Posts Tagged ‘Andrzej Gołota’

Adamek Tomasz.

Z Tomkiem mieliśmy wiele różnych przygód. Czasami było super, bo zdarzało się nam posiedzieć przy butelce wina i pogadać o wszystkim, ale bywały też i mniej serdeczne okresy. Jak to w życiu. Z perspektywy czasu świetnie widać, że na te mniej serdeczne relacje dominujący wpływ miały osoby z naszego szeroko rozumianego otoczenia.

Wielka postać polskiego boksu, mega wojownik, ale i duży szcześciarz. W kilku walkach miał pewną sympatię sędziów po swojej stronie. Dużo dały mu bardzo dramatyczne w przekazie pojedynki ze średnim tak naprawdę Paulem Briggsem. Miał też szczęście, gdy dopuszczono go do pojedynku o mistrzostwo świata federacji WBC w kategorii półciężkiej. Po wycofaniu Brahmera przez grupę Universum nie było chętnych do walki o pas. Tomek na tym skorzystał.

Stoczył wiele ringowych wojen, zawsze dawał z siebie wszystko między linami. Jest jednym z nielicznych pięściarzy, którzy dzięki boksowi potrafili ustawić się na całe życie. Szczerze i z całego serca życzę mu, żeby definitywnie zakończył karierę i cieszył się życiem. Mógłby zająć się trenowaniem. Byłoby szkoda, gdyby nie przekazał młodym zawodnikom swojej ogromnej wiedzy i doświadczenia.

***

Pewnego razu lecieliśmy z Diablo do Ameryki. W samolotach LOT-u był taki zwyczaj, że kapitan witał na pokładzie mistrza świata – Krzysztofa Włodarczyka. To było bardzo sympatyczne, a przy okazji łechtało ego Krzysia. Pół godziny po starcie piliśmy sobie drinka, stojąc w tyle samolotu. W tym czasie podeszła do nas jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i niezadowolonym tonem spytała: Który z panów jest tym niby mistrzem, bo jakoś tak nie poznaję? Tą nieznajomą była pani Dorota, żona Tomka. Wtedy w relacjach między mną a jej mężem wiało chłodem, więc pani Dorota postanowiła wbić nam szpileczkę. Trzeba przyznać, że skutecznie. Nie wiedzieliśmy z Krzyśkiem, co odpowiedzieć.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Boks.

Wielka przygoda i pasja, która rozpoczęła się w jakimś 1977 roku. Promotorem zostałem przez przypadek w 1999 r. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi zrobiłem kilka rzeczy, które wcześniej wydawały się w Polsce niemożliwe. Zorganizowałem pierwszą poważną walkę o mistrzostwo świata w naszym kraju. Wygrywałem przetargi z Kingiem.

Dzięki boksowi przeżyłem dużo wspaniałych przygód, zjeździłem pół świata, poznałem wielu świetnych sportowców. Począwszy od naszych wielkich przed laty pięściarzy, jak Średnicki, Pietrzykowski, Kulej i wielu, wielu innych, po mistrzów boksu zawodowego. Świetna sprawa dla takiego pasjonata jak ja.

Zbliża się dwudziestolecie mojej aktywności promotorskiej. Momentami, a właściwie coraz częściej, mam już tego wszystkiego dosyć. Nie ma jednak nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie pałeczkę. Nie widzę na horyzoncie ludzi, których byłoby stać na duże inwestowanie w ten biznes. Nie interesuje mnie, kto co napisze i w jaki sposób skomentuje moje słowa, ale prawda jest taka, że dla polskiego boksu zawodowego zrobiłem zdecydowanie najwięcej ze wszystkich. Tej satysfakcji nikt mi nie odbierze. Mógłbym zrobić jeszcze więcej… Psuć jest naprawdę łatwo, budować bardzo trudno. Wielu ludzi przez te lata starało się i dalej stara się psuć. Może kiedyś napiszę książkę na ten temat. Sam ją sfinansuje i wypromuje. W końcu trochę się na tym znam (śmiech).

Cygan – Dawid Kostecki.

Absolutna porażka. Tymi dwoma słowami mógłbym określić naszą współpracę z Dawidem. Wszystko w jego życiu było pokręcone. Gdy był w najlepszej formie sportowej i miał na wyciągnięcie ręki walkę mistrzowską, zamiast wchodzić do ringu, szedł do zakładu karnego. Tak było chyba ze trzy razy. Siedząc w więzieniu, cały czas dostawał od nas pensje, którą przelewaliśmy na konto jego żony. W tym przypadku wykraczaliśmy poza wymogi kontaktowe, bo byliśmy związani z jego rodziną. Wierzyliśmy też w jego niewinność i zapewnienia, że system brutalnie go traktuje. “Cygan” cały czas mówił, że uwzięło się na niego kilku funkcjonariuszy CBŚ. Podawał nawet ich nazwiska. Po kilku latach okazało się, że ci funkcjonariusze zostali aresztowani. Mieli jakieś związki z domami publicznymi. Być może Dawid rzeczywiście był konkurencją dla tych dżentelmenów i nadepnął im na odcisk. Nam zawsze powtarzał, że jest niewinny.

***

Przez Dawida Kosteckiego mieliśmy też największe straty finansowe. „Cygan” został aresztowany, a my za odwołanie jego walki z Royem Jonesem Juniorem musieliśmy zapłacić 200 tysięcy dolarów odszkodowania. Mało tego, gala przyniosła stratę około 150 tysięcy, więc byliśmy do tyłu jakieś 350 tysięcy dolarów. Stało się tak, bo Dawid był tak pewny siebie i przemądrzały, że nie dopilnował swoich spraw. Jego adwokat nie złożył jakiegoś drobnego wniosku i wymiar sprawiedliwości przyspieszył procedury, które powinny pójść innym trybem. “Cygan” zamiast walki życia, trafił pod celę, a my mogliśmy jedynie podliczyć nasze straty.

***

Parę lat temu Dawid przegrał nieuczciwie pojedynek w Moskwie. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurał sobie, że ustawiłem walkę przeciwko niemu i w szatni rzucił się na mnie z pięściami. Nie wiem, skąd miał takie podejrzenia, ale to była kompletna bzdura. Żeby było ciekawiej, na drugi dzień oprotestowałem wynik walki. To należy do rzadkości, ale udało mi się zmienić werdykt końcowy. Dawidowi było głupio, ale niesmak pozostał, bo jego zachowanie było chore i nielogiczne.

***

Ostatnio, zanim trafił ponownie do więzienia, nagrywał jakieś kretyńskie filmiki i gadał na mój temat niestworzone rzeczy. Przyznam szczerze, że nie przejmowałem się jego słowami, bo wiedziałem, że albo jest pod wpływem jakiś środków, albo zwariował. Teraz wiemy, że chodziło o jedno i drugie. Nie mam pojęcia, czemu mnie atakował. Dzisiaj nie mam z nim żadnego kontaktu i nie chcę mieć, ale życzę Dawidowi i jego rodzinie wszystkiego najlepszego.

Don King.

W pewnym momencie zniszczył wagę ciężką, bo ją zablokował, organizując walki wyłącznie między swoimi pięściarzami. Z tego powodu Lennox Lewis i bracia Kliczko bardzo długo nie mogli dopchać się do pojedynków o mistrzostwo świata. Dominacja Kinga w wadze ciężkiej była za duża i niekorzystna dla boksu. Swoich zawodników traktował jak mięso armatnie. Podpisywał z nimi wspaniałe kontrakty, ale nic z tego nie wynikało. Miał wielu pięściarzy, więc stworzył sobie ławkę rezerwowych i dyktował warunki.

Wyglądało to mniej więcej tak: pierwszemu facetowi z tej ławki proponował 100 tysięcy dolarów za walkę o mistrzostwo świata. Jeśli pięściarz buntował się i kręcił nosem, bo w kontrakcie miał zapisane 1,5 mln, to King zostawiał go na tej ławce i kazał czekać na następną propozycję. –  A ty za stówę zaboksujesz – pytał następnego. Kto marudził, nie walczył. Jednak Andrzej Gołota zawsze mi powtarzał, że nikt tak nie oszukiwał jak Don King, ale też nikt nie płacił jak on. Dziś jest postacią pomnikową i nie odgrywa już praktycznie żadnej roli w boksie.

***

W 2001 roku 19-letni Krzysztof Włodarczyk pojechał do Włoch i znokautował niepokonanego Vincenzo Rositto. Po tym pojedynku Don King zapragnął mieć Diablo w swojej stajni i zaczął robić pod niego podchody. Ogłosił nawet jakiś plebiscyt na prospekta roku, który oczywiście wygrał Krzysiek. Dostał za to dyplom, ale to miało wymiar symboliczny. Chodziło o to, że legendarny promotor chciał go mieć u siebie.

Floryda. Tam polecieliśmy na negocjacje z Kingiem. Chcieliśmy, żeby podpisał kontrakt nie tylko z Krzyśkiem Włodarczykiem, ale także z Tomkiem Boninem, Maciejem Zeganem i Wołodią Łazebnikiem. Przez tydzień siedzieliśmy z Piotrem Wernerem i resztą naszej ekipy w Hiltonie niedaleko jego biura. Każdy z naszej delegacji dostał osobny pokój, mieliśmy jedzenie, basen, nawet samochód do dyspozycji. Był tylko jeden problem. Nikt się z nami nie kontaktował. Pierwszy dzień, cisza. Drugi, to samo. Tydzień powoli uciekał, a my byliśmy pozostawieni sami sobie. Dopytywaliśmy o spotkanie, ale za każdym razem padała odpowiedź: pan King jest zajęty. Facet zakwaterował nas w hotelu, za wszystko zapłacił i grał na zwłokę. To była tradycyjna formuła zmiękczania drugiej strony przed negocjacjami. Wtedy nie byliśmy tego świadomi. Ostatniego dnia w końcu doszło do spotkania, ale to był cyrk, nie negocjacje. Wszystko było wyreżyserowane, potraktowano nas jak sportowców z trzeciego świata.

Najpierw wprowadzono nas do gabinetu Kinga, gdzie wisiały jego zdjęcia z prezydentami USA. Później zeszliśmy na dół do King Productions, gdzie mieściły się studia telewizyjne. To wszystko miało zrobić na nas wielkie wrażenie, ale nikt nie cmokał z zachwytu. W końcu usiedliśmy w sali konferencyjnej, rozmowę z nami prowadziła kobieta o nazwisku Jammison, prawa ręka Kinga. Przedstawiła nam ofertę i wyszła z sali. Na stole stały jakieś urządzenia elektroniczne, dzięki którym pani Jammison w pokoju obok słyszała naszą rozmowę. Znała siedem języków, w tym rosyjski i polski, więc rozumiała, o czym dyskutowaliśmy. Po chwili wróciła do naszej sali i wiedziała, do czego może się posunąć w negocjacjach. Wiele osób zrobili w ten sposób w trąbę, ale z nami nie dopięli swego. King chciał podpisać kontrakt przede wszystkim z Włodarczykiem, a parafował umowy z Zeganem, Boninem i Łazebnikiem. Można powiedzieć, że mimo tych wszystkich zabiegów i sztuczek, wygraliśmy pierwsze negocjacyjne starcie z Kingiem.

Emocje.

One trzymają mnie przy boksie i sprawiają, że jestem od niego uzależniony. W przeszłości najbardziej przeżywałem walki Krzysztofa Włodarczyka. Zdarzało się, że 2-3 dni przed jego pojedynkiem nie spałem, prawie mdlałem, ale wyrosłem już z tego. Dzisiaj w polskim boksie największe emocje budzi Artur Szpilka. Kiedyś próbował go naśladować Dawid Kostecki, ale w jego wykonaniu było to żenujące. Artur jest naturalny. Niczego nie reżyseruje, nie udaje. Kiedyś wszyscy go kochali, teraz budzi różne emocje. Jedni go kochają, inni często krytykują.

***

Są pięściarze, którzy w ringu są bardzo dobrzy, ale poza nim nikogo już nie interesują, bo są nudni. I na odwrót. W tym przypadku proporcje muszą być odpowiednio dobrane. U Artura to działa. Gdyby był innym człowiekiem, mniej barwnym, być może Al Haymon nie podpisałby z nim kontraktu. Pamiętam pierwszą walkę Artura w USA, to było jeszcze w kategorii junior ciężkiej. Już wtedy Leon Margules był pod jego wrażeniem. – Zobacz, jak ludzie na niego patrzą, gdy idzie do ringu – mówił do mnie. Faktycznie, coś w tym było. Po kilku latach na jego walce z Deontayem Wilderem na trybunach było więcej Polaków niż Amerykanów.

Jeśli chodzi o złe emocje, to przed pojedynkiem z Adamkiem Artur był mocno chroniony, bo baliśmy się, że z jakichś przyczyn do tej walki nie dojdzie. Mieliśmy w hali wielu ochroniarzy, bo kibice Wisły i Cracovii chcieli się ze sobą skonfrontować. Na szczęście do niczego nie doszło. Pojawili się przedstawiciele tylko jednej strony. Dzięki naszej reakcji druga ekipa nie dotarła.

Fiasko rozmów.

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać. Żałuję, że nie pojechałem wtedy w nocy do Wisły, może udałoby mi się go przekonać. Szkoda, że nie doszło do tej walki, bo jestem przekonany, że Krzysiek by ją wygrał i wrócił na tron. Dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu. Życiowo, finansowo i sportowo. Diablo był przekonany, że Rosjanie poczekają na niego. Po raz kolejny się przeliczył. Dla nas jest to największe fiasko biznesowo-sportowe.

Jednak w przypadku Włodarczyka nie wolno zapominać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jest jedynym polskim pięściarzem, który walczył i bronił tytułów na galach obcych promotorów. Stoczył takich walk bodaj sześć. Dla porównania: Tomek Adamek ma jeden taki pojedynek na koncie, a Darek Michalczewski żadnego… Po drugie, Diablo zrobił najwięcej dla popularyzacji boksu w naszym kraju. Stoczył najwięcej walk na otwartych kanałach, najpierw TVP 1 a potem Polsatu.

Gołota Andrzej.

Dzisiaj już mało ludzi pamięta, że mój tata był jednym z ojców chrzestnych sukcesów amatorskich Andrzeja Gołoty i Dariusza Michalczewskiego. Był wtedy człowiekiem o dużych wpływach w Polsce i regularnie ratował Andrzeja, gdy ten miał przygody na styku z prawem. Przez mojego ojca byłem wychowany w swoistym kulcie Gołoty.

***

Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był. Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

***

Gołota sportowo jest niespełniony. On pewnie zdaje sobie z tego sprawę, ale nigdy się do tego nie przyzna. Boks go trochę pokarał. Mówiłem to już, ale powtórzę jeszcze raz: Andrzej zostałby mistrzem świata wagi ciężkiej, gdybym był jego promotorem.

Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

Huck Marco.

Wyjątkowy impertynent medialny, który promował się w myśl zasady: po trupach do celu. Mógłby pisać powieści science-fiction, bo ma dar wymyślania niestworzonych rzeczy. Kiedyś kolportował plotki, że na sparingu znokautował Krzyśka Włodarczyka. Nic takiego nie miało miejsca. Raz z bezsilności rzucił się na Diablo, bo nie był w stanie go trafić i wtedy obaj wypadli z ringu. Lina nie wytrzymała ich naporu i pękła. Po tym wydarzeniu wersja Hucka brzmiała: na sparingu znokautowałem Włodarczyka. Można i tak budować swoją historię.

Huck w pewnym momencie wymyślił, że sam będzie dla siebie promotorem. Po tej decyzji skończyły się jego wielkie sukcesy. Doprowadzenie do jego pojedynku z Krzysztofem Głowackim uważam za swój promotorski majstersztyk. Przycisnęliśmy go z każdej strony. Mieliśmy informacje dotyczące dat gal w niemieckich telewizjach i wiedzieliśmy, kiedy ich nie będzie. Było wielu ludzi, jego wrogów, którzy chętnie przekazywali nam informacje.

Zastawiliśmy na niego pułapkę. Doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że Marco miał do wyboru dwie opcje: oddać pas bez walki albo przyjechać na naszą galę. Ostatecznie zmusiliśmy go do wyjechania z Niemiec. Szansę dał nam Al Haymon. Amerykanie wyłożyli bardzo duże pieniądze na ten pojedynek. Zaufali moim słowom, że Krzysiek jest mocniejszy, niż się wszystkim wydaje. Główka w pięknym stylu zdobył mistrzowski pas, to była jedna z najbardziej dramatycznych walk w polskim boksie. Huck niechcący odegrał ważną rolę w historii polskiego pięściarstwa. Ostatnio przegrał kolejną walkę. Myślę, że Głowacki kompletnie go złamał.

Izu Ugonoh.

Zgadzam się z dowcipną wypowiedzią Andrzeja Kostyry, że od Izu języka polskiego powinni uczyć się polscy selekcjonerzy, z Franciszkiem Smudą na czele. Jestem ciekaw, jak potoczy się jego kariera. Nie znam jego możliwości pięściarskich, ale boję się, że jest za słaby fizycznie na wagę ciężką. Poza tym nie jestem przekonany, czy Izu ma odpowiednią psychikę do walk z kolosami, którzy doszli teraz do głosu w królewskiej dywizji. Dał kilka świetnych rund z Dominikiem Breazealem. W tej walce wyszedł jednak jego brak doświadczenia w konfrontacjach na najwyższym poziomie. Nasza współpraca z Izu dobiegła końca w normalnych warunkach. Skończył się kontrakt i się rozstaliśmy. Wybrał inną drogę, jego decyzja.

Jackiewicz Rafał.

W boksie nie udało mu się zdobyć mistrzostwa świata, ale był mistrzem w bójkach ulicznych. Stworzony do sportów walki, ale szkoda, że tak późno trafił do boksu. Kolorowa postać. Miał jednocześnie bodaj aż trzy wyroki w zawiasach za udział w bójkach. To jest naprawdę niespotykana sytuacja. Zwykle przy drugich zawiasach delikwent idzie do więzienia. On pozostał na wolności. Jak to możliwe? Po prostu Rafał pięknie zeznawał w sądzie. Przychodził miły, uśmiechnięty chłopiec i przepraszał za swoje grzechy. Zawsze był mniejszy od tych, z którymi się bił, więc sędziowie patrzyli na niego przychylnym okiem i dawali mu kolejną szanse. On jej nie zmarnował.

***

Po pojedynku z Delvinem Rodriguezem nie był już tym samym pięściarzem. Po tej ringowej wojnie coś w nim pękło. W kolejnych walkach widzieliśmy Rafała, który nie podejmował już ryzyka. To samo było podczas sparingów. Moim zdaniem mógł wygrać z Janem Zaveckiem i zostać mistrzem świata, ale przeszedł obok walki. Zabrakło odwagi…

Za pojedynek z Rodriguezem w Ełku Rafał zarobił około 5 tysięcy dolarów. Podaję kwotę z pamięci, więc mogę się minimalnie mylić. Po kilka latach byłem na walce tego samego, ale już słabszego i bardziej wyboksowanego, Rodrigueza z Larą. Wiecie, ile ten drugi zarobił? Milion dwieście tysięcy dolarów. Rafał za walkę z Delvinem miał na swoje ulubione pączki, Lara na willę, samochód i inne atrakcje.

Jackiewicz jest teraz bardzo aktywny, organizuje dużo projektów. Strasznie się cieszę, że daliśmy mu jako grupa szansę w boksie i on ją pięknie wykorzystał. Brawo, Rafciu!

***

Chicago. Jechaliśmy busem z Rafałem i człowiekiem, który od wielu lat jest kibicem bokserskim. Nie będę wymieniał go z imienia i nazwiska, ale w przeszłości świetnie poruszał się wśród starych pruszkowskich, był na wielu zdjęciach z „Pershingiem”. I ten pan zaczął opowiadać historię z lat 90.

„Trzymał” wtedy ochronę w kilku lokalach, jego ekipa stała na bramce między innymi na jakiejś dyskotece w Wildze pod Warszawą. W pewnym momencie dostał telefon, że jego ochroniarze zostali pobici przez małolatów. Pojechał na miejsce i zastał swoich kilku ludzi, każdy po 130 kilogramów mięśni, porządnie obitych. Stwierdził, cytuję: „Nie będę w nocy po lasach urządzał wyścigów za kotami, którzy oprawili mi ochroniarzy”. Sprawę uznał za zamkniętą. Gdy kończył opowiadać tę historię, Rafał z końca busa zaczął dopytywać się o nazwę tej dyskoteki. Okazało się, że coś kojarzy. – Pamiętam to miejsce, to ja obiłem tych kolesi, bo wcześniej mieli coś do mojego kumpla – stwierdził ze spokojem. Po chwili panowie wybuchnęli śmiechem i serdecznie się wyściskali…

***

Jackiewicz wybrał się na walkę do USA, ale okazało się, że nie było dla niego rywala. W końcu znaleźliśmy mu przeciwnika, który chciał walczyć w limicie do 62 kilogramów. Rafał ważył wtedy w okolicach 66 kilogramów, więc musiał zjechać z wagą w dół. Strasznie nie lubił tego robić, ale nie było wyjścia. Chciał zarobić, musiał zbijać. Narzekał, marudził i przeklinał pod nosem, ale wagę zrobił. Niestety, zastępczy rywal się rozmyślił i zrezygnował z konfrontacji.

Nie chcieliśmy, żeby Rafał został na lodzie, szukaliśmy dalej. Trafił się przeciwnik, który z kolei ważył ponad 70 kilogramów. Tym razem Rafał musiał iść z wagą w górę. Były rosoły, buliony i straszne bóle wątroby, ale przybyło mu kilka kilogramów. Na ważeniu panowie stanęli face to face. Nie pamiętam, czy Jackiewicz zrobił wtedy jakąś groźną minę, ale jego przeciwnik się rozmyślił i zrezygnował z walki. Nie wiem, dlaczego spękał. Był przecież dwa razy większy od Rafała. Kolejnego rywala już mu nie szukaliśmy…

Kmita Marian.

Super promotor. Pana Kmitę poznałem, gdy w małych baraczkach pod Piasecznem powstawała stacja Polsat Sport. To jest jego dziecko i wielki sukces. Człowiek, który od wielu, wielu lat odgrywa ogromnie istotną rolę w polskim sporcie.

Z panem Marianem uwielbiam rozmawiać o historii, polityce i życiu. Najmniej ciekawe rozmowy prowadzimy o boksie. Zdarzały nam się spotkania, w trakcie których przez 1,5 godziny we wspanialej atmosferze dyskutowaliśmy o polityce. Potem dopiero na pięć minut przechodziliśmy do tematów bokserskich.

Moim zdaniem mamy teraz duże zawirowania w boksie, dlatego od pewnego czasu próbuję namówić pana Kmitę, żebyśmy zrewidowali polskie podwórko bokserskie, naszych zawodników i żebyśmy razem mocniej promowali kilku wybranych, młodych pięściarzy zawodowych, przywiązując ich trwale do telewizji Polsat.

Spisał: Krzysztof Smajek

Reklamy

A – Adamek Tomasz. Wielki wojownik. Widać to było zwłaszcza w pierwszej walce z Paulem Briggsem, gdy walczył ze złamanym nosem. On przed walką nikomu o tym nie powiedział. W tym pojedynku zdobył pas WBC, którego… nie dostał po walce, bo gdzieś zaginął facet z federacji, który miał mu wręczyć ten pas. Po gali w United Center szliśmy z fotoreporterem Wojtkiem Kubikiem na postój taksówek. Po drodze spotkaliśmy Ziggy’ego Rozalskiego, który zaproponował nam podwózkę do hotelu. Wsiedliśmy do limuzyny, która miała z dziesięć metrów długości i zaczęliśmy rozmawiać o tej kuriozalnej sytuacji z zaginięciem pasa. Naszej rozmowie przysłuchiwał się facet, jakiś znajomy Ziggy’ego, który w pewnym momencie spytał po angielsku: O czym tak dyskutujecie? Wytłumaczyłem mu, że Adamek zdobył mistrzostwo świata, ale nie dostał pasa czampiona. Na co on pokiwał głową i stwierdził ze śmiechem: „Jak mój wujek rządził w Chicago, takie sytuacje były nie do pomyślenia, wtedy w mieście panował porządek… Potem Ziggy mi wyjaśnił, że to znany nowojorski adwokat Joseph Capone, bratanek słynnego gangstera Ala Capone. A zaginiony pas na szczęście później się znalazł i trafił w ręce „Górala”.

B – Bowe Riddick. Żałuję, że nie poleciałem na jego pierwszą walkę z Andrzejem Gołotą w Nowym Jorku. Za to byłem na ich rewanżowym pojedynku. Wspomnienia z tej ringowej wojny pozostaną mi do końca życia, bo to był najbardziej dramatyczny pojedynek, jaki w życiu widziałem. Tam po prostu unosiła się śmierć nad ringiem. Podczas robienia notatek w trakcie walki, tak drżały mi ręce, że później nie mogłem odczytać tego, co napisałem. Obok mnie siedział facet z „Daily Mail” i co chwilę łapał się za głowę i mówił: „Oh my God, what the fight, what a fight?!”.

To była straszna bijatyka. Ten pojedynek zmienił zarówno Gołotę jak i Bowe’a. Na konferencji prasowej po walce Gołocie ciekła ślina z ust, a on tego nie kontrolował, bo tak miał obitą twarz. Z kolei Amerykanin mówił tak niewyraźnie, że w ogóle go nie rozumiałem. W pewnym momencie spytałem tego gościa z „Daily Mail”, czy on coś rozumie, ale ten stwierdził, że tylko piąte przez dziesiąte. Riddick zamiast mówić, bełkotał, jakby wypił kilka flaszek wódki. To było pyrrusowe zwycięstwo Bowe’a, bo po tej walce skończył się jako bokser. Potem odbiło mu, zaciągnął się do komandosów, porwał żonę i dzieci. Teraz jest w wielkiej biedzie.

C – Champion: Krzysztof Głowacki. Skomentowałem setki pojedynków o mistrzostwo świata, dziesiątki z udziałem Polaków i powiem szczerze, że to była jedna z tych walk (Głowacki vs Huck – przyp.red.), która dała mi najwięcej radości. Tu nie chodzi tylko o skalę sensacji, bo wszyscy się zachwycają i mówią: walka roku, sensacja roku, runda roku. Według mnie Głowacki za jednym zamachem zdobył dwa tytuły mistrza świata, bo mistrzostwo zdobył zarówno jego duch jak i ciało. Jak padł na deski w 6. rundzie, to jego ciało mówiło: leż chłopie, nie wstawaj, ale duch wygrał z ciałem, bo Głowacki wstał i walczył dalej. Dlatego zasłużył na dwa mistrzowskiego pasy. Do niego idealnie pasuje określenie, że powstał jak Feniks z popiołów.

To jest bardzo porządny chłopak, wzór sportowca i człowieka. Dostał nagrodę za ciężką pracę. Za tę walkę zarobił 41 tysięcy dolarów. Po zdobyciu pasa WBO promotorzy zapowiedzieli, że dadzą mu samochód służbowy i podniosą pensję. Wcześniej Głowacki nie miał kokosów z boksu. Nie było go nawet stać, żeby wynająć w Warszawie porządne mieszkanie.  Wspaniały chłopak i ma super brata – policjanta z drogówki w Wałczu. Też miły gość. Chyba to u nich rodzinne.

D – Don King.  Największy bajerant w historii boksu i najtwardszy łeb. Gdy go kiedyś przebadano, okazało się, że w głowie miał resztki śrutu po tym jak do niego strzelano z 50 lat temu, gdy był młody. Wiele razy z nim rozmawiałem, zawsze był chętny do pogawędki, kilka razy zaskoczył mnie bogatym słownictwem, świadczącym o tym, że mimo braku wielkiego wykształcenia, jest inteligentnym człowiekiem. Był kreatorem mistrzów i najbardziej barwną postacią w środowisku promotorów. Nie byłem przy jego rozliczeniach z pięściarzami, ale wzorem uczciwości to on chyba nie był. Pamiętam, że na walkę Tomka Adamka z Urlichiem przyjechał do Niemiec mercedesem, który miał złote felgi i złotą rurę wydechową. Bajerant, ale z klasą.

Eminencja szara, czyli Marian Kmita. Śmieję się, że to jest facet, który urodził się ze złotą łyżeczką w ustach. Bo jak król Midas, czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Czasami mu z tej łyżeczki wypadnie diament i siatkarze przegrają ze Słowenią (i chyba z milion z reklam w plecy). Ale chwilę wcześniej piłkarze zakwalifikowali się na Euro we Francji, będą wielkie reklamowe żniwa i złota łyżeczka wzbogaci się o wielki brylant, będą miliony zarobku z reklam. Kupił mistrzostwa świata w siatkówce w Polsce – i było złoto. Potem wziął na klatę wściekłość kibiców za zakodowanie siatkarskich mistrzostw świata, chociaż – z tego co wiem – ta złość powinna być skierowana głównie na premiera Tuska. MŚ stały się ofiarą jego  politycznych gierek mających osłabić pozycję wicepremierem Schetyny.

Bez dwóch zdań Kmita  jest najpotężniejszą postacią w polskim boksie, bo to do niego ustawiają się kolejki promotorów, żeby ustalić, kto wystąpi na antenie Polsatu. Dzięki niemu (i oczywiście pieniądzom prezesa Solorza) sławę zdobyło wielu polskich pięściarzy z Krzysztofem Włodarczykiem i Arturem Szpilką na czele. Czasami łatwiej dodzwonić się do Billa Clintona niż do Mariana Kmity. Jest twardym negocjatorem, zawsze spokojny, opanowany, nigdy nie widziałem go poddenerwowanego. Promotorzy skarżą się, że za mało im płaci, że wyciska jak cytrynę. I chyba tak jest. Nie mogę ujawnić, ile Polsat zapłacił za galę w Newark, podczas której Głowacki zdobył pas WBO, ale mogę zapewnić, że z ceny początkowej Kmita zbił olbrzymią część. I na tym właśnie polega jego fenomen.

F – Feliks Stamm. Bez wątpienia, obok Kazimierza Górskiego, najwybitniejszy trener w historii polskiego sportu. To był człowiek, który miał wielki talent trenerski. Potrafił oszlifować każdego boksera, którego wziął pod swoje skrzydła. Działał jak komputer najnowszej generacji, bo wszystko miał w głowie. Felek Stamm wymyślał rzeczy nieprawdopodobne. Jurek Kulej opowiadał mi, że walczył kiedyś z jakimś dobrym Niemcem i nie mógł sobie z nim poradzić. Wtedy Stamm kazał mu… pozwolić się trafić w czoło, które jest bardziej odporne na ciosy niż szczęka. Przyjąć ten cios i natychmiast, zanim ręka Niemca wróci do szczęki, strzelić lewy sierpowy. Kulej postąpił zgodnie z tym misternym planem. Dał się trafić, potem oddał sierpowym, po którym Niemiec nakrył się nogami i było po wszystkim. Pamiętam też ten słynny finał IO w Tokio, w którym Jurek Kulej walczył z Jewgienijem Frołowem. Felo (mogę tak mówić o słynnym trenerze, bo kilka koniaczków z nim wypiłem) namówił Jurka, żeby rozpoczął walkę spokojnie i nie atakował rywala. W pierwszej rundzie nic się nie działo, w drugiej to samo, dopiero w trzeciej rundzie Jurek ruszył na rywala i zdobył medal olimpijski. To był kolejny przebłysk jego trenerskiego geniuszu.

F – Foreman George. Najbardziej barwny champion, z którym rozmawiałem. Po raz pierwszy podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, gdy komentował turniej bokserski dla NBC. Podszedłem do niego, przedstawiłem się i poprosiłem o wywiad. Był tylko jeden mały problem, musiałem załatwić sobie operatora. A w Barcelonie mieliśmy ich tylko dwóch. Na szczęście słynny Sylwek Greszczak, który wtedy rządził w TVP sprawami technicznymi, jak zwykle dokonał cudu, ściągnął operatora z zawodów hipicznych i rozmowa z Foremanem mogła dojść do skutku.

– George, pamiętasz Lucjana Trelę? – zapytałem na początku.
On spojrzał na mnie, widać było, że coś mu świta w głowie, ale nie był pewien i inteligentnie zaproponował: – Ty powiedz, bo wiesz lepiej.
– To jest facet, z którym walczyłeś na IO w Meksyku i prawie z nim przegrałeś.
George rozpromienił się, przypomniał sobie ten pamiętny pojedynek.- Tak, tak, pamiętam, był taki mały i gruby jak Tony Galente. Skakał do mojej szczęki, żeby jej dosięgnąć i bił, bił… Do dzisiaj czuję jego uderzenia – śmiał się.
Pytałem go, ile jeszcze chce walczyć, odpowiedział, że do pięćdziesiątki, że 50 lat to nie wyrok śmierci.

Potem zarobił 300 milionów dolarów na sprzedaży grilli ogrodowych. Więcej niż na walkach z Alim czy Frazierem. Geniusz i przemiły facet. Zawsze coś ciekawego powiedział.

G – Gołota Andrzej. Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce.. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i  nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

G – Gmitruk Andrzej. Postać książkowa. Nie ulega wątpliwości, że obecnie jest najwybitniejszym polskim trenerem. To jest facet, który ma niesamowite oko i potrafi zarazić entuzjazmem swoich pięściarzy. Wielki fachowiec, ale też wielki farciarz. Andrzej zawsze ma sto spraw na głowie. Jak ci obiecuje, że coś sprawdzi i oddzwoni, to masz sto procent pewności, że zapomni, bo będzie miał na głowie sto pierwszą sprawę do załatwienia czy omówienia. Mieszka teraz pod Warszawą, gdzie kręci się trochę typków spod ciemnej gwiazdy. Uwielbiam opowieści Andrzeja jak to sobie z nimi radzi. Kiedyś podjechali samochodem, zadzwonili do jego domu w nocy i chcieli papierosy. Andrzej, wyjaśnił im, że nie pali, ale ma chyba w domu jakieś. – Tylko pośpiesz się, stary ch… – stwierdził ten siedzący obok kierowcy. Gmitruk wkurzył się nie na to, że go popędzał, ale na tego „starego ch…” . Wziął z domu najmniejszą giwerę jaką miał (a ma ich kilka) i… strzelił typkowi w kolano. Więcej już go o papierowy nie prosili. Takich opowieści  Andrzeja można przytaczać  dziesiątki. Ostatnia jak chciał nastraszyć meneli, którzy zrobili sobie melinę w starej, opuszczonej cegielni. Strzelił z jakiejś rusznicy i komin się zawalił.

H – Holyfield Evander. Rozmawiałem z nim kilka razy. To jest facet, który nigdy nie odmówił mi wywiadu. Miał wielkie serce do walki. Zapamiętam go jako wielkiego wojownika. Nikt nie dawał mu szans w walce z Mikem Tysonem, a on wygrał i to w wielkim stylu, doprowadzając „Bestię” do szewskiej pasji. Żałuję, że nie byłem w tej jego słynnej rezydencji, a naprawdę niewiele brakowało, żebym tam się znalazł. Podczas igrzysk olimpijskich w Atlancie zaproponowałem Evanderowi, który mieszkał w pobliżu Atlanty, że chętnie zrobiłbym materiał z jego posiadłości. To była bardzo luksusowa rezydencja, bo miała jakieś sto pokoi, basen w kształcie rękawicy bokserskiej, ogólnie pełny przepych. Holyfield zgodził się, żebyśmy tam pojechali razem z Januszem Pinderą, ale kazał nam tylko uzgodnić termin ze swoim menedżerem. Niestety ten palant nie wyraził na to zgody. Żałujemy z Januszem do dzisiaj, bo to byłoby jedno z fajniejszych przeżyć w naszym zawodowym życiu, taka wisienka na torcie.

I – Izu Ugonoh. Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

J – Jackiewicz Rafał. Wokół boksu zawsze kręcili się różni ludzie – od ministrantów po gangsterów. Rafał jest klasycznym przykładem łobuza, który wyszedł na porządnego człowieka. Wielu jego kumpli z młodości do dziś gnije w kryminale, a on poukładał sobie życie. Boks wyprowadził go na dobrą drogę. Rafał to wyjątkowo barwna postać, potrafi wspaniale gadać i nakręcać atmosferę przed walką. Powinien dostać tytuł profesora śmieciowego gadania. Jak się nakręci, to nie da się go zatrzymać. Szkoda, że nie zdobył mistrzostwa świata. Choć jest mistrzem świata w… obżarstwie. Jeśli udałoby się podliczyć, ile on w trakcie kariery zrzucił kilogramów, to pewnie uzbierałaby się  z tona. A to wszystko przez słabość do słodyczy. Ma tez słabość do samochodów, miał ich chyba z pięćdziesiąt. Fajny gość, lubię słuchać jego bajerów.

K – Kulej Jerzy. Skomentowaliśmy razem ponad pięć tysięcy walk. Brakuje mi Jurka zarówno jako komentatora jak i kumpla. To był facet, który przygotowywał najlepsze węgorze na świecie. Jurka węgorze były rarytasem, nie kupi się takich w żadnym sklepie. Gdyby zdecydował się handlować nimi, to mógłby eksportować je na cały świat i zbić na tym fortunę.

Pewnie do dzisiaj wspominają go w Atlantic City. Pojechaliśmy tam na którąś z walk Andrzeja Gołoty. To była jesień, zimno jak cholera, ludzie chodzili w kożuchach. A Jurek się rozebrał, poprosił żebym potrzymał jego ubrania, potem wskoczył do lodowatej wody i sobie popływał. Przechodnie wytrzeszczyli oczy, myśleli, że to jakiś samobójca. A to Jurek zamykał sezon. Miał taki zwyczaj, że na swoich Mazurach zawsze późną jesienią ostatni raz pływał w jeziorze i w ten sposób zamykał letni sezon. – Nie wiem, kiedy pojadą na Mazury – wyjaśnił.

Jurek był alkoholikiem, podkreślał, że jak ktoś był alkoholikiem to pozostaje nim do końca życia, nawet jak nie pije, musi się mieć na baczności. Jednak nigdy nie było sytuacji, by komentował jakąś galę na gazie. Był tylko jeden przypadek, gdy trochę popił. To było w Las Vegas, gdy polecieliśmy na jedną z walk Gołoty. Kulej spotkał tam jakiegoś gościa ze Stalowej Woli, który w młodości go podziwiał i bardzo chciał zjeść z nim kolację. Kolacja się przeciągnęła i Jurek zabalował trochę dłużej. Wstałem rano, były ze dwie godziny do odlotu, a Jurka nie było w hotelu. Zbierałem się już do wyjścia na lotnisko, a tu w ostatniej chwili wpada Jurek. Zdążył w ostatniej chwili.

Jurek za życia nie manifestował religijności, ale przed śmiercią pogodził się z Bogiem. Mam nadzieję, że w niebie gadają sobie o boksie z Felem Stammem i Kaziem Paździorem.

K – Kosedowski Krzysztof. To mnie przypisuje się powiedzenie, że „bokserzy walczą o paski od spodni”, ale jako pierwszy użył tego zwrotu właśnie Krzysio Kosedowki. Komentowaliśmy jakąś galę w Anglii i Krzysio tak ocenił podrzędny pas, o który walczyli kiepscy bokserzy. Zresztą on nigdy nie owija w bawełnę, ma najbardziej cięty język ze wszystkich polskich komentatorów.

Pewnie do dziś wspominają go wszystkie recepcjonistki w Hiltonie w Maidstone i tamtejsza straż pożarna. Byliśmy tam we czwórkę: Jurek Kulej, Edek Durda, Krzysio Kosedowski i ja. To było w przeddzień gali, którą mieliśmy komentować i pod węgorza od Jurka wypiliśmy pół litra żubrówki z sokiem jabłkowym i każdy z nas udał się do swojego pokoju. Po powrocie położyłem się na łóżku i oglądałem jakiś film z Robertem De Niro, w którym mścił się on na ludziach, którzy wsadzili go do więzienia.

Właśnie leciała scena, w której De Niro przyjechał do hotelu, żeby zabić ostatniego kapusia. Gaśnicą wyłączył alarm, wszedł do pokoju i zastrzelił donosiciela.  Zaraz potem zawyły syreny, pojawiła się policja. Nagle w moim w pokoju wyłączyły się telewizor i światło, ktoś walił w drzwi i krzyczał:” wychodzić, wychodzić… Nie wiedziałem czy to film czy rzeczywistość.

Wyszedłem z pokoju, na korytarzu dziesiątki uciekających ludzi, dołączyłem do nich, wybiegliśmy na zewnątrz… Okazało się potem, że włączył się system alarmowy, bo Krzysio chciał wysuszyć majtki i za długo leżały na kaloryferze. Pojawił się jakiś delikatny dym, a że czujniki przeciwpożarowe były ustawione na maksa, to włączył się alarm. Ewakuowali cały hotel z powodu majtek Krzysia. Później żartowaliśmy z niego, że nie wypłaci się do końca życia za tę ewakuację. Jednak żadnych kosztów nie poniósł, chociaż do recepcji szedł z duszą na ramieniu.

L – Lennox Lewis. Niezbyt dobrze wspominają go Polacy, bo zakończył wspaniały sen Andrzeja Gołoty i całej Polski. Długo był lekceważony w USA, bo był z Europy, ale w końcu został doceniony jak rozbił Tysona w 2002 roku w ósmej rundzie. Żałuję, że jego walka z Witalijem Kliczką nie odbyła się na całym dystansie. Różnie to się mogło skończyć, ale teraz możemy sobie tylko gdybać. Do jego rewanżu z Ukraińcem nie doszło, bo podobno mama nie dała Lennoxowi na to zgody. Obserwuje go teraz na Twitterze i muszę przyznać, że świetnie tam sobie radzi. Niektórzy bokserzy piszą teksty skierowane do najbardziej prymitywnej klienteli. Lewisa wyróżniają mądre wpisy. Zacytuję dwa, które sobie spisałem: „Ile byś złych decyzji nie podjął, zawsze możesz rzeczy zmienić, podejmując dobre decyzje” lub „Jest tylko jedna możliwość, aby uniknąć krytyki, nic nie robić, nic nie mówić, być nikim”.

Ł – Łakomiec Stanisław. Gdyby urodził się trochę później, byłby zawodowym mistrzem świata. Jeden z przykładów tego, że czasem lepiej urodzić się później. To był bokser, który miał wspaniałe warunki fizyczne i wielki talent, silny cios. Boksował na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Miał potężne uderzenie, długie łapy, twarde ręce. Cztery razy był mistrzem Polski seniorów, po trzy razy zdobywał srebro i brąz, od średniej do ciężkiej, cztery razy wygrywał turniej Stamma. Wygrywał m.in., z medalistą olimpijskim z Seulu Henrykiem Petrichem. Taki kielecki scyzoryk, bo zaczynał w Błękitnych Kielce. Urodził się w złym czasie, nie powiodło mu się jako trenerowi kadry amatorskiej Polski. Dzisiaj takich bokserów w średniej czy półciężkiej jak Łakomiec nie mamy. Gdybyśmy mieli, to mielibyśmy kolejnego mistrza świata zawodowców.

KLIKNIJ I ZOBACZ DRUGĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek