Posts Tagged ‘andrzej wasilewski’

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Lewy prosty Diablo.

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Łapin Fiodor.

Zbyszek Raubo po przegranej Krzysztofa Włodarczyka z Pavlem Melkomyanem w przypływie szczerości powiedział mi, że nie jest już w stanie trenować Diablo. – Więcej już go nie nauczę, nie jestem w stanie bardziej go zmobilizować – mówił. Byłem przerażony tymi słowami, bo nie wiedziałem, kto mógłby przejąć po nim Krzyśka. Zbyszek szybko mnie jednak uspokoił, mówiąc: W Jaworznie jest facet, Rosjanin, nazywa się Łapin, naprawdę dużo potrafi. Diablo będzie bezpieczny w jego rękach.

Zaufałem mu i chyba nikt dzisiaj nie żałuje tej decyzji.

***

Jest nieprawdopodobnie oddany swojej pracy. Wielu pięściarzy nie miało wcześniej pojęcia o organizacji treningu, dopiero Fiodor pokazał im, z czym to się je. Andrzej Wawrzyk przyjechał do nas jako wicemistrz Europy juniorów, a nie potrafił się nawet dobrze rozgrzać przed walką. Łapin uczył go podstaw. Tak było zresztą z innymi pięściarzami, którzy trafili w jego ręce. Skończył AWF we Lwowie ze specjalizacją boksu. Ma podstawy do bycia trenerem. Dzisiaj panowie kończą jakieś śmieszne kursy i myślą, że są wielkimi trenerami, a tak naprawdę to ze swoimi kwalifikacjami mogą próbować nosić wiaderko za Fiodorem.

Jest biało-czarny i za to pięściarze go szanują. Jest absolutnym wrogiem dopingu w sporcie, przyznam, że zaraził mnie tym podejściem. On nie chce mieć nic wspólnego z dopingowiczami. W tej kwestii nie robi żadnych wyjątków. Prowadzi zeszyty, po każdym treningu coś zapisuje, nic nie może mu umknąć. Jest człowiekiem, który cały czas chce się uczyć. Biega po górach lepiej od niektórych zawodników. Nie tylko Diablo coś o tym wie. Niestety nie ma następców i to jest wielki problem.

Miłość do boksu.

Miałem sześć lat, gdy moi rodzice się rozwiedli. W przyjaźni i zgodzie, ale się rozstali. Po rozwodzie ojciec, który był wtedy prezesem Polskiego Związku Bokserskiego, co dwa tygodnie zabierał mnie na męskie spotkania. Schemat był podobny. Rano jechaliśmy na mecz ligi bokserskiej, potem graliśmy w karty. W ten sposób zarażał mnie męskimi pasjami – brydżem i boksem. Od dziecka biegałem przy ringu, z wiekiem coraz bardziej wsiąkałem w to środowisko.

Pamiętam walki Henryka Średnickiego, Zbyszka Raubo, braci Skrzeczów i wielu, wielu innych. Miałem wielu „wujków” pięściarzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Krzysztof Kosedowski wymierzył mi kilka wychowawczych, zasłużonych klapsów. Można powiedzieć, że wychowałem się przy ringu. Z biegiem lat coraz więcej rozumiałem i coraz bardziej zaczął mnie interesować przebieg walk bokserskich. Tak narodziła się moja miłość do szermierki na pięści.

Negocjacje.

Nie cierpię dyskusji o pieniądzach. Jak każdy człowiek lubię je mieć, czuć tę milą swobodę, ale odczuwam dyskomfort, gdy trzeba o nich rozmawiać. A już bardzo niewdzięcznym zajęciem są negocjacje z pięściarzami. Przez wiele lat zajmował się tym Piotr Werner, który jednak wkładał w to za dużo serca i rozpuścił zawodników. Jeszcze kilka lat temu dla pięściarzy najważniejsze były ambicje sportowe, dopiero później kasa. Teraz jest często na odwrót. Nie podoba mi się to. Czasem, jak słucham, że kasa musi się zgadzać albo coś podobnego, to aż robi mi się niedobrze…

Zawodnicy coraz częściej wykłócali się o pieniądze w mediach. W przeszłości było to nie do pomyślenia. Dlatego musiałem włączyć się w te rozmowy. Najtrudniej negocjuje się z zawodnikami, którzy nie mają poczucia biznesu w boksie, są zieloni w tej dziedzinie, ale słuchają doradców. Ci doradcy też nie mają pojęcia, ale doradzają. Najczęściej podpowiadają: weź więcej, bo ci się należy. Dają ci stówę, wołaj pięćset. Pięściarze słuchają tych rad i chcą więcej i więcej…

W naszej grupie najtrudniej negocjuje się z Krzyśkiem Włodarczykiem i Arturem Szpilką. Na przykład: Diablo chciał pokazać żonie, że jest twardym negocjatorem i czasami wymyślał kompletne bzdury. Raz nawet przekroczył granicę dobrego smaku. W „Puncherze” mówił, że nie da się oszukiwać, że będzie walczył o swoje. Ale to była tylko gra pod kątem żony. Chciał, żeby poklepała go po plecach i powiedziała: super Krzysiu, potrafisz zadbać o swoje interesy. Oczywiście tym gadaniem nie wynegocjował nawet dolara, bo to była oferta nienegocjowalna, ale swoje pokrzyczał i mnie poobrażał.

Trudno negocjuje się też z Arturem, bo on potrafi się mocno podpalić podczas dyskusji o pieniądzach. Przed pojedynkiem z Wilderem negocjowaliśmy przez kilka nocy. Dodam, że polskiego czasu, on swoich nocek nie zarywał. Artur ma sporo energii, jest zapalczywy, dużo mówi, dlatego potrzeba wielu godzin, żeby w rozmowie z nim dojść do słowa i spokojnie coś wytłumaczyć. Generalnie rozsądnie myśli, ale jak się zapędzi w swoich oczekiwaniach, głowa pęka. Przed walką z Wilderem było dość ostro. Nie rozmawiałem z Alem Haymonem, ale ludzie, którzy pracują między nami mówili, że jeśli chłopak z Polski nie chce walczyć o mistrzostwo świata, to niech się pakuje i wraca do domu. Na szczęście dogadaliśmy się i panowie weszli do ringu. Negocjacje nie były jednak proste.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Organizacja gal.

Składa się z wielu elementów. Wynajęcie hali, zapewnienie ochrony i sprzedaż biletów, to są przewidywalne elementy. O wiele trudniejszym zadaniem jest matchmaking, czyli budowanie par pięściarzy, którzy spotykają się w ringu. Jest to szalenie wredne i nerwowe zajęcie, bo zawodnicy i ich menedżerowie, co chwilę zmieniają zdanie. Jest coraz mniej matchmakerów, w tej chwili ten zawód wymiera w Europie.

Zdarzają się sytuacje, że jesteśmy już dogadani, ale druga strona za pięć dwunasta przestaje odbierać telefony. Im głębiej wchodzi się w negocjacje, tym większe wychodzą komplikacje. Były takie sytuacje, że negocjowaliśmy z menedżerem zawodnika, ale okazało się, że on miał jeszcze innego menedżera, który miał zupełnie inne oczekiwania i o naszych wcześniejszych ustaleniach można było zapomnieć. Takie historie można mnożyć. Nasi pięściarze też potrafią grymasić. Stawka jest już dogadana, ale przychodzi delikwent i mówi, że za tyle nie będzie boksował.

Najgorzej, gdy zawodnik wypada z karty dzień przed galą. Wtedy trzeba szukać zastępcy w trybie awaryjnym albo rezygnować z walki. Są też takie sytuacje, że płacimy komuś za gotowość za bycie naszym planem B. Robimy tak przy większych walkach. Proponujemy wtedy danemu pięściarzowi 2,3 czy 4 tysiące euro i on normalnie przygotowuje się do pojedynku. Jeśli opcja A nie wypala, wtedy ten rezerwowy wskakuje na kartę. Nie prosto z kanapy, tylko po cyklu przygotowań. Gdyby z karty walk wypadł na przykład Usyk, to w takiej sytuacji trzeba skasować galę, bo dla takich zawodników nigdy nie planujemy zastępstwa. Na średnich imprezach zdarza się, że rezerwowy pięściarz jest w pogotowiu.

Olimpiada

Coraz bardziej korci mnie, żeby zaopiekować się jakimś zawodnikiem i pojechać z nim na kolejne igrzyska olimpijskie. Nigdy na nich nie byłem. Nie chciałem jechać w roli biernego kibica. Olimpiada to coś niepowtarzalnego. Ojciec opowiadał mi, że to wspaniała impreza i niesamowite przeżycie. Może niebawem odczuję to na własnej skórze. Może będzie to dla mnie kolejne wyzwanie w boksie? Zdobyć medal olimpijski, brzmi pięknie. Pamiętam, jak na stojąco oglądałem walkę Wojciecha Bartnika na IO w Barcelonie. Zdobył on wtedy dla Polski ostatni medal olimpijski w boksie. Było to w 1992 roku!

Pierwsza zorganizowana gala.

Szmat czasu, to był 2001 rok. Gala odbyła się w sali gimnastycznej szkoły, do której uczęszczałem przez 12 lat. Nie miałem wtedy żadnego doświadczenia w organizowaniu gal bokserskich. Byłem zielony, a problemy się mnożyły. Z transmisji imprezy wycofała się telewizja Canal Plus, zniknął przeciwnik Przemka Salety na walkę wieczoru. Poza tym dostawałem pogróżki. Była mowa nawet o podłożeniu bomby.

Przez tydzień wynajęci przeze mnie ludzie spali w samochodach przy ulicy Nowowiejskiej i pilnowali instalacji elektrycznych. Było urwanie głowy. Rywal Salety został podkupiony przez niemieckiego matchmakera na prośbę jednego z polskich promotorów. Konkurencja chciała nam zepsuć imprezę, ale gala się odbyła, Przemek walczył wtedy z pastorem o nazwisku Biko Botawamungu. Pierwsze koty za płoty.

Rekord i rankingi.

Budowanie rekordów zawodników to pięta achillesowa boksu. Bardzo często jest tak, że nie walczą ze sobą najlepsi pięściarze, bo istnieje ryzyko, że przegrany wypadnie z rankingu. Wprawdzie rekordy nie boksują, ale dzięki nim można zaistnieć w rankingach, a to daje z kolei szansę walk o pasy. Zdecydowanie rekordy zawodników odgrywają zbyt dużą rolę. Jednak rynek bokserski nie chce tego zmieniać. Kiedyś wydawało mi się, że telewizje coś z tym zrobią, ale tak się nie stało.

Często czytam i słucham komentarzy zarówno ze środowiska jak i spoza. Zauważyłem, że niemodne jest już słowo „przetarcie”, teraz popularniejsze jest słowo „konfrontacja”. Po tylu latach wiem, że gdybyśmy za szybko konfrontowali naszych pięściarzy, nie mielibyśmy żadnego mistrza świata. Przecież my nie wprowadzamy na zawodowe ringi mistrzów olimpijskich. Wiem, że słowo „weryfikacja” też ładnie brzmi. Tylko, kto będzie jutro boksować, jak my dzisiaj wszystkich zweryfikujemy?

Szpilka Artur.

Poznaliśmy się w Radomiu podczas Mistrzostw Polski juniorów. Artur od razu spodobał mi się, zdobył wtedy złoty medal. Minęło niewiele czasu, a już jadłem obiad u niego w domu w Wieliczce. Pamiętam, że jego mama usmażyła pyszne kotlety schabowe. Później wszystko szybko się potoczyło. Z Arturem i dookoła niego zawsze wiele się działo. Można by z tego całkiem grubą książkę napisać. Teraz nie jest dobry moment na rozmowy o nim. Niech się otrząśnie, odbuduje i wróci spokojnie na ring.

Telewizja.

Współpraca polskich promotorów ze stacjami telewizyjnymi jest zupełnie inna niż moich odpowiedników z Niemiec, Anglii czy USA ze swoimi telewizjami. Tamci promotorzy mają o tyle łatwiej, bo w każdym z tych krajów boks pokazuje kilka stacji, które trochę ze sobą konkurując, mocno promują sport.

***

W tym miejscu warto wspomnieć o Polsat Boxing Night. To wielkie święto boksu w Polsce. Pierwsze edycje pokazały, że potencjał tego projektu jest ogromny.  To praktycznie jedyna szansa dla polskich bokserów na toczenie wielkich walk w naszym kraju. Gdyby nie formuła PBN i PPV nigdy nie byłoby takich pojedynków jak: Szpilka vs Adamek, Głowacki vs Usyk, Sulęcki vs Proksa. Impreza musi być sprzedawana w systemie PPV, bo w innym przypadku takie eventy nigdy nie zwróciłyby się telewizji. Po ostatnim PBN pojawiło się nagle dużo złych emocji. Źle się stało. To powinno być piękne święto boksu. Szacunek dla włodarzy z grupy Polsat za pomysł i konsekwencję w realizacji projektu.

USA.

Tam funkcjonuje zupełnie inny model boksu niż w Polsce. W Ameryce promotor jest facetem od wynajęcia hali i podpisania kontraktu z telewizją. Czasami od pokazania telewizji, kto będzie boksował. Od negocjowania gaż i ogarniania innych spraw są menedżerowie.

Tam pan promotor przyjeżdża na halę, siada w pierwszym rzędzie i ogląda walki. W Ameryce o wiele przyjemniej jest być promotorem, bo nie interesują go gymy, sparingpartnerzy, treningi, życie osobiste pięściarzy czy ich kontuzje. W USA zdecydowanie większa jest rola menedżera, który w modelu europejskim praktycznie nie występuje. W Polsce niby są jacyś panowie, którzy nazywają się menedżerami, ale tak naprawdę zbyt wiele nie robią.

W USA nikt nikomu niczego nie daje za darmo. Polscy pięściarze często przeżywają szok, gdy staną oko w oko z amerykańską rzeczywistością. Tam się płaci za wszystko. Za wejście do gymu, wypożyczenie rękawic czy usługi cutmana w narożniku. Nie ma mowy, żeby zawodnicy dostawali pensję w Ameryce.

Artur Szpilka był bardzo zaskoczony, gdy pierwszy raz poleciał za ocean. Pamiętam jego minę, gdy zobaczył, jak mistrzowie świata dziękowali na konferencji prasowej swoim promotorom za walkę o tytuł. – Za co oni tak dziękują, przecież są mistrzami? To im się powinno dziękować – dziwił się Artur. Nie rozumiał, że ci pięściarze dziękowali ludziom, którzy dali im szanse. Nie było w tym nic dziwnego. Przynajmniej dla mnie.

Włodarczyk Krzysztof.

Od Krzyśka rozpoczęła się moja przygoda z boksem. Swoje dorzucił też Zbyszek Raubo, który kilka lat temu przyszedł do mnie i powiedział: – Mój rudy (Krzysztof Włodarczyk – red.) chce kończyć karierę, bo źle układa mu się współpraca z trenerem Skrzeczem. Stawia warunek albo będzie zawodowcem, albo rezygnuje z boksu. Andrzej, pomożesz temu chłopakowi? Jesteś prawnikiem, ciebie będzie trudniej oszukać niż mnie.

Nie odmówiłem. U Włodarczyka od razu było widać, że ma smykałkę do boksu. Na początku poszedłem do pana Andrzeja Gmitruka. Usłyszałem od niego, że z Diablo nic nie będzie i lepiej sobie odpuścić inwestowanie w niego. Dwa dni później podobno próbował za moimi plecami podpisać kontrakt z Krzyśkiem.

Następnie udaliśmy się do pana Krzysztofa Zbarskiego, gdzie Włodarczyk miał sparować z Robertem Złotkowskim, ale ten doznał kontuzji oka i sparingi zostały odwołane. Na sali został tylko jeden sparingpartner – Piotr Jurczyk. Doświadczony, ważący ze 120 kilogramów amator. Krzysiek miał wtedy pewnie z 35 kilogramów mniej. Spanikowałem trochę i zadzwoniłem do Zbyszka Raubo, żeby powiedzieć, że Diablo może sparować tylko z Jurczykiem i spytałem, co mamy w takiej sytuacji robić? – Niech walczy – odpowiedział Zbyszek. Sparing odbył się na macie zapaśniczej, Jurczyk bił potworne cepy, którymi przesuwał Krzyśka po dwa metry. Żal było na to patrzeć, ale Diablo przetrwał.

Pierwsze wspólne kroki nie były łatwe, bo nikt nie był zachwycony Diablo. Zostaliśmy sami, byłem jego menedżerem. Krzysiek na początku walczył na galach u innych promotorów. Ja za te walki płaciłem z własnej kieszeni. Wygrywał jednak kolejne pojedynki i jego pozycja rosła. Po latach został mistrzem świata.

***

Diablo zafundował mi największe emocje, ale też i największe rozczarowania. Przez swoje rozwalone życie prywatne stracił najlepsze lata kariery. Bardzo źle, za moimi plecami, inwestował pieniądze. Dzisiaj powinien być ustawiony finansowo, a z tego co wiem, pod tym względem jest u niego skromnie. Miał kilka bardzo dużych wypłat, kilkadziesiąt średnich, poza tym co miesiąc dostaje od nas dobrą, dyrektorską pensję.

Dzisiaj powinien mieć kilka czy też już kilkanaście nieruchomości, które dawałby mu poczucie finansowego bezpieczeństwa. Nie słuchał, gdy mu doradzałem. Chciałem mu potrącać część gaży za walki i odkładać, ale za każdym razem mówił: To jest świetny pomysł, ale zrobimy tak od następnego pojedynku. I tak w kółko. Martwię się, co Krzysiek będzie robił po zakończeniu kariery.

Ziggy Rozalski.

Zaopiekował się Andrzejem Gołotą w Ameryce i myślę, że zrobił dla niego wiele dobrego. Na pewno w sferze finansowej, dzięki niemu Andrzej jest majętnym człowiekiem. Pokazał mu, jak inwestować pieniądze, a nie głupio wydawać. Nauczył go luksusowo żyć. Pod tym względem odegrał w życiu Andrzeja pozytywną rolę.

Pan Rozalski zdecydowanie za często zmieniał Andrzejowi szkoleniowców, to był błąd. Pięściarz musi mieć zaufanie do trenera. Im trudniejsza sytuacja w ringu, tym to zaufanie jest ważniejsze. Jako wzór relacji na linii trener-zawodnik podaję przykład Krzysztofa Głowackiego i Fiodora Łapina. Gołota nie miał do nikogo zaufania. Do dziś mam w głowie obrazek, jak pan Certo wypychał Andrzeja z narożnika w walce z Tysonem. To było żenujące i obrzydliwie zachowanie. Kto wymyślił tego trenera? Certo to krawiec z zawodu, był blisko włoskiej mafii. Niestety był totalnym amatorem, a opiekował się brylantem.

***

Z panem Rozalskim spotkałem się kilka razy w życiu. To serdeczny, charyzmatyczny i bardzo majętny człowiek. Z naszej współpracy nigdy nic nie wyszło, mimo że na kilka drobnych rzeczy się umawialiśmy.

***

Odegrał także ważną rolę w karierze Tomka Adamka. Powielił jednak te same błędy, co w przypadku Gołoty, jeśli chodzi o dobór trenerów. Przecież Roger Blodworth zamiast uczyć, oduczał Tomka boksu. To był trener, który słuchał poleceń, a jego rolą było je wydawać… Na sali pewnie była fajna atmosfera, bo trener robił, co Tomek chciał. Nie o to jednak chodzi. Adamek pracując z nim, boksował gorzej niż przy Andrzeju Gmitruku. Bloodworth zabił w nim to, co miał najfajniejsze, a nie dał nic nowego. Kończąc wątek pana Rozalskiego, na pewno nauczył Gołotę i Adamka rzeczy bardzo ważnej, jak mądrze inwestować pieniądze, ale moim zdaniem trenerów dobierał im nieodpowiednich.

Spisał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Reklamy

Adamek Tomasz.

Z Tomkiem mieliśmy wiele różnych przygód. Czasami było super, bo zdarzało się nam posiedzieć przy butelce wina i pogadać o wszystkim, ale bywały też i mniej serdeczne okresy. Jak to w życiu. Z perspektywy czasu świetnie widać, że na te mniej serdeczne relacje dominujący wpływ miały osoby z naszego szeroko rozumianego otoczenia.

Wielka postać polskiego boksu, mega wojownik, ale i duży szcześciarz. W kilku walkach miał pewną sympatię sędziów po swojej stronie. Dużo dały mu bardzo dramatyczne w przekazie pojedynki ze średnim tak naprawdę Paulem Briggsem. Miał też szczęście, gdy dopuszczono go do pojedynku o mistrzostwo świata federacji WBC w kategorii półciężkiej. Po wycofaniu Brahmera przez grupę Universum nie było chętnych do walki o pas. Tomek na tym skorzystał.

Stoczył wiele ringowych wojen, zawsze dawał z siebie wszystko między linami. Jest jednym z nielicznych pięściarzy, którzy dzięki boksowi potrafili ustawić się na całe życie. Szczerze i z całego serca życzę mu, żeby definitywnie zakończył karierę i cieszył się życiem. Mógłby zająć się trenowaniem. Byłoby szkoda, gdyby nie przekazał młodym zawodnikom swojej ogromnej wiedzy i doświadczenia.

***

Pewnego razu lecieliśmy z Diablo do Ameryki. W samolotach LOT-u był taki zwyczaj, że kapitan witał na pokładzie mistrza świata – Krzysztofa Włodarczyka. To było bardzo sympatyczne, a przy okazji łechtało ego Krzysia. Pół godziny po starcie piliśmy sobie drinka, stojąc w tyle samolotu. W tym czasie podeszła do nas jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i niezadowolonym tonem spytała: Który z panów jest tym niby mistrzem, bo jakoś tak nie poznaję? Tą nieznajomą była pani Dorota, żona Tomka. Wtedy w relacjach między mną a jej mężem wiało chłodem, więc pani Dorota postanowiła wbić nam szpileczkę. Trzeba przyznać, że skutecznie. Nie wiedzieliśmy z Krzyśkiem, co odpowiedzieć.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Boks.

Wielka przygoda i pasja, która rozpoczęła się w jakimś 1977 roku. Promotorem zostałem przez przypadek w 1999 r. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi zrobiłem kilka rzeczy, które wcześniej wydawały się w Polsce niemożliwe. Zorganizowałem pierwszą poważną walkę o mistrzostwo świata w naszym kraju. Wygrywałem przetargi z Kingiem.

Dzięki boksowi przeżyłem dużo wspaniałych przygód, zjeździłem pół świata, poznałem wielu świetnych sportowców. Począwszy od naszych wielkich przed laty pięściarzy, jak Średnicki, Pietrzykowski, Kulej i wielu, wielu innych, po mistrzów boksu zawodowego. Świetna sprawa dla takiego pasjonata jak ja.

Zbliża się dwudziestolecie mojej aktywności promotorskiej. Momentami, a właściwie coraz częściej, mam już tego wszystkiego dosyć. Nie ma jednak nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie pałeczkę. Nie widzę na horyzoncie ludzi, których byłoby stać na duże inwestowanie w ten biznes. Nie interesuje mnie, kto co napisze i w jaki sposób skomentuje moje słowa, ale prawda jest taka, że dla polskiego boksu zawodowego zrobiłem zdecydowanie najwięcej ze wszystkich. Tej satysfakcji nikt mi nie odbierze. Mógłbym zrobić jeszcze więcej… Psuć jest naprawdę łatwo, budować bardzo trudno. Wielu ludzi przez te lata starało się i dalej stara się psuć. Może kiedyś napiszę książkę na ten temat. Sam ją sfinansuje i wypromuje. W końcu trochę się na tym znam (śmiech).

Cygan – Dawid Kostecki.

Absolutna porażka. Tymi dwoma słowami mógłbym określić naszą współpracę z Dawidem. Wszystko w jego życiu było pokręcone. Gdy był w najlepszej formie sportowej i miał na wyciągnięcie ręki walkę mistrzowską, zamiast wchodzić do ringu, szedł do zakładu karnego. Tak było chyba ze trzy razy. Siedząc w więzieniu, cały czas dostawał od nas pensje, którą przelewaliśmy na konto jego żony. W tym przypadku wykraczaliśmy poza wymogi kontaktowe, bo byliśmy związani z jego rodziną. Wierzyliśmy też w jego niewinność i zapewnienia, że system brutalnie go traktuje. “Cygan” cały czas mówił, że uwzięło się na niego kilku funkcjonariuszy CBŚ. Podawał nawet ich nazwiska. Po kilku latach okazało się, że ci funkcjonariusze zostali aresztowani. Mieli jakieś związki z domami publicznymi. Być może Dawid rzeczywiście był konkurencją dla tych dżentelmenów i nadepnął im na odcisk. Nam zawsze powtarzał, że jest niewinny.

***

Przez Dawida Kosteckiego mieliśmy też największe straty finansowe. „Cygan” został aresztowany, a my za odwołanie jego walki z Royem Jonesem Juniorem musieliśmy zapłacić 200 tysięcy dolarów odszkodowania. Mało tego, gala przyniosła stratę około 150 tysięcy, więc byliśmy do tyłu jakieś 350 tysięcy dolarów. Stało się tak, bo Dawid był tak pewny siebie i przemądrzały, że nie dopilnował swoich spraw. Jego adwokat nie złożył jakiegoś drobnego wniosku i wymiar sprawiedliwości przyspieszył procedury, które powinny pójść innym trybem. “Cygan” zamiast walki życia, trafił pod celę, a my mogliśmy jedynie podliczyć nasze straty.

***

Parę lat temu Dawid przegrał nieuczciwie pojedynek w Moskwie. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurał sobie, że ustawiłem walkę przeciwko niemu i w szatni rzucił się na mnie z pięściami. Nie wiem, skąd miał takie podejrzenia, ale to była kompletna bzdura. Żeby było ciekawiej, na drugi dzień oprotestowałem wynik walki. To należy do rzadkości, ale udało mi się zmienić werdykt końcowy. Dawidowi było głupio, ale niesmak pozostał, bo jego zachowanie było chore i nielogiczne.

***

Ostatnio, zanim trafił ponownie do więzienia, nagrywał jakieś kretyńskie filmiki i gadał na mój temat niestworzone rzeczy. Przyznam szczerze, że nie przejmowałem się jego słowami, bo wiedziałem, że albo jest pod wpływem jakiś środków, albo zwariował. Teraz wiemy, że chodziło o jedno i drugie. Nie mam pojęcia, czemu mnie atakował. Dzisiaj nie mam z nim żadnego kontaktu i nie chcę mieć, ale życzę Dawidowi i jego rodzinie wszystkiego najlepszego.

Don King.

W pewnym momencie zniszczył wagę ciężką, bo ją zablokował, organizując walki wyłącznie między swoimi pięściarzami. Z tego powodu Lennox Lewis i bracia Kliczko bardzo długo nie mogli dopchać się do pojedynków o mistrzostwo świata. Dominacja Kinga w wadze ciężkiej była za duża i niekorzystna dla boksu. Swoich zawodników traktował jak mięso armatnie. Podpisywał z nimi wspaniałe kontrakty, ale nic z tego nie wynikało. Miał wielu pięściarzy, więc stworzył sobie ławkę rezerwowych i dyktował warunki.

Wyglądało to mniej więcej tak: pierwszemu facetowi z tej ławki proponował 100 tysięcy dolarów za walkę o mistrzostwo świata. Jeśli pięściarz buntował się i kręcił nosem, bo w kontrakcie miał zapisane 1,5 mln, to King zostawiał go na tej ławce i kazał czekać na następną propozycję. –  A ty za stówę zaboksujesz – pytał następnego. Kto marudził, nie walczył. Jednak Andrzej Gołota zawsze mi powtarzał, że nikt tak nie oszukiwał jak Don King, ale też nikt nie płacił jak on. Dziś jest postacią pomnikową i nie odgrywa już praktycznie żadnej roli w boksie.

***

W 2001 roku 19-letni Krzysztof Włodarczyk pojechał do Włoch i znokautował niepokonanego Vincenzo Rositto. Po tym pojedynku Don King zapragnął mieć Diablo w swojej stajni i zaczął robić pod niego podchody. Ogłosił nawet jakiś plebiscyt na prospekta roku, który oczywiście wygrał Krzysiek. Dostał za to dyplom, ale to miało wymiar symboliczny. Chodziło o to, że legendarny promotor chciał go mieć u siebie.

Floryda. Tam polecieliśmy na negocjacje z Kingiem. Chcieliśmy, żeby podpisał kontrakt nie tylko z Krzyśkiem Włodarczykiem, ale także z Tomkiem Boninem, Maciejem Zeganem i Wołodią Łazebnikiem. Przez tydzień siedzieliśmy z Piotrem Wernerem i resztą naszej ekipy w Hiltonie niedaleko jego biura. Każdy z naszej delegacji dostał osobny pokój, mieliśmy jedzenie, basen, nawet samochód do dyspozycji. Był tylko jeden problem. Nikt się z nami nie kontaktował. Pierwszy dzień, cisza. Drugi, to samo. Tydzień powoli uciekał, a my byliśmy pozostawieni sami sobie. Dopytywaliśmy o spotkanie, ale za każdym razem padała odpowiedź: pan King jest zajęty. Facet zakwaterował nas w hotelu, za wszystko zapłacił i grał na zwłokę. To była tradycyjna formuła zmiękczania drugiej strony przed negocjacjami. Wtedy nie byliśmy tego świadomi. Ostatniego dnia w końcu doszło do spotkania, ale to był cyrk, nie negocjacje. Wszystko było wyreżyserowane, potraktowano nas jak sportowców z trzeciego świata.

Najpierw wprowadzono nas do gabinetu Kinga, gdzie wisiały jego zdjęcia z prezydentami USA. Później zeszliśmy na dół do King Productions, gdzie mieściły się studia telewizyjne. To wszystko miało zrobić na nas wielkie wrażenie, ale nikt nie cmokał z zachwytu. W końcu usiedliśmy w sali konferencyjnej, rozmowę z nami prowadziła kobieta o nazwisku Jammison, prawa ręka Kinga. Przedstawiła nam ofertę i wyszła z sali. Na stole stały jakieś urządzenia elektroniczne, dzięki którym pani Jammison w pokoju obok słyszała naszą rozmowę. Znała siedem języków, w tym rosyjski i polski, więc rozumiała, o czym dyskutowaliśmy. Po chwili wróciła do naszej sali i wiedziała, do czego może się posunąć w negocjacjach. Wiele osób zrobili w ten sposób w trąbę, ale z nami nie dopięli swego. King chciał podpisać kontrakt przede wszystkim z Włodarczykiem, a parafował umowy z Zeganem, Boninem i Łazebnikiem. Można powiedzieć, że mimo tych wszystkich zabiegów i sztuczek, wygraliśmy pierwsze negocjacyjne starcie z Kingiem.

Emocje.

One trzymają mnie przy boksie i sprawiają, że jestem od niego uzależniony. W przeszłości najbardziej przeżywałem walki Krzysztofa Włodarczyka. Zdarzało się, że 2-3 dni przed jego pojedynkiem nie spałem, prawie mdlałem, ale wyrosłem już z tego. Dzisiaj w polskim boksie największe emocje budzi Artur Szpilka. Kiedyś próbował go naśladować Dawid Kostecki, ale w jego wykonaniu było to żenujące. Artur jest naturalny. Niczego nie reżyseruje, nie udaje. Kiedyś wszyscy go kochali, teraz budzi różne emocje. Jedni go kochają, inni często krytykują.

***

Są pięściarze, którzy w ringu są bardzo dobrzy, ale poza nim nikogo już nie interesują, bo są nudni. I na odwrót. W tym przypadku proporcje muszą być odpowiednio dobrane. U Artura to działa. Gdyby był innym człowiekiem, mniej barwnym, być może Al Haymon nie podpisałby z nim kontraktu. Pamiętam pierwszą walkę Artura w USA, to było jeszcze w kategorii junior ciężkiej. Już wtedy Leon Margules był pod jego wrażeniem. – Zobacz, jak ludzie na niego patrzą, gdy idzie do ringu – mówił do mnie. Faktycznie, coś w tym było. Po kilku latach na jego walce z Deontayem Wilderem na trybunach było więcej Polaków niż Amerykanów.

Jeśli chodzi o złe emocje, to przed pojedynkiem z Adamkiem Artur był mocno chroniony, bo baliśmy się, że z jakichś przyczyn do tej walki nie dojdzie. Mieliśmy w hali wielu ochroniarzy, bo kibice Wisły i Cracovii chcieli się ze sobą skonfrontować. Na szczęście do niczego nie doszło. Pojawili się przedstawiciele tylko jednej strony. Dzięki naszej reakcji druga ekipa nie dotarła.

Fiasko rozmów.

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać. Żałuję, że nie pojechałem wtedy w nocy do Wisły, może udałoby mi się go przekonać. Szkoda, że nie doszło do tej walki, bo jestem przekonany, że Krzysiek by ją wygrał i wrócił na tron. Dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu. Życiowo, finansowo i sportowo. Diablo był przekonany, że Rosjanie poczekają na niego. Po raz kolejny się przeliczył. Dla nas jest to największe fiasko biznesowo-sportowe.

Jednak w przypadku Włodarczyka nie wolno zapominać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jest jedynym polskim pięściarzem, który walczył i bronił tytułów na galach obcych promotorów. Stoczył takich walk bodaj sześć. Dla porównania: Tomek Adamek ma jeden taki pojedynek na koncie, a Darek Michalczewski żadnego… Po drugie, Diablo zrobił najwięcej dla popularyzacji boksu w naszym kraju. Stoczył najwięcej walk na otwartych kanałach, najpierw TVP 1 a potem Polsatu.

Gołota Andrzej.

Dzisiaj już mało ludzi pamięta, że mój tata był jednym z ojców chrzestnych sukcesów amatorskich Andrzeja Gołoty i Dariusza Michalczewskiego. Był wtedy człowiekiem o dużych wpływach w Polsce i regularnie ratował Andrzeja, gdy ten miał przygody na styku z prawem. Przez mojego ojca byłem wychowany w swoistym kulcie Gołoty.

***

Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był. Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

***

Gołota sportowo jest niespełniony. On pewnie zdaje sobie z tego sprawę, ale nigdy się do tego nie przyzna. Boks go trochę pokarał. Mówiłem to już, ale powtórzę jeszcze raz: Andrzej zostałby mistrzem świata wagi ciężkiej, gdybym był jego promotorem.

Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

Huck Marco.

Wyjątkowy impertynent medialny, który promował się w myśl zasady: po trupach do celu. Mógłby pisać powieści science-fiction, bo ma dar wymyślania niestworzonych rzeczy. Kiedyś kolportował plotki, że na sparingu znokautował Krzyśka Włodarczyka. Nic takiego nie miało miejsca. Raz z bezsilności rzucił się na Diablo, bo nie był w stanie go trafić i wtedy obaj wypadli z ringu. Lina nie wytrzymała ich naporu i pękła. Po tym wydarzeniu wersja Hucka brzmiała: na sparingu znokautowałem Włodarczyka. Można i tak budować swoją historię.

Huck w pewnym momencie wymyślił, że sam będzie dla siebie promotorem. Po tej decyzji skończyły się jego wielkie sukcesy. Doprowadzenie do jego pojedynku z Krzysztofem Głowackim uważam za swój promotorski majstersztyk. Przycisnęliśmy go z każdej strony. Mieliśmy informacje dotyczące dat gal w niemieckich telewizjach i wiedzieliśmy, kiedy ich nie będzie. Było wielu ludzi, jego wrogów, którzy chętnie przekazywali nam informacje.

Zastawiliśmy na niego pułapkę. Doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że Marco miał do wyboru dwie opcje: oddać pas bez walki albo przyjechać na naszą galę. Ostatecznie zmusiliśmy go do wyjechania z Niemiec. Szansę dał nam Al Haymon. Amerykanie wyłożyli bardzo duże pieniądze na ten pojedynek. Zaufali moim słowom, że Krzysiek jest mocniejszy, niż się wszystkim wydaje. Główka w pięknym stylu zdobył mistrzowski pas, to była jedna z najbardziej dramatycznych walk w polskim boksie. Huck niechcący odegrał ważną rolę w historii polskiego pięściarstwa. Ostatnio przegrał kolejną walkę. Myślę, że Głowacki kompletnie go złamał.

Izu Ugonoh.

Zgadzam się z dowcipną wypowiedzią Andrzeja Kostyry, że od Izu języka polskiego powinni uczyć się polscy selekcjonerzy, z Franciszkiem Smudą na czele. Jestem ciekaw, jak potoczy się jego kariera. Nie znam jego możliwości pięściarskich, ale boję się, że jest za słaby fizycznie na wagę ciężką. Poza tym nie jestem przekonany, czy Izu ma odpowiednią psychikę do walk z kolosami, którzy doszli teraz do głosu w królewskiej dywizji. Dał kilka świetnych rund z Dominikiem Breazealem. W tej walce wyszedł jednak jego brak doświadczenia w konfrontacjach na najwyższym poziomie. Nasza współpraca z Izu dobiegła końca w normalnych warunkach. Skończył się kontrakt i się rozstaliśmy. Wybrał inną drogę, jego decyzja.

Jackiewicz Rafał.

W boksie nie udało mu się zdobyć mistrzostwa świata, ale był mistrzem w bójkach ulicznych. Stworzony do sportów walki, ale szkoda, że tak późno trafił do boksu. Kolorowa postać. Miał jednocześnie bodaj aż trzy wyroki w zawiasach za udział w bójkach. To jest naprawdę niespotykana sytuacja. Zwykle przy drugich zawiasach delikwent idzie do więzienia. On pozostał na wolności. Jak to możliwe? Po prostu Rafał pięknie zeznawał w sądzie. Przychodził miły, uśmiechnięty chłopiec i przepraszał za swoje grzechy. Zawsze był mniejszy od tych, z którymi się bił, więc sędziowie patrzyli na niego przychylnym okiem i dawali mu kolejną szanse. On jej nie zmarnował.

***

Po pojedynku z Delvinem Rodriguezem nie był już tym samym pięściarzem. Po tej ringowej wojnie coś w nim pękło. W kolejnych walkach widzieliśmy Rafała, który nie podejmował już ryzyka. To samo było podczas sparingów. Moim zdaniem mógł wygrać z Janem Zaveckiem i zostać mistrzem świata, ale przeszedł obok walki. Zabrakło odwagi…

Za pojedynek z Rodriguezem w Ełku Rafał zarobił około 5 tysięcy dolarów. Podaję kwotę z pamięci, więc mogę się minimalnie mylić. Po kilka latach byłem na walce tego samego, ale już słabszego i bardziej wyboksowanego, Rodrigueza z Larą. Wiecie, ile ten drugi zarobił? Milion dwieście tysięcy dolarów. Rafał za walkę z Delvinem miał na swoje ulubione pączki, Lara na willę, samochód i inne atrakcje.

Jackiewicz jest teraz bardzo aktywny, organizuje dużo projektów. Strasznie się cieszę, że daliśmy mu jako grupa szansę w boksie i on ją pięknie wykorzystał. Brawo, Rafciu!

***

Chicago. Jechaliśmy busem z Rafałem i człowiekiem, który od wielu lat jest kibicem bokserskim. Nie będę wymieniał go z imienia i nazwiska, ale w przeszłości świetnie poruszał się wśród starych pruszkowskich, był na wielu zdjęciach z „Pershingiem”. I ten pan zaczął opowiadać historię z lat 90.

„Trzymał” wtedy ochronę w kilku lokalach, jego ekipa stała na bramce między innymi na jakiejś dyskotece w Wildze pod Warszawą. W pewnym momencie dostał telefon, że jego ochroniarze zostali pobici przez małolatów. Pojechał na miejsce i zastał swoich kilku ludzi, każdy po 130 kilogramów mięśni, porządnie obitych. Stwierdził, cytuję: „Nie będę w nocy po lasach urządzał wyścigów za kotami, którzy oprawili mi ochroniarzy”. Sprawę uznał za zamkniętą. Gdy kończył opowiadać tę historię, Rafał z końca busa zaczął dopytywać się o nazwę tej dyskoteki. Okazało się, że coś kojarzy. – Pamiętam to miejsce, to ja obiłem tych kolesi, bo wcześniej mieli coś do mojego kumpla – stwierdził ze spokojem. Po chwili panowie wybuchnęli śmiechem i serdecznie się wyściskali…

***

Jackiewicz wybrał się na walkę do USA, ale okazało się, że nie było dla niego rywala. W końcu znaleźliśmy mu przeciwnika, który chciał walczyć w limicie do 62 kilogramów. Rafał ważył wtedy w okolicach 66 kilogramów, więc musiał zjechać z wagą w dół. Strasznie nie lubił tego robić, ale nie było wyjścia. Chciał zarobić, musiał zbijać. Narzekał, marudził i przeklinał pod nosem, ale wagę zrobił. Niestety, zastępczy rywal się rozmyślił i zrezygnował z konfrontacji.

Nie chcieliśmy, żeby Rafał został na lodzie, szukaliśmy dalej. Trafił się przeciwnik, który z kolei ważył ponad 70 kilogramów. Tym razem Rafał musiał iść z wagą w górę. Były rosoły, buliony i straszne bóle wątroby, ale przybyło mu kilka kilogramów. Na ważeniu panowie stanęli face to face. Nie pamiętam, czy Jackiewicz zrobił wtedy jakąś groźną minę, ale jego przeciwnik się rozmyślił i zrezygnował z walki. Nie wiem, dlaczego spękał. Był przecież dwa razy większy od Rafała. Kolejnego rywala już mu nie szukaliśmy…

Kmita Marian.

Super promotor. Pana Kmitę poznałem, gdy w małych baraczkach pod Piasecznem powstawała stacja Polsat Sport. To jest jego dziecko i wielki sukces. Człowiek, który od wielu, wielu lat odgrywa ogromnie istotną rolę w polskim sporcie.

Z panem Marianem uwielbiam rozmawiać o historii, polityce i życiu. Najmniej ciekawe rozmowy prowadzimy o boksie. Zdarzały nam się spotkania, w trakcie których przez 1,5 godziny we wspanialej atmosferze dyskutowaliśmy o polityce. Potem dopiero na pięć minut przechodziliśmy do tematów bokserskich.

Moim zdaniem mamy teraz duże zawirowania w boksie, dlatego od pewnego czasu próbuję namówić pana Kmitę, żebyśmy zrewidowali polskie podwórko bokserskie, naszych zawodników i żebyśmy razem mocniej promowali kilku wybranych, młodych pięściarzy zawodowych, przywiązując ich trwale do telewizji Polsat.

Spisał: Krzysztof Smajek

szpila_foto

Artur Szpilka po porażce z Adamem Kownackim znalazł się na ogromnym zakręcie. – Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne – mówi Andrzej Wasilewski. Co dalej z jego karierą? Czy w grę wchodzi jego powrót pod skrzydła Fiodora Łapina? Czy dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu? 

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Ochłonął już pan po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim?

Andrzej Wasilewski: Przyznam szczerze, że jeszcze nie. Jak większość ludzi z branży w roli faworyta widziałem Artura, ale niestety walka nie ułożyła się po naszej myśli. Boks uczy pokory.

Co usłyszał pan od Artura po walce?

Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo w tej chwili Artur przeżywa bardzo trudne chwile. Poczekajmy jeszcze, dajmy mu ochłonąć. Jego kariera znalazła się na ogromnym zakręcie. Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne. Przegrał z rywalem, którego uważał za mocno ograniczonego pod względem bokserskim.

Czy z perspektywy czasu uważa pan, że wystawienie Szpilki przeciwko Kownackiemu było błędem?

Widziałem Adama Kownackiego w kilku pojedynkach i zdawałem sobie sprawę, że będzie wymagającym rywalem dla Szpilki, który wracał na ring po bardzo długiej przerwie. Ale mimo wszystko wydawało się, że to bezpieczny przeciwnik. Gdyby wszystko zależało tylko ode mnie, to Artur zaraz po zakończeniu rehabilitacji miałby walkę ze słabszym rywalem. Wtedy pojedynek z Kownackim byłyby walką numer dwa a nie jeden po powrocie po kontuzji. Czasu jednak nie cofniemy.

W którym momencie walki wiedział już pan, że Szpilce sprawy wymykają się spod kontroli?

Na początku drugiej rundy powiedziałem do siedzącego obok mnie Leona Margulesa, że „Szpila” jest sfrustrowany i nie wie, co ma robić. Biorąc pod uwagę doświadczenie Artura, moje słowa brzmiały abstrakcyjnie. W boksie najważniejsza jest głowa, potem nogi a na końcu ręce. Jak głowa siądzie, reszta nie ma już znaczenia. Co z tego, że Artur był kapitalnie przygotowany fizycznie, skoro coś zacięło się w głowie i dał fatalną walkę. 

Adam Kownacki przed pojedynkiem co chwila powtarzał, że Szpilka ma słabą szczękę. Jak to jest u niego z tą odpornością na ciosy?

Ja postawiłbym sprawę w ten sposób – Artur nie ma szczęki z betonu. Władimir Kliczko powiedział mi, że sam by nie wstał po bombie, którą od Wildera przyjął Artur. Myśli pan, że Joshua by wstał? Jestem przekonany, że też nie. Po pojedynku z Kownackim nie możemy powiedzieć, że Artur ma słabą szczękę. Problemem było to, że on te ciosy przyjmował, nie potrafił się przed nimi bronić.

Czy trzeba brać pod uwagę czarny scenariusz, który przed walką nakreślił Ronnie Shields, mówiąc, że dla Szpilki porażka z Kownackim to praktycznie koniec kariery?

Nie widzę takiego zagrożenia. Rzecznik PBC powiedział ostatnio, że zasługi Szpilki są duże i na pewno dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzeba mieć tylko świadomość i Artur ją ma, że warunki finansowe po takiej porażce będą mniejsze. Wracając do Shieldsa, nie chciałbym na gorąco oceniać, kto zawinił, bo jest na to za wcześnie. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że Shields w tym pojedynku nad Arturem zupełnie nie panował.

Czyli w jakimś sensie wini pan Shieldsa za tę porażkę?

Nie chcę teraz szukać rozliczeń. Ktoś jednak zawodnika przygotowywał do tego pojedynku, ktoś stał w jego narożniku i ten ktoś, chcąc nie chcąc, czegoś nie dopilnował skoro Artur wypadł tak słabo i przegrał walkę, której przegrać nie powinien.

Czy przed walką było widać po Arturze, że traci pewność siebie?

Najlepszym psychologiem wśród trenerów, których poznałem jest Fiodor Łapin. Myślę, że on mógłby wyczuć więcej rzeczy, obserwując Artura w tygodniu poprzedzającym walkę niż próbował to zrobić Shields. Moim zdaniem poświęcenie się pracy w stu procentach, jak to jest w przypadku Łapina, to zupełnie coś innego niż praca trenerów, którzy dają z siebie wszystko, ale tylko na sali, a po treningu nie są dla swoich podopiecznych mentorami życiowymi. Szpilka potrzebuje obok siebie mocnego charakteru, który wskaże mu kierunek. Z całym szacunkiem do Shieldsa, którego uważam za wielkiego fachowca, w sferze mentalnej nie zapanował nad Arturem .

Może Artur powinien teraz skorzystać z pomocy psychologa sportowego. Sugerował mu pan takie rozwiązanie?

Niczego mu nie sugerowałem, ale jak opadnie kurz, będziemy myśleć nad następnymi krokami. Jeśli Artur byłby teraz w Polsce, natychmiast zawiózłbym go do jakiegoś fachowca z tej dziedziny. Może inaczej, namawiałbym go do tego, ale nie nie wiem, czy chciałby skorzystać.

Co dalej z karierą Szpilki? Wchodzi w grę jego powrót do Polski i praca z trenerem Łapinem?

Artur już od lutego planował powrót do kraju, bo jest Ameryką zmęczony. Namówiłem go, żeby do walki został w USA, ale teraz na pewno wróci. Chce kupić mieszkanie w Warszawie. Czy będzie trenował z Łapinem? Trudno powiedzieć, jeszcze nie mamy żadnych planów. Jedno jest pewne – oprócz Fiodora nie widzę w Polsce trenera, z którym Artur mógłby pracować.

Stworzenie na nowo tego duetu może być trudne, bo pamiętamy, w jakiej atmosferze panowie się rozstali.

Panowie ewentualnie muszą usiąść i po męsku porozmawiać. I to może nie jeden raz. Mało kto wie, że ich relacje były pełne emocji, bo trener Łapin nie dawał się Arturowi podporządkować. To były relacje przypominające bardzo surowego i wymagającego ojca z trudnym i bardzo temperamentnym synem. Rozmawiali ze sobą po sobotniej walce. Teraz Artur musi się otrząsnąć, spakować i wrócić do Polski. Dopiero wtedy będzie planować, co dalej.

Porażka z Kownackim oddaliła czy przybliżyła Szpilkę do pojedynku z Krzysztofem Zimnochem?

Chyba nic nie zmieniła. Może w jakimś tam stopniu przybliżyła, bo gdyby Artur wygrał z Kownackim w pięknym stylu, to mógłby dostać poważną ofertę z Ameryki. Teraz takiej propozycji na pewno nie będzie. Nie możemy wykluczyć, że przeciwnikiem Szpilki będzie Zimnoch, ale żadnych planów jeszcze nie mamy.

A rewanż z Kownackim?

W kontrakcie nie było zapisu o rewanżu, bo przy walkach rankingowych rzadko robi się takie zapisy. Nie myślałem o tym.

Władysław Ćwierz, pierwszy trener Artura, doradza mu, żeby zrobił badania neurologiczne i psychologiczne oraz odpoczął od boksu. Co pan o tym sądzi?

Po pierwsze, bardzo szanuję pana Ćwierza, ale myślę, że szukanie porad wśród dawnych mistrzów i trenerów w boksie olimpijskim, nie ma żadnego sensu. Boks zawodowy to jest zupełnie inna dyscyplina sportu niż boks olimpijski sprzed 20-30 lat. Przywołam przykład Zbyszka Raubo, który jest raczej znawcą boksu olimpijskiego. Kiedyś Zbyszek powiedział w wywiadzie, że Krzysztof Głowacki nie nadaje się do boksu zawodowego, bo nie ma charakteru i psychiki… Z szacunkiem dla zasług i dorobku pana Ćwierza, ale nie sugerowałbym się jego radami. Artur badania przechodzi regularnie, więc jak widać, pan Władysław nie ma pojęcia w tej materii. Wygląda jednak na to, że chce dla swojego byłego podopiecznego jak najlepiej.

Jeszcze niedawno Szpilka zastanawiał się nad powrotem do kategorii junior ciężkiej. Może warto wrócić do tego pomysłu?

To jest cały czas bardzo ciekawe rozwiązanie. Artur ma trochę pecha, bo jest małym ciężkim i dużym cruiserem. Nie jestem pewny, czy byłby w stanie zrzucić te 10 kilogramów, teraz ważył 102,5 kilograma, a było mu widać mięśnie brzucha. Jeśli zdecydowałby się na zmianę kategorii wagowej, to trzeba by było przeprowadzić poważny proces przebudowy jego ciała. To zajęłoby sporo czasu, ale ten pomysł cały czas siedzi mi w głowie. Tak na marginesie, od lat toczą się dyskusje, czy w boksie nie powinno się stworzyć kategorii superciężkiej, żeby wielkoludy walczyły w osobnej wadze. Pomysł jest fajny, ale raczej nierealny do zrealizowania.

Nie boi się pan, że Szpilka da sobie spokój z boksem i ucieknie do KSW?

Bez przesady, Artur ma jeszcze sporo do osiągnięcia i udowodnienia w boksie. Żadnych planów w stosunku do KSW nie było i nie ma. Wyobraża pan sobie walkę Szpilki z Popkiem? Artur z całą pewnością sobie tego nie wyobraża. Może kiedyś… po karierze sportowej.

Czy porażkę Artura chociaż w jakimś stopniu osłodziła panu wygrana Michała Syrowatki w Anglii?

To są dwie różne sprawy. Artur jest gwiazdą polskiego boksu, nie tylko ze względu na sport, ale także na medialność. Michał jest w odwrotnej sytuacji. Do tej pory nie miał wielkich osiągnięć w boksie zawodowym, jest skromnym chłopakiem, przypomina mi kilku innych polskich pięściarzy, którzy naprawdę ciężko pracują, ale nie są medialni. Michał stoczył heroiczną walkę, a w mediach nie odbiło się to takim echem, jakbyśmy chcieli. Przyznam szczerze, ta walka przypomniała mi wyprawę z Diablo na Sardynię i jego pojedynek z Rossitto. Michał zrobił to samo co Krzysiek, pod koniec walki znokautował rywala na jego terenie.

Co dalej z Michałem?

Zrobił na pewno ogromny krok w kierunku dużych walk. Zbliża się też do większych pieniędzy, bo do tej pory jego zarobki były skromne. Nie powiem jednak, że za chwilę będzie walczył o mistrzostwo świata, bo jego kategoria wagowa jest piekielnie mocno obsadzona. Jeśli nie dostaniemy jakiegoś prezentu od Św. Mikołaja w postaci pojedynku o pas mistrza świata, to Michał powinien walczyć w Wielkiej Brytanii. Możliwe, że obóz rywala zaproponuje rewanż. Nie ma problemu, możemy w to wejść, ale już za większe pieniądze. Po wygranej nad Daviesem Syrowatka został zauważony przez ekspertów na świecie, a to jest bardzo ważne. Stoczył naprawdę świetną walkę i pokazał się szerszej publiczności. Umówiliśmy się kiedyś, że ja mu wynegocjuje większe walki, a on obiecał, że nie zmarnuje szansy. Obaj dotrzymaliśmy słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

Wystarczyło, że Tomek Adamek wspomniał coś o powrocie na ring i już wybuchła burza. Może inaczej. Na Twitterze rozpoczęła się burzliwa dyskusja na temat potencjalnego przeciwnika dla Górala. Pojawiły się też pierwsze nazwiska. Poważne i mniej poważne.

Zacznijmy jednak od wywiadu, którego Tomek Adamek udzielił Przemkowi Garczarczykowi. Oto najważniejsze cytaty z tej rozmowy:

Tomek Adamek: „Jestem na tak. Po rozmowie z Mateuszem Borkiem powiedziałem, że wracam na ring.”

Skoro ma ochotę wracać na ring, niech wraca. Nic nam do tego. Przypominamy, że w Polsce nie ma obowiązku oglądania jego pojedynków. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że Góral wraca, bo kasa się skończyła. Spokojnie, główny zainteresowany twierdzi, że z dutkami wszystko jest ok. Wierzcie, komu chcecie, ale lepiej trzymać się zasady, że do cudzego portfela nie ma sensu zaglądać.

TA: „Chciałbym pożegnać się z kibicami w dobrym stylu, żeby zapamiętali mnie jako wojownika.”

W dobrym stylu można pożegnać się na różne sposoby. Na przykład: można wpaść w garniaku na galę Polsat Boxing Night, powiedzieć kilka zdań do kibiców, odebrać pamiątkowy puchar, zebrać owację na stojąco i tyle. Góralowi jednak nie o to chodzi. On chce się pożegnać kolejną walką. Tomek musi też pamiętać o jednym: tak czy siak kibice (zwłaszcza ci trochę starsi) zapamiętają go jako wojownika. Niczego już nikomu nie musi udowadniać.

Wiadomo, że nikt nie lubi schodzić ze sceny pokonanym. Zresztą pięściarze często powtarzają tę wyświechtaną formułkę: „chciałbym pożegnać się w dobrym stylu”. Pytanie, co należy rozumieć przez dobry styl? Zbicie jakiegoś kelnera? W przypadku Adamka odpowiedź brzmi: nie.

TA: „Jeżeli wygrywać to z czołówką. Co mi daje zwycięstwo z przeciętnym pięściarzem?

Krótko mówiąc, Tomek Adamek nie ma ochoty na walkę, jakby to powiedział redaktor Andrzej Kostyra, z puszką soku pomidorowego. Ma być rywal z czołówki. Nie chodzi o to, żeby dać mu przeciwnika, który będzie przypominał porcelanową figurkę, która stłucze się po pierwszym ciosie.

Czas przejść do wspomnianej na wstępie rozmowy na temat kolejnego rywala dla Górala, w której w rolach głównych wystąpili: Mateusz Borek i Andrzej Wasilewski.

Promotor grupy Sferis KnockOutPromotions zaproponował dla Adamka dwie opcje: walkę z Krzysztofem Włodarczykiem lub Andrzejem Wawrzykiem.

tweet1

Pomysł spodobał się Maciejowi Miszkiniowi, który napisał: „Zapomniałem o tym zestawieniu. Dla mnie ciekawie, ppv jeden z lepszych wyników myślę”.

Jednak zupełnie bez entuzjazmu do tych propozycji podszedł Mateusz Borek.

tweet3

Dalsza część rozmowy mięrzy panami Borkiem i Wasilewskim wyglądała mniej więcej tak (pisownia oryginalna, wszystkie cytaty pochodzą z Twittera):

Andrzej Wasilewski: „Jestem zdecydowanie za walka pozegnalna Tomka ale albo z Polakiem albo nie jako glowna walka.”

AW: „Diablo albo Wawrzyk. Mlody ciezki. Kiedys bylo Adamek – Golota, teraz Adamek nie chce…”

Mateusz Borek: „Niech Wawrzyk wygra eliminator z Wachem a Diablo niech idzie droga IBF bo nie chciał walczyć o pas WBO”

AW: „Mati, dlaczego tak sie obawiasz walki z innym Polakiem? Zwyciezca bedzie Polakiem, zostanie w rodzinie”

MB: „Nigdy juz nie da zarobić innemu Polakowi. Niech każdy sobie zasłuży na wypłatę. TA ma z kim walczyć”

AW: „Wygra TA to jest w grze i pozniej zawalczy z kolejnym Polakiem, z korzyscia dla wszystkich”

MB: „Ludzie chętnie obejrzą fajna walkę, choćby rewanż z EM, choćby sie to miało skończyć tak samo”

MB: „Niech Ci w Prime zaczną sprzedawać bilety i PPV. A nie, każdy sie chce promować na Adamku. Over.”

AW: „Zeby zaczeli musza byc wypromowani. Trzeba tworzyc produkt. Za chwile nie bedzie w ogole kim boksowac.”

AW: „Dlaczego Glowki, Diabl Sulek, Wawrzyk, Laszcz, Szyman i inni nie boksuja regularniena PBN?”

MB: „Ale Ty możesz ich zawsze wystawić, wziąć ryzyko finansowe i zrobić galę jak 17 września pod szyldem PBN.”

AW: „Dlaczego nie budowac polskiego boksu razem? TV i promotor – wieloletni partnerzy..nie chcemy wspolnego produktu?”

MB: „Zrób walke Diablo vs Adamek lub Wawrzyk vs Adamek i dogadaj sie z Tomkiem na kasę. Nie mam nic przeciw.”

AW: „on mnie odesle do Ciebie -;)))”

MB: „Czyli Was nie stać :-)”

AW: Pewnie na mniej niz caly Polsat. Zgoda -;)

Oczywiście wymiana zdań nie została zakończona w tym miejscu, ale my stawiamy tutaj kropkę.

Opcja walki Krzysztof Włodarczyk vs Tomasz Adamek pod każdym względem wydaje się interesująca dla kibiców. Panowie mogliby sprzedać PPV w ilościach hurtowych. To zestawienie broni się przede wszystkim sportowo, bo to pojedynek z gatunku 50/50. A przecież w tym biznesie, oprócz oczywiście biznesu, chodzi właśnie o sport. Pytanie tylko, w którym kierunku chce pójść Diablo? Z jednej stony słychać, że ma w planach odzyskać tytuł mistrza świata w cruiser, z drugiej, jego promotor proponuje walkę z Adamkiem.

Czytając ostatni wywiad Włodarczyka dla „Super Expresu”, w którym tak mówił o swoich finansach: „Powiem tylko tyle, że żyłem zbyt rozrzutnie i zdaję sobie z tego sprawę. Oszczędności? Szkoda gadać, nie chcę sam siebie dołować… ” – można odnieść wrażenie, że Diablo przyjmie każdą konkretną ofertę pod względem finansowym. Podobno skusiłby się nawet na propozycję walki w formule MMA. Zresztą potencjalna konfrontacja z Adamkiem mogłaby być dla niego jednorazowym wyskokiem do wagi ciężkiej, który nie zamknie mu żadnej furtki w cruiser.

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Góral dostanie pewnie jeszcze niejedną ofertę walki. Poważną lub mniej poważną… Wiadomo na jego nazwisku wielu chciałoby się wypromować.

tweet4

Tomaszowi Babilońskiego gratulujemy poczucia humoru, ale ta oferta jest interesująca pewnie tylko dla niego…

tweet5

W czwartek rano na Twitterze rozgorzała bardzo ciekawa dyskusja o polskiej wadze ciężkiej. Pojawiło się sporo interesujących opinii i wątków, dlatego uznałem, że warto to wszystko spisać, usystematyzować i dorzucić swoje trzy grosze. W wymianie zdań (ciosów) brali udział między innymi: Mateusz Borek, Andrzej Wasilewski, Michał Koper i Przemek Garczarczyk.

Iskrą, która wznieciła dyskusję, była informacja o planowanej walce Alberta Sosnowskiego z Andrzejem Wawrzykiem na wrześniowej gali Głowacki vs Usyk. Tak, tak, tego samego Alberta Sosnowskiego, który w marcu po pojedynku z Andrasem Csomorem mówił, że definitywnie kończy karierę. Tak na marginesie, dla mniej zorientowanych: w boksie stwierdzenie „kończę karierę”, odczytujemy jako: „zaraz wracam”.

Przejedźmy jednak do konkretów. Żeby wszystko było w miarę jasne i przejrzyste wprowadziłem podział na wątki.

1. Pojedynek Wawrzyk vs Sosnowski

Informacja o planowanej walce Sosnowskiego z Wawrzykiem nie przypadła do gustu Mateuszowi Borkowi, który napisał (wszystkie cytaty w tym tekście pochodzą z Twittera):

„Nie chce słyszeć o walce z Wawrzykiem. Nikt, komu zależy na zdrowiu człowieka, nie podpisze się pod tym. Dla mnie, szczerze, to wstyd raz jeszcze proponować powrót Albertowi Sosnowskiemu. Pieprzenie o wielkich walkach dla Andrzeja a potem… WTF?”

Później doszło do dyskusji Mateusza Borka z Michałem Koprem z ringpolska.pl. Poniżej fragment rozmowy tych panów:

borek vs koper

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Ze sportowego punktu widzenia walka Wawrzyk vs Sosnowski nie ma większego sensu. Nawet nie trzeba tłumaczyć, dlaczego. Mismatch. Ale pamiętajmy, że boks rządzi się swoim prawami. Sosnowski ma nazwisko, które przyciągnie kibiców. Przyciągnie, bo Dragon wciąż jest popularny.

Kiedyś spytałem Alberta, dlaczego tak trudno podjąć mu decyzję o zakończeniu kariery. Odpowiedział: „Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg.” Albert z tym nałogiem sobie nie radzi, dlatego pewnie wróci. Znów na chwilę znajdzie się w centrum zainteresowania (kibice, wywiady, konferencje prasowe, itp.), znów poczuje adrenalinę, coś tam zarobi, a na koniec dostanie od Wawrzyka po głowie.

2. Inny rywal dla Andrzeja Wawrzyka

borek vs wasilewski.png

Żeby wszystko było jasne: podczas wrześniowej gali Fiodor Łapin ma zajmować się tylko Krzysztofem Głowackim. To oznacza, że Andrzej Wawrzyk nie będzie miał w narożniku swojego trenera. A to z kolei oznacza, że nie może dostać zbyt wymagającego rywala. Jeszcze niedawno, jako potencjalnego przeciwnika Wawrzyka, wymieniało się Marcina Siwego. Teraz jest grany temat Sosnowskiego. Mateusz Borek (Wawrzyk pewnie też) liczył na zdecydowanie większe nazwisko. „Ja myślałem o Washingtonie lub Aguilerze dla Wawrzyka a tu taka „niespodzianka”.

Nagy Aguilera byłby ciekawą opcją. Kilka miesięcy temu dał dobrą walkę z Marcinem Rekowskim. To nie jest facet, który wpadnie do Polski, nadstawi głowę, zbierze oklep i wróci do domu. A między rundami będzie liczył dolary. Pewnie Wawrzykowi postawiłby twarde warunki, ale ta kandydatura nie wchodzi w grę, bo „w Ergo nie ma mowy, bez swojego trenera w narożniku” (cyt. Andrzej Wasilewski). W takim razie otwarte pozostaje wciąż pytanie: czy jest sens, żeby Wawrzyk w ogóle wychodził w tym terminie do walki? Co, oprócz easy money, da mu walka z Sosnowskim?  

Przejdźmy teraz do kolejnego  tematu, który pojawił się w trakcie tej twitterowej wymiany zdań. Wątek ten wywołał Michał Koper, a do dyskusji włączył się też Przemek Garczarczyk.

3. Tomek Adamek vs Andrzej Wawrzyk, czyli czas na gdybanie

Michał Koper: „Mateusz, ja żałuję że nie doszło do walki Andrzeja Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem na PBN. To byłby lepszy wybór niż Molina medialnie i sportowo.”

Po tym wpisie ruszyła kolejna dyskusja. Rozmowę nakręcało pytanie: kto wygrałby pojedynek Adamek vs Wawrzyk?

adamek vs wawrzyk_ok

Stop. Znów musimy się na chwilę zatrzymać. Czy Andrzej Wawrzyk wygrałby z Tomkiem Adamkiem? Zdania są podzielone. Przemek Garczarczyk twierdzi, że Wawrzyk bardziej pasowałby „Góralowi” niż walczący z defensywy Molina. Z kolei panowie Wasilewski i Koper uważają, że pięściarz KnockOutPromotions miałby przewagę szybkości i to on wygrałby z Adamkiem. „A może ko nawet?” – zastanawia się Wasilewski.

Trudno powiedzieć, jakim wynikiem zakończyłaby się ta walka. Dzisiaj stawiałbym 60/40, a może nawet 70/30 na Wawrzyka. Adamek najlepsze lata ma już za sobą. Jego karierę zastopował Wiaczesław Głazkow, swoje dołożył też Artur Szpilka. Choć, trzeba przyznać, że Góral na tle Moliny wyglądał bardzo przyzwoicie. Jak „przygotowany, starszy pan”.

„Głupie rozmowy. W jego prime żaden by się do niego nie zbliżył. Dawać Aguilere dla AW” – napisał Borek. Racja, Adamek za najlepszych lat był poza zasięgiem, po prostu nie do ruszenia przez innych polskich ciężkich.

adamek cd

Skoro jesteśmy przy Tomku Adamku, to nie możemy pominąć kolejnego wątku, w którym pojawiło się jego nazwisko. Ten temat wywołał Mateusz Borek.

4. Powrót Górala na ring!

borek o adamku.png

Wpis dziennikarza Polsatu trzeba traktować z lekkim przymrużeniem oka, ale powrotu Adamka na ring nie można na sto procent wykluczyć. Wiadomo, Góral nie ma już szans na zawojowanie zawodowych ringów, ale na kolejny, jednorazowy wyskok może się przecież jeszcze skusić… Kto da sobie rękę uciąć, że Tomek już nie wróci? Ja swojej nie daję.

powrót adamka_cd

Może i Tomek Adamek faktycznie czuje się teraz spełniony, ale pamiętacie przecież, że słowa „kończę karierę” – w przypadku pięściarzy – czytamy jako: „zaraz wracam”. Wystarczy, że zadzwoni Mateusz Borek z jakąś ciekawą propozycją…

Patrząc z innej perspektywy, może wyglądać to tak: Adamek siedzi sobie teraz na bokserskiej emeryturze w USA, ale pewnie wie, co w trawie piszczy. Usłyszy raz, że Wawrzyk by go pokonał, usłyszy drugi raz to samo i w końcu wyciągnie rękawice z szafy…

powrót adamka_cd

Krzysztof Smajek/Po Gongu


KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

M – Michalczewski Dariusz. Darek podczas swojej kariery doskonale rozumiał pracę dziennikarzy i wiedział, że potrzebują ciekawych informacji. Kiedyś – pamiętam – miał wypadek na autostradzie w Berlinie. Chwilę po zdarzeniu, jeszcze z autostrady, dzwoni do mnie. „Andrzej, miałem stłuczkę swoim mercedesem, chcesz jakieś fotki z miejsca kolizji?” To była niedziela, szykowaliśmy właśnie gazetę na poniedziałek, a tu niespodziewanie wpadł nam taki temat. Darek wysłał zdjęcia, a my zrobiliśmy story pod tytułem: Wypadek Michalczewskiego na autostradzie w Niemczech. Życzyłbym każdemu dziennikarzowi, żeby mógł współpracować z takimi pięściarzami jak Tiger.

Darek zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, zawsze był chętny do rozmowy. Niektórzy mówią, że szybciej mówi niż myśli. Może coś w tym jest, ale wolę takich raptusów, niż dyplomatów, którzy nigdy nic ciekawego nie powiedzą. Miał swoje różne grzeszki. Były naciski, żeby pisać o tym, ale nie dałem się namówić. Zainteresowani wiedzą, o co chodzi. Kiedyś Darek szedł z Jankiem Dydakiem i zaczepił ich jakiś pijak. Porywczy Janek chciał mu od razu przypierd…, ale Tiger odwiódł go od tego. Uspokoił prowodyra, a po chwili sprzedał mu lufę na bebechy. Po czym powiedział do Janka: „Gdybyś przywalił mu w łeb, byłyby problemy, a tak dostał za swoje i nie ma śladów.” Cały Darek, jak go nie uwielbiać. Cieszę, że odniósł sukces w biznesie. Gdy mężczyźni mają po kilka żon, to zazwyczaj zostają biedakami, jak na przykład Holyfield. Darek jest wyjątkiem. Wykształcił synów, ma wspaniałą żonę i stać go także na pomaganie innym.

N – Newark. Najszczęśliwsze w Ameryce miasto dla polskiego boksu. Tam Tomek Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył tytuł mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Niedawno Krzysiek Głowacki wygrał z Marco Huckiem. A kto teraz pamięta takiego boksera jak Antoni Zaleski, znany na zawodowych ringach jako Tony Zale? Amerykański Polak, który miał przydomek „Man of Steel” (Człowiek z Żelaza). Jeden z najwspanialszych czempionów wagi średniej w dziejach boksu. To właśnie w Newark (tyle że na Ruppert Stadium) stoczył w 1948 roku pojedynek o mistrzostwo świata z legendarnym Rockym Graziano i znokautował go w trzeciej rundzie. Historia kołem się toczy. Zale, Adamek, Głowacki… Który z polskich bokserów pójdzie w ich ślady i wywalczy w Newark kolejne mistrzostwo świata dla Polski?

O – Olszewski Lucjan. To niestety najbardziej zapomniana postać w polskim boksie i polskim dziennikarstwie. Człowiek o olbrzymiej, gigantycznej wiedzy. Był kapitanem sportowym PZB i redaktorem naczelnym „Boksu” a potem „Boksera”. Chodząca encyklopedia wiedzy o tej dyscypliny sportu. Gdy był naczelnym „Boksu” po legendarnym Aleksandrze Rekszy, za Biblię Boksu uważany był amerykański „The Ring”. Ale to bzdura, bo najlepszym pismem był „Boks” prowadzony przez Lucjana. Dzisiaj internet jest śmietnikiem, który trzeba dokładnie przeszukać, żeby znaleźć właściwe informacje. W tamtych czasach, jak ktoś kupował „Boks”, miał sto procent pewności, że tam nie ma żadnego błędu i znajdzie wszystko co trzeba o boksie. „Boks” był prenumerowany przez ludzi z całej Europy. Szkoda, że polski boks i dziennikarstwo nie wykorzystały potencjału  Lucjana Olszewskiego. Czasami wypijam z nim kawę i gadamy o starych, pięknych czasach.

P – Przemek Saleta. Zdobył mistrzostwo Europy, chociaż nikt w niego nie wierzył. Gdy wygrywał w 8. rundzie z Luanem Krasniqim nie było w Niemczech ani jednego polskiego dziennikarza. Byłem na ich rewanżowym pojedynku, który Przemek przegrał już w 1. rundzie, będąc trzy razy na deskach. Po tej walce ukazał się w „Super Expressie” wielki tytuł: „Saleta dupa, nie bokser”. Wymyślił go ówczesny redaktor naczelny. Jak wróciłem z Niemiec i to zobaczyłem, aż włosy stanęły mi dęba. Spytałem naczelnego, po co dał taki tytuł. W odpowiedzi usłyszałem: boksował jak dupa, czyli dupa nie bokser. Od razu zadzwoniłem do Przemka i przeprosiłem go za nie swoje grzechy. Jest facetem z klasą, więc przyjął przeprosiny. Do dzisiaj jesteśmy w dobrych kontaktach, bardzo go cenię.

Ostatnio dyskutowaliśmy, za pośrednictwem sms-ów, na temat jego udziału w kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Uważam, że popełnił błąd, angażując się w politykę. Tłumaczyłem mu, że politycy instrumentalnie traktują sportowców. Przemek dał się w to ciągnąć, a według mnie to było bez sensu. Więcej na tym stracił niż zyskał. Bardzo dobry analityk boksu. Mógłby robić karierę na kilku frontach, bo jest człowiekiem wielu talentów, ale nie ma chyba tylko talentu do biznesu. Nie zgadzam się z nim w jednym – Przemek jest za legalizacją dopingu, ja przeciwko.

P – Pershing. Domniemany przywódca gangsterów z Pruszkowa, a zarazem wielki kibic boksu. Byłem ostatnim dziennikarzem, który z nim rozmawiał. To było w Atlantic City. Siedzieliśmy sobie z Jurkiem Kulejem w pokoju w Trump Plaza, gdy popijaliśmy whiskey, przyszedł Ziggy Rozalski z Pershingiem. Zaproponowaliśmy z Jurkiem Pershingowi łyskacza, ale nie chciał alkoholu, zamówił wodę mineralną. Na początku rozmowa się nie kleiła, ale później Pershing się rozruszał i pogadaliśmy sobie trochę o walce Gołoty z Michaelem Grantem. Spytałem go, czy postawił jakąś kasę na wygraną Andrzeja. Powiedział, że w Las Vegas był dobry kurs na zwycięstwo Gołoty i postawił tam na Andrzeja 70 tysięcy dolarów.

Masa, najpopularniejszy świadek koronny w Polsce, twierdzi, że mafia i Pershing stawiali na Granta i dlatego Gołota poddał się w walce z Amerykaninem, mimo że wygraną miał w kieszeni. Czyja wersja jest prawdziwa? Chyba jednak Pershinga… Widziałem jak łamał i wyrzucał do kosza róże, które miał przygotowane dla Gołoty. Są też obrazki w telewizji, gdy widać Pershinga skaczącego z radości, gdy Grant lądował na deskach po ciosach Andrzeja. Teraz ma być w tej sprawie proces, mam w grudniu zeznawać jako świadek. Powiem co widziałem. Masa zapowiada, że wyciągnie wszystkich świadków i udowodni, że jego słowa są prawdziwe. Tych świadków to chyba będzie musiał wykopać spod ziemi…

Pamiętam, że wtedy w Trump Plaza, Pershing opowiadał mi, że miał kompleksy, bo był… łysy. Mówię do niego: „Panie Andrzeju, teraz można przecież zrobić sobie przeszczep włosów i po problemie”. A on: „Panie redaktorze, a wie pan, jaka to jest bolesna operacja?” Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, od razu przypomniała mi się ta rozmowa. Bał się przeszczepu włosów, a zginął od strzału w głowę. Ironia losu.

R – Rozalski Ziggy. Jako dzieciak wyjechał do Ameryki i tam zrobił karierę finansową. Dorobił się na prowadzeniu blacharni i lakierni, która obsługuje firmy ubezpieczeniowe. Mądrze poinwestował pieniądze, ma dom jak pałac. Pomógł zarówno Gołocie jak i Adamkowi w ich karierach. Bez niego trudno byłoby im odnieść sukcesy.

Ziggy zawsze ma przy sobie duże pieniądze. Nigdy nie widziałem go z portfelem, pieniądze nosi związane w gumki, setkami albo pięćdziesiątkami dolarów. W każdej chwili  jest przygotowany na wydawanie gotówki. Wykupił gym, który należał do Rocky’ego Marciano. Lubiłem Ziggyego i lubię, fajny facet. Z wyglądu to nie jest biznesmen, ale jest lepszym biznesmenem od setek pseudobiznesmenów ubranych w garnitury Armaniego. Pamiętam, że po jednej z walk zaproponował mi, żebym przewiózł od niego i Andrzeja Gołoty… 100 tysięcy dolarów i wręczył prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu na fundusz pomocy dla osób poszkodowanych w wielkiej powodzi, która nawiedziła południe Polski. Nie przewiozłem. Wiem, że potem Andrzej Gołota przekazał te 100 tysięcy dolarów prezydentowi Kwaśniewskiemu.

S – Skrzecz Paweł i Grzegorz. Jestem z nimi zaprzyjaźniony, to taka przyjaźń, o którą teraz trudno w relacjach dziennikarz – sportowiec. Oni byli młodymi bokserami, ja młodym dziennikarzem. Razem się bawiliśmy i świętowaliśmy. Dzisiaj dziennikarzy jest więcej niż bezdomnych psów, a wtedy liczących się było kilku i z tymi wielkimi sportowcami się przyjaźniliśmy. Obaj mieli wielkie serce do walki. Paweł powinien być mistrzem olimpijskim, ale nim nie został. Gdyby Andrzej Gołota miał serce do walki Pawła, to byłyby mistrzem świata, nie mam żadnych wątpliwości. Szkoda, że Paweł odszedł od boksu, bo nie stać nas na tracenie takich ludzi.

Teraz parę słów o Grześku. Podczas turnieju bokserskiego w Wenecji walczył ze Szwedem Brockiem i w tym pojedynku przyjął straszliwy cios, po którym przez półtorej rundy nie wiedział, co się działo wokół niego. Trener Michał Szczepan go jednak nie poddał i po walce trafił do szpitala, bo zapadł w śpiączkę. Na szczęście wyszedł z niej. PZB nie potrafił godnie go pożegnać, więc wziąłem to na swoje barki i zorganizowałem mecz z Gwiazdy Grzegorza Skrzecza kontra Hortex Ryki z mojego rodzinnego miasta. Drużyna, która przyjechała do Ryk to była prawdziwa plejada gwiazd. Selekcjonerem tego zespołu był Kazimierz Górski, grało wielu medalistów olimpijskich, mistrzów świata, gwiazd futbolu: Władek Komar, Tadzio Ślusarski, Andrzej Supron, Józek Łuszczek, Benek Blaut, Robert Gadocha, Antek Trzaskowski, Rysio Kulesza…. Pamiętam, że Grzesiek po meczu dostał szlafrok, kilka ręczników, szynkę, kilka kilogramów kiełbasy, baleron i pół litra wódki. Takie były czasy.

Ś – Średnicki Henryk. Gdyby trafił na zawodowstwo, na bank byłby mistrzem świata. Miał niesamowity ciąg na przeciwnika. Na mistrzostwach świata w Belgradzie w półfinale walczył z Rosjaninem Michajłowem i jak dopadł go przy linach, to lał przez półtorej minuty. Sędzia nie przerywał, bo cały czas była walka. Teraz jak ktoś wyprowadzi 4-5 ciosów, to mówi się, że bił serią. Serią to bił wtedy Heniek, który z wyprowadził z 50 ciosów. Miał notoryczne problemy z utrzymaniem wagi. Gdyby policzyć kilogramy, które zrzucał do kategorii muszej, to uzbierałoby się kilka ton. Był bardzo rozrywkowym człowiekiem i to go zgubiło. Lubił alkohol i dziewczyny. Miał fantazję w ringu, ale też poza nim. Przytoczę jedną historię.

Heniek pojechał kiedyś z reprezentacją Polski do Ugandy i tam wyrwał jakąś panienkę. Zapłacił jej w złotówkach, twierdząc, że to są… dolary Europy Wschodniej. Gdy panienka poszła wymienić te „dolary” na prawdziwe, zatrzymali ją, żądając wyjaśnień. Wtedy powiedziała, że pieniądze dostała od polskiego boksera i Średnicki mógł być w tarapatach, ale ówczesny prezes PZB Jacek Wasilewski, ojciec Andrzeja, interweniował i Heńkowi się upiekło.

T – Tyson Mike. Rozmawiałem z nim kilka razy i za każdym razem wrażenie robiły na mnie dwie rzeczy: pierwsza, że w ogóle nie miał szyi, druga, – jego głos. Mówił jakby go słowik dusił. Szkoda, że przepuścił pieniądze, które zarobił w ringu, ale jak się płaci 300 tysięcy dolarów rocznie na utrzymanie gołębi, to każdą fortunę można przepuścić. Teraz wyszedł na prostą. Ciekawy jestem czy zwróci 100 tysięcy za swojego angielskiego menedżera-cwaniaka, który organizował jego przyjazd do Polski i nie dotrzymał słowa. Kasą poszła, Tyson nie przyjechał. Tomasz Babiloński do dzisiaj nie odzyskał pieniędzy z tego tytułu. Ale podobno jest na dobrej drodze. „Bestia” to przykład pozytywnego wpływu więzienia na człowieka. Gdy Tyson siedział za domniemany gwałt na Desiree Washington czytał m.in… historię Polski, potem imponował wiedzą o naszym kraju.

U – Uli Wegner. To przedstawiciel starej niemieckiej szkoły trenerskiej, którą cechuje zamordyzm. Nie spoufalał się z zawodnikami, nigdy nie był dla nich kumplem. Do historii boksu przeszło to, w jaki sposób mobilizował Artura Abrahama w przerwie między rundami walki z Carlem Frochem. „Artur, jesteś tchórzem – mówił do swojego podopiecznego. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny trener w taki sposób mobilizował pięściarza.

Po innej walce (z Mirandą) Abraham  miał złamaną szczękę i wyglądał jak ofiara rozboju. Każdy inny trener w takiej sytuacji by go poddał, ale nie Uli Wegner. Niektórzy obrońcy praw człowieka chcieli, żeby za to zajęła się nim prokuratura, ale „Król Artur” był pierwszym, który wziął go w obronę. W Polsce też mieliśmy takiego trenera jak Wegner. Mam na myśli Antoniego Zygmunta, który też był zamordystą i na jego widok, wielu pięściarzom aż trzęsły się łydki.

W – Wasilewski Andrzej. To jest dyplomata tak wielkiej klasy, że jak idzie po schodach, to nie można odróżnić, czy wchodzi czy schodzi. Bez niego i Piotra Wernera, który wykonuje w tym duecie czarną robotę, nie byłoby polskiego zawodowego boksu. Wielkie uznanie za to, że zaangażowali się w polski zawodowy boks. Hejterzy zarzucają im, że prowadzą swoich zawodników ostrożnie jak babcia dzieci do przedszkola. Trochę w tym prawdy, ale liczą się ostateczne efekty… Proszę mi pokazać promotorów, który doprowadziłby takich pięściarzy jak Andrzej Wawrzyk i Paweł Kołodziej do walk o mistrzostwo świata. Są też tacy, którzy narzekają na poziom przeciwników, których na swoje gale sprowadzają panowie Wasilewski i Werner. Ostatnio w Newark na gali Ala Heymona Maciej Sulęcki walczył z bumem, którego organizatorzy pewnie wyciągnęli z dworca Nowym Jorku i dali ze sto dolarów za wyjście do ringu. Takich bumów na swoje gale Wasilewski i Werner nigdy nie sprowadzali. Te importowane z Węgier czy Czech puszki soku pomidorowego, które pojawiały się na ich galach przynajmniej padały po ciosach, a nie po świście powietrza, jak rywal Sulęckiego.

W – Włodarczyk Krzysztof. Lubię ludzi, którzy ciężką pracą dochodzą do sukcesów, a Krzysiek Włodarczyk jest takim człowiekiem. Zbyszek Raubo, jego pierwszy trener, twierdzi, że zdecydowanie większym talentem od Włodarczyka był Krzysztof Cieślak. Jednak Cieślak nic nie osiągnął, a Diablo był mistrzem świata. Do tego sukcesu doszedł ciężką pracą. Pamiętam jego walkę na mistrzostwach Polski w Płońsku, gdzie zlał go Wojciech Bartnik, zaprowadził go do bokserskiego przedszkola, wygrał 9:1. To jednak w tym przegranym pojedynku Andrzej Wasilewski dostrzegł jego talent. Szkoda, że w życiu osobistym Diablo się nie układa. Bardzo go lubię, ma serce na dłoni. Gdyby jeszcze był bardziej punktualny, umawia się na 14, a przyjeżdża godzinę później. Ale tu chyba już nikt go nie zmieni. Mam nadzieję, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i że odzyska pas mistrza świata. Chętnie zobaczyłbym jego walkę z Arturem Szpilką, na razie tylko obaj podgrzewają atmosferę. Ale wiem, że są przymiarki do tego pojedynku na Polsat Boxing Night. Ale chyba jeszcze nie w 2016, raczej w 2017. To byłby hit. Klasyczna walka nienawiści, nieudawanej, ale prawdziwej.

Z – Zbarski Krzysztof. Znajduje się w cieniu Andrzeja Wasilewskiego i spółki, ale też miał swoje promotorskie sukcesy. Doprowadził Alberta Sosnowskiego do mistrzostwa Europy a potem walki do mistrzostwo świata z Witalijem Kliczką, prowadził także karierę Grzesia Proksy. Kilka lat temu wykonał numer, których powinien się znaleźć w Księdze rekordów Guinnessa. Mieliśmy z Jurkiem Kulejem komentować jego galę w Irlandii, byliśmy już na miejscu, ale gala została odwołana, bo bokser z Ugandy, który miał wystąpić w walce wieczoru, zachorował na żółtaczkę. Robert Wichrowski (ówczesny szef sportu w TVN, która wtedy jeszcze zajmowała się sportem) zdenerwował się, zadzwonił do Zbarskiego z pretensjami, że przecież jest zarezerwowany czas w ramówce i ciężko jest w ostatniej chwili zmieniać plany. I gala się odbyła! Zbarski nie spał całą noc, obdzwonił pół Anglii, zmobilizował pięściarzy z tej odwołanej gali, wynajął studio filmowe, w którym kręcono wcześniej Bonda, załatwił ring, sędziów, spikera, przelot dla Jurka i dla mnie z Irlandii i dopiął swego. Na trybunach zasiadło z dziesięciu widzów, którzy robili za widownię. Cała impreza kosztowała go ładnych chyba z 30 tysięcy funtów, ale dotrzymał umowy z telewizją. Mistrzostwo świata.

KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek