krzysztof glowacki.jpg

Krzysztof Głowacki był na szczycie, spadł z niego, ale wdrapał się ponownie. Kilka dni przed walką z Mairisem Briedisem został pełnoprawnym mistrzem świata federacji WBO. Wcześniej był tylko mistrzem tymczasowym. W sobotę w Rydze może zdobyć także pas WBC.

Jakie to uczucie zostać mistrzem świata bez walki? – pytamy Krzysztofa Głowackiego.

Nie możemy powiedzieć, że bez walki, bo w listopadzie wygrałem z Masimem Własowem. On był wtedy jedynką, a ja dwójką w rankingu WBO. To był eliminator. To fajne uczucie zostać mistrzem, ale lepiej byłoby, gdybym odebrał pas Ołeksandrowi Usykowi.

W jakich okolicznościach dowiedziałeś się, że zostałeś pełnoprawnym mistrzem federacji WBO?

Przeczytałem o tym w internecie (śmiech). Teraz nie skupiam się na tym. Będziemy się cieszyć dopiero po turnieju WBSS. Oczywiście, jak go wygram – twierdzi Głowacki.

Żeby wygrać turniej WBSS Głowacki musi w sobotę w Rydze pokonać Mairisia Briedisa. Zwycięstwo da mu przepustkę do finału i dwa mistrzowskie pasy. – Od dawna spodziewaliśmy się, że stawką tej walki mogą być dwa pasy i to zostało oficjalnie potwierdzone dziesięć dni przed pojedynkiem. Wiadomo, że przed walkami o mistrzostwo świata jest większa presja, ale Krzysztof wie, co to znaczy nosić pas. Jego nie trzeba dodatkowo nakręcać, raczej trzeba go trochę uspokajać – mówi Fiodor Łapin.

Tylko raz oglądał powtórkę walki z Huckiem

Krzysztof Głowacki pierwszy raz na szczycie kategorii junior ciężkiej znalazł się w 2015 roku. W Prudential Center leżał na deskach, ale wstał, otrzepał się i znokautował Marco Hucka. To był jeden z najpiękniejszych momentów w historii polskiego boksu. – Chyba tylko raz oglądałem powtórkę pojedynku z Huckiem. Szóstej rundy wciąż nie pamiętam. Ta walka zmieniła moje życie, bo zostałem mistrzem świata – mówi Głowacki.

Głowacki szybko został zrzucony z tronu. W drugiej obronie mistrzowskiego pasa na jego drodze stanął Ołeksandr Usyk. Ukrainiec do dzisiaj siedzi w głowie pięściarza z Wałcza. – To moja największa porażka w życiu. Mam nadzieję, że kiedyś będę miał szansę zrewanżować się Usykowi, ale na razie nie myślę o nim, tylko skupiam się na Briedisie – mówi Głowacki. W podobnym tonie wypowiada się trener Łapin. – Jesteśmy ambitni i staramy się nie zapominać o porażkach. Chcemy się odgryźć. Krzysztof chce tej walki, ja też jej chce. Wiadomo jak trudne byłoby to zadanie, ale w tej chwili o tym nie myślimy.

Krzysztof Głowacki i Fiodor Łapin pracują ze sobą od wielu lat. Jeśli dobrze liczymy to od dziewięciu. Gdy się patrzy na nich z boku, przypominają stare dobre małżeństwo – Kawał czasu spędziliśmy na sali z trenerem Łapinem. Minęło nie wiadomo kiedy. Mam nadzieję, że jeszcze parę lat przed nami – mówi Głowacki.

Były trudne momenty?

Pewnie, że były. Zawsze są w trakcie przygotowań, gdy człowiek ciężko trenuje i jest zmęczony. Czasami pojawiają się myśli: po co mi to wszystko? Ale później przychodzi walka i jest już pięknie.

glowacki

Blisko katastrofy w Nysie

Głowacki do starcia z Siergiejem Radczenko przystępował w roli faworyta. To miała być łatwa robota, przetarcie przed poważniejszymi walkami. Mało brakowało, a walka w Nysie skończyłaby się katastrofą dla Głowackiego. W 5. rundzie pięściarz KnockOut Promotions leżał na deskach i mógł przegrać przed czasem ze swoim byłym sparingpartnerem.

Głowacki wygrzebał się z tarapatów, ale za walkę zasłużył na dwóję. – To była tragedia w moim wykonaniu. Nie zlekceważyłem rywala, miałem problemy w życiu prywatnym i tak wyszło. Nie chcę do tego wracać. Po walce z Radczenko miałem rozmowę z trenerem, padły mocne słowa z jego ust – twierdzi Głowacki.

Łapin: Potwierdzam, była rozmowa. Może nie nazwałbym jej wychowawczą, bo to jest dorosły facet i miał problemy dorosłego życia. Nie każdy wie, jakie Krzysiek miał problemy poza sportem (chodzi o rozwód z żoną – przyp.red.), a to się najbardziej nałożyło na jego postawę w ringu. Wyjaśniliśmy sobie, co z tym zrobić, bo Krzysztof przeżywał wtedy bardzo trudny okres w życiu.

Głowacki: Trener Łapin jest motywatorem i psychologiem. Rozmawiamy o życiu prywatnym, o wszystkim. Mamy bardzo dobry kontakt i bardzo mu za to dziękuję. Jest moim prywatnym psychologiem.

Łapin: Nawet czasem nie musimy mówić do siebie, a już wiemy, o co chodzi drugiej stronie.

Problemy z kasą. „Ciągle się zapożyczałem”

Głowacki po turbulencjach wrócił na właściwe tory. Dostał się do drugiej edycji turnieju WBSS i znów jest w grze o wielką stawkę. Sportową i finansową. Pod względem finansowym nie zawsze było u niego różowo.

Kiedy zaczynałem walczyć zawodowo, ciągle się zapożyczałem. Nie miałem innego wyjścia (…) Później przychodziła walka, zarabiałem osiem tysięcy sześćset, oddawałem pożyczone pieniądze i zostawało mi na czysto jakieś sześć stówek. Oczywiście miałem też stypendium, ale długo to było jakieś dwa tysiące złotych. Sam byłem w Warszawie, rodzina w Wałczu, więc miałem dwa domy do utrzymania. A przecież same dojazdy też kosztowały. To były trudne czasy – wspomina Głowacki w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Według informacji tvpsport.pl zwycięzca walki Briedis vs Głowacki ma zarobić milion dolarów (400 tysięcy „podstawy” + 600 tysięcy bonus za awans).

Czy ściany pomogą Briedisowi?

Głowacki do konfrontacji w Rydze trenował w Polsce, Hiszpanii i Anglii. – Przygotowania były bardzo ciężkie, zresztą jak zawsze. Teraz były urozmaicone, bo były wyjazdy do Hiszpanii i Anglii. Było coś innego, inne sale i inni zawodnicy. Najpierw pracowaliśmy nad siłą i wytrzymałością, później było dużo techniki, na końcu sparingi – mówi Głowacki. – W trakcie przygotowań patrzyliśmy na mocne i słabe strony Briedisa. Łotysz ma pozostałości z kickboxingu, jest unikalny w swoim rodzaju. Patrzyliśmy też na siebie. Na przygotowanie mentalne, fizyczne i technikę – dodaje Łapin.

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

joshua_ruiz

Podobno dzisiejszy świat nie jest stworzony dla marzycieli. Andy Ruiz Jr, który był skazywany na porażkę z Anthonym Joshuą, obalił tę teorię. „Niszczyciel„ wszedł do Madison Square Garden kuchennymi drzwiami, a wyszedł głównym wyjściem z kolekcją pasów i czekiem na kilka milionów dolarów.

Czuję dreszcze i jestem podekscytowany tą walką. Przyzwyczaiłem się już do tego, że ludzie mnie nie doceniają. Jestem gotów umrzeć w ringu, aby wygrać – mówił Andy Ruiz Jr przed pojedynkiem z Anthonym Joshuą. Czekało na niego bardzo trudne zadanie, ale Ruiz wierzył, że może zostać pierwszym meksykańskim mistrzem świata wagi ciężkiej.

Joshua od 4. rundy był o rozmiar mniejszy

Gdy Ruiz padł na deski w 3. rundzie, wydawało się, że jego marzenia właśnie dobiegają końca. Joshua miał przed sobą zranionego rywala, musiał go tylko dobić. Meksykanin miał inne plany i po chwili zmienił obraz walki. To on bił, a Joshua był w tarapatach. Brytyjczyk po 3. starciu wracał do narożnika na miękkich nogach i z mętlikiem w głowie. Do kolejnej rundy wyszedł o rozmiar mniejszy. Wiedział, że ten 122-kilogramowy grubas z Meksyku wszedł do ringu po jego pasy.

W kolejnych rundach Ruiz kontrolował walkę. Egzekucji dokonał w siódmej, gdy znów dwa razy przewrócił Joshuę i sędzia przerwał pojedynek. Podjął słuszną decyzję, bo Brytyjczyk nie miał ochoty walczyć. Ruiz go stłamsił i został bohaterem Meksyku. – Wiele osób twierdzi, że nie jestem Meksykaninem, bo nie mówię zbyt wiele po hiszpańsku. Meksyk jest w mojej krwi i DNA – przekonywał przed walką Ruiz. Na prawym ramieniu ma wytatuowany napis „Hecho En Mexico” (stworzony w Meksyku).

  Czytaj resztę wpisu »

fonfara

– Ci, którzy mnie najbardziej krytykowali, nie znali mnie i nie wiedzieli, ile pracy wkładałem w przygotowania do walk. Ludzie nie widzą codzienności pięściarzy. Obserwują tylko to, co dzieje się w ringu. Najłatwiej jest krytykować – mówi Andrzej Fonfara w rozmowie z PoGongu.

Ile miałeś ofert powrotu na ring od czasu zakończenia kariery?

Andrzej Fonfara: Na razie nie było propozycji i mam nadzieję, że nie będzie. Jeśli się pojawią, to ich nie przyjmę. Finansowo jestem zabezpieczony i nie muszę boksować. Nie mam ochoty wracać na ring. Ognisko jest wygaszone, zalałem je kubłem zimnej wody.

Jak dużo zrobiłeś dla polskiego boksu?

Myślę, że coś tam zrobiłem. Nie żałuję ani jednej chwili w boksie. To była piękna przygoda. Gdy byłem w ringu, fani przeżywali różne emocje. Albo nokautowałem rywali, albo przegrywałem przez nokaut. Starcia z Chavezem, Cleverlym czy pierwsze ze Stevensonem kibice powinni na długo zapamiętać. Przede wszystkim cieszę się, że mogłem skończyć karierę na swoich warunkach.

Zdiagnozowałeś już, dlaczego zabrakło ci serca do boksu?

To był szereg różnych zdarzeń. Po walce z Siłłachem zmieniłem trenera i pojechałem do Los Angeles. Zmieniały się daty następnej walki. Żona wyjechała z LA i zostałem sam na trzy miesiące. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Może nawet za dużo… Na pewno do refleksji zmusiła walka, po której Stevenson trafił do szpitala. Przecież mogło to spotkać mnie. Wpływ na decyzję miały też rozłąki z rodziną, ale także to, że boks nie pozwalał mi na realizację innych pomysłów na życie. Dużo się tego zebrało i dlatego zakończyłem karierę.

Boks zabrał ci dużo zdrowia?

Nie. Były złamane ręce, nos czy inne kontuzje, ale w tej chwili nie narzekam na zdrowie. Pod tym względem jest super. Jestem zdrowy i silny. Trzy razy w tygodniu trenuję boks, pływam, chodzę na siłownię i biegam. Chcę zostać w dobrej formie.

Pięściarze dzisiaj kończą karierę, a jutro wracają na salę treningową. Dlaczego tak się dzieje?

Pewnie chodzi o pieniądze. Boks jest trudnym sportem, wątpię by ktoś wracał dla przyjemności.

W twoim przypadku powrót jest wykluczony?

Dobrze zainwestowałem pieniądze i jestem niezależny finansowo. Mogłem jeszcze zarobić fajną gażę za walkę z Edwinem Rodriguezem, ale nie miało to dla mnie znaczenia.

W przeszłości walczyłeś za dolara, a czy miałeś sześć zer na czeku?

Nie było sześciu magicznych zer, ale byłem bardzo blisko. Ale jeżeli złożyłbym wszystkie gaże, to była dobra cyferka i tych sześć zer.

Ten czek na dolara wystawiony przez Kathe Duvę zrobił furorę w mediach.

Zgodziłem się na taką gażę i nie mam o to pretensji. Tomek Adamek miał fajną galę i chcieliśmy na niej wypromować moje nazwisko. Kathe Duva powiedziała, że nie ma dla mnie miejsca na fight cardzie, więc zaproponowałem, że będę walczył za darmo. Musiała mi wystawić jakiś czek, więc zarobiłem dolara. Nie informowałbym o tym opinii publicznej, ale po latach pani Duva proponowała mi walkę z Siergiejem Kowaliowem. Odmówiłem, bo nie odpowiadała mi oferta. Wtedy Duva zarzuciła mi, że walczę dla pieniędzy i dlatego pokazałem ten czek. Tylko raz walczyłem za darmo.

Chyba możesz napisać poradnik o tym, jak spełnić amerykański sen.

Mój sen się spełnił. Mieszkam w USA już dwanaście lat, mam piękną rodzinę, piękny dom, fajny samochód. Sporo ludzi mnie zna, bo boksowałem w największych telewizjach w USA – Showtime czy ESPN. Chcę zostać na stałe w USA. Dwa lata temu wybudowałem tu dom. Tutaj urodził się syn, we wrześniu na świat przyjdzie córka.

Czytaj resztę wpisu »

DSC_4932

Robert Talarek po świetnej walce pokonał w Spodku Patryka Szymańskiego. Kilka dni po pojedynku z teamu Szymańskiego pojawiły się głosy, że Talarek przy pierwszym bandażowaniu miał plastikowe wkładki na dłoniach. – Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Może Szymański szuka pretekstu do powrotu i walki rewanżowej – mówi w rozmowie z PoGongu pięściarz z Rudy Śląskiej.

Czy przyjechałeś do Spodka w tejpach na rękach?

Robert Talarek: Nie, tejpowałem dłonie dopiero w szatni przed walką.

Czy przy tejpowaniu był obecny ktoś z PWBZ?

W szatni było wiele osób, między innymi teamy Kamila Młodzińskiego i Shawnedlla Wintersa. Pojawiała się też pani z PWBZ, ale nie stała przy mnie w trakcie tejpowania. Nie miałem nic do ukrycia, bandażowałem się przy wszystkich osobach, które były w szatni.

Mateusz Borek twierdzi, że dzień przed galą prosił zawodników, aby tejpowali ręce w obecności kogoś z teamu rywala i przedstawiciela PWZB.

Nie słyszałem o tym. Po przyjeździe do Spodka wszedłem do szatni i zacząłem przygotowywać ręce do walki.

Kto tejpuje ci dłonie?

Od dawna sam się tym zajmuję, bo uważam, że jestem w stanie dobrze to zrobić. Bracia Kliczko też sami zajmowali się tejpowaniem. Oni byli mistrzami, ja też chcę być mistrzem. Po walce w Budapeszcie, gdzie złamałem rękę, zrobiłem nawet kurs cutmana. Bandażując ręce samemu jestem w stanie określić siłę ucisku, czy nie jest za mocno.

Kiedy dowiedziałeś się, że musisz od nowa tejpować dłonie?

W szatni pojawił się Gus Curren i na jego prośbę musiałem jeszcze raz to zrobić. Na początku myślałem, że to jest jakaś gra psychologiczna ze strony teamu przeciwnika. Do walki było już mało czasu, a tejpowanie rąk zajmuje około pół godziny. Przed rozerwaniem bandaży chciałem, żeby trener Szymańskiego sprawdził moje ręce, ale nie chciał tego zrobić. Po zdjęciu bandaży nie sprawdzał ich, nie przypominam sobie, żeby brał je w ogóle w ręce. Nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Do drugiego tejpowania też nie miał uwag.


Co się stało z tymi pierwszymi tejpami?

Wyrzuciliśmy je do kosza, bo ani Gus Curren, ani pani z PWBZ nie zgłaszali żadnych zastrzeń.

Patryk Szymański w programie „W Ringu” stwierdził, że miałeś na kostach platikowe wkładki?

Nie wiem, dlaczego Patryk rozpowszechnia takie informacje. Stoczyliśmy świetną walkę, o której wszyscy mówili, a teraz ktoś szuka afery tam, gdzie jej nie ma. Po walce pisałem do Patryka na Messengerze, żeby się nie poddawał, zaprosiłem go nawet na wspólne treningi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie opowiadał takie rzeczy na mój temat. Nie miałem żadnych plastikowych wkładek. Stosuję gąbki, żeby chroniły mnie przed kontuzjami. Gąbki są czarne, może Curren myślał, że to plastik. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Może Szymański szuka pretekstu do powrotu i walki rewanżowej.

Te gąbki, o których wspomniałeś, są dopuszczalne według przepisów?

Zerknąłem na konspekt z kursu cutmana i jest tam informacja, że można używać gąbek. One dobrze amortyzują i chronią dłonie.

Oskarżenia teamu Szymańskiego są poważne. Zamierzasz coś zrobić z tą sprawą?

Widziałem, że kibice piszą różne rzeczy na mój temat. To jest pomówienie i niestety źle wpływa na mój wizerunek, ale co ja mogę zrobić. To jest przykre. Za kilka dni wracam do pracy w kopalni i zjeżdżam pod ziemię. Nie mam czasu, żeby zawracać sobie tym głowę.

W tej sprawie jest sporo niedomówień i słowo przeciw słowu. Czy PWBZ powinien tym się zająć?

Nie mam nic do ukrycia. Myślę, że gdyby zajęła się tym jakaś komisja, to team Szymańskiego dostałby karę za zniesławienie mnie.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

CKO_3268

Robert Talarek i Patryk Szymański poszli na całość i skradli show w Spodku. Walki w Katowicach miło nie będzie wspominał Mariusz Wach, który po porażce z Ilungą Bakole zaczął mówić nawet o zakończeniu kariery. Rozczarowany był także Damian Jonak, który po pojedynku z Robinsonem miał pretensje do sędziów punktowych. – Damian wygrał trzy rundy. Według mnie nie było kontrowersji – mówi Przemysław Saleta. Innego zdania jest Grzegorz Proksa: Jestem bardzo zawiedziony werdyktem sędziowskim. Takich rzeczy się nie robi.

W walce wieczoru Robert Parzęczewski szybko odesłał do domu Czudinowa. Wydarzenia ze Spodka komentują Przemek Saleta i Grzegorz Proksa. Zapraszamy do oglądania.

TALAREK.00_01_18_21.Still001

Przed pojedynkiem trudno było wskazać faworyta. Robert Talarek i Patryk Szymański stworzyli fantastyczne widowisko w Spodku. Już po dwóch rundach można było typować, że to będzie walka roku. Po piątej stała się już murowanym faworytem do wygranej. Dziesięć nokdaunów w pięć rund mówi samo za siebie. Takiej dramaturgii i zwrotów akcji nie wymyśliłby nawet Alfred Hitchcock. Po walce Patryk Szymański powiedział, że kończy karierę. – Szkoda, że mówi takie rzeczy w tak młodym wieku. Myślę, że Szymański nabierze siły i wytrzymałości i jeszcze mogą być z niego ludzie – twierdzi Talarek.

Czytaj resztę wpisu »

parzeczewski_2

Już w sobotę do ringu wejdą bohaterowie gali Ostatni Taniec, która odbędzie się w katowickim Spodku. Największy znak zapytania stawiamy przy pojedynku Roberta Talarka z Patrykiem Szymańskim. Wojna może być w starciu Damiana Jonaka z Andrew Robinsonem, a ring może zadrżeć, gdy znajdą się w nim Mariusz Wach i Ilunga Bakole. Zobaczcie, jak typujemy sobotnie pojedynki.

Tomasz Gromadzki vs Mateusz Rzadkosz

Mateusz Rzadkosz od wygranej z Gromadzkim w Częstochowie raczej nie zrobił postępu. Bynajmniej nie zachwycił w żadnej z trzech ostatnich walk. W jego narożniku nie będzie już Piotra Wilczewskiego, z którym współpracował od początku zawodowej kariery. Gromadzki jest nakręcony czterema wygranymi z rzędu. Nie wygrywał z wielkimi nazwiskami, ale każde zwycięstwo dodało mu pewności siebie. Zadyma mówi, że będzie bardziej opanowany w ringu. Szczerze? Nie wierzymy mu. Może jedna lub dwie rundy będą spokojne w jego wykonaniu, ale potem będzie szukał rozróby. Charakteru nie da się zmienić z dnia na dzień. Gromadzki walczy na swoim terenie, ma do wyrównania rachunki z Rzadkoszem, więc motywacji mu nie zabraknie.

Typ: Gromadzki TKO

Damian Wrzesiński vs Kamil Młodziński

Faworytem jest Wrzesiński, ale w jego przypadku nie może być mowy o lekceważeniu rywala. Młodziński ma mniejsze umiejętności, ale lubi się bić. Nigdy nie odpuszcza i jest niewygodny dla każdego rywala. Nie jest łatwo go złamać. To może być najtrudniejsza walka w karierze Wrzesińskiego. W tym przypadku sędziowie nie muszą być jednomyślni, a kibice nie powinni się nudzić.

Typ: REMIS lub Wrzesiński PKT

Nikodem Jeżewski vs Shawndell Winters

Jeżeli Jeżewski myśli o czymś więcej niż tylko lokalnej sławie, to Wintersa musi rozbić bez wydawania reszty. Innego scenariusza nie bierzemy pod uwagę.

Typ: Jeżewski TKO

Robert Talarek vs Patryk Szymański

Ostrzymy sobie zęby na ten pojedynek. Po Robercie Talarku wiemy, czego się spodziewać. Wejdzie do ringu, jak na wojnę i zrobi wszystko, żeby wygrać. Dodatkowej energii doda mu to, że będzie walczył u siebie. Patryk Szymański nie może liczyć na taryfę ulgową. Podopieczny Gusa Currena jest zagadką. Po ostatniej walce wszyscy go skreślili, ale w Spodku, jak zapowiada Mateusz Borek, mamy zobaczyć Szymańskiego w wersji 2.0. Ma być przede wszystkim silniejszy i twardszy. Te cechy będą mu potrzebne w walce z Talarkiem. Szymański zapowiada, że w przypadku porażki będzie to jego ostatni taniec.

Typ: Talarek TKO

Mariusz Wach vs Ilunga Bakole

Bakole jest sporym znakiem zapytania. Sparował dużo z Joshuą, ale sparingi i walki to dwie inne bajki. Bakole może sporo ugrać w Spodku, bo wygrana z Wachem może się odbić głośnym echem. Determinacji nie powinno mu zabraknąć. Za Bakole ciągnie się opinia, że nie jest długodystansowcem i po 4-5 rundach siada kondycyjnie. W ciemno zakładamy, że po 3-4 starciach będzie prowadził na punkty, bo Wach długo jest śpiący w ringu. Bakole krzywdy Mariuszowi jednak nie zrobi. Jeśli Wach się szybko wybudzi, tym razem nie pomyli rund, to w drugiej części walki skończy się jego taniec z Bakole.

Typ: Wach TKO

Damian Jonak vs Andrew Robinson

Jonak marzy o dużej walce i dużej wypłacie. Robinson jest dla niego przepustką do realizacji tego celu. Brytyjczyk to solidny pięściarz, pływał na różnych wodach. Może napsuć Jonakowi sporo krwi, ale nie uda mu się go złamać. Może być ringowa wojna i zwroty akcji. W trakcie tej walki nie odrywajcie wzroku od ringu.

Typ: Jonak PKT

Robert Parzęczewski vs Dmitrij Czudinow

Parzęczewski jest nakręcony ostatnimi zwycięstwami. Przed nim okres adaptacji w nowej kategorii wagowej. Czudinow przegrał trzy z czterech ostatnich walk, ale z choinki się nie urwał, może być groźny. Swoje w ringu już przeżył. To może być dobry test dla Polaka, który już miał mistrzowskie oferty. Parzęczewski musi podejść na chłodno do rywalizacji z Czudinowem i nie może na siłę szukać nokautu, bo to go może spalić. Stawiamy, że po walce w Spodku będzie już panem Mister KO.

Typ: Parzęczewski TKO

borek_adamek

W najbliższą sobotę w katowickim Spodku odbędzie się gala „Ostatni Taniec”. To będzie już piąta gala organizowana przez grupę MB Promotions. – Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz – mówi Mateusz Borek w rozmowie z PoGongu.pl.

Zacznijmy od sprawdzenia obecności. Ilunga Bakole dojedzie na galę w Spodku? 

Mateusz Borek: Przyjedzie, bo odebrał w środę wizę w polskim konsulacie w Londynie. Sytuacja była niespotykana. Chciałem podziękować ambasadorowi, konsulowi oraz wielu ludziom z polskiej polityki, którzy mi pomogli. To nie jest prosta sprawa, żeby w szybkim trybie załatwić komuś wizę z Demokratycznej Republiki Konga. Chłopak jest bogaty, z normalnej rodziny, która ma książęcy pałac, ale te wszystkie procedury trwają. Na szczęście udało się wszystko załatwić. 

Był jakiś pięściarz w rezerwie dla Wacha, gdyby z wizą Bakole nie poszło po myśli?  

Był w rezerwie Amerykanin z rekordem 12-6, który walczył z dobrymi zawodnikami i się nie przewracał. Nie chciałem tego zastępstwa, bo nie miałem gwarancji, że zawodnik z USA po podróży na ostatnią chwilę, wyglądałby normalnie w ringu w sobotę. Nie mówię, że przyjechałby tylko po pieniądze, ale na pewno miałby mniejsze szanse z Wachem niż Bakole. Wydaje mi się też, że walka straciłaby na atrakcyjności, bo jak do ringu wchodzi dwóch ludzi po dwa metry i 120 kilogramów to zawsze jest to prawdziwe starcie w kategorii ciężkiej.

Bakole jest dużym znakiem zapytania? 

Był etatowym sparingpartnerem Joshuy, przeboksował z nim blisko 150 rund. Mówiono o nim, że będzie gwiazdą na brytyjskiej scenie wagi ciężkiej. Jego walka z Hunterem do ósmej rundy była wyrównana. Potem doznał kontuzji barku, zabrakło mu też doświadczenia na dłuższym dystansie i w końcówce Hunter go skończył. Teraz chce wrócić do gry. Walka z Wachem może mu pomóc załapać się na karuzelę Warrena czy Hearna. Będzie to ważny taniec dla obu pięściarzy. 

Na początku Bakole nie był zainteresowany pojedynkiem z Wachem.  

Zaproponowałem mu walkę w styczniu, ale powiedział, że ma inne plany i odmówił. Szukałem innego rywala dla Mariusza. Rynek kategorii ciężkiej w Europie jest trudny i drogi. Rozmawiałem z Abellem, Moliną, Dawejko i Wallishem, ale nagle Bakole zmienił zdanie i zadzwonił z informacją, że chce walczyć w Spodku. W 24 godziny dopięliśmy szczegóły kontraktu, pod którym złożył podpis 18 lutego. 

Jakie furtki może otworzyć Wachowi wygrana z Bakole? 

Mariusz nie mówi tego dziennikarzom, bo nie chce zapeszać, ale ma na stole kilka ofert. Może walczyć na gali ESPN-u, może wejść do ringu z Pulewem, może wystąpić na tej samej gali co Usyk, albo dostać większą walkę w lipcu w Niemczech. Jest też propozycja z Wielkiej Brytanii. Mariusz cały czas jest gorącym towarem. Jeśli wygra z Bakole, to wyśle komunikat, przede wszystkim na rynek brytyjski, że po dwóch porażkach wrócił do gry.  

mariusz wach

Organizuje pan już piątą galę boksu. Trudne jest życie promotora i organizatora?  

Bardzo trudne. Nie ma żadnych problemów produkcyjnych, promocyjnych czy logistycznych. W tej zabawie cały czas jest problem z kasą. Sponsorzy nie za bardzo garną się do tego sportu w Polsce. Pieniądze z polskiego rynku telewizyjnego są nieporównywalne do innych rynków, a zawodnicy, których oczekują polscy kibice i dziennikarze, kosztują tyle samo co w innych krajach. Proszę sobie wyobrazić, ile płaci Showtime, Fox, DAZN, Sky czy inne zagraniczne telewizje, a jakie są możliwości polskich stacji. Pewnie dzisiaj TVP płaci najlepiej w Polsce, bo matematyka tej stacji, podobnie jak wyniki oglądalności, wygląda zgoła inaczej niż w stacjach komercyjnych, utrzymujących się z reklam, bez państwowego finansowania. To nie zarzut, to fakt. Inne stacje płacą mniej. Nie dlatego, że są chciwe i nie chcą, ale realnie oceniają wartość rynkową i marketingową. Najczęściej telewizja daje kwotę, która jest skromnym wycinkiem budżetu gali. Jako promotor pracujesz przez trzy miesiące i zastanawiasz się, czy na koniec wyjdziesz na zero. Oprócz pieniędzy z telewizji, musisz się dogadać z kilkoma podmiotami biznesowymi i musisz sprzedać określoną liczbę biletów, żeby zamknąć budżet imprezy. Jeśli nie sprzedaż biletów lub wypadnie ci sponsor, to trzeba się liczyć z tym, że wszyscy zarobią na gali, mam na myśli zawodników, matchmakerów, hotele, czy halę, a ty nie zarobisz. Tylko dołożysz.  

Na którejś z czterech gal udało się panu zarobić?  

Nie. Trzy wyszły na zero. Do gali w Radomiu była dokładka. W twitterowych dyskusjach często pojawiają się opinie, że promotorzy kłamią. Może niektórzy kłamią, ja tego nie robię. Dla mnie to jest bardzo ciężki biznes, bo kosztuje dużo zdrowia i nerwów. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wojenki, do których nie chcę się już odnosić. Nie chcę dyskutować, które gale są na poziomie pierwszej, drugiej czy trzeciej ligi. Niech to ocenią kibice.  

Czy organizator gali bokserskiej w Polsce może w ogóle na tym zarobić? 

Są dwie drogi. Możesz zrobić galę z solidnym main eventem. Do tego dorzucić dwie walki z małym budżetem i promocją swoich zawodników, plus dwa pojedynki z udziałem pięściarzy niezrzeszonych, za których zapłacą ich sponsorzy i uzupełnić kartę walkami amatorskimi. Na takich galach da się zarobić, bo można jeszcze ograniczyć środki na produkcję. Druga droga to ta, którą ja wybrałem. Jestem promotorem, ale moje spojrzenie na organizację gal jest spojrzeniem kibica i dziennikarza. Robię walki, jakie chciałbym obejrzeć. Czasami podejmuję nierozsądne decyzje, ryzykuję rekord zawodnika i zainwestowane w niego pieniądze. Przecież nie musieliśmy ryzykować rekordem 17-0 Łukasza Wierzbickiego w starciu z Vovkiem. Zrobiliśmy to dla kibiców i dziennikarzy. Chcieliśmy, żeby w ringu było ciekawie i żeby nikt nie przewracał się od przeciągu w hali.  

Spodek to trudny teren do organizacji gali bokserskiej?  

Organizując „Ostatni Taniec”, od razu postawiłem na Śląsk. Miałem plany dotyczące Jastrzębia, ale nie doszedłem do porozumienia z miastem. Ostatecznie wybrałem Katowice i nie żałuję tego. Spodek to jest ziemia, która zna, kocha i rozumie boks. Dla mnie to jest legendarne miejsce, oddychające historią. Po siedmiu latach boks wraca w to miejsce. Spodek to jest chyba najdroższa arena w Polsce. Nie jest to hala, która pod względem technologicznym może się równać z tymi najnowocześniejszymi halami w Polsce. Podam przykład. Jeśli chcę zrobić pasek ledowy, to muszę go powiesić i za niego zapłacić. A taki pasek na przykład w Ergo Arenie jest w wyposażeniu hali. Wpinam kabel i działa. Dodatkowo nie płacę za to. 

DSC_2197

Ilu widzów spodziewa się pan w sobotę na trybunach?  

Realnie oceniam, że będzie 6 tysięcy osób.  

Czy to pozwoli wyjść na zero lub zagwarantuje zarobek? 

Nie wiem. Jest za wcześnie, żeby to policzyć. Czasami w ostatniej chwili może pojawić się jakaś dziura budżetowa, którą trzeba będzie załatać. Są też niespodziewane koszty, gdy na przykład ktoś spóźni się na samolot. Proszę też pamiętać, że są zobowiązania sponsorskie. Nie wszystkie bilety vipowskie trafiają do sprzedaży, część jest rozliczana w ramach umów.  

Czy bez Tomasza Adamka trudniej jest spiąć projekt promocyjnie i finansowo?  

Wydaje mi się, że gdyby Tomek walczył w Spodku, to na trybunach byłoby 2-3 tysiące ludzi więcej. Zdawałem sobie sprawę, że przyjdzie taki dzień, że Tomek nie będzie już walczył. Plan był taki, że Adamek wraca, bo chce stoczyć jeszcze jedną dużą walkę. Był pojedynek z Millerem i pewien rozdział się skończył. Chcieliśmy przy „Góralu” promować innych zawodników. Niektórzy z tego skorzystali, inni zaprzepaścili szansę. Polski boks musi żyć bez Adamka i Tomek musi żyć bez polskiego boksu.  

Składał pan Izu Ugonohowi ofertę walki w Spodku? 

Nie rozmawiałem z Izu, bo on ma promotora. Spotkałem się z teamem Darka Michalczewskiego. Zaproponowałem wstawienie Izu do karty i chciałem podzielić koszty finansowe. Zaproponowałem, że opłacę rywala, pobyt dwóch stron i wezmę na siebie promocję. Oni mieli ustalić gażę z Izu i wziąć ten koszt na siebie. Wydawało mi się, że to była dobra oferta. Jak chcesz włożyć walkę na galę niemiecką, to musisz zapłacić za swojego zawodnika i rywala. Plus pokryć wydatki związane z pobytem tych zawodników. Za przeciwnika Ugonoha chciałem zapłacić. Nikt by na tym nie stracił. Ja miałbym jeszcze ciekawszą kartę, a Izu aktywność.  

Czemu się nie dogadaliście?  

Druga strona pytała mnie o miejsce na karcie dla Izu. Miałem już wcześniej zaplanowane pierwsze trzy pojedynki, czyli walki Roberta, Damiana i Mariusza. Byłem z chłopakami po słowie i nie chciałem niczego zmieniać. Team Darka chyba nie za bardzo był zainteresowany miejscem Izu w środku karty. Uważali, że Izu jest zawodnikiem, który powinien boksować w main lub co-main evencie. Miałem na ten temat inne zdanie i nie doszliśmy do porozumienia. Szkoda, bo Ugonoh jest już po trzydziestce i rzadko walczy. Łukasz Rusiewicz był najpoważniejszym rywalem, z którym wygrał Izu.  

Miał pan w planach jakiegoś konkretnego rywala dla Izu?  

Myślałem o zrobieniu walki Izu z Sergiejem Werwejką. Skoro były już przymiarki do ich starcia w Ergo Arenie, to chciałem to przenieść do Spodka. Nie wypaliło. 

robert parzeczewski 

W main evencie wystąpi Robert Parzęczewski. Jak wysoko ma zawieszoną poprzeczkę?  

Robert powiedział, że jak znokautuje Czudinowa, to zmieni pseudonim na „Mister KO” i przestanie być „Arabem”, więc wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. A tak poważnie, Czudinow to pięściarz, który pływał w oceanie w boksie olimpijskim, a Robert był co najwyżej w jacuzzi. Parzęczewski dostał propozycje walki z Callumem Smithem o mistrzostwo świata, ale podziękowaliśmy, bo uważamy, że musi stoczyć jeszcze 2-3 pojedynki, by zaadaptować się w nowej kategorii. Za dwa lata będzie właściwy czas, żeby atakować tron. Nie chcemy jechać po kasę i ładnie przegrać.  

Pięściarze często mówią, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Robert zrobił inaczej.  

Gdy dostaje się propozycję walki 16 maja, a ma się już zakontraktowany pojedynek na 6 kwietnia, to trzeba być uczciwym wobec siebie. Do walki o mistrzostwo świata nie można przystąpić po czterech tygodniach przygotowań. Niby takich pojedynków się nie odrzuca, ale w przypadku Parzęczewskiego mogliśmy to zrobić. Jak ktoś nie ma promotora lub promotor nie ma pieniędzy na promowanie zawodnika, albo w niego nie wierzy, to wtedy trzeba brać walkę, żeby zarobić. Jeśli dzisiaj są propozycję dla Parzęczewskiego, który ma rekord 22-1, to będą też za dwa lata, gdy będzie miał 28-1. Nie zakładam, że się potknie po drodze, skoro się tak rozwija.  

Parzęczewski jest zawodnikiem Tymexu i MB Promotions?  

Nie, jest pięściarzem Tymexu. Współpracuję z Mariuszem Grabowskim, dlatego pomagam mu też z karierą Roberta. Uważam, że nasza współpraca układa się dobrze. Robert sportowo zasługuje na walki wieczoru i solidne zarobki. Jeżeli któregoś dnia Mariusz przyjdzie i powie: pracujmy z nim razem oficjalnie, to będziemy pracować oficjalnie. Dzisiaj to jest Mariusza zawodnik i to on podejmuje decyzje.  

Czy kariera Parzęczewskiego jest dla pana i grupy Tymex największym wyzwaniem promotorskim?   

Dla mnie największym wyzwaniem było udowodnić sobie, że dziennikarz potrafi zrobić galę. Po pierwszej gali wyzwaniem było, żeby zorganizować drugą. Później, że potrafię zrobić event bez Tomka Adamka. Jeden, a teraz kolejny.

Karierą Parzęczewskiego trzeba rozsądnie pokierować. W Polsce nie mamy zbyt wielu pięściarzy z takim potencjałem.

Robert czekając na walkę o pas, dostaje trudniejszych rywali po drodze niż wielu polskich zawodników, którzy też liczyli na walkę o mistrzostwo świata. Wielu z nich przez lata boksowało na podtrzymanie aktywności. Nad Robertem nikt nie trzyma i nie zamierza trzymać parasola ochronnego. Uznałem, że po występie w Radomiu, gdzie efektownie i szybko znokautował Darka Sęka, należy mu się walka wieczoru w Spodku. On cały czas idzie do przodu.

Z Patrykiem Szymańskim planuje związać się pan dłuższym kontraktem?  
 
Patryk zgłosił się do mnie, gdy wygasł jego kontrakt z poprzednim promotorem. Wrócił do Kuby Chyckiego i rozpoczął treningi z Gusem Currenem. Na obozie ich współpraca wyglądała obiecująco. Z Patrykiem jesteśmy po słowie. Przed walką z Robertem Talarkiem nie chcieliśmy parafować żadnych dokumentów. Mogliśmy to zrobić, ale po co? Jeśli, odpukać, coś nie wyjdzie, to tymi papierami moglibyśmy rozpalić w kominku. Jesteśmy dogadani na współpracę, ale do rozmów siądziemy po 6 kwietnia.

Szymański jest po porażce. Talarek nie będzie dla niego rywalem na przetarcie.

Patryk chciał trudnego testu, bo ma coś do udowodnienia. Narzucił też na siebie dodatkową presję, bo powiedział, że jak przegra, to zakończy karierę. Polscy kibice uważali go za prospekta, a po jednej porażce wszyscy w niego zwątpili. Zwycięstwo z Talarkiem może go wysoko wywindować w polskim rankingu P4P.   
 
Co Gus Curren mówi o współpracy z Szymańskim?
 
Patryk od początku podobał mu się boksersko. Pracowali nad obroną i pewnymi elementami technicznymi, ale nie chcę mówić o detalach. Pracowali też nad tym, żeby Patryk był twardszy, bo boks jest sportem dla twardych ludzi. Patryk wiele razy imponował umiejętnościami w ringu, ale był za delikatny i za kruchy. Teraz jego ciało się zmieniło. Wydłużył też okres sparingów, żeby błyszczeć 6 kwietnia. W Spodku zobaczymy wersję Szymański 2.0.  

Rozmawiał: Krzysztof Smajek
 
 

Grupa MB Promotions zorganizowała cztery gale boksu. Odbyło się na nich 29 walk. Z tej puli wybraliśmy najlepsze pojedynki i ułożyliśmy ranking walk, które trzymają w napięciu nawet, gdy oglądamy ich powtórki.

5. Łukasz Wierzbicki vs Michał Żeromiński I (gala Noc Wojowników)

wierzbicki_żeromiński_foto2

Faworytem walki był Wierzbicki, ale Żeromiński postawił mu trudne warunki. W Częstochowie oglądaliśmy dziesięć twardych rund z obu stron. Było dużo wymian, ale żaden z pięściarzy nie był liczony. Niejednogłośną decyzją sędziów zwyciężył Wierzbicki i zdobył pas Mistrza Polski wagi półśredniej. Werdykt był dyskusyjny. Żeromiński nie mógł pogodzić się z porażką i tuż po zejściu z ringu mówił nawet o zakończeniu kariery. Kilka miesięcy później doszło do ich rewanżowej walki i Wierzbicki nie pozostawił już pola do dyskusji. Był zdecydowanie lepszy.

Norbert Dąbrowski vs Robert Talarek (gala Nowe Rozdanie)

Czytaj resztę wpisu »

karolina owczarz

W najbliższą sobotę Karolina Owczarz po raz drugi wejdzie do klatki KSW. W debiucie potrzebowała zaledwie 60 sekund, żeby pokonać Paulinę Raszewską. – Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie – mówi Owczarz. 

Twój debiut w MMA trwał zaledwie 60 sekund. Pewnie o wiele dłużej świętowałaś zwycięstwo nad Pauliną Raszewską?

Karolina Owczarz: Wielkiej fety nie było. Od razu po walce zjadłam słoik nutelli, więc świętowanie było kulinarne. Lubię słodycze, ale to był jednorazowy wybryk. Nigdy nie wychodzę na imprezy, bo ich nie lubię. Nie przepadam też za alkoholem, ogólnie mam słabą głowę. Po pojedynku spędziłam czas z najbliższymi. Bez nerwów i emocji, które towarzyszą przygotowaniom do walki. I bez liczenia kalorii.

W najbliższą sobotę znów zobaczymy cię w klatce KSW. Czym różni się Karolina Owczarz z marca 2018 od tej z marca 2019?

Przed rokiem byłam dziewczyną, która lubi się bić, nie boi się przyjąć uderzenia i może wejść w wymianę ciosów. Miałam też jakiś plan na obalenie i poddanie rywalki w parterze. Teraz jestem zawodniczką, która nie boi się żadnej płaszczyzny. Nie spanikuję, gdy rywalka dopchnie mnie do siatki, lub gdy będzie chciała bić się ze mną w parterze.

Po co ci w ogóle MMA?

Jako dziennikarka Polsatu pracowałam przy najlepszych galach sportów walki w Polsce. Fajnie było w tym uczestniczyć, bo to była lekcja życia. Po czterech latach pracy w Polsacie pojawił się u mnie lekki kryzys, bo niby byłam w centrum tych wszystkich wydarzeń, ale zawsze milimetr obok. Ten milimetr robił kolosalną różnicę. Zaczynało mnie to wkurzać i trochę zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy wchodzili do ringu czy oktagonu i czuli adrenalinę związaną z walką. Zaczęłam się trochę ruszać. Jeździłam do klubu WCA w Warszawie i zaczęłam trenować MMA. Z bliska widziałam, jak zawodnicy nakręcają się przed startami. Poczułam atmosferę sali treningowej. Po mniej więcej dziesięciu miesiącach intensywnych treningów zdecydowałam, że wracam do tego, co robiłam przez lata.

Jak zareagowali najbliżsi? Poszłaś do mamy i powiedziałaś: rzucam pracę w Polsacie i idę się bić.

Nie wiedziałam, jak to jej powiedzieć. Byłam przekonana, że się załamie. Zaprosiłam ją na wystawny obiad, robiłam długie wstępy, aż w końcu powiedziałam o MMA. Na początku mama przyjęła to dobrze, ale jak zadzwoniła do mnie po kilku dniach, to powiedziała, że nie przespała żadnej nocy i że chce się jej płakać. Była załamana, ale po mojej przeprowadzce do Łodzi zobaczyła, jak bardzo szczęśliwym jestem człowiekiem. Wszystko jej przeszło i nie ma do mnie pretensji.

karolina_owczarz_2

Do sportów walki ciągnęło cię już od podstawówki. Najpierw był boks.

Jako dziecko byłam chłopaczarą. Wolałam zdecydowanie samochody niż lalki czy sukienki. Jak byłam trochę starsza, chodziłam na mecze Widzewa. Oczywiście rodzice nic o tym nie wiedzieli. Miałam męskie towarzystwo, w którym było wielu łobuzów. Pochodzę z grzecznego domu, więc może to towarzystwo imponowało mi, bo było czymś innym. Poszłam na boks, bo chyba chciałam być większa w oczach starszych koleżanek i kolegów. Zamiłowania do złych rzeczy szybko mi minęły, ale boks ze mną pozostał, bo przekonałam się, że sporty walki są czymś wyjątkowym. Poszłam na jeden trening i zostałam w boksie na 8 lat.

Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z bokserskiej przygody?

Zdecydowanie wyjazd do Meksyku. Wzięłam udział w reality show, w którym rywalizowały ze sobą dwie drużyny – Meksykanki kontra reszta świata. To była lekcja życia, bo jako 18-latka pojechałam na koniec świata. Dopóki nie wysiadłam z samolotu i nie zobaczyłam tabliczki ze swoim nazwiskiem, nie miałam pewności, czy ktoś mnie na tym końcu świata odbierze. Byłam wtedy świeżo upieczoną mistrzynią Polski. Wśród uczestniczek byłam najmłodsza i zdecydowanie odstawałam warunkami fizycznymi od reszty dziewczyn. W życiu nie byłam na zawodowym ringu, a tam walczyłam na zawodowych zasadach na dystansie sześciu rund. Wcześniej biłam się tylko po trzy rundy. Przegrałam drugą walkę z późniejszą zwyciężczynią turnieju i późniejszą mistrzynią świata. Warto było jechać, bo zebrałam ogromne doświadczenie zarówno w boksie jak i w życiu.

Na zawodowych ringach stoczyłaś tylko cztery walki. Dlaczego zrezygnowałaś z boksu?

Po erze Agnieszki Rylik i Iwony Guzowskiej boksu zawodowego kobiet w Polsce właściwie nie było. To był ciężki kawałek chleba, bo byłam jedyną kobietą w tym środowisku. Media trochę się mną interesowały, ale częściej traktowana byłam jak maskotka a nie poważna zawodniczka. Stoczyłam cztery zawodowe walki, wszystkie wygrałam, ale później pojawił się konflikt z promotorem. Ze współpracy ze mną zrezygnował sponsor i nie było sensu ciągnąć tego dalej.

Można powiedzieć, że prosto z ringu trafiłaś do Polsatu. Trudno było dostać się do telewizji?

Gdy moja kariera bokserska się skomplikowała, to chciałam wrócić do Łodzi. Przed przeprowadzką pojechałam na galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. W walce wieczoru bili się wtedy Andrzej Gołota z Przemkiem Saletą. Pojechałam tam towarzysko, ale byłam z kolegami, którzy pracowali w Polsacie. W trakcie gali podszedł przywitać się z nami dyrektor Polsatu Sport Marian Kmita. Dwa dni później zaprosił mnie na spotkanie i zaproponował pracę. Powiedział, że w trakcie podawania mi ręki w Ergo Arenie zapaliła mu się jakaś lampka w głowie i pomyślał, że zrobi ze mnie dziennikarkę. Myślę, że to mu się udało. Rzuciłam wszystko i rozpoczęłam pracę w telewizji. Przez chwilę próbowałam łączyć boks z Polsatem, ale praca w mediach jest na tyle wymagająca, że nie dałam rady. Media mnie pochłonęły. Przygoda z Polsatem trwała pięć lat.

owczarz_3

Jak ważny to był rozdział w twoim życiu?

Mając zaledwie 20 lat zachłysnęłam się wielkim światem telewizji i nowymi wyzwaniami. Praca w mediach to niekończąca się nauka i przygoda. Poznałam mnóstwo wyjątkowych ludzi. Nauczyli mnie rzeczy, z których mogę korzystać do dzisiaj. Mam spory warsztat dziennikarski, choć nie jestem Mateuszem Borkiem, za którym jestem sto lat świetlnych.

Czujesz się już pełnoprawną zawodniczką MMA?

Myślę, że przez ostatnie 15 miesięcy łącznie opuściłam może z miesiąc treningów. Czyli przez 14 miesięcy przychodziłam dwa razy dziennie na matę. To daje około 700-800 treningów. Myślę, że przez ten czas można się trochę nauczyć. Zwłaszcza, że trenuję z najlepszymi. Koleżanki mnie nie oszczędzają i zdarza się, że wycierają mną matę. Tak, jestem pełnoprawną zawodniczką MMA.

Po zmianie branży czytałaś dużo negatywnych opinii na swój temat?

Niestety hejt jest nieodłącznym elementem polskiego internetu. Myślę, że większość opinii była negatywna. Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Po co KSW podpisało z nią kontrakt? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie. Nie boję się wyzwań, ale podchodzę do tego spokojnie. Nie będę rzucała się na nie wiadomo jak duże rywalki. Jak każdy zawodnik mam prawo do rozsądnego budowania rekordu.

Co jest najtrudniejsze w świecie MMA?

Moje sparingpartnerki (śmiech). W Shark Top Team mam trzy świetne dziewczyny: Karolinę Kowalkiewicz, Anitę Bekus i Klaudię Sygułę. Każda z nich jest fenomenalną zawodniczką. Przeciwstawienie się im jest ciężkie, bo każda z nich prezentuje wysoki poziom w danej płaszczyźnie. Gdybym mogła zrobić z siebie mix moich koleżanek, to byłabym mistrzynią świata. W MMA wszystko jest ciężkie. Parter pokochałam od razu, najcięższe dla mnie są zapasy, ale z miesiąca na miesiąc też je coraz bardziej lubię.

Co chcesz osiągnąć w MMA?

Nie wybiegam daleko w przyszłość, bo to byłaby głupota. Wiem, że żaden dziennikarz nie chce tego słyszeć, ale dla mnie liczy się najbliższa walka. W tym roku chciałabym wejść trzy razy do oktagonu. Teraz jednak myślę tylko o pojedynku z Martą Chojnoską.

Tym razem walka może potrwać dłużej niż minutę, bo Marta Chojnoska ma większe doświadczenie od Pauliny Raszewskiej.

Na pewno nie będzie łatwo. Nie boję się wymian ciosów z Martą. Jeżeli trzeba będzie się bić w stójce, to będę się biła w stójce. Jeżeli pojawi się opcja do obalenia, to na pewno ją wezmę, bo po co się narażać na niepotrzebne ciosy. Bardzo ciężko pracowałam nad kondycją i jestem gotowa na trzy rundy ostrej bitki. Jeśli nadarzy się okazja do skończenia walki szybciej, to zrobię to, bo nie chcę, żeby mama płakała przez 15 minut.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek