pozwoliłbym mu walczyć już teraz. Znam Alberta, znam też Różańskiego i wiedziałem, że taki będzie scenariusz ich konfrontacji. Albert nie powinien już boksować, bo to może źle się skończyć dla jego zdrowia. Podam przykład Johna Braya, mojego znajomego, z którym przesparowaliśmy setki rund. Był bardzo odporny na ciosy, kipiał z tego powodu z dumy. Stoczył niewiele walk, bo karierę bokserską zakończył z bilansem 15-3. Sparował jednak ze wszystkimi pięściarzami z czołówki wagi ciężkiej, między innymi z Mikiem Tysonem. Chłopak jest ode mnie dwa lata młodszy. Rok temu zdiagnozowali u niego Alzheimera, encefalopatię bokserską, urazy mózgu, brak pamięci krótkiej. Za wszystko się płaci, niekoniecznie od razu. Pewne rzeczy mogą wyjść po 10 latach. Dla Alberta ten przykład powinien być przestrogą. Poza tym John lubił się zabawić, wypić, a alkohol i boks nie idą w parze. Dzisiaj płaci za to straszną cenę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek