izu_foto
fot. PBC

  • Izu Ugonoh w sobotę po raz pierwszy pokaże się na salonach. Z małych gal w Nowej Zelandii wskakuje na imprezę w Alabamie. 
  • Wcześniej obijał rywali, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów i padali jak muchy. 
  • Teraz wejdzie do ringu z Dominikiem Breazeale’em, który ma ochotę wygrać z nim przez nokaut.  
  • Izu jest pięściarzem-zagadką, więc Breazeale w sobotę wybiera się na randkę w ciemno. 
  • Jeśli Izu wygra w Alabamie, to potrzebna będzie walka Szpilka vs Ugonoh, żeby wyjaśnić, który z nich jest numerem jeden wśród polskich ciężkich. 


JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

W 2014 roku Izu Ugonoh obrał kurs na Nową Zelandię i postawił dziewiczy krok w królewskiej dywizji. W tym czasie Artur Szpilka zdawał dwa poważne egzaminy w wadze ciężkiej. Pierwszy oblał, bo Bryant Jennings nie dał sobie w kaszę dmuchać. Drugi zdał, bo w dobrym stylu wypunktował Tomasza Adamka i przejął od niego miano najlepszego polskiego ciężkiego.

* Izu jest kilka kroków za Szpilką. 

Rok później obaj obijali kelnerów. Szpilka w USA (podpisał kontrakt z Alem Haymonem), Ugonoh w Nowej Zelandii. Artur obił trzech takich typów, Izu czterech. Miał też walkę z Longiem, ale w tym przypadku wziął nadgodziny. Trzeba jednak przyznać, że kelnerów rozwalał z przytupem. Labaran i Sandez (co to za goście?) nie przetrwali z nim pierwszej rundy, a taki Will Quarrie po prawym Izu prawie wyleciał z ringu. Dan Rafael, gdy to zobaczył, cmoknął z zachwytu na Twitterze. Na youtubie obejrzało to ponad 3 miliony ludzi. Pod koniec 2015 roku tak pisaliśmy o Izu na Po Gongu:

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, nie są to poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu.”

* Izu cały czas jest kilka kroków za Szpilką.

W 2016 roku wspomniana zabawa Izu w boks się nie skończyła, bo dalej był on prowadzony za rączkę przez promotorów. No dobra, Gregory Tony nie był zupełnym leszczem, ale facet najlepsze lata miał już za sobą. Gdy wchodził do ringu z Ugonohem, pewnie już nie pamiętał, że kiedyś wygrał z Carlosem Takamem. Izu pokonał tę przeszkodę, wcześniej rozprawił się z Ricardo Ramirezem i to by było na tyle, jeśli chodzi o ringowe wyczyny. Najważniejsze dla Ugonoha wydarzenia miały jednak miejsce pod koniec roku, bo wtedy podpisał kontrakt z Alem Haymonem. Wtedy też zaczął mówić, że w niedalekiej przyszłości marzy mu się walka o mistrzowski pas. Co w 2016 roku było słychać u Szpilki? W styczniu przegrał przez ciężki nokaut z Deontayem Wilderem walkę o pas federacji WBC. Potem na długie miesiące wypadł z obiegu.

* Szpilka cały czas jest przed Izu, ale dystans został skrócony.

Styczeń/Luty, 2017 rok. W Alabamie szykowana była gala z udziałem polskich ciężkich. Andrzej Wawrzyk, Artur Szpilka i Izu Ugonoh mieli znaleźć się na jednej karcie walk. Nic z tego nie wyszło, bo Wawrzyk wpadł na stanozololu, a pojedynek Szpilki z Breazeale’em z nie wiadomo jakiego powodu został odwołany. Z karty nie wypadł tylko Izu, który za rywala dostał niedoszłego przeciwnika „Szpili”, czyli Breazeale’a.

Ta walka pozwoli mi tak naprawdę zaistnieć w boksieTo jest dla mnie starcie, które ma mnie przenieść w zupełnie inne miejsce. Tym pojedynkiem będę mógł pokazać, jak dobry jestem – mówił Izu Ugonoh. [Sportowefakty.pl]

* Jeśli Izu wygra w Alabamie, role się odwrócą i to on będzie krok przed Szpilką. Wtedy bardzo pożądana będzie walka między nimi o miano najlepszego polskiego ciężkiego.

********

Gdy trwało zamieszanie z galą w Alabamie, pojawił się pomysł, rzucił go na Twitterze Mateusz Borek, żeby zrobić walkę Szpilka vs Ugonoh. Ten pierwszy od razu był na tak. Oto fragment naszego wywiadu ze Szpilką:

– Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

– Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.

A co o pojedynku ze Szpilką sądzi Izu?

„Wychodzę z tego założenia, żebyśmy robili wszystko po kolei, krok po kroku. Na razie mam przed sobą pojedynek z Dominkiem Breazealem i na tym się skupiam. Jak wygram tę walkę, to będziemy rozmawiać dalej.” [sportowefakty.pl]

Pytanie, czy w przypadku wygranej w Alabamie Izu będzie miał ochotę zawracać sobie głowę Szpilką i rozstrzyganiem kwestii, który z nich jest lepszy? Wątpliwa sprawa. Raczej pójdzie w kierunku walki mistrzowskiej i większej kasy. Kevin Barry nie ma wątpliwości, że jego podopieczny po zwycięstwie z Breazeale’em może trafić na krótką listę życzeń Wildera. Teraz jednak nie ma sensu gdybać, bo Izu na razie stoi w przedpokoju…

**********

Ale w sobotę wejdzie na salony. Ugonoh przed chwilą walczył na małych galach w Nowej Zelandii, teraz po raz pierwszy pokaże się na amerykańskim ringu. Jego walka będzie transmitowana na żywo przez telewizję FOX, czyli ma okazję ładnie przedstawić się kibicom w USA. To będzie dla niego spory przeskok, zwłaszcza w sferze mentalnej. Podobną historię przerabiał kiedyś Andrzej Wawrzyk, który tak wspominał swoją porażkę Aleksandarem Powietkinem:

Zablokowałem się całkowicie. Wyskoczyłem z malutkich gal pod Katowicami czy pod Warszawą na wielką imprezę w Moskwie. To zrobiło na mnie za duże wrażenie.” [Przegląd Sportowy]

Ugonoh nie może się zablokować na imprezie w Alabamie. Musi wejść do ringu uzbrojony. Uzbrojony w pewność siebie. Do tej pory walczył z przeciwnikami, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów. Dostawali strzał i padali. O oddawaniu z ich strony raczej nie było mowy. Breazeale będzie oddawał, od razu też się nie przewróci, bo swoje może przyjąć. Anthony Joshua potrzebował kilku rund, żeby go skruszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanin artystą ringu na pewno nie jest. Oddajemy głos Arturowi Szpilce:

Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.” 

Dominic Breazeale raz mówi, że znokautuje Ugonoha, innym razem twierdzi, że dla Izu będzie to 10 rund piekła i takie tam gadki-szmatki, którymi nie ma sensu zaprzątać sobie głowy. Warto jednak podkreślić, że optykę na tę walkę zmienili bukmacherzy, którzy na początku w osobie Amerykanina widzieli wyraźnego faworyta, teraz stawiają jednak na czarnoskórego Polaka. Breazeale ma większe doświadczenie od Izu. I na ringach amatorskich, i zawodowych. Ma za sobą walkę o mistrzowski pas, więc z presją miał okazję się zapoznać. Jest duży, silny, bije nie głaszcze, ale ma też swoje ograniczenia. Tacy pięściarze jak Fred Kassi czy Amir Mansour napsuli mu sporo krwi. Krótko mówiąc – facet jest średniakiem.

Za to Izu jest pięściarzem-zagadką. Jego trener – Kevin Barry – wystawił mu taką oto laurkę:

„Izu to znakomity atleta, który może zrobić rzeczy, których inni po prostu nie potrafią. Chyba jeden z najlepiej – jeśli nie najlepiej – bijących po korpusie pięściarzy w światowym boksie. ” [ringpolska.pl]

Dzisiaj te słowa niewiele znaczą, bo trenerzy różne rzeczy mówią o swoich zawodnikach. CJ Hussein twierdził na przykład, że Krzysztof Zimnoch w pierwszej rundzie znokautuje Mike’a Mollo. Okrutnie skłamał. Równie dobrze Barry mógł powiedzieć, że Izu na sparingach rozbił ciosami na korpus stado słoni. Możecie w to wierzyć lub nie. To samo dotyczy cytatu powyżej.

Z kolei Przemysław Saleta porównał Izu do Steve’a Cunninghama. Trzeba przyznać, że to ładne i chyba trafione porównanie.

„Izu pod wieloma względami przypomina mi, jeśli chodzi o technikę i warunki fizyczne, Steve’a Cunninghama, ale jest trochę silniejszą wersją.” [Interia.pl]

Trzeba przyznać, że Breazeale ma mały kłopot, bo tak naprawdę nie wie, czego może spodziewać się po swoim rywalu. Dla Amerykanina będzie to randka w ciemno. Wie, że naprzeciwko niego stanie czarnoskóry facet z rekordem 17-0. Niby mocno bijący, niby bezkompromisowy, ale dotąd pływający na płytkiej wodzie, na dodatek w kamizelce ratunkowej.

Wygląda na to, że sobotnia walka więcej nam powie o Izu niż jego wszystkie pojedynki razem wzięte. Ale dzisiaj jednego możemy być pewni. Gdyby Ugonoha umieścić na okładce jakiegoś magazynu bokserskiego, to nie prezentowałby się on wcale gorzej od Anthony’ego Joshui czy Deontaya Wildera. Izu ma wygląd mistrza świata wagi ciężkiej, ale czy wystarczy mu umiejętności, żeby chociaż zbliżyć się do ścisłej czołówki tej kategorii wagowej? Do niedzieli rano polskiego czasu to pytanie pozostaje otwarte.

********

Na koniec przypominamy, jak Andrzej Kostyra opisywał Izu Ugonoha w swoim Alfabecie na Po Gongu:

Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

Krzysztof Smajek

rekowski

Gdy Marcin Rekowski pakował walizki i planował podróż do chińskiego Makau, było wiadomo, że leci tam dostać po głowie od Carlosa Takama. Nikt nie brał pod uwagę innego scenariusza, bo przecież „Rex” ostatnio obrywał od Aguilery, Wawrzyka czy Zimnocha, a więc pięściarzy słabszych od Takama. Poza tym wiadomo było, że Kameruńczyk z francuskim paszportem nie głaszcze rywali, więc nokaut na Rekowskim można było w ciemno zakładać. Bez konsultacji z wróżbitą Maciejem.

Tak też się stało. Miała być egzekucja i była. Po walce zaczęły się pojawiać pytania: Po co Rekowski brał tę walkę? Po co wkładał głowę pod topór? Po co promotor go tam wysłał? Odpowiedź jest banalnie prosta – boks to jego zawód, więc Marcin zrobił to dla pieniędzy. Tak, jak Kowalski codziennie idzie do pracy, żeby zarabiać na chleb, tak Rekowski wsiadł w samolot i poleciał do Makau po wypłatę. Owszem, sporo ryzykował, ale w końcu takie wybrał sobie zajęcie… Bijesz się i na tym zarabiasz. Tak do działa.

Pamiętam, że kiedyś pytałem Rafała Jackiewicza o to, jak wyglądały jego negocjacje w sprawie walk z promotorami. Odpowiedział coś w tym stylu: dostawałem ofertę i miałem dwie opcje: brać albo nie. Jeśli propozycja była fajna, podpisywałem kontrakt. Jeśli była chuj…, mówłem: nie, dziękuję, pierod…to. Rekowski mógł wybrać opcję numer dwa i odrzucić ofertę. Założyć kapcie, wziąć browar i przed telewizorem czekać na następną. Tylko, że taka mogłaby się już nie pojawić. Przecież Marcin jest już 39-letnim pięściarzem po przejściach i co dwa dni nie odbiera telefonów z podobnymi propozycjami. Dlatego, nie możemy mieć do niego pretensji, że skusił się na konfrontację z Takamem. Zresztą, wiedział w co się pakuje.

„Trzy tygodnie temu zadzwonił do mnie promotor z tą ofertą, dał mi kilka godzin na przemyślenie decyzji. Na szczęście byłem już treningu, więc ustaliliśmy z trenerem, że bierzemy walkę” – mówił „Rex” w rozmowie z wRINGUu.net.  Promotor dał mu czas na zastanowienie się, ale nie przyłożył broni do skroni i nie kazał brać tej walki. To warto rozróżńić, bo słychać opinie, że promotorzy wsadzili Rekowskiego na minę. O wsadzeniu na minę moglibyśmy mówić, gdyby „Rex” usłyszał od nich taką propozycję: „Marcin, pojedziesz do Chin na swój koszt, za walkę z Takamem dostaniesz pięć złotych, ale jak z nim wygrasz, to obiecujemy ci walkę za milion dolarów w USA. Chłopie, musisz w to wejsć, bo taka oferta już się nie powtórzy.” Taka sytuacja nie miała jednak miejsca.

Rekowski zdawał sobie sprawę, że biorąc walkę z Takamem, przystępuje do bardzo ryzykownej gry. „Oczywiście, że był moment zawahania – każdy o zdrowych zmysłach by go miał. Zresztą nie sądzę, że wielu zawodników jest w stanie przyjąć walkę tak krótko przed jej planowanym terminem” – mówił. Rzeczywiście nie miał zbyt wiele czasu na przygotowania, bo o walce z Takamem dowiedział się na początku stycznia. Cała akcja wyglądała na spontaniczną i robioną trochę na wariackich papierach. Przecież jeszcze przed wyjazdem do Chin stoczył pojedynek z Artsiomem Hurbo, który miał mu trochę podreperować rekord. Ostatecznie wygrana z Białorusinem i tak zniknęła z Boxreca.

Wróćmy jednak do pojedynku z Takamem. Rekowski zdawał sobie sprawę, że jego rywal nie jest przypadkowym gościem: „Carlos to bardzo silny pięściarz, posiadający bardzo mocne uderzenie, zdeterminowany i idący do przodu – będzie to ciężki orzech do zgryzienia.” We wspomnianym wyżej wywiadzie poruszony został też wątek pieniędzy. Marcin na pytanie, czy za walkę w Makau dostanie wypłatę życia, odpowiedział: „To wszystko nie wygląda tak różowo, jak wszyscy myślicie. Oczywiście pieniążki są niezłe, jednak muszę z tego opłacić sparingpartnerów, odżywki, masażystów, trenera, dojazdy na treningi. Moja dziewczyna śmieje się ze mnie, że za takie pieniądze, nie dała by sobie pyska oklepywać.”

Marcin nie podał kwoty, która skusiła go do wejścia między liny z Takamem, ale rąbka tajemnicy zdradził Janusz Pindera, który na polsatsport.pl tak pisał o jego gaży: „Nie są to zawrotne sumy, ale 100 tysięcy złotych zawsze lepiej mieć niż nie mieć.” Nie wiem, czy to była największa wypłata w karierze „Rexa”, ale skoro przyjął propozycję, to znaczy, że liczby na papierze się zgadzały. Artur Szpilka, Andrzej Fonfara i Tomek Adamek na taką ofertę nawet nie rzuciliby okiem. Nic dziwnego, są przyzwyczajeni do większych wypłat. I za takie pieniądze, podobnie jak dziewczyna Marcina, nie daliby sobie pyska oklepywać.

Jednak „Rex” nad ofertą się pochylił i powiedział tak. Poleciał do Chin, przyjął kilka bomb od Takama i wziął za to kasę. Nic mi do tego. Zaraz parę osób krzyknie w tym miejscu: zaraz, ale przecież to nie miało nic wspólnego ze sportem. No nie miało. Wszyscy wiemy, że dla Rekowskiego to była walka dla kasy (choć sportowo też mógł zyskać), ale przecież boks to biznes. Marcin nie jest pierwszym ani ostatnim pięściarzem, który wszedł między liny dla pieniędzy. Najważniejsze, że jest cały i zdrowy. Taką przynajmniej informację na Twitterze podał Andrzej Wasilewski.

W całej tej historii najdziwniejsze jest jednak to, że federacja IBF dopuściła „Rexa”, który przegrał ostatnie walki z Wawrzykiem i Zimnochem do pojedynku o pas IBF InterContinental. Gdyby trzeba było nazywać rzeczy po imieniu, to słowa –  wstyd i patologia – byłyby tu chyba najwłaściwsze. Ale w sumie, czy to wszystko kogoś jeszcze dziwi? Przecież boks to biznes.

Krzysztof Smajek

szpila_foto
fot. archiwum Artur Szpilka

Artur Szpilka mówi wprost: „W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.” Ostatni raz między linami widzieliśmy go rok temu, gdy został znokautowany przez Deontaya Wildera w walce o pas federacji WBC. „Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości” – twierdzi. W ringu miał się pojawić 25 lutego w Alabamie, ale jego pojedynek z Dominikiem Breazeale’em został odwołany. Coraz głośniej mówi o powrocie do Polski, bo życie w USA trochę mu się już znudziło. Jednak cele ma jasno sprecyzowane: „Chcę dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie.”

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Przetrawiłeś już informację o odwołaniu twojej walki z Dominikiem Breazeale’em?

Nie ukrywam, na początku chodziłem wkurwiony. I to bardzo. Teraz trochę ochłonąłem. Już to do mnie dotarło, ale miałem ze dwa dni załamania. Takiego totalnego zniechęcenia. Olałem dietę, pomyślałem sobie, że tak się najem, że aż dupa mi pęknie. Stanęło na tym, że przekąsiliśmy z Kamilą jakiegoś krokodylka. Przecież do tego pojedynku przygotowywałem się od sierpnia. Przed przyjazdem do USA też ostro zasuwałem, żeby wrócić do formy, a tu takie cyrki wyszły… Nie rozumiem tego wszystkiego. Kibice kupili wejściówki na galę, zarezerwowali hotele i bilety lotnicze, a teraz piszą do mnie: Artur, co mamy robić? Tylko, co ja mogę im odpowiedzieć? Przecież nie jestem organizatorem gali. Najgorsze jest to, że pojedynek z Breazeale’em nie był oficjalnie potwierdzony przez telewizję, więc nie ma się nawet do kogo odwołać.

Miałeś podpisany kontrakt na walkę?

Tutaj kontrakty podpisuje się przed pojedynkiem, ale wszystko było dogadane. Andrzej Wasilewski może to potwierdzić.

W takim razie, dlaczego wypadłeś z karty walk gali w Alabamie?

W sumie nadal tego nie wiem. Podobno telewizja Fox TV ma taki przepis, że nie może walczyć ze sobą dwóch pięściarzy, którzy przegrali swoje ostatnie walki. O tym, że nie będzie tego pojedynku dowiedziałem się z Twittera Andrzeja Kostyry. Później zadzwonił do mnie trener Ronnie Shields i powiedział, że gadał z Alem Haymonem i nie da rady zrobić tej walki. Właśnie przez ten przepis telewizji. Wtedy jeszcze myślałem, że znajdą mi innego rywala.

Wchodziły w grę inne nazwiska?

Nie było żadnych rozmów na ten temat.

Masz do kogoś pretensje o to zamieszanie?

Ciężko mi powiedzieć, bo nawet nie wiem, kto zawiódł w tej sytuacji. Gdybym wiedział, pewnie miałbym o to pretensje. Czasu jednak nie cofniemy, moja robota poszła na marne.

A może rozbiło się o finanse? Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu mówił, że na początku za walkę z Breazeale’em wymyśliłeś sobie „kwotę zupełnie z powietrza”.

Andrzej niepotrzebnie wyciąga na wierzch kwestie, o których jako promotor nie powinien mówić. Moim zdaniem to nie jest w porządku z jego strony. Nie było żadnej kwoty z powietrza, dogadaliśmy się w 4-5 dni i wszystko było ustalone już trzy tygodnie wcześniej. Zresztą, nikt nie będzie mi mówił, ile mam zarabiać. Ani dziennikarze, ani kibice. To ja wchodzę do ringu i to ja podpisuję czeki. Moja sprawa, na jakie kwoty.

Kibice na forach zaczynają już spekulować o twoim konflikcie z promotorami.

Spokojnie, nie ma żadnego konfliktu między nami. Czasami Andrzej coś palnie, powyciąga jakieś rzeczy i niepotrzebnie daje pożywkę ludziom. Szanuję go, dużo mu zawdzięczam, ale czasami mówi na mój temat takie głupoty, że ręce opadają.

A słyszałeś, co powiedział Breazeale? Według niego do waszej walki nie doszło, bo potrzebowałeś więcej czasu na treningi.

Czytałem te słowa, gościu pierdoli bzdury. Wiecie przecież, że nigdy nie odmówiłem żadnej walki. Wręcz przeciwnie, zawsze nalegałem na rywali z wyższej półki, nie chciałem walczyć z leszczami. Byłem gotowy na Breazeale’a, na pewno się go nie przestraszyłem. O czym my w ogóle mówimy. Zresztą, teraz każdy gada co innego. Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że za tym całym zamieszaniem mogli stać promotorzy. Nie wiem, czy moi czy amerykańscy. Pewnie zrozumieli, że lepiej zorganizować mój pojedynek w Nowym Jorku lub Chicago, bo tam przyjdą kibice i dzięki temu będą mogli więcej zarobić. Podejrzewam, że w którymś z tych miast odbędzie się moja następna walka, ale to są tylko moje przypuszczenia. Nie wiem, jak było naprawdę.

Co dalej? Słyszałem, że wracasz do Polski.

Teraz trochę te plany się zmieniły, pewnie zostanę tu jeszcze z pół roku. Może wejdę do ringu za 2-3 miesiące, więc do następnej walki chciałbym jeszcze zostać w USA. Generalnie chce wrócić do Polski, ale to nie jest takie proste. Nie da się tak z dnia na dzień spakować walizek i wrócić. Dzisiaj plan jest taki, że wracam do kraju i do Stanów będę przylatywał tylko na przygotowania do walk, ale ja mam 110 pomysłów na godzinę, więc to wszystko może się jeszcze zmienić. Do Polski i tak muszę wpaść, bo za chwilę wiza mi się kończy. Odpocznę trochę i wracam do USA na przygotowania do kolejnej walki. Nie znam jeszcze żadnych konkretów, ale pewnie zaboksuję w Chicago. Wspomnicie moje słowa.

Będziesz polował na rywala pokroju Breazeale’a, czy zgodzisz się na przeciwnika z niższej półki?

Mam nadzieję, że nie dostanę żadnego leszcza. Nie chcę tracić czasu i energii na kolejnego Ty Cobba, nie interesują mnie takie walki. Chce na powrót dobrego zawodnika, ale ja to mogę sobie tylko pogadać. Nie ode mnie to zależy.

Ronnie’emu Shieldsowi podoba się pomysł, że będziesz wpadał do USA tylko na przygotowania do walk?

Nie ma nic przeciwko temu. Trener zna mnie i wie, że nie unikam roboty. Nawet czasami każe mi odpocząć, bo widzi, że jestem dwa razy dziennie na sali i ciężko trenuję. On wie, że potrafię sam zbudować taką formę i wydolność jak pod jego okiem. Po ostatnim moim powrocie z Polski był nawet w szoku, w jakiej dyspozycji do niego przyjechałem. Prywatnie mamy świetny kontakt. Pracując z nim, zrobiłem postępy. Dołożyłem do swojego repertuaru ciosy podbródkowe i uniki. Mam lepszą defensywę, potrafię przyjąć cios na gardę, oddać. Jestem zadowolony z naszej współpracy.

Jak to możliwe, że Ameryka tak szybko ci się znudziła?

Nie będę ściemniał, trochę mi się znudziła. Ze sportowego punktu widzenia jest tu zajebiście, ale poza boksem też jest życie. Ludzie mogą gadać, że Szpilka siedzi sobie w Ameryce i ma klawe życie. Dom, basen, restauracje, krokodyle i inne rozrywki. W środku wygląda to trochę inaczej. Do życia codziennego wkradła się już monotonia. 24 godziny na dobę jestem w reżimie treningowym. Może wpływ na to znudzenie miał fakt, że od roku nie walczę. Człowiek ma dosyć, gdy nic się nie dzieje. W powrocie do Polski widzę same plusy. Wrócę i będę czekał na sygnał. Gdy pojawi się konkretna oferta, wsiadam w samolot i jestem na sali u Shieldsa. Tak to sobie wymyśliłem. W Polsce będę podtrzymywał formę. Uspokajam wszystkich, nie będzie imprez, alkoholu.

Zamiast ciebie rękawice z Breazeale’em ma skrzyżować Izu Ugonoh. Da radę?

Izu ma duże szanse na wygraną, bo Amerykanin nie jest jakimś tam wirtuozem bokserskim. Na pewno jest silny. Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? U Izu podobało mi się to, że nigdy nie dał sobie wejść na głowę promotorom. Zawsze miał swoje zdanie. Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.

Gdy były zawirowania z galą w Alabamie, Mateusz Borek zaproponował w jednym z tweetów, że może warto zorganizować walkę Szpilka vs Izu. Jest to do zrobienia?

To bardziej pytanie do promotorów. Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Nawet teraz, gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować. Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do ringu.

Może z tego zaproszenia skorzysta Adam Kownacki, który chce kolejnych wyzwań i twierdzi, że nie czułby strachu przed konfrontacją z tobą. „Według mnie Szpilka ma bardzo słabą szczękę” – stwierdził Adam w rozmowie ze sportowymifaktami.pl. Co ty na to? Ten pojedynek jest do zrobienia, w końcu obaj jesteście w stajni Haymona.

Teraz to mnie rozśmieszyłeś. Adam jest wesołym, sympatycznym grubaskiem, nic do niego nie mam, ale z przyjemnością mogę mu pokazać, na czym polega prawdziwy boks. W każdej chwili. Skoro tak się pali do walki ze mną, to zapraszam do ringu. Może być nawet moim następnym rywalem. Nie ma problemu. Proponuję jednak, żeby ochłonął i zszedł na ziemię. Przy okazji niech zgubi też parę kilogramów, ale mniejsza z tym. Za wygląd nie będę go krytykował. Na temat jego słów o mojej słabej szczęce nie chce mi się nawet gadać. Chętnie przetestuję jego.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wierzysz, że Andrzej Wawrzyk postawi się Deontay’owi Wilderowi? Tylko szczerze, bez ściemniania.

To jest waga ciężka, wszystko może się zdarzyć.

Artur, wyświechtane regułki też odłóżmy na bok. 

Jeśli nie zablokuje się psychicznie, to mam nadzieję, że da dobrą walkę. Przy każdej okazji powtarzam Andrzejowi, że Wilder jest tchórzem. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale taka jest prawda. Amerykanin nie jest prawdziwym wojownikiem. Byłem z nim w ringu i wiem, co mówię. To naciągany mistrz. Facet próbuje grać twardziela, straszyć minami, ale jak już je zacznie robić, wygląda wtedy jak moja babcia siedząca na klopie. Wprawdzie, nigdy nie widziałem babci w tej pozycji, ale tak to sobie wyobraziłem. Andrzej nie może się go wystraszyć przed walką.

Jakich jeszcze wskazówek udzieliłeś Wawrzykowi?

Coś tam staram mu się podpowiedzieć, ale Andrzej ma świetnego trenera i to jego powinien słuchać. Na pewno przygotują coś ekstra na walkę. Z Andrzejem praktycznie codziennie jesteśmy w kontakcie, ale to nie jest tak, że gadamy tylko o boksie i jego walce z Wilderem. Jest też czas na robienie sobie jaj ze wszystkiego. Ja, Andrzej, „Główka” i Grzesiu Proksa założyliśmy sobie taką grupę i piszemy do siebie sms-y. Codziennie, jak wstaję, mam po 120 nieprzeczytanych wiadomości. Nie powiem, o czym piszemy, bo tego nie da się publicznie cytować. Gdyby te sms-y wydostały się na zewnątrz, to jeszcze chcieliby nas zamknąć w zakładzie psychiatrycznym.

Będziesz na gali w Alabamie?

Oczywiście, że się wybieramy z Kamilą na walkę Andrzeja. Nie ma innej opcji. Zastanawiam się tylko, czy zabrać ze sobą Cyca i Pumbę. Ode mnie do Alabamy jest osiem godzin jazdy samochodem i trochę mnie to przeraża. Może zostawię psiaki z kolegą, a my polecimy samolotem. Jeszcze nie wiem, jesteśmy na etapie planowania.

Wyrzuciłeś już z głowy nokaut, który zafundował ci Wilder?

Co ja miałem wyrzucać, jak go nawet nie pamiętam. Z 4-5 razy widziałem to na powtórkach i za każdym razem łapałem się za głowę. Po chwili jednak śmiałem się z tego. Takie rzeczy w boksie się zdarzają. Było w tym dużo przypadku.

Jakie cele zapisałeś sobie na 2017 rok na tych legendarnych już karteczkach?

W tym roku nie wypisywałem nowych karteczek, bo cele cały czas są te same. Oczywiście te, których nie udało mi się osiągnąć. Chcę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Moim celem jest dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie. Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości. Mam nadzieję, że jeszcze ze dwie walki i będę oficjalanym pretendentem. Jak nie Wilder, to może ktoś inny, ale Amerykanin jest dla mnie jakiś taki… wyjątkowy.

Czyli pomysł z powrotem do wagi junior ciężkiej umarł już śmiercią naturalną?

Chyba tak. O zmianie kategorii wagowej pomyślałem i zacząłem o tym gadać, gdy byłem w ciężkim treningu, a waga mocno leciała w dół. Przy 102 kilogramach waga się jednak zatrzymała, a nawet poszła w górę, więc pojawiło się dużo znaków zapytania. W kategorii junior ciężkiej na pewno byłbym silny, ale czy starczyłoby mi energii? Nie wiem. Edwin Rodriguez opowiadał mi, że po konkretnym zbijaniu wagi, później na walce wyglądał słabo, nie miał kondycji. W mojej sytuacji bałbym się tego samego. Nie wiem, czy jest sens zrzucać na siłę wagę, a później męczyć się w ringu. Tu nie chodzi o to, że nie chce mi się tego robić. Gdybym był gruby i miał z czego schodzić, to mógłbym o tym pomyśleć na serio. Ale u mnie praktycznie nie ma tłuszczu. Nie ściemniam. Jak zobaczysz u mnie tłuszcz, to dam ci kasiorę. Nie zobaczysz, nie ma szans.

Jaką karę dałbyś Michałowi Cieślakowi i Nikodemowi Jeżewskiemu za dopingową wpadkę?

Nie chcę ich karać, nie jestem od tego. Na pewno jest to jakiś tam cios dla boksu w Polsce. Przez opinię publiczną już zostali osądzeni. Jakaś tam kara powinna ich spotkać, żeby to była przestroga dla innych. Oni są jeszcze młodzi, więc szkoda kończyć im kariery. Kopa od życia już dostali. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chłopaki wpadli przypadkiem, bo gdyby nie walczyli o pas, nie byłoby testów. Pięściarze powinni być częściej badani. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, że powstał program Clean Boxing. Dzięki temu mogę chociaż przypuszczać, że nie wchodzę do ringu z nakoksowanym rywalem.

Nie chciałeś podbić stawki w zakładzie z Tomaszem Babilońskim na wygranego w pojedynku Krzysztof Zimnoch vs Mike Mollo?

Nie podbijałem stawki. Tomek zaproponował tysiąc dolarów, przyjąłem propozycję i tyle. Mike Mollo zrobi swoją robotę, a mi tysiąc wpadnie do kieszeni. Easy money.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

b-hop.jpg
fot. Golden Boy Promotions

Nie był grzecznym chłopcem. Napady rabunkowe, bójki i aresztowania – tak kiedyś wyglądało jego życie. Po wyjściu z więzienia obiecał sobie, że nigdy tam nie wróci. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring. Kiedyś był „Katem”, dziś jest „Kosmitą”. „Katem” w sumie jest cały czas. 17 grudnia Bernard Hopkins stoczy pożegnalną walkę. Tak przynajmniej zapowiada.

2006 rok. Antonio Tarver na konferencji prasowej wręczył Hopkinsowi bujany fotel. Trzeba przyznać, że to fajny prezent dla faceta, którego ma się zamiar wysłać na bokserską emeryturę. A takie plany miał przecież Tarver. Hopkins był wtedy 41-latkiem po przejściach. Przegrał dwie walki z Jarmainem Taylorem, w których stracił i nie odzyskał mistrzowskich tytułów. To był koniec jego dominacji, która trwała aż 10 lat. W tym czasie mistrzowskiego pasa bronił aż 20 razy.

Po porażce z Taylorem słychać było głosy, że to jest koniec B-Hopa. Tak samo myślał Tarver, który nawet założył się z nim o 250 tysięcy dolarów, że znokautuje go w ciągu sześciu rund. Nie udało mu się tego zrobić. Na dodatek w piątej rundzie sam był liczony i ostatecznie przegrał na punkty. Tarver mógł się bujać. Oczywiście w swoim fotelu. – Po tym pojedynku „Kat” mówił, że w boksie zrobił już wszystko i wspominał coś o emeryturze, ale to było tylko takie gadanie – przypomina Andrzej Kostyra.

10 lat później… Emerytura odłożona na jutro

Bernard Hopkins znów mówi o przejściu na emeryturę. Tym razem raczej nie blefuje, w końcu za chwilę będzie zdmuchiwał 52 świeczki z tortu. 17 grudnia ma stoczyć pożegnalny pojedynek. Jego rówieśnik – Lennox Lewis już trzynaście lat temu wyniósł rękawice na strych i powiedział do widzenia, a Hopkins wciąż trwa w tym biznesie.

Krzysztof Włodarczyk zapytany ostatnio o to, ile lat zamierza jeszcze boksować, odpowiedział: “Maksymalnie pięć, do czterdziestki. Potem to już jest cyrk, a nie boksowanie” [cytat za weszlo.com]. Diablo nie minął się z prawdą. – Niewielu odchodzi w odpowiednim momencie – zauważa Kostyra.

Weźmy takiego Roya Jonesa Juniora. Kiedyś uznawany był za jednego z najlepszych pięściarzy świata. Dzisiaj ma 47 lat i mimo że jest cieniem samego siebie, jeździ po świecie i walczy na podrzędnych galach. Ludzie się z niego śmieją, ale on nie zamierza kończyć kariery. Dzięki niemu pięściarze pokroju Pawła Głażewskiego będą mogli opowiadać kumplom przy piwie, że mieli legendę boksu na deskach.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Danny’ego Williamsa, który kiedyś pokonał Mike’a Tysona. Dziś Williams nazywa siebie bokserską prostytutką. Niestety, to trafne określenie. Jest już po czterdziestce, ale wciąż dorabia między linami. Różni się od Roya Jones Jr tym, że w prawie każdej walce dostaje po łbie – na 20 ostatnich pojedynków przegrał 16 razy (sic!). Nie tak dawno gościliśmy w Polsce Oliviera McCalla (rówieśnik Hopkinsa), który też na siłę przedłużał swoją karierę i stoczył o kilka walk za dużo. Gdyby wcześniej odwiesił rękawice na kołku, nie musiałby tłumaczyć wnukom, kim byli Krzysztof Zimnoch i Marcin Rekowski, czyli panowie, z którymi przegrał.

Andrzej Gołota (trzy lata młodszy od „B-Hopa”) też niepotrzebnie opóźniał zakończenie kariery. Podobne przypadki można wymieniać i wymieniać. – W pułapkę łatwo jest wpaść, ale trudno się z niej wyplątać. Ring jest dla pięściarzy właśnie taką pułapką – mówi Kostyra. – W niektórych przypadkach nie chodzi nawet o aspekt finansowy. Manny Pacquaio powiedział kiedyś, że po rozbracie z boksem pięściarze czują pustkę duchową i trafił w punkt – dodaje Maciej Miszkiń.

„Nigdy nie będzie już kogoś takiego”

Przypadek Bernarda Hopkinsa jest jednak inny. “Kat” zestarzał się w ringu, ale nie przeszkadzało mu to w zdobywaniu kolejnych mistrzowskich tytułów. Niektórzy mogli go nazywać staruszkiem, ale on nic sobie z tego nie robił. Brał dużo młodszych rywali za rączkę i dawał im lekcje boksu. – Nigdy nie będzie już kogoś takiego jak Hopkins, w żadnym sporcie – to słowa Oscara de la Hoi. – Tacy pięściarze nie rodzą się na kamieniu, to jest fenomen – dodaje Kostyra.

Gdy w 2011 roku „B-Hop” pokonał Jeana Pascala, pobił należący do George’a Foremana rekord i został najstarszym mistrzem świata w historii boksu. Miał wtedy 46 lat. Dwa lata później wygrywając z Tavorisem Cloudem, zdobył pas IBF i przy okazji pobił swój rekord. W 2014 roku rozprawił się z Beibutem Szumenowem i został pierwszym pięściarzem, który w wieku 49 lat zunifikował tytuły. – To będą bardzo trudne do pobicia rekordy. Choć pamiętajmy, że w historii byli pięściarze, którzy dobrą formą imponowali równie długo jak Hopkins. Choćby Larry Holmes, który swój ostatni, wygrany pojedynek stoczył, mając 53 lata. Nie zapominajmy też o Foremanie, który w ostatniej walce, gdy miał 48 lat, zlał Briggsa, ale został haniebnie oszukany – mówi Janusz Pindera.

“Kosmitę” ostatni raz w ringu widzieliśmy prawie dwa lata temu. Stracił wtedy mistrzowskie pasy, ale nie przegrał z byle kim. Sergieja Kowaliowa nie trzeba przecież nikomu przedstawiać. Rosjanin w tamtym czasie siał postrach w kategorii półciężkiej. Praktycznie po kolei nokautował swoich rywali, ale „B-Hopa” nie zdołał wykończyć przed czasem. Zresztą nikomu to się nie udało. NIKOMU. Oczywiście znajdą się tacy, którzy nie doceniają kunsztu Hopkinsa. Czasami można usłyszeć opinię, że to ringowy cwaniak, że jego styl walki jest odpychający

– Słowo odpychający nie jest najlepszym określeniem, choć Hopkins rzeczywiście odpychał swoich rywali, klinczował – mówi Kostyra. – To był bezpieczny dla niego styl. Stąd ta jego długowieczność – dodaje Miszkiń. – Kiedyś wyczytałem, że on ma takie motto: przyjmuj mniej, zadaj więcej. Potrafił to wcielić w życie, bo nie przyjmował zbyt wiele ciosów. Fachowcy z CompuBox wyliczyli, że z czterech ciosów wyprowadzonych przez rywali, do Hopkinsa dochodzi tylko jeden. Świadczy to o jego fantastycznej obronie – dodaje Kostyra. – Tak naprawdę „Kat” łączył w sobie dwie rzeczy: był asekuracyjny do momentu, gdy było zagrożenie ze strony przeciwnika, później przechodził do kontrofensywny i miał instynkt zabójcy – kończy wątek Miszkiń.

Adamek był za duży i za silny dla Hopkinsa?

W 2009 roku były robione podchody do walki Tomasza Adamka z Bernardem Hopkinsem. Za pierwszym podejściem rozbiło się o pieniądze. Podobno „Góralowi” oferowano 500 tysięcy dolarów za ten pojedynek, ale reprezentująca jego interesy Kathy Duva z Main Events uznała tę propozycję za śmieszną. Po jakimś czasie temat konfrontacji tych panów znów wrócił.

– „Richard Schaeffer jako przedstawiciel Golden Boy Promotions, ja z ramienia Main Events oraz Tomek chcemy tej walki. Stacja telewizyjna HBO zablokowała dla nas datę 30 stycznia przyszłego roku (2010 – przyp.red.), mamy miejsce, czyli Prudential Center w Newarku znane wszystkim polskim kibicom, są pieniądze zadowalające obie strony. Ostatnie słowo należeć będzie do Bernarda. Tylko on może zatrzymać tę walkę. W jego rękach jest wiele milionów dolarów.”- mówiła w sierpniu 2009 roku w rozmowie z „Super Expressem” Kathy Duva

Tomek Adamek, który miał już wtedy na horyzoncie walkę z Andrzejem Gołotą, zdążył nawet powiedzieć, że chce zakończyć kariery obu legend, najpierw Gołoty, później Hopkinsa. Jednak do jego pojedynku z Amerykaninem nie doszło. – Szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo Tomkowi mimo wszystko zabrakło walk z legendami – mówi Pindera. Na łamach „Przeglądu Sportowego” głos w tej sprawie zabrał wtedy Adamek: „Mogliśmy walczyć, HBO dawało kupę kasy. Nie chce, trudno (…) Mamy swoje źródła, więc wiedzieliśmy, co się dzieje. A Ziggy Rozalski od początku mówił, że Hopkins się ze mną nie spotka, bo się boi. Jestem dla niego za duży i za silny.”

– Hopkins nikogo się nie bał i nie unikał z nikim walk. Na pewno nie jest tchórzem. W tym przypadku musiało być jakieś drugie dno, ale to już pewnie lepiej wie Ziggy Rozalski – twierdzi Kostyra.

Wyrok: 18 lat więzienia

Bernard Hopkins swoim życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Gdy miał 13 lat podczas napadu rabunkowego trzy razy został ugodzony nożem. Cudem przeżył. Jako małolat był członkiem lokalnych gangów. Na ulicach Filadelfii nie było mu łatwo. – W jednym z wywiadów powiedział, że był aresztowany ponad 30 razy – mówi Kostyra. W końcu się doigrał. Mając 17 lat trafił do więzienia. Usłyszał wyrok: 18 lat więzienia.

Nie zmarnował jednak życia za kratami, bo za dobre sprawowanie wyszedł po niespełna pięciu latach. Nie wrócił już na przestępczą ścieżkę. – To była zupełna przemiana człowieka. Hopkins mówił, że w więzieniu ring był dla niego azylem, wybawieniem. Wspominał też, że kiedy wychodził na wolność, strażnik powiedział do niego: kolego, niedługo tu wrócisz. Bernard obiecał sobie, że nigdy tak się nie stanie – mówi Pindera. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring.

Na zawodowych ringach zadebiutował 28 lat temu. Przegrał wtedy z Clintonem Mitchellem, którego dzisiaj nikt nawet nie kojarzy. Facet stoczył pięć walk i słuch o nim zaginął. „B-Hop” zbyt długo nie rozpamiętywał tamtej porażki, tylko wziął się do roboty. Po szesnastu miesiącach wrócił na ring i zaczął wygrywać walkę za walką. W latach 1990-92 uzbierał 21 zwycięstw. Nie brał nadgodzin, bo 16 z tych 21 pojedynków wygrał przed czasem. Najczęściej odsyłał rywali do domu już w pierwszej rundzie. Był Katem.

Hopkins potknął się w maju 1993 roku, gdy na jego drodze stanął Roy Jones Junior. To był pojedynek o mistrzostwo świata wagi średniej federacji IBF. Dla obu pięściarzy była to pierwsza konfrontacja o tytuł mistrzowski. Agencja The Associated Press pisała po walce „Roy był zbyt szybki i zbyt silny dla Hopkinsa”. Tak na marginesie, 17 lat później Hopkins wyrównał rachunki z Royem Jonesem.

Lewy hak na wątrobę załatwił sprawę

W 1995 roku „Kat” został właścicielem pasa IBF. Zdobył go w pojedynku z Segundo Mercado. Przez dziesięć lat nikt nie potrafił odebrać mu tego tytułu. Po drodze zdobywał też pasy innych federacji – WBC, WBA i WBO. W tym czasie stoczył dwa pojedynki, o których będzie się mówiło jeszcze latami.

29.09 2001: Bernard Hopkins vs Felix Trinidad

Gorąco było już przed walką. Oddajemy głos Andrzejowi Kostyrze: Na konferencji prasowej przed walką Hopkins zdeptał flagę Portoryko, czym rozwścieczył kibiców Trinidada. Tłum ludzi z bejsbolami i pistoletami zaczął zmierzać w kierunku hali. Hopkinsa trzeba było ewakuować helikopterem, bo spotkanie z tymi osobami mogło się dla niego źle skończyć. W ringu też było ciekawie. „Kat” znokautował rywala w 12. rundzie i zabrał mu pas WBA. Za walkę zarobił 2,5 miliona dolarów. Magazyn „The Ring” dziesiątą rundę tego pojedynku uznał za najlepszą w 2001 roku.

18.09.2004 Bernard-Hopkins vs Oscar de la Hoya

Dzisiaj są partnerami w biznesie, ale ponad 12 lat temu stoczyli walkę o cztery mistrzowskie pasy. – W 9. rundzie Hopkins trzepnął Oscara lewym hakiem na wątrobę i było po wszystkim. De la Hoya przez dłuższą chwilę zwijał się z bólu, ale jak doszedł do siebie, walił z wściekłością pięścią w matę ringu – relacjonuje ten pojedynek Kostyra. – To był idealny cios. Chciałem wstać, ale nie mogłem. Nigdy nie czułem takiego bólu – tak wyglądało to z perspektywy „Złotego Chłopca”. – Oscar mówił przed walką, że nie wyobraża sobie, że ktokolwiek może go znokautować ciosem na korpus. Hopkins zrobił to z zimną krwią – dodaje Pindera. Do momentu przerwania pojedynku, „Kat” prowadził u sędziów punktowych 2:1 (79-73, 78-74, 75-77). Hopkins po tym pojedynku był bogatszy o 10 milionów dolarów. Jego rywal o 30.

Jego dominację w wadze średniej przerwał Taylor. Później Hopkins zmienił kategorię wagową na półciężką i tam bił rekordy długowieczności, ale o tym już była mowa.

Bujany fotel czeka na Hopkinsa

17 grudnia Hopkins ma się pożegnać z ringiem. Jego przeciwnikiem będzie młodszy o prawie 25 lat Joe Smith Jr, który ostatnio sprawił niezłego psikusa Andrzejowi Fonfarze, wygrywając z nim przed czasem. – Smith to idealny rywal na walkę pożegnalną. Nie sądzę, żeby Hopkins miał z nim jakieś problemy – uważa Kostyra. – Może to nie jest przeciwnik o wielkim nazwisku, ale na pewno jest niebezpieczny. „Kat” mógł wziąć sobie kogoś bardziej wyboksowanego, mniej niebezpiecznego, ale to nie byłoby w jego stylu. On zawsze podejmował wyzwania – dodaje Janusz Pindera.

„B-Hop” zapowiada, że w konfrontacji ze Smithem będzie celował w nokaut. Jest głodny tego nokautu, bo ostatni raz przed czasem wygrał 12 lat temu. – Warto też zauważyć, że wrócił teraz do przydomka „Kat”, bo przecież ostatnio był „Kosmitą”- mówi Pindera. – Chcę dać taki występ, po którym będziecie mnie błagać, żebym walczył dalej –  zapowiadał niedawno Hopkins. Czyżby on nie miał zamiaru jeszcze kończyć kariery?

– Hopkins cały czas wraca na ring, bo jest uzależniony od tego sportu, bo jest niewolnikiem boksu. Jeśli walka ze Smithem pójdzie po jego myśli, to pewnie dostanie kolejną ofertę, którą znów przyjmie – uważa Maciej Miszkiń. – Po najbliższym pojedynku powinien dać już sobie spokój. Był przecież na skraju przegranej przed czasem z Kowaliowem i to powinien być dla niego dzwonek alarmowy. Sygnał typu: uważaj, chłopie. Nie powinien tego bagatelizować. Choć, powtarzam, ze Smithem nie powinien mieć problemów – sądzi Andrzej Kostyra.

W tym biznesie wszystko jest możliwe. Często się zdarza, że walka pożegnalna jest przepustką do… kolejnego pojedynku. Kiedyś jednak trzeba dać sobie spokój, usiąść w bujanym fotelu i powspominać. Hopkins ma akurat o czym.

Krzysztof Smajek

karinaaaa.jpg
fot. archiuwm Karina Kopińska

Jest najbardziej zapracowaną pięściarką zawodową w Polsce. W sobotę stoczy ósmy pojedynek w tym roku. Ma opinię zawodniczki o wielkim sercu do walki. Nie szokuje ani nie prowokuje swoich rywalek jak Ewa Brodnicka. Zamiast tego uśmiecha się do nich. Jednak zamierza to zmienić. Swoim dorobkiem na zawodowych ringach raczej nikomu się nie chwali. Ma dwa razy więcej porażek niż zwycięstw. Warto jednak zwrócić uwagę, że na 24 pojedynki aż 17 stoczyła poza Polską. Karina Kopińska nie boi się wyzwań. Poza tym trochę rozumie Kamila Szeremetę, który uważa, że kobiety w boksie są jak chłopy w balecie.

„Z reguły jestem miła, aczkolwiek w mordę też potrafię dać..!” Taki cytat znalazłem na twoim Facebooku. Niezła wizytówka. 

(śmiech) To odnosi się do życia codziennego. Nie można odbierać tego dosłownie. Chodzi o to, że nie boję się mówić tego, co myślę. Ogólnie jestem miła dla ludzi, ale jak coś mi się nie podoba, to mówię o tym wprost, czyli “potrafię w mordę dać”. Tak na marginesie, poza ringiem nie jestem zwolenniczką rozwiązań siłowych.

Pod koniec listopada stoczysz w Anglii ósmą walkę w tym roku. Sporo się tego uzbierało.

Tak to wygląda, ale przynajmniej na nudę nie mogę narzekać. Zresztą codziennie jestem w treningu. Zazwyczaj boksuje na wyjazdach, nie wybieram sobie rywalek, tylko one mnie. Boks jest moją pasją, więc nikt mnie siłą do ringu nie zaciąga. Jednak walka z Katie Taylor będzie ostatnią w tym roku, trzeba w końcu odpocząć.

Dla Katie Taylor będzie to debiut na zawodowych ringach, ale to nie byle jaka przeciwniczka. Irlandka jest wielokrotną mistrzynią świata i Europy, mistrzynią olimpijską. Czujesz przed nią strach?

Na pewno walczę ze świetną zawodniczką, teoretycznie o klasę lepszą ode mnie, ale o strachu raczej bym nie mówiła. Choć muszę przyznać, że przed każdą walką czuję tremę. Może tego po mnie nie widać, ale przeżywam wszystko i trochę się stresuję. Wiem, że to jest głupie, ale najbardziej przejmuje się tym, co ludzie powiedzą. Że ktoś będzie się ze mnie śmiał. Najchętniej walczyłabym tam, gdzie nie ma publiczności (śmiech). Wiem, tak się nie da. Żeby nie było, daję sobie z tym radę. Mam trochę tych walk na koncie i potrafię zachować zimną krew. Na pewno nie przytłoczy mnie atmosfera na Wembley Arenie.

Książki nie ocenia się po okładce, a czy pięściarza można oceniać po jego rekordzie?

W jakimś tam sensie rekord jest naszą wizytówką. Wiadomo, jak dostaję propozycję walki, to od razu zwracam uwagę na bilans swojej potencjalnej przeciwniczki. Z drugiej jednak strony, rekordy potrafią też zakłamywać rzeczywistość. Dla przykładu: gdy ktoś ma bilans 10-0, to wydaje się, że może być niezły, ale trzeba zwrócić uwagę, gdzie walczył, z kim walczył i tak dalej. Czasem dziewczyny z takimi rekordami biły się tylko na swoim terenie, same wybierały sobie rywalki, a takie okoliczności sprzyjają budowaniu ładnego dla oka bilansu. Zadałeś pytanie o rekord, bo pewnie chcesz pogadać o moim dorobku na zawodowych ringach…

Dokładnie, ale najpierw chciałem wybadać teren. Twoja bokserska wizytówka to: 7 zwycięstw, 14 porażek i 3 remisy. Szału nie ma.

No nie ma. Muszę go trochę podreperować, bo ludzie na to patrzą i komentują. Nikt prosto w oczy nigdy nie nazwał mnie „kelnerką” czy jakoś podobnie, ale wiadomo w internecie ludzie różne rzeczy wypisują. Nic na to nie poradzę. Przegrywam dość często, ale nie wychodzę do ringu, jak niektórzy sugerują, tylko dla pieniędzy.

Wygląda na to, że torby podróżne masz cały czas pod ręką. Na 24 pojedynki aż 17 stoczyłaś poza Polską. Kto odpowiada za organizację twoich walk?

To działka trenera Irka Butowicza, który jednocześnie jest moim menedżerem. Ma kontakty z różnymi promotorami i menedżerami z całego świata i to oni przysyłają do niego propozycje pojedynków. Później siadamy, analizujemy i bierzemy walkę albo nie.

Zdarzały się przypadki, że oferta wpłynęła we wtorek, a w sobotę byłaś już w ringu?

Zwykle o walkach dowiaduję się dość późno. Może nie trzy dni przed pojedynkiem, ale do rzadkości należą sytuacje, że wiem miesiąc wcześniej. Zwykle taka informacja pojawia się dwa tygodnie przed, ale były też sytuacje, że dowiadywałam się parę dni wcześniej. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Zwykle wszyscy dają późno znać. Jeśli jestem zdrowa, przyjmuję takie propozycje, bo i tak jestem cały czas w treningu. Poza tym lubię wyzwania i chcę wygrywać, ale na obcym terenie nie jest to wcale takie łatwe.

Czy w pojedynkach wyjazdowych odczułaś, że sędziowie łaskawszym okiem patrzą na twoje przeciwniczki?

Kilka walk było wyrównanych i werdykt mógł pójść w jedną albo drugą stronę. Najczęściej szedł jednak w przeciwną. W stronę rywalki. Przy wyrównanym pojedynku zwykle daje się wygraną gospodyni. Tak to działa.

W takim razie spytam inaczej: o ile mniej miałabyś porażek, gdyby te pojedynki odbyły się w Polsce?

Trudno powiedzieć. Może o połowę mniej, zamiast dwunastu może sześć. Na pewno wygrałam dwie walki, w których sędziowie widzieli remis. Tu nie ma żadnych wątpliwości. Jednak nie mam do nikogo żalu o te werdykty, nie narzekam. Muszę więcej popracować nad siłą ciosu, żeby nokautować przeciwniczki i nie zostawiać decyzji w rękach sędziów.

To chyba odpowiedni moment, żebyś opowiedziała, w jaki sposób trafiłaś na zawodowe ringi.

W pewnym momencie boks amatorski zaczął mnie nudzić, bo co chwila naprzeciw mnie stawały te same rywalki. Przestałam też jeździć na kadrę, bo jednocześnie uczyłam się i pracowałam. Nie było na to czasu. Poza tym chciałam spróbować czegoś innego, dlatego zapadła decyzja o zmianie ringów amatorskich na zawodowe. To było ponad cztery lata temu. Nie żałuję tej decyzji. Byłam jedną z pierwszych dziewczyn na zawodowstwie w Polsce. Jaki był pierwszy krok? Pojechałam do Silesia Boxing, przywitałam się z trenerem Irkiem Butowiczem i powiedziałam, że chcę trenować w jego grupie. Nie był zadowolony, że jakaś baba przyszła, ale długo nie musiałam go przekonywać.

Co powiedziałaś trenerowi? Że jesteś „kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boisz”.

To inteligentny facet i nie uwierzyłby w takie gadki. Musiałam mu pokazać, że jestem „kobietą pracującą”. Trener często wspomina mój debiut na zawodowych ringach. Rozcięłam wtedy głowę w drugiej rundzie, ale nie poddałam się i wytrwałam do końca walki z pięciocentymetrowym rozcięciem. Niestety, przegrałam. Po tym pojedynku trener powiedział: możesz zostać z nami. No to zostałam. Chyba zobaczył, że jakiś tam talent we mnie drzemie.

Ewa Brodnicka nie miała łatwych początków na zawodowstwie. Opowiadała, że musiała dokładać do walk ze swojej kieszeni. Miałaś podobne problemy?

Były przypadki, że na galach w Polsce walczyłam za darmo. Dokładać jednak nigdy nie musiałam. Zagranicą płacą, raz więcej, raz mniej, ale płacą. Bez sensu, gdybym musiała jeszcze dokładać do tych wyjazdów.

Jesteś w stanie utrzymać się z boksu? Czy to tylko dodatek do życia zawodowego?

Boks jest raczej dodatkiem. Można nawet zarobić, ale chodzi o to, że nie jest to stały zarobek. Akurat teraz mam sporo walk, ale był taki okres, że miałam długą przerwę, nie było żadnych propozycji, więc trzeba było pracować. Traktuję to jako dodatkowe źródło dochodu.

Andrzej Kostyra, gdy komentował twoją walkę, powiedział, że jesteś twardą zawodniczką, która nigdy się nie poddaje. Krok dalej poszła Ewa Piątkowska, która stwierdziła: „Można jej rozciąć łuk brwiowy i przełożyć nos na bok, a ona i tak będzie szła do przodu”. Z sercem do walki trzeba się urodzić, czy da się to wytrenować?

Ewa Piątkowska coś wie o tym nosie, bo na sparingu nieźle mi go pokiereszowała. Wprawdzie nos nie był złamany, ale musiałam pojechać do szpitala, żeby mi go nastawili, bo był krzywy i się trochę przestawił. Sparowałyśmy wtedy w dużych rękawicach, bodajże w szesnastkach. Szkoda gadać, dałam się trafić.

A co z tym sercem do walki…

Chyba trzeba się z tym urodzić, trzeba mieć charakter do tego sportu. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się popłakać, gdy ktoś rozetnie mi łuk brwiowy czy przestawi nos. Czasami w trakcie pojedynku pojawiają się momenty zwątpienia, przychodzi strach przed nokautem, ale to szybko mija.

Masz za sobą walki z Saszą Sidorenko i Ewą Piątkowską. Jesteś w stanie pokusić się o porównanie tych pań?

Ewa jest zdecydowanie silniejsza fizycznie od Saszy i to dużo. Zresztą Piątkowska była chyba najsilniejszą rywalką, z którą miałam do czynienia. W pojedynku z nią musiałam być cały czas czujna, bo Ewa ma czym przyłożyć. W końcówce chciała mnie znokautować, ale przetrwałam. Pojedynek z Sidorenko był zupełnie inny. Powiem szczerze, że Sasza nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Jasne, zdecydowanie ze mną wygrała, ale ona nie jest groźna. To chyba dobre określenie. Chodzi o to, że nie odczuwałam jej ciosów. Ładnie punktuje, ma fajną technikę, ale nie ma tej siły co Ewa. Jednak zdecydowanie trudniej trafić Sidorenko niż Piątkowską.

A jak na ich tle wypada Ewa Brodnicka?

Trudno powiedzieć, bo nigdy z nią nie walczyłam ani nie sparowałam. Pamiętam Ewę z amatorstwa, ale ona była dwie wagi wyżej. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się jej styl walki. Boksuje w tym samym tempie, bez fajerwerków. Wolę już boks w wykonaniu Piątkowskiej.

Nie podoba Ci się styl boksowania Brodnickiej, a co sądzisz o jej strojach i zachowaniu na ceremoniach ważenia? Ewa Piątkowska twierdzi, że pięściarka Tymexu chce być na siłę kontrowersyjna.

Nie znam Brodnickiej i dlatego nie chcę się wypowiadać na jej temat. Nie jestem zwolenniczką takiego zachowania, ale może Ewa lubi robić szum wokół swojej osoby. Może chciałaby być celebrytką? Na pewno jest kontrowersyjna, lubi aferki, ale to jej sprawa. Na mnie nie naskoczyła, więc nic do niej nie mam.

Ewa Brodnicka prowokuje rywalki na ważeniu, a Ty się do swoich przeciwniczek… uśmiechasz.

No właśnie wiem. Postanowiłam to zmienić, bo czasami jestem aż za bardzo radosna. Jak się uśmiechnę raz to już nie umiem spoważnieć i tak cały czas głupio się do nich śmieję. Trener zwraca mi na to uwagę. Teraz będę już poważniejsza. Do Taylor nie będę się uśmiechała, ale nie będę też jej prowokowała, bo wiem kim ona jest. Ta pani zasługuje na szacunek.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Brodnickiej. Z nią jeszcze nie walczyłaś. Wiesz, co sugeruję?

Po co komu taka walka? Ewa jest mistrzynią Europy, byłaby faworytką, jest ode mnie teoretycznie lepszą zawodniczką.

Ale załóżmy, że pada taka propozycja? 

Zastanowiłabym się nad nią. Nie mówię nie.

Po twojej walce z Ewą Piątkowską znalazłem taką opinię na Twitterze: “Brawo Karina Kopińska. Za wcześnie dla niej taka walka, ale ona chyba nie ma nawet ambicji, by zdobywać tytuły. Bawi się tym.” Podpisałabyś się pod tymi słowami?

Może inaczej. Ja chciałabym zdobywać tytuły, kto by nie chciał. Oczywiście, że mam takie ambicje, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam takich możliwości. Jak mam to zrobić? Musiałabym być w większej grupie promotorskiej tak jak Piątkowska czy Brodnicka i być prowadzona od początku tak jak one. Moja kariera toczy się inaczej, ale nie narzekam. Przystałam na to, ale tu nie chodzi o brak ambicji. Ludzie mogą myśleć inaczej, ale ja nie mam innego wyjścia. Wybór jest prosty: przyjmować oferty z zagranicy albo przestać boksować. Wielkiej kariery już raczej nie zrobię, bo rekord jest jaki jest. Czasami pytam siebie: po co ci to? Porażki mnie dołują. Mam jakieś ambicje i szacunek do swojej osoby i chciałabym częściej wygrywać.

Nie zdążyłaś się jeszcze oswoić ze smakiem porażki?

Nie żartuj, nie da się z tym oswoić. Każda porażka zawsze mnie boli. Do jej smaku nigdy się nie przyzwyczaję, ale jestem świadoma, że może się jeszcze przytrafić. I to niejedna. W walce z Taylor nie będę faworytką, ale na pewno dam z siebie wszystko. Może uda mi się sprawić niespodziankę. Z jednej strony, patrząc na nazwisko przeciwniczki, mogłam nie wziąć tej walki, ale to nie w moim stylu. Nie boję się wyzwań. Czy ludzie bez ambicji tak robią?

Zrobisz na sobotę wagę? Ostatnio w Niemczech musiałaś zdejmować bieliznę podczas ważenia.

Jestem osobą, która wszystko robi na ostatnią chwilę i niestety dotyczy to też wagi. Wtedy w Niemczech było o 100 gramów za dużo. Ważyłam się w hotelu i pokazywało trochę mniej, ale na oficjalnej wadze pokazało właśnie tę stówkę nadwagi. Ruszyłam się w lewo, waga nie drgnęła. Ruszyłam się w prawo, nic z tego, cały czas było o 100 gramów za dużo. Nie było wyjścia i trzeba było zdjąć bieliznę. Walka była o pas, więc musiało się zgadzać co do grama. Oczywiście trener zakrył mnie ręcznikiem. Wiesz, czego się wtedy bałam? Że trener mnie zabije. Na szczęście tego nie zrobił. Jeśli chodzi o nadwagę, to zdarzyło mi się to może ze trzy razy, więc nie ma tragedii.

Kobiety w boksie, to jak chłop w balecie. Dobrze to nie wygląda” – powiedział ostatnio Kamil Szeremeta. Chcesz pozdrowić pana Kamila?

Powiem szczerze, trochę go rozumiem. Mnie też walki kobiet średnio się podobają, rzadko się nimi zachwycam. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób kręci nosem, gdy panie są w ringu i okładają się po buziach. Zdania są mocno podzielone. Wiadomo, że niektórzy powiedzą: baby do garów. Staram się nie wchodzić w tego typu dyskusje, bo to kwestia gustu. Gdybym dzisiaj miała jeszcze raz podjąć decyzję, czy chce się bawić w boks, to nie wiem, czy zdecydowałabym się na to.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Wystarczyło, że Tomek Adamek wspomniał coś o powrocie na ring i już wybuchła burza. Może inaczej. Na Twitterze rozpoczęła się burzliwa dyskusja na temat potencjalnego przeciwnika dla Górala. Pojawiły się też pierwsze nazwiska. Poważne i mniej poważne.

Zacznijmy jednak od wywiadu, którego Tomek Adamek udzielił Przemkowi Garczarczykowi. Oto najważniejsze cytaty z tej rozmowy:

Tomek Adamek: „Jestem na tak. Po rozmowie z Mateuszem Borkiem powiedziałem, że wracam na ring.”

Skoro ma ochotę wracać na ring, niech wraca. Nic nam do tego. Przypominamy, że w Polsce nie ma obowiązku oglądania jego pojedynków. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że Góral wraca, bo kasa się skończyła. Spokojnie, główny zainteresowany twierdzi, że z dutkami wszystko jest ok. Wierzcie, komu chcecie, ale lepiej trzymać się zasady, że do cudzego portfela nie ma sensu zaglądać.

TA: „Chciałbym pożegnać się z kibicami w dobrym stylu, żeby zapamiętali mnie jako wojownika.”

W dobrym stylu można pożegnać się na różne sposoby. Na przykład: można wpaść w garniaku na galę Polsat Boxing Night, powiedzieć kilka zdań do kibiców, odebrać pamiątkowy puchar, zebrać owację na stojąco i tyle. Góralowi jednak nie o to chodzi. On chce się pożegnać kolejną walką. Tomek musi też pamiętać o jednym: tak czy siak kibice (zwłaszcza ci trochę starsi) zapamiętają go jako wojownika. Niczego już nikomu nie musi udowadniać.

Wiadomo, że nikt nie lubi schodzić ze sceny pokonanym. Zresztą pięściarze często powtarzają tę wyświechtaną formułkę: „chciałbym pożegnać się w dobrym stylu”. Pytanie, co należy rozumieć przez dobry styl? Zbicie jakiegoś kelnera? W przypadku Adamka odpowiedź brzmi: nie.

TA: „Jeżeli wygrywać to z czołówką. Co mi daje zwycięstwo z przeciętnym pięściarzem?

Krótko mówiąc, Tomek Adamek nie ma ochoty na walkę, jakby to powiedział redaktor Andrzej Kostyra, z puszką soku pomidorowego. Ma być rywal z czołówki. Nie chodzi o to, żeby dać mu przeciwnika, który będzie przypominał porcelanową figurkę, która stłucze się po pierwszym ciosie.

Czas przejść do wspomnianej na wstępie rozmowy na temat kolejnego rywala dla Górala, w której w rolach głównych wystąpili: Mateusz Borek i Andrzej Wasilewski.

Promotor grupy Sferis KnockOutPromotions zaproponował dla Adamka dwie opcje: walkę z Krzysztofem Włodarczykiem lub Andrzejem Wawrzykiem.

tweet1

Pomysł spodobał się Maciejowi Miszkiniowi, który napisał: „Zapomniałem o tym zestawieniu. Dla mnie ciekawie, ppv jeden z lepszych wyników myślę”.

Jednak zupełnie bez entuzjazmu do tych propozycji podszedł Mateusz Borek.

tweet3

Dalsza część rozmowy mięrzy panami Borkiem i Wasilewskim wyglądała mniej więcej tak (pisownia oryginalna, wszystkie cytaty pochodzą z Twittera):

Andrzej Wasilewski: „Jestem zdecydowanie za walka pozegnalna Tomka ale albo z Polakiem albo nie jako glowna walka.”

AW: „Diablo albo Wawrzyk. Mlody ciezki. Kiedys bylo Adamek – Golota, teraz Adamek nie chce…”

Mateusz Borek: „Niech Wawrzyk wygra eliminator z Wachem a Diablo niech idzie droga IBF bo nie chciał walczyć o pas WBO”

AW: „Mati, dlaczego tak sie obawiasz walki z innym Polakiem? Zwyciezca bedzie Polakiem, zostanie w rodzinie”

MB: „Nigdy juz nie da zarobić innemu Polakowi. Niech każdy sobie zasłuży na wypłatę. TA ma z kim walczyć”

AW: „Wygra TA to jest w grze i pozniej zawalczy z kolejnym Polakiem, z korzyscia dla wszystkich”

MB: „Ludzie chętnie obejrzą fajna walkę, choćby rewanż z EM, choćby sie to miało skończyć tak samo”

MB: „Niech Ci w Prime zaczną sprzedawać bilety i PPV. A nie, każdy sie chce promować na Adamku. Over.”

AW: „Zeby zaczeli musza byc wypromowani. Trzeba tworzyc produkt. Za chwile nie bedzie w ogole kim boksowac.”

AW: „Dlaczego Glowki, Diabl Sulek, Wawrzyk, Laszcz, Szyman i inni nie boksuja regularniena PBN?”

MB: „Ale Ty możesz ich zawsze wystawić, wziąć ryzyko finansowe i zrobić galę jak 17 września pod szyldem PBN.”

AW: „Dlaczego nie budowac polskiego boksu razem? TV i promotor – wieloletni partnerzy..nie chcemy wspolnego produktu?”

MB: „Zrób walke Diablo vs Adamek lub Wawrzyk vs Adamek i dogadaj sie z Tomkiem na kasę. Nie mam nic przeciw.”

AW: „on mnie odesle do Ciebie -;)))”

MB: „Czyli Was nie stać :-)”

AW: Pewnie na mniej niz caly Polsat. Zgoda -;)

Oczywiście wymiana zdań nie została zakończona w tym miejscu, ale my stawiamy tutaj kropkę.

Opcja walki Krzysztof Włodarczyk vs Tomasz Adamek pod każdym względem wydaje się interesująca dla kibiców. Panowie mogliby sprzedać PPV w ilościach hurtowych. To zestawienie broni się przede wszystkim sportowo, bo to pojedynek z gatunku 50/50. A przecież w tym biznesie, oprócz oczywiście biznesu, chodzi właśnie o sport. Pytanie tylko, w którym kierunku chce pójść Diablo? Z jednej stony słychać, że ma w planach odzyskać tytuł mistrza świata w cruiser, z drugiej, jego promotor proponuje walkę z Adamkiem.

Czytając ostatni wywiad Włodarczyka dla „Super Expresu”, w którym tak mówił o swoich finansach: „Powiem tylko tyle, że żyłem zbyt rozrzutnie i zdaję sobie z tego sprawę. Oszczędności? Szkoda gadać, nie chcę sam siebie dołować… ” – można odnieść wrażenie, że Diablo przyjmie każdą konkretną ofertę pod względem finansowym. Podobno skusiłby się nawet na propozycję walki w formule MMA. Zresztą potencjalna konfrontacja z Adamkiem mogłaby być dla niego jednorazowym wyskokiem do wagi ciężkiej, który nie zamknie mu żadnej furtki w cruiser.

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Góral dostanie pewnie jeszcze niejedną ofertę walki. Poważną lub mniej poważną… Wiadomo na jego nazwisku wielu chciałoby się wypromować.

tweet4

Tomaszowi Babilońskiego gratulujemy poczucia humoru, ale ta oferta jest interesująca pewnie tylko dla niego…

tweet5

!. runda – Zaczęli.

12. runda – Skończyli.

Kur… tego już za wiele. Stop. Wiem, nie powinno rozpoczynać się tekstu od słowa na „k”, ale w tym przypadku inaczej się nie da. O co chodzi? O syf jaki zapanował w ostatnim czasie w wadze ciężkiej.

Zacznijmy od tego dowcipu:

Manuel Charr, pięściarz, tak na oko, z trzeciej ligi, ma zostać BEZ WALKI tymczasowym mistrzem federacji WBA wagi ciężkiej*. W pierwszej chwili śmiejesz się z tego, ale za moment dochodzi do ciebie, że ten żart jest bardzo kiepski i zamiast śmiać się, masz ochotę płakać. [* Informacja niemieckiego „Bilda” nie została oficjalnie potwierdzona, ale możliwe, że coś jest na rzeczy. Inne źródło mówi, że o pas WBA Interim zaboksuje Ustinow z Haye’em lub właśnie z Charrem]

Zatrzymajmy się na chwilę przy WBA. Gdyby ktoś spytał, co to jest za federacja, można ją opisać mniej więcej w taki sposób: najstarsza federacja bokserska. Dzisiaj rozdaje pasy, paski i paseczki. Robi to w ilościach hurtowych. W WBA możesz być mistrzem tymczasowym, zwykłym, ale także super czempionem. To ostatnie brzmi nawet poważnie. Możliwe, że za chwilę dojdą dodatkowe tytuły. Na przykład: mistrz na zasiłku, mistrz z silniejszą lewą ręką, mistrz po przejściach, mistrz Ulicy Sezamkowej i tak dalej.

Postarajmy się to jakoś uporządkować. I tak, o pas WBA Super w przyszłym roku mają walczyć panowie Joshua i Kliczko. Do tego zestawienia nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Jednak dalej nie jest już tak kolorowo. Do pojedynku o WBA Regular mają przystąpić Lucas Browne i Shannon Briggs. Niech ktoś da mi w twarz i powie, że to był tylko jeden kieliszek wina za dużo. Może i to zestawienie na papierze nie wygląda jakoś beznadziejnie, ale do cholery, kto wpadł na pomysł, żeby Briggsa wcisnąć do walki o tytuł mistrzowski? On może co najwyżej walczyć o pas mistrza po przejściach, ale tego tytułu nie ma przecież jeszcze w obiegu. Panowie z czołówki HW (na przykład taki Ortiz) obijają wyżej wspomnianych dżentelmenów z jedną ręką w kieszeni. Ba, wracający z emerytury Tomek Adamek mógłby jeszcze zawstydzić kandydatów do walki o pas WBA Regular.

Z Briggsem to jest w ogóle ciekawa historia. Prawie cztery lata lizał rany po laniu od Witalija Kliczki. Potem wrócił na ring. Od listopada 2014 r. do maja 2016 r. obił kilku śmiesznych gości, pobiegał trochę za Władimirem Kliczką z okrzykiem „let’s go champ” i za chwilę może być… mistrzem świata wagi ciężkiej. W drabinie, po której wspinał się na szczyt wagi ciężkiej widocznie wypadło kilka szczebelków. Jednym słowem, patologia. Z kolei Lucas Browne jeszcze niedawno wymieniany był jako kandydat do walki z Władimirem Kliczką o zwakowany przez Fury’ego pas WBA. Na szczęście nie doszło do tej śmiesznej konfrontacji.

Skoro padło już nazwisko Fury’ego to trzeba wspomnieć, że to właśnie on po części odpowiada za ten bałagan w wadze ciężkiej. Trochę głupio to brzmi, ale taka jest prawda. Gdy „Król Cyganów” zabierał pasy Kliczce z każdej strony było słychać głosy, że wreszcie coś się ruszy w wadze ciężkiej. Owszem, coś się ruszyło, ale nie o to nam przecież chodziło. Najpierw prawie przez rok Fury trzymał pasy (WBO i WBA) i nic się nie działo. Potem je zwakował i teraz czeka nas nowe rozdanie w HW.

Warto przypomnieć, co się stało z pasami Fury’ego:

– Federacja IBF odebrała swój pas Brytyjczykowi, bo nie stanął on do obowiązkowej obrony. W końcu o wakujący tytuł walczyli Głazkow z Martinem. Walczyli to jednak trochę za duże słowo. Padło parę ciosów, Głazkow dwa razy przewrócił się w 3. rundzie, ale nie po uderzeniach rywala, raczej pośliznął się na skórce od banana i było po wszystkim. Później Martin podał na tacy (zadał w tej walce tylko TRZY celne ciosy) pas Antoniemu Joshui i tyle. Aaa, warto dodać, że Amerykanin za tę usługę kelnerską zarobił parę groszy, ale przynajmniej pas trafił w dobre ręce.

– O wakujący pas WBO mają walczyć Joseph Parker i Andy Ruiz Jr. Tak, tak to ten sam grubasek, z którym kiedyś chciał spotkać się w ringu Artur Szpilka. Wiem, brzuchy nie boksują. Panowie wniosą między liny fajne rekordy 21-0 i 29-0, ale na „liście ofiar” Ruiza trudno znaleźć jakieś konkretne nazwisko. Nie bierzcie lupy, nie znajdziecie. Ruiz ma coś wspólnego z Briggsem. Chodzi o drabinę, o której była mowa parę akapitów wyżej.

– O pasie WBA już było.

Teraz jest odpowiedni czas, żeby zadać to pytanie, kiedy po raz ostatni oglądaliśmy dobrą walkę o pas mistrzowski w wadze ciężkiej? Drapiecie się pewnie po głowie, szukacie w zakamarkach pamięci, ale żadne nazwiska i daty nie przychodzą wam do głowy. Spokojnie, nie cierpicie na Alzheimera. Takiej konfrontacji w ostatnim czasie po prostu nie było.

Ostatni mistrzowski pojedynek w najcięższej kategorii odbył się w lipcu, gdy Wilder zlał Arreolę. Walka bez historii. Zresztą żaden mistrzowski pojedynek Amerykanina nie przeszedł do historii. Na razie podobnie sprawy mają się z Joshuą. Brytyjczyk miał dość łatwą pierwszą obronę. Choć trzeba przyznać, że Beazeale nie przyjechał tylko po dolary. Druga obrona Brytyjczyka też zapowiada się na łatwą robotę, bo Eric Molina, z całą sympatią do niego, to nie ten rozmiar kapelusza. Pamiętacie przecież, że podczas ostatniego PBN Tomek Adamek obijał go przez 10 rund. Ale jeśli ma to być dla Joshui przetarcie przed walką z Kliczką, to nie ma sensu marudzić.

W wadze ciężkiej jest kilka fajnych nazwisk, ale brakuje dużych walk. Ostatnio dwa ciekawe zestawienia zostały odwołane. Mowa o pojedynkach Wilder vs Powietkin i Fury vs Kliczko 2. Na razie jest sporo krzyku, zapowiedzi, ale nic z tego nie wynika. Przydałby się jakiś pojedynek unifikacyjny. Warto też wreszcie dać Ortizowi jakiegoś konkretnego rywala. Brakuje grzmotów. A przez federację WBA i takich osiłków jak Charr czy Briggs waga ciężka staje się ciężkostrawna.

Zwykle jest tak, że przed galą pisze się różne scenariusze, rozdaje wygrane i przesądza pewne sprawy. Dopiero potem do ringu wchodzą pięściarze i rozpisują wszystko na nowo. W sobotę w Ergo Arenie miały być grzmoty i były, ale nie wszystko działo się według ustalonego wcześniej scenariusza. 

Cieślak zjadł na kolację „rumuńską kobrę”

Pojedynek Michała Cieślaka był zakontraktowany na osiem rund, ale killer z Radomia nie zamierzał brać zbędnych nadgodzin i załatwił sprawę w 2. odsłonie. Ilie był kiedyś nawet solidnym pięściarzem, ale do Ergo Areny wpadł chyba prosto z kanapy. Ledwo rozpakował walizki a już musiał wracać do domu. Michała nie będziemy za bardzo komplementować, bo jego przeciwnik zamiast walczyć, statystował. Cieślak zjadł „rumuńską kobrę” na kolację i tyle. Teraz czas na poważną robotę.

Szymański powinien kupić rywalowi… buty

Przed walką z Jose Villalobosem niektórzy ubrali już Patryka Szymańskiego w pas WBC Youth. Dla Polaka miała to być łatwa, lekka i przyjemna robota. Zamiast tego oglądaliśmy ringową wojnę, którą Szymański wydaje się, że przegrał, ale… jednak wygrał. Pomogli mu sędziowie. W 3. rundzie Argentyńczyk był liczony, ale nawet z Księżyca dałoby się zauważyć, że nie było nokdaunu. Po tym pojedynku Patryk musi wyciągnąć masę wniosków. Po pierwsze, nie może powtórzyć się sytuacja, że trener dojeżdża do niego za pięć dwunasta. Poza tym Szymański powinien sprezentować Villalobosowi buty, bo chłopak, jak to trafnie ujął w komentarzu Andrzej Kostyra, kupił je w second handzie. Widocznie wybrał jakieś mocno przechodzone kapcie, bo w trakcie walki trzeba było je łatać. Mimo tych problemów Villalobos do końca pojedynku był bardzo groźny. Spytacie, dlaczego Szymański ma kupować rywalowi buty? Skoro on dostał prezent (od sędziów), to może też komuś coś podarować, prawda?

Z Tygrysicą nie ma żartów

Do ringu w Ergo Arenie weszły dwie panie, ale tak naprawdę była w nim tylko jedna – Ewa Piątkowska, która pod każdym względem zdominowała rywalkę. Widać było, że Aleksandra Magdziak-Lopes jest pięściarką na pół etatu, ale w żadnym stopniu nie umniejsza to sukcesu Piątkowskiej. Warto zwrócić uwagę, że Ewa mistrzowski pas zdobyła w swojej jedenastej zawodowej walce.

Sosnowski nie oszukał przeznaczenia

Prognozy przed walką były takie: Sosnowski zostanie ciężko znokautowany i pożałuję, że wrócił z emerytury. Nic takiego nie miało miejsca. Walka wprawdzie skończyła się po 5. rundzie, ale były mistrz Europy ani razu nie leżał na deskach. Na pewno nie wyszedł do ringu tylko po wypłatę. Postawił Wawrzykowi spory opór i za to należą mu się brawa. Z kolei Wawrzyk na tle Sosnowskiego wcale nie zachwycił. Niby miał walkę pod kontrolą, ale w 3. rundzie dał się trafić i później nie był już tak pewny siebie. Po tym pojedynku Mariusz Wach na pewno nie będzie miał koszmarów z Wawrzykiem w rolach głównych.

Pas WBO trafił w dobre ręce

Nikt nie mówił, że będzie lekko, że będzie przyjemnie. Przed walką wiadomo było, że Krzysztof Głowacki będzie miał pełne ręce roboty od pierwszej do ostatniej rundy. W optymistycznym scenariuszu można było zakładać, że będzie to pojedynek 50/50. Dominowały jednak głosy, że Usyk jest faworytem i to dużym. Niestety, to się potwierdziło.

Ukrainiec wszedł do ringu z chłodną głową i tańczył („nogi wilka karmią”), bił, tańczył, bił, tańczył, bił i tak w kółko przez 12 rund. Głowacki chciał mu tę chłodną głowę urwać, ale nie mógł trafić. Po cichu liczyliśmy, że w końcowych rundach Usyk stanie i będzie łatwym celem, ale nic z tego. Na tych nogach przetańczyłby on ze trzy wesela pod rząd.

Sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości i dali Usykowi jednogłośną wygraną. Możemy się sprzeczać, czy nie zapisali na koncie Ukraińca zbyt wiele rund, ale teraz to nie ma już wielkiego znaczenia. Fakty są takie, że Usyk wygrał zasłużenie i pas WBO zmienił właściciela. Marnym pocieszeniem może być to, że trafił w dobre ręce.

Jeśli chodzi o samą walkę, to miały być grzmoty i były. Ostatniej rundy nie dało oglądać się na siedząco. Co dalej z Krzysztofem Głowackim? W tym momencie trudno wyrokować, ale chłopak ma przed sobą jeszcze kilka lat między linami. Świat boksu o nim nie zapomni, bo o takich wojownikach się nie zapomina. Niech wraca na salę i robi swoje. Duże walki jeszcze przyjdą.