Posts Tagged ‘Albert Sosnowski’

Zwykle jest tak, że przed galą pisze się różne scenariusze, rozdaje wygrane i przesądza pewne sprawy. Dopiero potem do ringu wchodzą pięściarze i rozpisują wszystko na nowo. W sobotę w Ergo Arenie miały być grzmoty i były, ale nie wszystko działo się według ustalonego wcześniej scenariusza. 

Cieślak zjadł na kolację „rumuńską kobrę”

Pojedynek Michała Cieślaka był zakontraktowany na osiem rund, ale killer z Radomia nie zamierzał brać zbędnych nadgodzin i załatwił sprawę w 2. odsłonie. Ilie był kiedyś nawet solidnym pięściarzem, ale do Ergo Areny wpadł chyba prosto z kanapy. Ledwo rozpakował walizki a już musiał wracać do domu. Michała nie będziemy za bardzo komplementować, bo jego przeciwnik zamiast walczyć, statystował. Cieślak zjadł „rumuńską kobrę” na kolację i tyle. Teraz czas na poważną robotę.

Szymański powinien kupić rywalowi… buty

Przed walką z Jose Villalobosem niektórzy ubrali już Patryka Szymańskiego w pas WBC Youth. Dla Polaka miała to być łatwa, lekka i przyjemna robota. Zamiast tego oglądaliśmy ringową wojnę, którą Szymański wydaje się, że przegrał, ale… jednak wygrał. Pomogli mu sędziowie. W 3. rundzie Argentyńczyk był liczony, ale nawet z Księżyca dałoby się zauważyć, że nie było nokdaunu. Po tym pojedynku Patryk musi wyciągnąć masę wniosków. Po pierwsze, nie może powtórzyć się sytuacja, że trener dojeżdża do niego za pięć dwunasta. Poza tym Szymański powinien sprezentować Villalobosowi buty, bo chłopak, jak to trafnie ujął w komentarzu Andrzej Kostyra, kupił je w second handzie. Widocznie wybrał jakieś mocno przechodzone kapcie, bo w trakcie walki trzeba było je łatać. Mimo tych problemów Villalobos do końca pojedynku był bardzo groźny. Spytacie, dlaczego Szymański ma kupować rywalowi buty? Skoro on dostał prezent (od sędziów), to może też komuś coś podarować, prawda?

Z Tygrysicą nie ma żartów

Do ringu w Ergo Arenie weszły dwie panie, ale tak naprawdę była w nim tylko jedna – Ewa Piątkowska, która pod każdym względem zdominowała rywalkę. Widać było, że Aleksandra Magdziak-Lopes jest pięściarką na pół etatu, ale w żadnym stopniu nie umniejsza to sukcesu Piątkowskiej. Warto zwrócić uwagę, że Ewa mistrzowski pas zdobyła w swojej jedenastej zawodowej walce.

Sosnowski nie oszukał przeznaczenia

Prognozy przed walką były takie: Sosnowski zostanie ciężko znokautowany i pożałuję, że wrócił z emerytury. Nic takiego nie miało miejsca. Walka wprawdzie skończyła się po 5. rundzie, ale były mistrz Europy ani razu nie leżał na deskach. Na pewno nie wyszedł do ringu tylko po wypłatę. Postawił Wawrzykowi spory opór i za to należą mu się brawa. Z kolei Wawrzyk na tle Sosnowskiego wcale nie zachwycił. Niby miał walkę pod kontrolą, ale w 3. rundzie dał się trafić i później nie był już tak pewny siebie. Po tym pojedynku Mariusz Wach na pewno nie będzie miał koszmarów z Wawrzykiem w rolach głównych.

Pas WBO trafił w dobre ręce

Nikt nie mówił, że będzie lekko, że będzie przyjemnie. Przed walką wiadomo było, że Krzysztof Głowacki będzie miał pełne ręce roboty od pierwszej do ostatniej rundy. W optymistycznym scenariuszu można było zakładać, że będzie to pojedynek 50/50. Dominowały jednak głosy, że Usyk jest faworytem i to dużym. Niestety, to się potwierdziło.

Ukrainiec wszedł do ringu z chłodną głową i tańczył („nogi wilka karmią”), bił, tańczył, bił, tańczył, bił i tak w kółko przez 12 rund. Głowacki chciał mu tę chłodną głowę urwać, ale nie mógł trafić. Po cichu liczyliśmy, że w końcowych rundach Usyk stanie i będzie łatwym celem, ale nic z tego. Na tych nogach przetańczyłby on ze trzy wesela pod rząd.

Sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości i dali Usykowi jednogłośną wygraną. Możemy się sprzeczać, czy nie zapisali na koncie Ukraińca zbyt wiele rund, ale teraz to nie ma już wielkiego znaczenia. Fakty są takie, że Usyk wygrał zasłużenie i pas WBO zmienił właściciela. Marnym pocieszeniem może być to, że trafił w dobre ręce.

Jeśli chodzi o samą walkę, to miały być grzmoty i były. Ostatniej rundy nie dało oglądać się na siedząco. Co dalej z Krzysztofem Głowackim? W tym momencie trudno wyrokować, ale chłopak ma przed sobą jeszcze kilka lat między linami. Świat boksu o nim nie zapomni, bo o takich wojownikach się nie zapomina. Niech wraca na salę i robi swoje. Duże walki jeszcze przyjdą.

Reklamy

– Dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty. Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób – mówi w rozmowie z Po Gongu Albert Sosnowski.

Na wstępie ustalmy, Albert Sosnowski to już były pięściarz czy jeszcze nie zawiesił pan rękawic na kołku?

Wiem, że przez całe życie nie mogę być bokserem i że najlepsze lata mam już za sobą, ale nie powiedziałem jeszcze stop. Ostatnio pan dyrektor Marian Kmita powiedział mi, że być może będę mógł wystąpić na gali Polsat Boxing Night. Konkretna propozycja nie padła, ale gdy taka się pojawi, chętnie podejmę rękawicę. Cały czas jestem w treningu, potrzebuję kilku tygodni na przygotowania i mogę walczyć.

Jakieś nazwiska potencjalnych rywali chodzą panu po głowie?

W polskiej wadze ciężkiej jest spory wybór. Mariusz Wach, Tomek Adamek, Andrzej Wawrzyk czy Krzysztof Zimnoch. Czuję się na siłach, żeby wejść do ringu z którymś z nich. Formuła pojedynków polsko-polskich jest bardzo atrakcyjna i myślę, że moje nazwisko mogłoby przyciągnąć widzów na trybuny.

Jest pan kolejnym pięściarzem, któremu trudno zejść z ringu.

Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg. Człowiek potrzebuje tych emocji, adrenaliny i samodyscypliny wewnętrznej. Tego brakuje po zakończeniu kariery, ale mam świadomość, że czas mi ucieka i nie chce robić niczego na siłę. Nie interesuje mnie nabijanie komuś rekordów.

Zawodowy kontrakt podpisał pan w wieku 19 lat. Czy nie nastąpiło to zbyt wcześnie?

Nie, bo nie miałem za sobą żadnej kariery amatorskiej. Byłem kick-bokserem, który osiągał duże sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Dostałem propozycje walk w boksie zawodowym i podpisałem kontrakt. Wiedziałem, że to może być dla mnie przygoda życia, choć nawet nie wiedziałem, z czym to się je.  Z perspektywy czasu nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję tworzyć historię polskiego boksu zawodowego.

Początki były trudne?

Pierwszy rok był bardzo intensywny, bo stoczyłem aż dziesięć pojedynków, czyli wchodziłem między liny praktycznie raz w miesiącu. Chciałem jak najszybciej złapać trochę doświadczenia. Później tych walk było już trochę mniej. Z perspektywy czasu myślę, że lepiej wolniej wprowadzać młodych pięściarzy do zawodowego boksu. W drugim pojedynku skrzyżowałem rękawice z Andrzejem Dziewulskim, który miał ponad 100 walk amatorskich, z czego większość zwycięskich. Nie dawano mi zbyt wielu szans, ale dałem radę i wygrałem. Tydzień później, po paru dniach odpoczynku, walczyłem na gali Andrzeja Gołoty. Hala Stulecia we Wrocławiu była wypełniona po brzegi. To były początki boksu zawodowego w Polsce. Ludzie przyszli na pojedynek Gołoty z Timem Witherspoonem, a ja walczyłem wtedy z Rene Hanlem, który był bardzo niewygodnym rywalem. Po zwycięstwie we Wrocławiu zaczął się dla mnie inny świat. Mówiono o mnie, że jestem następcą Gołoty. Teraz to może trochę śmieszyć, ale wtedy była to dla mnie wielka sprawa. Przez moment miałem nawet poczucie, że nikt nie jest mnie w stanie pokonać, ale sodówka nie uderzyła mi do głowy.

Zarabiał pan już wtedy jakieś pieniądze?

Tak, ale nie były zawrotne sumy, choć dla młodego chłopaka całkiem spore. Nie było wtedy mowy o wykorzystywaniu zawodnika za zasadzie obiecanki-cacanki. Były to gaże adekwatne do poziomu sportowego. Każde kolejne zwycięstwo dawało mi szansę na większe zarobki i to było dla mnie dodatkową motywacją. Chyba tylko ze dwa razy się zdarzyło, że wychodziłem do ringu za darmo.

Za te gaże mógł pan sobie wtedy kupić samochód czy raczej bilet do kina plus paluszki i colę?

Mogłem godziwie żyć za te pieniądze, wyjechać na wycieczkę zagraniczną, poszaleć w sklepach z ciuchami, ale na auto już by nie wystarczyło.

Bardzo szybko zaczął pan walczyć na zagranicznych ringach.  Dzisiaj polscy pięściarze swój rekord budują najczęściej na rodzimym podwórku.

Byłem związany z grupą Barry’ego Hearna – Matchroom Boxing – i dlatego mogłem walczyć na galach w Anglii. Do tego doszły też wyjazdy do USA. Grupa Matchroom miała w tamtym czasie w swoich szeregach wielką gwiazdę, którą był Prince Naseem Hamed. Występowałem na jego galach i dzięki temu miałem okazję podróżować po całym świecie. To było super życie, zobaczyłem kawałek świata. Na jednej z jego gal byłem w tak zwanej poczekalni i w każdej chwili mogłem wskoczyć do karty gali. Nie byłem przebrany ani rozgrzany, a kazano mi zakładać rękawice i biec do ringu. Hala była wtedy pełna, coś około 12-15 tysięcy widzów na trybunach, a ja bez rozgrzewki wszedłem do ringu i po trudnym pojedynku wygrałem z Luke’em Simpkinem.

Walczył pan w Anglii i USA, ale w pewnym momencie wywiało pana nawet na afrykańskie ringi. Jakie ma pan wspomnienia z tych wypraw?

Dwa razy walczyłem w RPA, po raz pierwszy w listopadzie 2006 roku. Moim rywalem był Osborne Machimana, który wcale nie był żadnym kelnerem. To było dla mnie dziesięć trudnych, ale zwycięskich rund. Podczas pobytu w Afryce mój team cały czas był pod ochroną. Miałem wtedy okazję zwiedzić rezydencję Nelsona Mandeli, która zrobiła na mnie spore wrażenie. RPA była wtedy bardzo niebezpiecznym krajem, w pamięci utkwiło mi to, że kilka milionów ludzi żyło tam w slumsach.

Z następnej wizyty w Afryce przywiózł pan pas, a raczej pasek, mistrza świata federacji WBF.

To był mój pierwszy tytuł na zawodowych ringach. Nie traktowałem tego pasa jako paska od spodni. Wiem, że to była mała federacja, którą w sumie mógłby stworzyć każdy, ale w końcu byłem mistrzem świata i tworzyłem historię polskiego boksu. Radość była duża. Każdemu zadaję pytanie, byłeś kiedyś mistrzem świata w czymś? Ja odpowiadam wtedy, że byłem mistrzem federacji WBF. Może to i śmieszne dla kogoś, ale pas mam w domu i mogę go pokazać znajomym, gdy wpadną w odwiedziny.

Dwa lata później miał pan na biodrach już poważniejszy pas – mistrza Europy. Nie szkoda było panu wakować tego tytułu bez ani jednej obrony?

Nie miałem wyjścia, bo dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty.

Jak wyglądały negocjacje do walki z Kliczką?

Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób. Wziąłem, ile dawali. Nie miałem takiej pozycji, żeby podbijać i negocjować gażę. Widocznie sztab Kliczków uznał, że dobrze robi się interesy z Polakami, bo później z Ukraińcami walczyli jeszcze Tomek Adamek i Mariusz Wach.

Ile razy oglądał pan powtórki pojedynku z Witalijem? Dało się wtedy ugrać coś więcej?

Powtórki oglądałem z cztery albo pięć razy. Czy dało się zrobić wtedy coś więcej? Trudno powiedzieć. Wierzyłem w siebie i nie interesowało mnie to, że eksperci nie dawali mi żadnych szans. Na początku walki miałem uważać na huraganowe ataki Kliczki, miałem trafiać na dół i dopiero w drugiej części pojedynku mocniej zaatakować. Witalij bardzo ostrożnie do mnie podszedł, bo widział, że kipi ze mnie energia. Ukrainiec był bardzo trudny do trafienia, a z każdym jego ciosem moja pewność siebie gasła. Wymęczył mnie techniką, jego ciosy się odłożyły i przegrałem przed czasem.  To był szok dla obserwatorów, że tyle rund z nim wytrzymałem. Choć walka nie była zbyt emocjonująca.

Do pojedynku z Kliczką trudniej było przygotować się fizycznie czy mentalnie?

Na początku było dla mnie sporym szokiem, że otrzymałem tę propozycję, że wejdę do ringu z Witalijem. Jednak czym dłużej trenowałem, tym łatwiej było mi się oswoić z tą myślą.  Fiodor Łapin zorganizował mi psychologa, który nastawiał mnie mentalnie na wyjście do ringu, na te dzwony piekieł, które biją przy wyjściu. To mi pomogło. Przed walką był stres, który odebrał mi trochę sił w przygotowaniach, ale potrafiłem skumulować energię i postawić czoła Kliczce.

Czuł pan strach przed Ukraińcem?

Tylko głupi się nie boi. Na pewno jakiś element strachu był, starałem się ten strach przemienić w większą koncentrację. Bracia Kliczko stosują różnego rodzaju czary, obaj są na konferencjach, ważeniu, pokazują na każdym kroku swoją pewność siebie i tym zachowaniem chcą zmiękczyć rywala.  Wiedzieliśmy o tym i staraliśmy się nie brać tego do siebie.

Po porażce z Kliczką miał pan walczyć z Dimitrenką o pas EBU, ale pojedynek został odwołany czterdzieści minut przed wyjściem do ringu. Co się wtedy stało w szatni pana rywala?

Oficjalny komunikat był taki, że Dimitrenko nagle się rozchorował i nie mógł wyjść do ringu. Na monitorze w swojej szatni widziałem, jak on leżał i zajmowały się nim służby medyczne. Wydaje mi się, że on wtedy nie wytrzymał ciśnienia, a choroba stanowiła jedynie alibi. Podobno Dimitrenko miał tego rodzaju wahania nastrojów także przed innymi walkami. Nie dostałem zwrotu pieniędzy za przygotowania, wszystko rozeszło się po kościach, cały wysiłek poszedł na marne. Dla mnie nieporozumieniem jest to, że uszło im to bezkarnie. Ten przypadek potwierdził tezę, że sam pojedynek jest tylko końcowym etapem tego sportu, natomiast reszta rozgrywa się na etapie biznesowym.

Dimitrenko nie uciekł przed panem i w końcu skrzyżowaliście rękawice w małej salce treningowej grupy Universum. Dlaczego walka o mistrzostwo Europy odbyła się w takich warunkach?

Druga walka była robiona pod mojego przeciwnika. W gymie Universum było  ciemno, duszno a szatnia była wielkości budki telefonicznej. Dimitrenko czuł się tam lepiej, bo znał tę salę. Grupa Universum miała ogromny wpływ na federacje EBU i to, że federacja dała zielone światło na walkę w takich warunkach, było trochę dziwne. W tej salce odbywały się debiuty lub walki mniej doświadczonych zawodników grupy Universum, która była jedną z bardziej liczących się na świecie w tamtym czasie. A tu kazali nam walczyć w takim warunkach o pas EBU. Przed pojedynkiem starałem się odciąć od tego wszystkiego, żeby nie nakładać na siebie dodatkowej presji.

Chyba nie do końca to się udało, bo skończył pan ten pojedynek na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Mam do siebie sporo pretensji, bo nie byłem do tego pojedynku super przygotowany. Za bardzo się rozluźniłem w trakcie przygotowań. Walka była bardzo wyrównana, ostatnia runda mogła decydować o ostatecznym werdykcie. Pomyślałem sobie: albo ja ciebie, albo ty mnie. I to mi zgasło światło, to był naprawdę bardzo ciężki nokaut! Później miałem sporo problemów, żeby wrócić do siebie. Na sparingach odczuwałem ciosy i miałem zawroty głowy. Ten nokaut kosztował mnie dużo zdrowia i zostawił jakiś ślad na mojej psychice.

Po pojedynku z Dimitrenką pana kariera zaczęła się staczać po równi pochyłej. Po co brał pan udział w dwóch turniejach serii Prizefighter?

Do występu w tym turnieju na pewno skusiły mnie pieniądze, ale też brak jakieś alternatywy. Wtedy nie miałem innych ofert, bo po krzywdzącym mnie remisie z Rasanim spadłem w rankingach. Była szansa powalczyć z kimś dobrym na krótkim dystansie i dlatego się skusiłem, ale to był błąd. Prizefighter to jest specyficzna formuła, walki trzyrundowe, zupełnie inne przygotowania i inne podejście.

Podczas tego turnieju przytrafiła się panu porażka z taksówkarzem o nazwisku Martin Rogan. Mało tego, podczas tej walki wypadł pan także z ringu. Długo się pan wstydził tego występu?

Bez dwóch zdań to była najbardziej wstydliwa porażka w mojej karierze. Chciałem go mocno trafić, ale źle stanąłem na nogach, on przepuścił ten cios i stało się, wyleciałem z ringu. Śmieszne uczucie, bo potem musiałem przepraszać kibiców z pierwszego rzędu za to, że na nich wpadłem. Po powrocie między liny zamiast skoncentrować się na pojedynku, myślałem tylko: „co ja zrobiłem, jaki wstyd” i przestałem boksować. Rogan to wykorzystał, kilka razy mocno mnie trafił i walka zakończyła się przed czasem. Podwójna katastrofa, bo nie dość, że wypadłem z ringu, to jeszcze przegrałem przed czasem.

Długo ta porażka siedziała w pana głowie?

Wyciągnąłem wnioski i zbyt długo tego nie rozpamiętywałem. Śmiałem się sam z siebie, bo faktycznie wyglądało to komicznie. Było to żenujące a zarazem śmieszne. Na szczęście był to tylko niechlubny incydent w mojej karierze.  O wiele więcej było pozytywów.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek/Po Gongu