Posts Tagged ‘Adam Kownacki’

Zrzut ekranu 2018-01-22 o 20.57.17

Adam Kownacki wszedł do ringu w Barclays Center i wykonał swoją robotę. Załatwił Kiladze bez wydawania reszty. Przed Polakiem coraz większe pojedynki. Czy to już czas na konfrontacje z gigantami wagi ciężkiej?

„Babyface” nie był do końca zadowolony ze swojej postawy, bo przyjął sporo ciosów i kończył pojedynek z rozwalonym nosem. Miał jednak walkę pod kontrolą, Iago Kiladze już od czwartej rundy szukał drzwi wyjściowych. – Adam przyjął sporo ciosów na własne życzenie, bo był za pewny siebie. Jego waga świadczy o tym, że zlekceważył rywala. Nie można mu jednak niczego zarzucić. Nie potraktował Kiladze poważnie, ale miał do tego prawo, bo Gruzin nie gra w jego lidze. Walka to potwierdziła – mówi w rozmowie z Po Gongu Maciej Miszkiń.

Szukamy kolejnego rywala dla Kownackiego

„Babyface” przed pojedynkiem z Kiladze nie przejmował się zbytnio dietą, na wagę wniósł prawie 118 kilogramów, czyli o osiem więcej niż przed walką z Arturem Szpilką. W rozmowie z Onetem tłumaczył, dlaczego tych kilogramów było tak dużo: Pół roku przerwy, stres przed walką. Ja mam tak, że nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale gdy się stresuję, to zaczynam podjadać. Najgorzej, jak w grę wchodzą słodycze. Wtedy zanim człowiek się zorientuje, to już ma 20 funtów do przodu.

Po walce z Kiladze zaczęły się spekulacje dotyczące przyszłości Kownackiego. Wybraliśmy kilku potencjalnych przeciwników dla Adama. Z którymś z tych panów może wejść on do ringu w niedalekiej przyszłości. Oddajemy głos Maciejowi Miszkiniowi, który charakteryzuje potencjalnych rywali Kownackiego i ocenia szanse polskiego pięściarza w konfrontacjach z nimi:

Gerald Washington. To jest poprawny pięściarz, ale nie ma ani jednego elementu na bardzo wysokim poziomie. Atleta, ale mięśnie częściej mu przeszkadzają w boksowaniu niż pomagają. Ma problemy kondycyjne, często staje przy linach i to byłaby idealna okazja dla Kownackiego, żeby skończyć go przed czasem.

Typ: Kownacki przed czasem w późniejszych rundach.

Charles Martin. Przypadkowo został mistrzem. Pas dostał w prezencie od losu, ale Anthony Joshua brutalnie go zweryfikował. Po tej walce Martin miał problemy osobiste. Na pewno potrafi mocno uderzyć, ale Kownacki potrafi uderzyć i przyjąć. Tego Martin już nie umie.

Typ: Kownacki przez TKO.

Jarrell Miller. To jedna z najbardziej ekscytujących walk, jaką można zrobić z udziałem Kownackiego. Panowie mają podobne style, Miller też idzie jak czołg do przodu. Ostatnio Amerykanin męczył się z Mariuszem Wachem, zwyciężył tylko dlatego, że Polak rozwalił sobie rękę.

Typ: Lekkim faworytem byłby dla mnie Kownacki, ale to typowa walka na przełamanie. Kto pierwszy skruszy rywala, ten wygra.

Dominic Breazeale. Na miejscu Adama unikałbym tego gościa. Amerykanin ma świetne warunki fizyczne, bardzo dobrze boksuje ciosami prostymi. Mimo gabarytów dobrze pracuje na nogach, ma doświadczenie w pojedynkach z mocnymi rywalami. Kownackiemu walka z Breazeale’em nie da większego splendoru i pieniędzy niż konfrontacje z Martinem, Millerem czy Washingtonem. Nie ma sensu ryzykować, odstawiłbym tego rywala na dalszy plan.

Typ: Lekkim faworytem Breazeale.

Izu Ugonoh. Izu jest po długiej przerwie, nie lubi rywali wywierających presję. Nie byłby w stanie utrzymywać Kownackiego na dystans przez 12 rund. Ich walkę można sprzedać w Polsce i USA. Tu i tu wygenerowałaby zainteresowanie. W Stanach obaj uchodzą za bezkompromisowych pięściarzy. O Ugonohu wyrobili sobie taką opinię po jego konfrontacji z Breazeale’em.

Typ: Kownacki przed czasem.

Dillian Whyte. To druga, obok konfrontacji z Millerem, najbardziej ekscytująca walka z udziałem Adama. Whyte ma za sobą ringowe wojny, więc byłby gotowy na kolejną. Z Chisorą dali świetną walkę, tam były mocne wymiany. Whyte potrafi przyjąć i mocno oddać. Pytanie, czy wytrzymałby tempo narzucone przez Kownackiego. Wydaje mi się, że w tym momencie są małe szanse na taki pojedynek, bo Whyte zyskał uznanie na rynku i szykowany jest do walki za dużą kasę. Może Eddie Hearn będzie chciał go wypromować w USA. Jeśli tak, to wątpię, by użył do tego Kownackiego.

Typ: Nie wiem, na kogo postawić, walka 50/50.

Deontay Wilder. Chyba jest za wcześnie na taką walkę dla Adama. Wilder to dynamiczny, niebezpieczny i mocno bijący facet. Niby jest niesprawdzony, ale ja Wildera postawiłbym przed Joshuą. Kownacki nie miałby zbyt wielu argumentów w tej konfrontacji.

Typ: Wilder przez KO.

Na Wildera jeszcze przyjdzie czas

Kownacki po zwycięstwie nad Kiladze idzie dalej. Wkrótce okaże się, jakie plany wobec pięściarza z Brooklynu ma Al Haymon. Nie można wykluczyć, że „Babyface” niebawem dostanie walkę o mistrzostwo świata. – Jeśli Kownacki będzie mądry, to na razie, mimo że kasa kusi, odrzuci oferty walk z gigantami królewskiej kategorii. Ma na to czas. – pisze w swoim felietonie Mateusz Borek.

Po co teraz Adamowi konfrontacja z Wilderem? – zastanawia się Miszkiń i dodaje: Nie ma sensu rwać się za wszelką cenę do takiego pojedynku. Kownacki w drodze po pas może stoczyć jeszcze 2-3 walki. Na przykład: z Martinem czy Washingtonem. Przy okazji może zarobić bardzo dużo pieniędzy, podnieść swoje umiejętności i dalej się promować. Dopiero potem może skusić się na złoty strzał w postaci konfrontacji z Wilderem czy Joshuą.

Trochę innego zdania jest Steve Farhood, który komentował walkę Kownackiego z Kiladze. Ekspert Showtime uważa, że „Babyface” nie powinien zbyt długo zwlekać z dużym pojedynkiem. Farhood twierdzi, że braki w defensywie w końcu odbiją się na Kownackim. – Adam, gdy przystosuje się do szybkości rywala, to widzi jego ciosy, często odprowadza je skrętem głowy, nastawieniem czoła czy balansem tułowia. Czyli te ciosy nie wyrządzają mu takiej szkody, jak się wielu osobom wydaje. Nie martwiłbym się mocno o jego uszczerbek na zdrowiu – kończy Miszkiń.

Reklamy

adam kownacki

  • Adam Kownacki od ponad dwudziestu lat mieszka w USA, na polskim ringu nie stoczył ani jednej walki. – Mogę otwarcie powiedzieć, że zależy mi, aby Adam został nową gwiazdą gal z cyklu Polsat Boxing Night – mówi Mateusz Borek.
  • „Babyface” po świecie boksu zawodowego porusza się bez promotora, ale jest związany z Alem Haymonem. Na początku kariery boks łączył z pracą na budowie, w weekendy dorabiał na bramce.
  • Teraz skupia się tylko na boksie i chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. 20 stycznia w Barclays Arenie ma do wykonania robotę.
  • (więcej…)

    rusiewicz_kiladze

    Łukasz Rusiewicz dość dobrze zna Iago Kiladze, czyli najbliższego przeciwnika Adama Kownackiego. Był sparingpartnerem Gruzina, ale także walczył z nim. – To był naprawdę kozak, ale po walce z Kalengą coś w nim pękło – twierdzi Rusiewicz.

    20 stycznia Adam Kownacki będzie się bił z Iago Kiladze w Barclays Center. 2,5 roku temu walczyłeś z tym rywalem. Co możesz powiedzieć o Gruzinie?

    Łukasz Rusiewicz: Byłem nawet na sparingach u Kiladze przed jego walką z Yourim Kalengą. Bił wtedy strasznie mocno i precyzyjnie, aż w uszach dzwoniło. Posyłał na deski Marco Hucka, który później nie chciał z nim sparować. Jednak po walce z Kalengą to już nie był ten sam Kiladze. Walczyłem z nim w 2015 roku i powiem szczerze, że było mi dużo łatwiej niż na tych sparingach.

    Co się stało z Kiladze?

    Widocznie coś w nim pękło, musiał się zrazić psychicznie, bo zaczął ostrożniej boksować. Przed KO z rąk Kalengi, to był naprawdę kozak. Francuz musiał go bardzo mocno naruszyć. Nie wiem, może do tej pory Kiladze już się pozbierał.

    (więcej…)

    DSC_2197.jpg

    Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

    • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

    Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

    • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
    • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
    • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
    • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
    • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
    • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
    • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
    • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
    • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
    • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
    • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
    • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
    • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
    • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
    • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
    • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

    DSC_4085

    W jakim stanie jest polski boks zawodowy? Jeżeli spojrzymy na podnoszącego się z desek Krzysztofa Zimnocha, którego w Radomiu zbił rzemieślnik Joey Abell, jeżeli policzymy celne ciosy zadane przez Krzysztofa Włodarczyka w pojedynku o mistrzostwo świata z Muratem Gassijewem (cztery sztuki), jeżeli przypomnimy sobie o dopingowej wpadce Andrzeja Wawrzyka, jeżeli poczytamy ostatnie wypowiedzi Kamila Łaszczyka żalącego się na promotorów, jeżeli posłuchamy Marcina Najmana, który z pełną powagą opowiada, że ściągnie do Polski Tysona Fury’ego, jeżeli zacytujemy słowa Macieja Miszkina, który podczas komentowania walki zawodowców, mówi do redaktora Kostyry: panie Andrzeju, Fekete nie potrafi boksować, to bez chwili zastanowienia możemy stwierdzić, że marnie to wszystko wygląda, trumna się zatrzasnęła i idzie już ksiądz z kropidłem.

    Na szczęście możemy jeszcze spojrzeć w drugą stronę. Tam widzimy Michała Syrowatkę nokautującego Robbiego Daviesa Jr na jego terenie, tam widzimy Macieja Sulęckiego, który za chwilę powinien dostać mistrzowską szansę, tam widzimy ambitnego Roberta Talarka, który na co dzień w kopalni zjeżdża na dół, ale w rankingach jedzie do góry aż miło, tam widzimy Tomasza Adamka, który pokazuje, że 40-latek nie musi zbierać po głowie i może jeszcze przyciągnąć publikę na trybuny i przed telewizory, tam widzimy też dwie gale: Polsat Boxing Night 7 i „Noc Wojowników”, na których można było obejrzeć kawałek dobrego boksu.

    Pięściarz roku w Polsce? Wakat

    Podsumowując 2017 rok w wykonaniu polskich pięściarzy stworzyliśmy trzy kategorie i tam powrzucaliśmy poszczególne nazwiska. Teoretycznie z pierwszej kategorii powinniśmy wybrać pięściarza 2017 roku w Polsce. Na to miano najbardziej zasłużył chyba Maciej Sulęcki, ale w tym roku lepiej zostawić wakat w tej kategorii, bo żaden zawodnik nie błyszczał jakoś wyjątkowo na tle innych.

    Kategoria 1. To był dobry lub bardzo dobry rok w ich wykonaniu:

    Michał Syrowatka – trzy walki, trzy wygrane. Pojedynki z Trayą i Szotem były tylko zaprawką przed konfrontacją z Daviesem. Michał po porażce z Rafałem Jackiewiczem chciał kończyć karierę, niecałe dwa lata później przywiózł z terenu wroga pas WBA Continental w wadze superlekkiej.

    Maciej Sulęcki – trzy walki, trzy zwycięstwa. Zbił dwóch leszczy, ale później dostał walkę z Jackiem Culcayem i miał pełne ręce roboty. Zdał ważny egzamin i jedzie dalej. Już zarzucił wędkę do stawu, w którym pływają mistrzowie świata.

    Adam Kownacki – dwie walki, dwie wygrane. Prawie nikt mu nie wierzył, gdy twierdził, że znokautuje Artura Szpilkę. Zrobił to bez problemu i dzisiaj może mierzyć coraz wyżej. Miesiąc temu w rozmowie z Po Gongu mówił: „Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.” Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku zobaczymy go na polskim ringu. To dobra wiadomość, bo pojedynki Kownackiego ogląda się przyjemnie.

    Robert Talarek – trzy pojedynki, trzy zwycięstwa. W Polsce długo był niedoceniany. Brał walki w różnych zakątkach Europy, raz wygrywał, raz przegrywał i tak toczyło się jego bokserskie życie. W końcu zaczął kolekcjonować zwycięstwa. Pokonując na PBN 7 Norberta Dąbrowskiego, ładnie przedstawił się polskim kibicom. Pod koniec roku przywiózł z Francji pas IBO Inter-Continental kategorii średniej.

    Mateusz Tryc – cztery walki, cztery wygrane. W 2017 roku stawiał pierwsze kroki na zawodowych ringach. Robił to bez kompleksów, wybił czterech rywali – każdego przed czasem. Może być o nim głośno.

    Kategoria 2. To był całkiem niezły rok w ich wykonaniu:

    Tomasz Adamek – dwa pojedynki, dwa zwycięstwa. Jeszcze chce mu się zasuwać na treningach, jeszcze dostaje zgodę od żony na wejścia do ringu, dlatego boksuje i zarabia dutki. W tym roku pokonał Haumono i Kassiego, więc nie ma się do czego przyczepić. Swoje zrobił i ma apetyt na więcej. Musi jednak uważać, żeby nie pójść o jeden most za daleko.

    Robert Parzęczewski – cztery walki, cztery wygrane. Trochę się w ostatnich 12 miesiącach narobił, ale nie miał zbyt wymagających rywali. Po walce z Tomasem Adamkiem wyglądał, jakby pracował bez kombinezonu w rzeźni.

    Adam Balski – cztery pojedynki, cztery razy ręka w górze. Kombinację ciosów, którą wykończył w Ełku rywala z Ukrainy, mamy do dzisiaj przed oczami. To był pokaz boksu. O walce z Łukaszem Janikiem nie ma sensu wspominać, bo to były jaja. Złamana szczęka podczas „Nocy Wojowników” trochę skomplikowała jego plany. Miał trenować w USA, ale na razie ten wyjazd stanął pod znakiem zapytania.

    Mateusz Masternak – trzy walki, trzy wygrane. Podczas PBN 7 wraz z Siłłachem odpalili fajerwerki, fajnie się to oglądało. Ostatnio „Master” zaczął romansować z KSW, więc nie wiadomo, jak dalej potoczy się jego bokserska kariera.

    Mariusz Wach – dwie walki, wygrana i przegrana. Sam się zdziwił, gdy sędziowie uznali, że wygrał na punkty z Erkanem Teperem w Niemczech. Patrząc obiektywnie, Mariusz zasłużył na zwycięstwo. Szkoda porażki z Millerem, bo gdyby nie kontuzja, Wach mógłby zbić tego wyszczekanego grubasa i dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu.

    Łukasz Wierzbicki – 3 pojedynki, trzy do przodu. Pod koniec 2017 roku jego dorobek na zawodowych ringach to 14-0. Na papierze ładnie to wygląda, ale musi jeszcze ostro zasuwać, bo podczas „Nocy Wojowników” wyszło sporo jego braków. Musi dać Michałowi Żeromińskiemu rewanż, bo inaczej nie wypada.

    Do tej kategorii możemy wrzucić jeszcze: Przemysława Runowskiego, Kamila Szeremetę, Patryka Szymańskiego (tylko jedna walka w 2017 roku), Pawła Stępnia, Marka Matyję, Norberta Dąbrowskiego (porażka z Talarkiem to dwa kroki do tyłu), Jordana Kulińskiego, Rafała Jackiewicza (dla niego boks to już zabawa, dostał walkę o pas EBU-EU i to się liczy) i Siergieja Werwejko, dla którego ostatnie miesiące były szalone. Najpierw zebrał po głowie od Nascimento, później pokonał faworyzowanego (przereklamowanego) Aguilerę, a na koniec roku wszedł do ringu z rywalem, który między linami robił za klauna.

    Kategoria 3. To był fatalny rok w ich wykonaniu:

    Andrzej Fonfara – dwie walki, jedna wygrana, druga w plecy. W zasadzie mógł się znaleźć w kategorii wyżej, bo w końcu pokonał Chada Dawsona, ale jego celem było zdobycie mistrzowskiego pasa. Niestety, w walce z Adonisem Stevensonem nie miał nic do powiedzenia. Od Andrzeja musimy wymagać znacznie więcej.

    Artur Szpilka – jedna przegrana walka. Na początku roku miał mieć duży pojedynek, ale nic z tego nie wyszło. Później dostał lanie od Adama Kownackiego i to byłoby na tyle. Po operacji ręki i rehabilitacji zaczął treningi z Andrzejem Gmitrukiem. Promotorów Szpilki może martwić fakt, że Artur coraz częściej spogląda w stronę MMA.

    Andrzej Wawrzyk – brak pojedynków. Miał walczyć z Deontayem Wilderem, ale wpadł na dopingu i cały rok przeleżał na kanapie. Dzisiaj nie wiadomo, czy on jeszcze jest w tym biznesie, czy już go nie ma.

    Izu Ugonoh – jedna walka, jedna przegrana. Po porażce z Dominikiem Breazeale’em zebrał sporo komplementów. Trzecia runda tej walki została nominowana do „Rundy Roku 2017” w plebiscycie The Ring. Słabe to jednak dokonania, bo trzeba pamiętać, że Izu został znokautowany, a później wypadł z obiegu na długie miesiące.

    Krzysztof Głowacki – dwie walki, dwie wygrane. Na papierze niby wszystko się zgadza, ale pamiętajmy, że „Główka” jeszcze niedawno był mistrzem świata. W 2017 roku miał kłopoty zdrowotne, walczył ze śmiesznymi rywalami, był rezerwowym w WBSS. Na plus należy zapisać to, że po słabym roku jest bardzo wysoko w rankingach.

    Kamil Łaszczyk – jedna wygrana walka/sparing. Swoją sytuację najlepiej przedstawił pięściarz w rozmowie z Hubertem Kęską: „A ja jestem w dupie, inaczej tego nie nazwę. Nawet nie stoję w miejscu, cofam się. Lata lecą, a ja boksuję ze słabszymi zawodnikami niż na samym początku kariery.” Nie trzeba nic dodawać.

    Krzysztof Zimnoch – trzy pojedynki, dwa zwycięstwa i porażka. Rok zaczął od wyrównania rachunków z Mike’em Mollo, później obił wyciągniętego z sanatorium Michaela Granta, na koniec Joey Abell wybił mu z głowy boks. Dzisiaj Zimnoch chce walczyć w MMA, a jeszcze niedawno mówił, że chce być mistrzem świata w boksie.

    Krzysztof Włodarczyk – dwie walki, wygrana i przegrana. Pojedynek z Gassijewem pokazał, że Diablo nie jest już w stanie rywalizować ze światową czołówką w swojej kategorii wagowej.

    Do powyższego grona możemy jeszcze dodać: Dariusza Sęka, Michała Cieślaka, Krzysztofa Kopytka i Marcina Rekowskiego (pamiętny nokaut z rąk Takama).

    Wrzucając nazwiska pięściarzy z tych trzech kategorii do jednego kotła i mieszając, wychodzi na to, że tragedii z polskim boksem zawodowym jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Najbardziej niepokojące jest to, że w ostatniej kategorii znalazły się nazwiska zawodników, którzy są, albo jeszcze niedawno byli wizytówką polskiego boksu zawodowego. Mowa o byłych mistrzach świata i pretendentach do walk o pasy, którzy ostatnie 12 miesięcy mogą spisać na straty.

    IMG_7457

    Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

    Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

    Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

    Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

    W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

    Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

    Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

    Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

    Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

    Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

    Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

    Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

    Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

    Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

    Demolki?

    No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

    Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

    Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

    W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

    Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

    Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

    Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

    Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

    Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

    Jaka była twoja największa waga?

    Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

    Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

    Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

    Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

    Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

    Poszedłbyś z nim na kawę?

    Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

    Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

    Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

    Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

    Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

    Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

    Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

    Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

    Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

    Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

    Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

    W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

    Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    ZOBACZ TAKŻE:

    saleta_foto
    Fot. http://www.maciejgillert.pl

    Po kilku ostatnich pojedynkach wydaje się, że polska waga ciężka istnieje tylko na papierze. Patrzysz w lewo: na deskach leży Artur Szpilka, patrzysz w prawo: znokautowany zostaje Krzysztof Zimnoch. Znów patrzysz w lewo: widzisz poturbowanego Izu Ugonoha. Źle to wygląda. Przemek Saleta bez cienia wątpliwości mówi w rozmowie z Po Gongu, że sytuacja jest fatalna.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Czemu się zaśmiałeś, gdy powiedziałem, że chcę porozmawiać o polskiej wadze ciężkiej?

    Bo tak naprawdę nie ma teraz, o czym rozmawiać. Gdybyś poruszył ten temat rok temu, nastrój do rozmowy był zupełnie inny.

    W jakim stanie jest dzisiaj polska waga ciężka?

    W fatalnym, bo jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Adam Kownacki. Ci, którzy uważali, że są najlepsi, czyli Artur Szpilka i Krzysztof Zimnoch, zostali rozjechani w ostatnich walkach i nie wiadomo, czy będą w stanie się odbudować. Mariusz Wach, mówiąc żartem, nie wiem, czy jeszcze żyje. Izu Ugonoh też jest po przegranej, jego kariera znalazła się w fazie zawieszenia. Generalnie problem z polskim pięściarzami jest taki, że żaden nie ma swojego stylu. Swój styl miał Szpilka, ale moim zdaniem przegrał z własnym ego. Po porażce z Wilderem powinien stoczyć 1-2 łatwe, mało płatne walki, żeby się odbudować, ale on szukał kasy i uważał, że jest gotowy na duże pojedynki. Nie ocenił realnie swoich możliwości. Było widać, że nokaut z rąk Wildera został w jego głowie. Artur jest bardzo charakternym zawodnikiem, gdy lądował na deskach w walkach z Mollo, to wstawał i wygrywał przez nokaut. A w pojedynku z Kownackim wydaje mi się, że dopadło go przerażenie.

    W jaki sposób powinna być poprowadzona kariera Szpilki, żeby go przywrócić na właściwie tory?

    Przede wszystkim spokojnie i bez szaleństw. Artur potrzebuje kilku pojedynków, żeby się odbudować i zdobyć pewność siebie. Być może walka z Krzysztofem Zimnochem byłaby teraz w jego zasięgu i do wygrania. Na pewno za taki pojedynek więcej by mu wpadło do kieszeni niż za zwykłą konfrontację na przetarcie.

    Trwają przymiarki, żeby do tej walki doszło w grudniu. Starcie Szpilki z Zimnochem ma sens?

    Ze sportowego punktu widzenia ich walka nigdy nie miała sensu. Oni byli zupełnie inaczej prowadzeni. Wcześniej ten pojedynek opłacał się tylko Zimnochowi, bo po wygranej z Arturem mógł zaistnieć w rankingach. Szpilka miał do załatwienia tylko osobiste sprawy, przy okazji mógł zarobić kasę. Teraz ich konfrontacja budzi emocje, bo opiera się na konflikcie, który ciągnie się od kilku lat.

    Ta walka może sprzedać PPV w ilościach hurtowych i być biznesowym strzałem w dziesiątkę?

    Wydaje mi się, że nie. W tym momencie ciężko mi sobie wyobrazić walkę w polskim boksie, która by się dobrze sprzedała w PPV. Obojętnie, w jakiej kategorii wagowej.

    Czy przegrany pojedynku Zimnoch vs Szpilka będzie musiał zmienić branżę?

    Nie wiem, ale musiałby na pewno skorygować swoje aspiracje. Jest wielu pięściarzy, którzy jeżdżą po świecie i zarabiają pieniądze w ringu. Nie mają ambitnych celów sportowych, ale żyją z boksu. Im lepszy rekord, tym więcej zarabiają. Tylko nie wiem, czy któregoś z nich to by interesowało.

    Federacja KSW delikatnie romansuje z Arturem Szpilką. Widziałbyś go w oktagonie?

    To zależy od tego, z kim by walczył. Ja pierwszy pojedynek wziąłem z gościem, który był zapaśnikiem. Miał ponad 20 stoczonych walk w MMA. To był bez sensu pomysł, ale taką dostałem propozycję i ją przyjąłem. Jeśli w przypadku Artura w grę wchodziłaby walka ze stójkowiczem o podobnym doświadczeniu, to może miałoby to rację bytu. Na pewno z komercyjnego punktu widzenia ma to sens. „Szpila” budzi emocje, sprzedaje walki, ale moim zdaniem ma coś jeszcze do udowodnienia, choćby sobie, w boksie. Większą kasę też może zarobić w ringu niż oktagonie. Oczywiście, jeśli wróci na odpowiedni poziom. Artur ma talent, żyje boksem, jest bardzo pracowity. Ma oczywiście też wady, ale dałbym mu kredyt zaufania. Niech jeszcze boksuje.

    Krzysztof Zimnoch jest przeciętnym pięściarzem, czy walka z Abellem mu po prostu nie wyszła?

    Krzysiek jest przeciętny we wszystkim, nie ma choćby jednej rzeczy, która byłaby bardzo dobra. Są pięściarze, którzy są słabi albo przeciętni w wielu elementach, ale mają coś ekstra: błysk, timing, mocne uderzenie, kondycję. Jakiś element, z którego korzystają w trudnych momentach. Z Zimnochem problem jest taki, że ma poprawną technikę, kondycję i szybkość, przeciętne warunki fizyczne i uderzenie, ale nie ma niczego wybitnego. Ja przynajmniej nie dostrzegam.

    Chyba możemy powiedzieć, że jest odporny na ciosy. Od Abella sporo przyjął.

    Na stojąco oglądałem walkę parę metrów od ringu i powiem szczerze, że przerażający był odgłos rękawicy Abella, która uderzała w głowę Zimnocha. Krzysiek stał, nie chwiał się po zainkasowaniu wielu mocnych ciosów, ale nie możemy od razu mówić, że ma szczękę z betonu. Jest jakiś limit ciosów, które można zebrać na głowę. W jednej walce przyjmujesz dużo, w drugiej nie masz już takiej odporności na ciosy. Pojedynek w Radomiu kosztował Zimnocha sporo zdrowia, w końcu skończył go na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

    Joey Abell to średniak, niektórzy mówią o nim: ekskluzywny journeyman. Czy któryś z polskich „ciężkich” mógłby go pokonać?

    Wydaje mi się, że „Szpila” z walki z Wilderem dałby sobie z nim radę. Dzisiaj chyba tylko Wach… Mariusz jest dużym znakiem zapytania, ale przy swoich warunkach fizycznych mógłby wygrać z Abellem. Wydaje mi się, że byłaby to dobra walka, bo Mariusz mógł i może przyjąć. Tylko mam wątpliwości, czy pomiędzy pojedynkami dba o formę.

    Powiedziałeś na początku rozmowy, że jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Kownacki. Adam może być poważnym graczem w wadze ciężkiej?

    Obecnie w wadze ciężkiej jest wielu wielkich chłopów, a wydaje mi się, że Kownacki z dwumetrowcami będzie miał problem.

    Czyli nie wyjdzie z zaplecza czołówki królewskiej dywizji?

    Nie chciałbym tak mówić, bo Adam jest niepokonany, wygrał walkę ze Szpilką, w której prawie nikt na niego nie stawiał. Trzeba oceniać go z tego punktu widzenia. Ma trudny styl boksowania. Zadaje dużo ciosów, ma ciężkie ręce, cały czas idzie do przodu, może przyjąć. Dla rywali jest to frustrujące. Z Adamem nie można się bić. Trzeba boksować, schodzić z linii, ale tak, żeby mieć go cały czas w zasięgu. Wydaje mi się, że jeszcze jedna-dwie walki i Kownacki może dostać pojedynek o tytuł. Zależy, z kim będzie walczył jesienią. Teraz, gdy jest kilku mistrzów świata, łatwiej otrzymać pojedynek o pas.

    Boxing.pl podał informację, potwierdził ją Mateusz Borek, że było blisko walki Tomasza Adamka z Dereckiem Chisorą. „Górala” stać jeszcze na pojedynki z takimi rywalami? 

    Jestem ostatnią osobą, która odradzałaby komuś boksowania. Jeśli Tomek czuje się na siłach, żeby walczyć z takimi przeciwnikami, to nic mi do tego. Chisory jednak nie przeceniajmy. Też jest po przejściach, ma za sobą sporo trudnych walk. Nie jest wielkim ciężkim, czasami bywa nieprzygotowany do pojedynków. Konfrontacja z Whyte’em kosztowała go sporo zdrowia.

    Adamek może jeszcze namieszać?

    Namieszać nie, ale może jeszcze zarobić pieniądze w ringu.

    Wierzysz Albertowi Sosnowskiemu, że zakończy karierę. Po porażce z Łukaszem Różańskim mówił, że to była prawdopodobnie jego ostatnia walka.

    Słowo „prawdopodobnie” trochę mnie przeraziło. Szczerze mówiąc, nie pozwoliłbym mu walczyć już teraz. Znam Alberta, znam też Różańskiego i wiedziałem, że taki będzie scenariusz ich konfrontacji. Albert nie powinien już boksować, bo to może źle się skończyć dla jego zdrowia. Podam przykład Johna Braya, mojego znajomego, z którym przesparowaliśmy setki rund. Był bardzo odporny na ciosy, kipiał z tego powodu z dumy. Stoczył niewiele walk, bo karierę bokserską zakończył z bilansem 15-3. Sparował jednak ze wszystkimi pięściarzami z czołówki wagi ciężkiej, między innymi z Mikiem Tysonem. Chłopak jest ode mnie dwa lata młodszy. Rok temu zdiagnozowali u niego Alzheimera, encefalopatię bokserską, urazy mózgu, brak pamięci krótkiej. Za wszystko się płaci, niekoniecznie od razu. Pewne rzeczy mogą wyjść po 10 latach. Dla Alberta ten przykład powinien być przestrogą. Poza tym John lubił się zabawić, wypić, a alkohol i boks nie idą w parze. Dzisiaj płaci za to straszną cenę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    szpila_foto

    Artur Szpilka po porażce z Adamem Kownackim znalazł się na ogromnym zakręcie. – Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne – mówi Andrzej Wasilewski. Co dalej z jego karierą? Czy w grę wchodzi jego powrót pod skrzydła Fiodora Łapina? Czy dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu? 

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Ochłonął już pan po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim?

    Andrzej Wasilewski: Przyznam szczerze, że jeszcze nie. Jak większość ludzi z branży w roli faworyta widziałem Artura, ale niestety walka nie ułożyła się po naszej myśli. Boks uczy pokory.

    Co usłyszał pan od Artura po walce?

    Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo w tej chwili Artur przeżywa bardzo trudne chwile. Poczekajmy jeszcze, dajmy mu ochłonąć. Jego kariera znalazła się na ogromnym zakręcie. Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne. Przegrał z rywalem, którego uważał za mocno ograniczonego pod względem bokserskim.

    Czy z perspektywy czasu uważa pan, że wystawienie Szpilki przeciwko Kownackiemu było błędem?

    Widziałem Adama Kownackiego w kilku pojedynkach i zdawałem sobie sprawę, że będzie wymagającym rywalem dla Szpilki, który wracał na ring po bardzo długiej przerwie. Ale mimo wszystko wydawało się, że to bezpieczny przeciwnik. Gdyby wszystko zależało tylko ode mnie, to Artur zaraz po zakończeniu rehabilitacji miałby walkę ze słabszym rywalem. Wtedy pojedynek z Kownackim byłyby walką numer dwa a nie jeden po powrocie po kontuzji. Czasu jednak nie cofniemy.

    W którym momencie walki wiedział już pan, że Szpilce sprawy wymykają się spod kontroli?

    Na początku drugiej rundy powiedziałem do siedzącego obok mnie Leona Margulesa, że „Szpila” jest sfrustrowany i nie wie, co ma robić. Biorąc pod uwagę doświadczenie Artura, moje słowa brzmiały abstrakcyjnie. W boksie najważniejsza jest głowa, potem nogi a na końcu ręce. Jak głowa siądzie, reszta nie ma już znaczenia. Co z tego, że Artur był kapitalnie przygotowany fizycznie, skoro coś zacięło się w głowie i dał fatalną walkę. 

    Adam Kownacki przed pojedynkiem co chwila powtarzał, że Szpilka ma słabą szczękę. Jak to jest u niego z tą odpornością na ciosy?

    Ja postawiłbym sprawę w ten sposób – Artur nie ma szczęki z betonu. Władimir Kliczko powiedział mi, że sam by nie wstał po bombie, którą od Wildera przyjął Artur. Myśli pan, że Joshua by wstał? Jestem przekonany, że też nie. Po pojedynku z Kownackim nie możemy powiedzieć, że Artur ma słabą szczękę. Problemem było to, że on te ciosy przyjmował, nie potrafił się przed nimi bronić.

    Czy trzeba brać pod uwagę czarny scenariusz, który przed walką nakreślił Ronnie Shields, mówiąc, że dla Szpilki porażka z Kownackim to praktycznie koniec kariery?

    Nie widzę takiego zagrożenia. Rzecznik PBC powiedział ostatnio, że zasługi Szpilki są duże i na pewno dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzeba mieć tylko świadomość i Artur ją ma, że warunki finansowe po takiej porażce będą mniejsze. Wracając do Shieldsa, nie chciałbym na gorąco oceniać, kto zawinił, bo jest na to za wcześnie. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że Shields w tym pojedynku nad Arturem zupełnie nie panował.

    Czyli w jakimś sensie wini pan Shieldsa za tę porażkę?

    Nie chcę teraz szukać rozliczeń. Ktoś jednak zawodnika przygotowywał do tego pojedynku, ktoś stał w jego narożniku i ten ktoś, chcąc nie chcąc, czegoś nie dopilnował skoro Artur wypadł tak słabo i przegrał walkę, której przegrać nie powinien.

    Czy przed walką było widać po Arturze, że traci pewność siebie?

    Najlepszym psychologiem wśród trenerów, których poznałem jest Fiodor Łapin. Myślę, że on mógłby wyczuć więcej rzeczy, obserwując Artura w tygodniu poprzedzającym walkę niż próbował to zrobić Shields. Moim zdaniem poświęcenie się pracy w stu procentach, jak to jest w przypadku Łapina, to zupełnie coś innego niż praca trenerów, którzy dają z siebie wszystko, ale tylko na sali, a po treningu nie są dla swoich podopiecznych mentorami życiowymi. Szpilka potrzebuje obok siebie mocnego charakteru, który wskaże mu kierunek. Z całym szacunkiem do Shieldsa, którego uważam za wielkiego fachowca, w sferze mentalnej nie zapanował nad Arturem .

    Może Artur powinien teraz skorzystać z pomocy psychologa sportowego. Sugerował mu pan takie rozwiązanie?

    Niczego mu nie sugerowałem, ale jak opadnie kurz, będziemy myśleć nad następnymi krokami. Jeśli Artur byłby teraz w Polsce, natychmiast zawiózłbym go do jakiegoś fachowca z tej dziedziny. Może inaczej, namawiałbym go do tego, ale nie nie wiem, czy chciałby skorzystać.

    Co dalej z karierą Szpilki? Wchodzi w grę jego powrót do Polski i praca z trenerem Łapinem?

    Artur już od lutego planował powrót do kraju, bo jest Ameryką zmęczony. Namówiłem go, żeby do walki został w USA, ale teraz na pewno wróci. Chce kupić mieszkanie w Warszawie. Czy będzie trenował z Łapinem? Trudno powiedzieć, jeszcze nie mamy żadnych planów. Jedno jest pewne – oprócz Fiodora nie widzę w Polsce trenera, z którym Artur mógłby pracować.

    Stworzenie na nowo tego duetu może być trudne, bo pamiętamy, w jakiej atmosferze panowie się rozstali.

    Panowie ewentualnie muszą usiąść i po męsku porozmawiać. I to może nie jeden raz. Mało kto wie, że ich relacje były pełne emocji, bo trener Łapin nie dawał się Arturowi podporządkować. To były relacje przypominające bardzo surowego i wymagającego ojca z trudnym i bardzo temperamentnym synem. Rozmawiali ze sobą po sobotniej walce. Teraz Artur musi się otrząsnąć, spakować i wrócić do Polski. Dopiero wtedy będzie planować, co dalej.

    Porażka z Kownackim oddaliła czy przybliżyła Szpilkę do pojedynku z Krzysztofem Zimnochem?

    Chyba nic nie zmieniła. Może w jakimś tam stopniu przybliżyła, bo gdyby Artur wygrał z Kownackim w pięknym stylu, to mógłby dostać poważną ofertę z Ameryki. Teraz takiej propozycji na pewno nie będzie. Nie możemy wykluczyć, że przeciwnikiem Szpilki będzie Zimnoch, ale żadnych planów jeszcze nie mamy.

    A rewanż z Kownackim?

    W kontrakcie nie było zapisu o rewanżu, bo przy walkach rankingowych rzadko robi się takie zapisy. Nie myślałem o tym.

    Władysław Ćwierz, pierwszy trener Artura, doradza mu, żeby zrobił badania neurologiczne i psychologiczne oraz odpoczął od boksu. Co pan o tym sądzi?

    Po pierwsze, bardzo szanuję pana Ćwierza, ale myślę, że szukanie porad wśród dawnych mistrzów i trenerów w boksie olimpijskim, nie ma żadnego sensu. Boks zawodowy to jest zupełnie inna dyscyplina sportu niż boks olimpijski sprzed 20-30 lat. Przywołam przykład Zbyszka Raubo, który jest raczej znawcą boksu olimpijskiego. Kiedyś Zbyszek powiedział w wywiadzie, że Krzysztof Głowacki nie nadaje się do boksu zawodowego, bo nie ma charakteru i psychiki… Z szacunkiem dla zasług i dorobku pana Ćwierza, ale nie sugerowałbym się jego radami. Artur badania przechodzi regularnie, więc jak widać, pan Władysław nie ma pojęcia w tej materii. Wygląda jednak na to, że chce dla swojego byłego podopiecznego jak najlepiej.

    Jeszcze niedawno Szpilka zastanawiał się nad powrotem do kategorii junior ciężkiej. Może warto wrócić do tego pomysłu?

    To jest cały czas bardzo ciekawe rozwiązanie. Artur ma trochę pecha, bo jest małym ciężkim i dużym cruiserem. Nie jestem pewny, czy byłby w stanie zrzucić te 10 kilogramów, teraz ważył 102,5 kilograma, a było mu widać mięśnie brzucha. Jeśli zdecydowałby się na zmianę kategorii wagowej, to trzeba by było przeprowadzić poważny proces przebudowy jego ciała. To zajęłoby sporo czasu, ale ten pomysł cały czas siedzi mi w głowie. Tak na marginesie, od lat toczą się dyskusje, czy w boksie nie powinno się stworzyć kategorii superciężkiej, żeby wielkoludy walczyły w osobnej wadze. Pomysł jest fajny, ale raczej nierealny do zrealizowania.

    Nie boi się pan, że Szpilka da sobie spokój z boksem i ucieknie do KSW?

    Bez przesady, Artur ma jeszcze sporo do osiągnięcia i udowodnienia w boksie. Żadnych planów w stosunku do KSW nie było i nie ma. Wyobraża pan sobie walkę Szpilki z Popkiem? Artur z całą pewnością sobie tego nie wyobraża. Może kiedyś… po karierze sportowej.

    Czy porażkę Artura chociaż w jakimś stopniu osłodziła panu wygrana Michała Syrowatki w Anglii?

    To są dwie różne sprawy. Artur jest gwiazdą polskiego boksu, nie tylko ze względu na sport, ale także na medialność. Michał jest w odwrotnej sytuacji. Do tej pory nie miał wielkich osiągnięć w boksie zawodowym, jest skromnym chłopakiem, przypomina mi kilku innych polskich pięściarzy, którzy naprawdę ciężko pracują, ale nie są medialni. Michał stoczył heroiczną walkę, a w mediach nie odbiło się to takim echem, jakbyśmy chcieli. Przyznam szczerze, ta walka przypomniała mi wyprawę z Diablo na Sardynię i jego pojedynek z Rossitto. Michał zrobił to samo co Krzysiek, pod koniec walki znokautował rywala na jego terenie.

    Co dalej z Michałem?

    Zrobił na pewno ogromny krok w kierunku dużych walk. Zbliża się też do większych pieniędzy, bo do tej pory jego zarobki były skromne. Nie powiem jednak, że za chwilę będzie walczył o mistrzostwo świata, bo jego kategoria wagowa jest piekielnie mocno obsadzona. Jeśli nie dostaniemy jakiegoś prezentu od Św. Mikołaja w postaci pojedynku o pas mistrza świata, to Michał powinien walczyć w Wielkiej Brytanii. Możliwe, że obóz rywala zaproponuje rewanż. Nie ma problemu, możemy w to wejść, ale już za większe pieniądze. Po wygranej nad Daviesem Syrowatka został zauważony przez ekspertów na świecie, a to jest bardzo ważne. Stoczył naprawdę świetną walkę i pokazał się szerszej publiczności. Umówiliśmy się kiedyś, że ja mu wynegocjuje większe walki, a on obiecał, że nie zmarnuje szansy. Obaj dotrzymaliśmy słowa.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    szpila
    Fot. PBC

    Opadł już kurz po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim. Przed wygranym pojawiły się nowe możliwości. – To może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę – uważa Janusz Pindera. Inne problemy ma Szpilka. – Być może powinien wrócić do Polski – dodaje ekspert Polsat Sport.

    Adam Kownacki potrzebował raptem czterech rund, żeby rozprawić się z Arturem Szpilką. Był pan zaskoczony takim obrotem sprawy?

    Janusz Pindera: Nie ukrywam, Artura uważałem za faworyta. Podkreślałem jednak, że w tym pojedynku wszystko może się zdarzyć i żeby nie lekceważyć Kownackiego, bo jak trafi, to pójdzie za ciosem. I tak się stało.

    Kownacki zaimponował już panu podczas obozu u Tomasza Adamka.

    Z Mateuszem Borkiem odbieraliśmy go z lotniska, gdy przyleciał z Nowego Jorku na obóz do Łomnicy. Tego samego dnia, po długiej podróży, zrobił bardzo ciężki trening. Słaniał się ze zmęczenia, ale walczył ze swoją słabością dzielnie, czym wszystkim zaimponował. Później pojechaliśmy jeszcze na kriokomorę do Karpacza, Adam wszedł od razu do kabiny, gdzie temperatura sięgała minus 120 stopni. Adamek opowiadał mi, że jeden z jego poprzednich sparingpartnerów, Amerykanin Travis Walker w podobnej sytuacji zrobił krok w tył i zrezygnował. A Kownacki nie wahał się ani chwili. Później stanął na wadze, wskazywała 122,5 kilograma. Nie wyglądało to dobrze. Dieta zaordynowana mu przez dr Jakuba Chyckiego, oraz intensywne treningi zrobiły jednak swoje. Kownacki przepracował obóz bardzo solidnie, przed walką ważył poniżej 110 kilogramów. Wtedy pomyślałem, że ma szanse, ale dalej stawiałem na Szpilkę, nie przekreślając jednak Adama.

    Jak dużą cegiełkę do wygranej Adama dołożyli trener Guss Curren i wspomniany specjalista od przygotowania fizycznego dr Jakub Chycki?

    Zwykle jest tak, że sparingpartnerzy są dodatkiem do pięściarza, który przygotowuje się do walki. Adama został zaangażowany do takiej właśnie roli, miał pomagać Adamkowi i wiedział na co się pisze. Ale gdy okazało się, że będzie walczył ze Szpilką, został potraktowany wyjątkowo. Gus Curren i Kuba Chycki troskliwie się nim zajęli i pomogli w przygotowaniach. Szalenie istotne było to, że po powrocie do USA nie zajadał się hamburgerami, jak zwykł to robić wcześniej, utrzymał wagę i dzięki finansowej pomocy jednego z młodych, polskich biznesmenów miał możliwość sparowania ze świetnymi, leworęcznymi zawodnikami. A przecież wcześniej sporo rad udzielił mu też Adamek, który w 2014 roku walczył ze Szpilką. I to wszystko zaprocentowało w Nassau Coliseum.

    Pierwotnie Kownacki ze Szpilką miał walczyć pod koniec kwietnia, ale jak twierdził Artur, „rozbolał go ząbek”.

    Adam mówił nam, że zrezygnował z tamtego terminu, bo miał ukruszony ząb i kilka tygodni nie mógł sparować. Ja mu wierzę, nie chciał ryzykować. Możliwe, że w podtekście chodziło mu też o większą gażę, której ostatecznie się doczekał. 100 tysięcy dolarów, jakie otrzymał za walkę ze Szpilką, to przecież najwyższa wypłata w jego karierze.

    Szpilka przed walką twierdził, że udzieli Kownackiemu lekcji boksu. Wyszło zupełnie inaczej. To była dla niego za głęboka woda?

    Nie przesadzajmy, walczył przecież z Wilderem i do momentu, gdy otrzymał nokautujące uderzenie, radził sobie naprawdę dobrze. Myślę, że obozowi Szpilki zabrakło rozeznania, co do możliwości Kownackiego. Adam traktowany był jako zawodnik na przetarcie, z którym Artur miał łatwo wygrać, by później mierzyć znacznie wyżej. Gdyby popatrzono na ostatnie przygotowania Kownackiego, gdyby ktoś się głębiej tym wszystkim zainteresował, to być może miałby inną optykę. Być może bardziej skoncentrowany byłby także sam Szpilka, który narzucił sobie dodatkową presją. Przecież nawet nie dopuszczał myśli, że z grubaskiem Kownackim może przegrać. On go jawnie lekceważył, co było głupotą.

    Artur w tej walce wyglądał fatalnie, popełniał dziecinne błędy. Co się z nim stało?

    Pamiętam memoriał Feliksa Stamma sprzed lat. Był marzec 2008 roku. W kategorii ciężkiej (91 kg) wygrał wtedy Krzysztof Zimnoch, który w finale wyraźnie (28:11) pokonał Abdelaziza Touilbiniego. Wcześniej Algierczyk wygrał przed czasem ze Szpilką. Dlaczego to przypominam? Bo byłem na walce Artura. Ludwik Buczyński, ówczesny trener kadry seniorów, był zachwycony, że ma pod opieką takiego chłopaka jak Szpilka. Mówił o nim, że jest jak Muhammad Ali. Nie znałem go, więc wybrałem się na jego pojedynek. I co zobaczyłem? Bezradny Szpilka stał z opuszczonym rękami przy linach i dał się okładać temu Algierczykowi. Prawie identyczna sytuacja jak w walce z Kownackim. Artur w sytuacjach zagrożenia idzie do lin, opuszcza ręce, od lat te błędy głęboko w nim siedzą.

    Ronnie Shields w wywiadzie z Przemkiem Garczarczykiem mówił, że jeśli Artur przegra, to nie będzie miał czego szukać w wielkim boksie. Zgadza się pan z tą opinią?

    Nie do końca. Artur powinien teraz odpocząć i wszystko przemyśleć. Być może powinien wrócić do Polski, tylko pytanie, z kim by tutaj trenował. Nie wiem, czy byłby możliwy jego powrót do Fiodora Łapina. Pod jego wodzą Szpilka świetnie realizował założenia taktyczne w walce z Adamkiem. W konfrontacji z Kownackim tego mi właśnie brakowało. Zabrakło też innych rzeczy, bo Artur popełniał fatalne błędy. Myślę, że gdyby Łapin uczestniczył w przygotowaniach Szpilki do pojedynku z Kownackim i stał w jego narożniku, to ta walka wyglądałaby zupełnie inaczej.

    Czyli dalszy pobyt Artura w USA nie ma sensu?

    To jego życie i jego decyzje, ale jakoś specjalnie nie widzę postępów w jego boksie. Zgoda, był świetnie przygotowany fizycznie, ale w walce z Adamkiem było tak samo. W pewnym momencie pobyt w USA był dla niego bardzo istotny, ale dzisiaj coś się kończy i ktoś musi rozpalić w nim nowy ogień. Śmiem twierdzić, że gdyby walczył z Dominikiem Breazeale’em i przegrał, to taka porażka miałaby nieporównywalnie mniejsze znaczenie niż ta z Kownackim. Przegrana w tych okolicznościach była dla niego klęską, bardzo mocno uderzyła w jego ego. Podobna historia dotknęła Tomka Adamka, który nie wierzył, że może przegrać z Wiaczesławem Głazkowem, później nie dopuszczał myśli, że może go pokonać Szpilka, a tak się właśnie stało. Byłem w jego szatni po obu tych porażkach i widziałem, w jakim jest stanie. Przykro było patrzeć.

    Pojawiły się opinie, że Szpilka przegrał walkę w głowie?

    Tak było. Nie wiemy, jak duży ślad zostawił ten ciężki nokaut z rąk Wildera. Niektórzy pięściarze wracali po takich wydarzeniach i sami nokautowali rywali, inni już nigdy nie byli sobą. Rozmawiałem kiedyś ze słynnym kaskaderem z Australii, który doznał poważnego wypadku na stadionie Legii. Skakał z zasłoniętymi oczami na główkę z wysokości 30 metrów, nie trafił tak jak powinien w tekturowe pudełka. Mocno się wtedy poturbował. Dwa dni po tym wydarzeniu robiłem z nim wywiad i twierdził, że jeśli nie odda w ciągu najbliższych dni podobnego skoku, to już nigdy tego nie zrobi. Chciał jak najszybciej przełamać swój lęk i tak uczynił. Skoczył i później jeszcze długo pracował w tym fachu, bijąc kolejne rekordy. Dlaczego o tym mówię? Czasami zbyt długie przerwy po ciężkim nokaucie nie są dobre. Tak mogło być w przypadku Artura. Pamiętajmy tylko, że miał operację złamanej ręki, która długo się zrastała, później była rehabilitacja itd. W lutym bardzo liczył na walkę w Alabamie z Dominikiem Breazealem, która nie doszła do skutku. Odnoszę wrażenie, że czekając na swój efektowny powrót wyraźnie się spalił. I kiedy Kownacki od pierwszej rundy postawił mu swoje warunki, narzucił presję i kilka razy mocno trafił, coś w nim pękło. Tak bezradnego Szpilki nigdy nie widziałem, ale błędy popełniał te same co zawsze.

    Jaki powinien być plan B na karierę Szpilki?

    Był pomysł, by pod koniec roku walczył w Polsce z Krzysztofem Zimnochem lub „Diablo” Włodarczykiem, ale po tym co się stało na Long Island, chyba umarł śmiercią naturalną. Myślę, że Szpilka potrzebuje teraz trochę czasu. Jeśli wróci, to musi być to powrót naprawdę bezpieczny.

    Na koniec wróćmy do Adama Kownackiego. Co go teraz czeka?

    Drzwi do wielkiej kariery otworzyły się przed nim bardzo szeroko i to może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę. Tak było choćby z Michaelem Grantem, któremu Lewis złamał karierę siedemnaście lat temu, nokautując go szybko w nowojorskiej Madison Square Garden. Choć nie chcę porównywać Granta do Kownackiego, bo to inne przypadki. Trzeba spokojnie i mądrze poprowadzić karierę Adama. Za nim będzie szła publiczność, nie tylko w USA, ale także w Polsce. Przydałby mu się pojedynek na gali Polsat Boxing Night. Rywal nie musi być wcale ze światowej czołówki. Jeżeli będzie robił postępy, to przyjdzie czas na wielkie walki i godziwe pieniądze. Musi jeszcze popracować nad swoją fizycznością, pracą nóg i lewą ręką. Głowę ma stworzoną do tego sportu. Nie tylko twardą, odporną na ciosy, ale też chłodną, nie ulega emocjom. Ma charakter ringowego wojownika i łatwość zadawania ciosów, a ręce ciężkie. Kownacki ładnie powiedział,że niekoniecznie niebo jest limitem, bo on chce  skoczyć jeszcze wyżej. Oby tak się stało, ale nie każdy będzie tak bezradny jak Szpilka.

    Adam Kownacki uważa, że skoro pokonał Szpilkę, to jest najlepszym bokserem wagi ciężkiej w Polsce. Też tak pan sądzi?

    Ma sporo racji w tym co mówi. Szpilka pokonał przecież Adamka, walczył o mistrzostwo świata z Wilderem, a on go znokautował. Ale jesienią może się okazać, że znów zobaczymy w zwycięskiej walce Adamka, że wróci i pokaże się z dobrej strony Mariusz Wach, że mile nas zaskoczy Izu. A przecież Krzysztof Zimnoch też zgłasza swoje aspiracje i mówi, że jest w stanie wygrać z każdym w Polsce. Oczywiście to tylko słowa, brakuje mu argumentów. Myślę, że dziś nie ma w polskim boksie zdecydowanego lidera w wadze ciężkiej, mamy wakat. Najlepiej gdyby tego najlepszego wyłonił jakiś turniej, ale to chyba nierealne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Kownacki po tym czego dokonał w Nassau Coliseum, ma prawo tak o sobie myśleć.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    szpila
    Fot. PBC

    W jednym narożniku będzie nauczyciel, w drugim zobaczymy ucznia, który ma otrzymać korepetycje z boksu. Tak to widzi Artur Szpilka. Eksperci się pod tym podpisują, bo żaden nie stawia na Adama Kownackiego.

    Na sprawę, co oczywiste, inaczej patrzy Kownacki, który ma ochotę znokautować Szpilkę i zapowiada, że to zrobi. Cały czas żongluje jednym argumentem – Artur ma słabą szczękę. Fakty są takie, Kownacki bywał na poligonach, ale nie był jeszcze na prawdziwej wojnie. Szpilka zna już smak wojny. 

    Był na niej 18 miesięcy temu w Barclays Center. Gdy w dziewiątej rundzie Wilder wystrzelił potężnym prawym, Artur pożegnał się z marzeniami o zdobyciu mistrzowskiego pasa. Halę opuścił na noszach. Na tej samej gali pokazał się też Kownacki, ale nie miał zbyt trudniej roboty. Wygrał jednogłośnie na punkty z Dannym Kellym. 

    Teraz panowie spotkają się w ringu. Szpilka jest głodny boksu, on nawet nie musi tego mówić, to widać. Dla niego Kownacki jest przeszkodą, którą trzeba przeskoczyć, żeby iść dalej. Adam nie ma nic do stracenia, do ringu może wejść z chłodną głową. Presja spoczywa na barkach jego rywala.

    Szpilka w jednym z wywiadów powiedział, że daje szansę Kownackiemu. Poniekąd ma rację. Po pierwsze, Adam zarobi najwięcej w karierze, po drugie, może się wypromować. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Kownacki jest też szansą dla Szpilki. Artur długo nie walczył, przez długi czas był problem z zakontraktowaniem mu rywala. Nie wiadomo, ile jeszcze musiałby czekać na następną walkę. A tak może się sprawdzić z Kownackim. Wszyscy powinni być zadowoleni, jeden drugiemu daje na coś szansę.

    „Szpila” jest jak pies, który bardzo długo trzymany był na smyczy, ale w końcu dostał wolność. Może być nieobliczalny. Jeśli będzie trzymał się taktyki i w swoim stylu pracował na nogach, Adamowi przypomną się czasy, jak w dzieciństwie ganiał chomika po pokoju. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, że Szpilka się jednak podpali i straci głowę. Może tak być, bo przecież słowa Adama o słabej szczęce go wkurw… Wtedy może dojść do wymiany ciosów, jednym słowem, bitki, a przy takim rozwiązaniu na deskach może być i jeden, i drugi.

    Kibice pewnie nie mieliby nic przeciwko temu, żeby scenariusz tego pojedynku był podobny do konfrontacji Artura z Mike’em Mollo. O takich walkach gada się przecież latami. Najważniejsze jednak, żeby panowie po pojedynku podali sobie ręce oraz cali i zdrowi wrócili do domu.