Wilder-Ortiz-Official-Poster

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

gromadzki

Gdy ogląda się pojedynki Tomasza Gromadzkiego, to można odnieść wrażenie, że jego taktyka na walkę zamyka się w dwóch słowach – zrobić zadymę. Jest Gromadzki, są grzmoty i pioruny. Tak było ostatnio w Zgorzelcu. Pseudonimu „Zadyma” dorobił się w czasach szkolnych, bo już w gimnazjum musiał używać pięści. Pięściarz ze Śląska na co dzień prowadzi zakład pogrzebowy, ale za moment będzie zamykał ten biznes. Chce postawić tylko na boks, bo jak twierdzi, teraz ma swoje pięć minut.

****

Zdajesz sobie sprawę z tego, że 24 lutego 2018 roku zapisałeś się w historii? Andrzej Kostyra, który komentował twoją walkę z Wojciechem Wierzbickim stwierdził, że rozpętaliście w ringu Trzecią Wojnę Światową.

Miło słyszeć takie słowa. Rok temu, gdy walczyłem z Pawłem Rumińskim mówiono, że takie pojedynki rzadko się zdarzają na polskich ringach. Tam był cios za cios. Pan Kostyra mówił w trakcie komentarza, że walka odbywa się według Kodeksu Hammurabiego. W Zgorzelcu było podobnie, zrobiliśmy z Wojtkiem niezłe show. Mimo że jestem trochę poobijany i mam kilka siniaków, to cieszę się, że po ostatniej porażce wróciłem w dobrym stylu. Zresztą, gdy wygrywa się walkę, to wszystko jakoś mniej boli.

Czy zrobienie zadymy to jest najważniejszy punkt twojej taktyki na walkę?

Nie, nie. Oczywiście były takie pojedynki, w których nic mi nie wychodziło, więc wpadałem i robiłem swoje. W walce z Wierzbickim to była kontrolowana zadyma, czyli cały czas zachowywałem trzeźwość umysłu, wiedziałem co robię i gdzie biję. Gdy czułem, że jestem zmęczony, to uciekałem na boki, uderzałem po unikach, odbijałem się od lin i schodziłem mu pod ręką. Z walki na walkę nabieram coraz większego doświadczenia. Robię zadymę, bo ludzie to lubią, ale wydaje mi się, że pod względem technicznym walczę coraz ładniej.

Mariusz Grabowski wypłacił ci już bonus za walkę?

Nikt mi osobiście o żadnym bonusie nie mówił. Słyszałem, że komentatorzy w trakcie transmisji coś o tym wspominali. Z panem Mariuszem Grabowskim nie rozmawiałem o premii, nie chciałem mu zawracać głowy zaraz po gali. Teraz cieszę się ze zwycięstwa, ale w najbliższym czasie odezwę się do promotora i może poruszę ten temat.

Wypiłeś po walce jakieś piwo z Wojtkiem Wierzbickim?

Spotkaliśmy się na bankiecie, pogadaliśmy w fajniej atmosferze, ale piwa nie piliśmy. Między mną a Wojtkiem nie było złej krwi, nie ubliżaliśmy sobie przed pojedynkiem, a mimo to weszliśmy do ringu i daliśmy z siebie wszystko. Nam chodziło o sport i widowisko. Kibice to docenili, bo po walce wiele osób gratulowało mi dobrego występu. Nawet ci, którzy trzymali kciuki za mojego rywala.

Jesteś chyba jedynym na świecie pięściarzem zawodowym, który jest właścicielem zakładu pogrzebowego.

Zaraz będę byłym właścicielem, bo rezygnuję z firmy i stawiam na boks. Mam teraz swoje pięć minut i muszę podejść do boksu bardziej profesjonalnie. Trudno mi jest połączyć prowadzenie zakładu pogrzebowego ze sportem. Czasami odpuszczałem zajęcia, bo musiałem coś zrobić w firmie, innym razem urywałem się z pracy, żeby zrobić trening. Zdarzało się, że będąc na treningu, myślałem o firmie i stu innych rzeczach, brakowało koncentracji. W sporcie ważna jest regeneracja, a ja od poniedziałku do piątku działałem na wysokich obrotach, od godziny 6 do 22 byłem poza domem. Teraz to zmieniam.

Prowadzenie zakładu pogrzebowego to chyba nie jest proste zajęcie?

Interes szedł różnie, ostatnio nawet przynosił straty, ale ogólnie poprzedni rok był dobry. Nie zrobiłem jednak wszystkiego, żeby rozwinąć firmę, bo nie da się robić pięciu rzeczy na sto procent. Ja też nie jestem typem człowieka, który będzie jeździł i czekał przy szpitalach na ludzi, którzy stracili bliskich i ich nagabywał. Nie chcę tego robić, bo to gryzie się z moim sumieniem i wychowaniem. Wolę zamknąć zakład i poświęcić się boksowi.

A boks zawodowy to jest ciężki kawałek chleba?

Każdy sport, gdy chce się go uprawiać na wysokim poziomie, to są wyrzeczenia, godziny treningów, bólu, płaczu i kontuzji. Wszędzie jest ciężko, samo życie. Ale ja na życie nie mam zamiaru narzekać.

Kiedy zmieniłeś swoje nastawienie i uznałeś, że trzeba postawić tylko na boks?

Ta myśl już od jakiegoś czasu kiełkowała w mojej głowie. W Częstochowie dostałem walkę na gali z Tomkiem Adamkiem, to była dla mnie duża sprawa. Były mistrz świata walczył na tym samym ringu co ja, byłem z nim na jednym plakacie. Pomyślałem wtedy, że wielu pięściarzy marzy o występie na takiej gali. I wtedy doszło do mnie, że nie mogę robić niczego na pół gwizdka. Zresztą mam taki charakter, że nie lubię odpuszczać. Jeżeli wychodzę do ringu nieprzygotowany na sto procent, to gryzie mnie sumienie, że nie zrobiłem wszystkiego, żeby wygrać walkę.

Z pracy na bramce też rezygnujesz?

Na bramce stałem, gdy musiałem łatać dziurę budżetową, bo zakład pogrzebowy dopiero w trzecim roku działalności zaczął przynosić jakieś zyski. W lokalach dorabiałem w weekendy. Zaczynałem o godzinie 21, kończyłem o 6. Przed walkami unikałem tej pracy, bo nieprzespane noce źle wpływały na mój organizm. Teraz sponsorzy pomagają mi na tyle, że nie muszę stać już na bramkach.

Twój tata do emerytury pracował na kopalni. Ciebie nie ciągnęło w tym kierunku?

Myślałem o tym, ale już od czasów amatorskich wiedziałem, że etat na kopalni utrudni mi uprawianie sportu, bo pewnie trudno byłoby mi połączyć pracę z treningami czy wyjazdami na zawody. Tak układałem życie zawodowe, żeby samemu decydować o swoim grafiku. Dlatego też zdecydowałem się na zakład pogrzebowy. W domu nie było żadnych nacisków, żebym na chleb zarabiał pod ziemią. Rodzicom bardziej zależało na tym, żebym skończył studia. Niestety, nie udało mi się tego zrobić, bo często wyjeżdżałem na różne zawody, obozy i ciągle opuszczałem zajęcia. W końcu dałem sobie spokój z nauką.

Rodzice byli zadowoleni, że ich syn wziął się za sporty walki?

Nie byli zachwyceni. Mama jest pielęgniarką, naoglądała się ludzi po wypadkach czy pobiciach, więc nie chciała, żebym dostawał po głowie. Zrobiłem rodzicom trochę na przekór i poszedłem swoją drogą. Chciałem powalczyć o marzenia. Gdy za kilka lat usiądę w fotelu, to przynajmniej nie będę żałował, że nie spróbowałem. Nawet, jeżeli nie zrobię wielkiej kariery, to chociaż powiem sobie: Tomek, byli lepsi, może zdolniejsi, ale próbowałeś. A wracając do rodziców, to dzisiaj są moimi największymi kibicami, czasami nawet sponsorami. Jeżdżą na wszystkie moje walki.

O co dokładnie chodzi z programem „Testy klubów”, który wymyśliłeś?

Ten pomysł powstał, gdy miałem problem ze zorganizowaniem sparingpartnerów. Dzwoniłem do klubów sportowych i prosiłem, żeby wystawili sześciu najlepszych zawodników przeciwko mnie. Jechałem do danego klubu i robiłem sparingi, po rundzie z każdym z wybranych chłopaków. Zabierałem ze sobą kamerę, wszystko nagrywałem, a na koniec wystawiałem recenzję temu klubowi. Powstało kilka odcinków. Tak poradziłem sobie z brakiem sparingpartnerów. To jest dobre rozwiązanie, bo tych rywali jest wielu, każdy ma inny styl, więc dla mnie to też jest nauka i nowe doświadczenie.

Po ostatniej wygranej podskoczyły twoje notowania. Co dalej, kogo bierzesz na celownik?

Chodzi mi po głowie walka z Mateuszem Trycem. Ponoć wyzwał mnie na pojedynek, ale prawda jest taka, że podczas gali w Ełku jego promotor napisał tweeta, którego w studio przeczytał pan Borek. Promotor Tryca proponował, żeby w puli było 50 tysięcy złotych, wygrany miał brać wszystko. Tylko nie było wyjaśnione, kto wykłada pieniądze na stół. Potem temat ucichł. Napisałem ostatnio Mateuszowi pod jego postem na Facebooku, gdzie do wygrania były jakieś ciuchy, że nie chcę dresu, ale zróbmy walkę. Odpisał mi, żebym najpierw odbudował się po przegranej. Odbudowałem się, więc ponawiam swoją propozycję.

W takim razie w trakcie rozmowy z promotorem wspomnij nie tylko o bonusie za walkę z Wierzbickim, ale naciskaj też na konfrontację z Trycem.

Chciałbym z nim walczyć na neutralnym terenie, czyli nie na gali organizowanej przez Mateusza promotora, ani na gali Tymexu. Najlepiej byłoby spotkać się w ringu na Polsat Boxing Night. Myślę, że dopiero walka z Trycem, który bije mocno, też się nie cofa, byłaby Trzecią Wojną Światową. Możemy stworzyć piękne widowisko bokserskie. On byłby faworytem, ale warto pamiętać, że ja wygrywałem wszystkie pojedynki, w których robiłem za underdoga.

Skąd w ogóle wziął się pseudonim „Zadyma”?

Na Śląsku chodziłem do gimnazjum, które nie cieszyło się dobrą opinią. Pamiętam, że w jakimś programie telewizyjnym mówili nawet, że to najgorsza szkoła w Polsce. Dosyć często musiałem się bić. Byłem mały, trochę gruby, na dodatek nosiłem okulary, więc chętnych do zaczepiania mnie nie brakowało. A ja się nie dawałem. Zawsze powtarzałem, że wstydem nie jest dostać wpiedziel, ale wstydem jest się nie postawić. Nie chciałem być ofiarą. Zazwyczaj ci, którzy ze mną zaczynali, źle kończyli. Potem mówili, że gdzie się nie pojawiłem, to była zadyma. Ksywka została, bo w ringu walczę tak samo jak na podwórku.

Nie myślałeś o przejściu do MMA? Ostatnio wielu pięściarzy o tym wspomina. W oktagonie też mógłbyś robić zadymy.

Próbowałem MMA, trenowałem bodajże z osiem miesięcy, ale jakoś ten sport mnie nie wciągnął. Ja w ogóle walczyłem w siedmiu dyscyplinach, w pięciu byłem mistrzem Polski, zdobywałem też puchary. Po walce z Wierzbickim pomyślałem nawet, że rewanż moglibyśmy zrobić w K-1. W razie czego trzeci pojedynek między nami może być w MMA.

Co przedstawia tatuaż, który masz na brzuchu?

Jak to co? Zadymę. Mówię poważnie. Widać na nim człowieka, wokół niego biją pioruny, są grzmoty i jakieś szczątki latają. Jak wchodzę do ringu, to przecież jest tak samo, wszystko jest zniszczone (śmiech). Taki już mam charakter, zawsze zostawiam serce między linami.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Zrzut ekranu 2018-02-11 o 13.03.51

Czytaj resztę wpisu »

Zrzut ekranu 2018-01-22 o 20.57.17

Adam Kownacki wszedł do ringu w Barclays Center i wykonał swoją robotę. Załatwił Kiladze bez wydawania reszty. Przed Polakiem coraz większe pojedynki. Czy to już czas na konfrontacje z gigantami wagi ciężkiej?

„Babyface” nie był do końca zadowolony ze swojej postawy, bo przyjął sporo ciosów i kończył pojedynek z rozwalonym nosem. Miał jednak walkę pod kontrolą, Iago Kiladze już od czwartej rundy szukał drzwi wyjściowych. – Adam przyjął sporo ciosów na własne życzenie, bo był za pewny siebie. Jego waga świadczy o tym, że zlekceważył rywala. Nie można mu jednak niczego zarzucić. Nie potraktował Kiladze poważnie, ale miał do tego prawo, bo Gruzin nie gra w jego lidze. Walka to potwierdziła – mówi w rozmowie z Po Gongu Maciej Miszkiń.

Szukamy kolejnego rywala dla Kownackiego

„Babyface” przed pojedynkiem z Kiladze nie przejmował się zbytnio dietą, na wagę wniósł prawie 118 kilogramów, czyli o osiem więcej niż przed walką z Arturem Szpilką. W rozmowie z Onetem tłumaczył, dlaczego tych kilogramów było tak dużo: Pół roku przerwy, stres przed walką. Ja mam tak, że nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale gdy się stresuję, to zaczynam podjadać. Najgorzej, jak w grę wchodzą słodycze. Wtedy zanim człowiek się zorientuje, to już ma 20 funtów do przodu.

Po walce z Kiladze zaczęły się spekulacje dotyczące przyszłości Kownackiego. Wybraliśmy kilku potencjalnych przeciwników dla Adama. Z którymś z tych panów może wejść on do ringu w niedalekiej przyszłości. Oddajemy głos Maciejowi Miszkiniowi, który charakteryzuje potencjalnych rywali Kownackiego i ocenia szanse polskiego pięściarza w konfrontacjach z nimi:

Gerald Washington. To jest poprawny pięściarz, ale nie ma ani jednego elementu na bardzo wysokim poziomie. Atleta, ale mięśnie częściej mu przeszkadzają w boksowaniu niż pomagają. Ma problemy kondycyjne, często staje przy linach i to byłaby idealna okazja dla Kownackiego, żeby skończyć go przed czasem.

Typ: Kownacki przed czasem w późniejszych rundach.

Charles Martin. Przypadkowo został mistrzem. Pas dostał w prezencie od losu, ale Anthony Joshua brutalnie go zweryfikował. Po tej walce Martin miał problemy osobiste. Na pewno potrafi mocno uderzyć, ale Kownacki potrafi uderzyć i przyjąć. Tego Martin już nie umie.

Typ: Kownacki przez TKO.

Jarrell Miller. To jedna z najbardziej ekscytujących walk, jaką można zrobić z udziałem Kownackiego. Panowie mają podobne style, Miller też idzie jak czołg do przodu. Ostatnio Amerykanin męczył się z Mariuszem Wachem, zwyciężył tylko dlatego, że Polak rozwalił sobie rękę.

Typ: Lekkim faworytem byłby dla mnie Kownacki, ale to typowa walka na przełamanie. Kto pierwszy skruszy rywala, ten wygra.

Dominic Breazeale. Na miejscu Adama unikałbym tego gościa. Amerykanin ma świetne warunki fizyczne, bardzo dobrze boksuje ciosami prostymi. Mimo gabarytów dobrze pracuje na nogach, ma doświadczenie w pojedynkach z mocnymi rywalami. Kownackiemu walka z Breazeale’em nie da większego splendoru i pieniędzy niż konfrontacje z Martinem, Millerem czy Washingtonem. Nie ma sensu ryzykować, odstawiłbym tego rywala na dalszy plan.

Typ: Lekkim faworytem Breazeale.

Izu Ugonoh. Izu jest po długiej przerwie, nie lubi rywali wywierających presję. Nie byłby w stanie utrzymywać Kownackiego na dystans przez 12 rund. Ich walkę można sprzedać w Polsce i USA. Tu i tu wygenerowałaby zainteresowanie. W Stanach obaj uchodzą za bezkompromisowych pięściarzy. O Ugonohu wyrobili sobie taką opinię po jego konfrontacji z Breazeale’em.

Typ: Kownacki przed czasem.

Dillian Whyte. To druga, obok konfrontacji z Millerem, najbardziej ekscytująca walka z udziałem Adama. Whyte ma za sobą ringowe wojny, więc byłby gotowy na kolejną. Z Chisorą dali świetną walkę, tam były mocne wymiany. Whyte potrafi przyjąć i mocno oddać. Pytanie, czy wytrzymałby tempo narzucone przez Kownackiego. Wydaje mi się, że w tym momencie są małe szanse na taki pojedynek, bo Whyte zyskał uznanie na rynku i szykowany jest do walki za dużą kasę. Może Eddie Hearn będzie chciał go wypromować w USA. Jeśli tak, to wątpię, by użył do tego Kownackiego.

Typ: Nie wiem, na kogo postawić, walka 50/50.

Deontay Wilder. Chyba jest za wcześnie na taką walkę dla Adama. Wilder to dynamiczny, niebezpieczny i mocno bijący facet. Niby jest niesprawdzony, ale ja Wildera postawiłbym przed Joshuą. Kownacki nie miałby zbyt wielu argumentów w tej konfrontacji.

Typ: Wilder przez KO.

Na Wildera jeszcze przyjdzie czas

Kownacki po zwycięstwie nad Kiladze idzie dalej. Wkrótce okaże się, jakie plany wobec pięściarza z Brooklynu ma Al Haymon. Nie można wykluczyć, że „Babyface” niebawem dostanie walkę o mistrzostwo świata. – Jeśli Kownacki będzie mądry, to na razie, mimo że kasa kusi, odrzuci oferty walk z gigantami królewskiej kategorii. Ma na to czas. – pisze w swoim felietonie Mateusz Borek.

Po co teraz Adamowi konfrontacja z Wilderem? – zastanawia się Miszkiń i dodaje: Nie ma sensu rwać się za wszelką cenę do takiego pojedynku. Kownacki w drodze po pas może stoczyć jeszcze 2-3 walki. Na przykład: z Martinem czy Washingtonem. Przy okazji może zarobić bardzo dużo pieniędzy, podnieść swoje umiejętności i dalej się promować. Dopiero potem może skusić się na złoty strzał w postaci konfrontacji z Wilderem czy Joshuą.

Trochę innego zdania jest Steve Farhood, który komentował walkę Kownackiego z Kiladze. Ekspert Showtime uważa, że „Babyface” nie powinien zbyt długo zwlekać z dużym pojedynkiem. Farhood twierdzi, że braki w defensywie w końcu odbiją się na Kownackim. – Adam, gdy przystosuje się do szybkości rywala, to widzi jego ciosy, często odprowadza je skrętem głowy, nastawieniem czoła czy balansem tułowia. Czyli te ciosy nie wyrządzają mu takiej szkody, jak się wielu osobom wydaje. Nie martwiłbym się mocno o jego uszczerbek na zdrowiu – kończy Miszkiń.

adam kownacki

  • Adam Kownacki od ponad dwudziestu lat mieszka w USA, na polskim ringu nie stoczył ani jednej walki. – Mogę otwarcie powiedzieć, że zależy mi, aby Adam został nową gwiazdą gal z cyklu Polsat Boxing Night – mówi Mateusz Borek.
  • „Babyface” po świecie boksu zawodowego porusza się bez promotora, ale jest związany z Alem Haymonem. Na początku kariery boks łączył z pracą na budowie, w weekendy dorabiał na bramce.
  • Teraz skupia się tylko na boksie i chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. 20 stycznia w Barclays Arenie ma do wykonania robotę.
  • Czytaj resztę wpisu »

    rusiewicz_kiladze

    Łukasz Rusiewicz dość dobrze zna Iago Kiladze, czyli najbliższego przeciwnika Adama Kownackiego. Był sparingpartnerem Gruzina, ale także walczył z nim. – To był naprawdę kozak, ale po walce z Kalengą coś w nim pękło – twierdzi Rusiewicz.

    20 stycznia Adam Kownacki będzie się bił z Iago Kiladze w Barclays Center. 2,5 roku temu walczyłeś z tym rywalem. Co możesz powiedzieć o Gruzinie?

    Łukasz Rusiewicz: Byłem nawet na sparingach u Kiladze przed jego walką z Yourim Kalengą. Bił wtedy strasznie mocno i precyzyjnie, aż w uszach dzwoniło. Posyłał na deski Marco Hucka, który później nie chciał z nim sparować. Jednak po walce z Kalengą to już nie był ten sam Kiladze. Walczyłem z nim w 2015 roku i powiem szczerze, że było mi dużo łatwiej niż na tych sparingach.

    Co się stało z Kiladze?

    Widocznie coś w nim pękło, musiał się zrazić psychicznie, bo zaczął ostrożniej boksować. Przed KO z rąk Kalengi, to był naprawdę kozak. Francuz musiał go bardzo mocno naruszyć. Nie wiem, może do tej pory Kiladze już się pozbierał.

    Czytaj resztę wpisu »

    zimnoch_foto

    Miał ambitny cel, chciał zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Plany pokrzyżował mu przeciętny rywal z USA. Teraz Krzysztof Zimnoch bije na sali treningowej manekina i szykuje się do debiutu w MMA. Może właśnie w klatce dojdzie do jego konfrontacji z Arturem Szpilką.

    Wrzesień 2017 r. Krzysztof Zimnoch deklaruje, że za chwilę dobierze się do skóry światowej czołówce wagi ciężkiej.

    Grudzień 2017 r. Krzysztof Zimnoch oznajmia: Teraz czas na MMA.

    Między jedną a drugą wypowiedzią doszło do jego spotkania w ringu z Joey’em Abellem. Rzemieślnik z USA w trzeciej rundzie wykonał wyrok i bokserska kariera Zimnocha wpadła w turbulencje. Na gorąco, tuż po walce w Radomiu, Krzysiek mówił: „Nie poddam się, przynajmniej teraz, przynajmniej na razie. Jeżeli Tomasz Babiloński zrobi mi rewanż, to bardzo chętnie ponownie zaboksuję z Abellem.

    Krok w kierunku MMA

    Życie napisało jednak inny scenariusz. Tomasz Babiloński jako promotor skręcił w kierunku mieszanych sztuk walki. Oprócz gal bokserskich będzie organizował też pojedynki w formule MMA. Debiut w nowym środowisku ma już za sobą. Zimnoch też obrał taką ścieżkę.

    babilon_MMA_ok

    Krzysiek nie zmienia dyscypliny, nie rzuca boksu, ale podobnie jak ja próbuje innego sportu. 2 grudnia był na naszej gali MMA i powiedział, że chciałby spróbować swoich sił w klatce. Chwała mu za to, że dalej chce walczyć, bo niejeden po porażce z Abellem zwinąłby zabawki i poszedłby na bramkę w dyskotece. Zobaczymy, jak mu pójdzie w MMA. Nie wszyscy się do tego sportu nadają, było kilka przypadków, że pięściarze nie odnaleźli się w klatce. – mówi Po Gongu Tomasz Babiloński, promotor Zimnocha.

    Pięściarz w klatce MMA ma zadebiutować w marcu podczas gali Babilon MMA 3. Przygotowuje się już do startu, trenuje zapasy i brazylijskie jiu-jitsu. Na razie sparuje tylko z manekinem. W rozmowie z ringpolska.pl opowiadał, jak to wygląda: „Wchodzę mu w nogi, rzucam na matę, zakładam dźwignię, ale on ciągle wstaje i się ze mnie śmieje. Ma namalowaną twarz i szczerzy do mnie zęby.”

    Pierwsze obalenie i po Krzysiu

    Pojawił się pomysł, żeby Krzysztof Zimnoch w debiucie spotkał się w oktagonie z Szymonem Kołeckim. Były ciężarowiec od ponad roku trenuje MMA, ma na koncie już cztery zwycięstwa, wszystkie przed czasem. – Rozmawiamy o tym, na razie jest to bardziej pytanie do kibiców, czy chcieliby zobaczyć taką konfrontację. Chciałbym organizować walki, które będą ciekawe dla fanów. Trzeba mieszać sztuki walki, po to jest przecież MMA – twierdzi Babiloński.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Po ogłoszeniu informacji, że możliwy jest pojedynek Zimnocha z Kołeckim pojawiło się wiele głosów i to one dominują, że pięściarz nie miałby żadnych szans w tym starciu. Oto kilka z brzegu opinii znalezionych na Twitterze: „Kołecki parafrazując klasyka zrobi mu dziecko”, „Jak na moje Kołecki poradzi sobie bez problemu”, „Kołecki kończy Zimnocha w parterze”, „Pierwsze obalenie i po Krzysiu”.

    Trudno wskazać faworyta, ta walka to spora zagadka. Wiadomo, że Krzysiek ma większe doświadczenie w stójce, ale pamiętajmy, że Szymon ma niesamowitą siłę, mistrzem olimpijskim nie został przypadkiem – mówi promotor obu zawodników.

    Szpilka vs Zimnoch łatwiej zrobić w MMA niż w boksie

    Wróćmy jeszcze na chwilę do sparingów Zimnocha z manekinem. – Co ciekawe, mój manekin ma też napisane na plecach Artur. Nie ma jednak wiele wspólnego z Arturem, o którym teraz wszyscy pomyślą, bo manekin Artur w odróżnieniu od tego drugiego chociaż podaje mi rękę – mówi pięściarz.

    zimnoch_2

    Zimnoch mówiąc „ten drugi”, ma oczywiście na myśli Artura Szpilkę, który też ostatnio zaczął treningi MMA. Ich konfrontacja w ringu była już parę razy zapowiadana, ale do walki nigdy nie doszło. Może w przyszłości panowie spotkają się w klatce?

    Czemu nie. Ich walka powinna się odbyć, nawet dla świętego spokoju, bo przecież mają sobie coś do wyjaśnienia. Tylko wiadomo, że jeden i drugi mają jakieś tam finansowe wymagania. Dzisiaj promotorów bokserskich nie stać na to, żeby zorganizować taki pojedynek, ale MMA rządzi się swoimi prawami. Wystarczy spojrzeć na to, co robi KSW, jak zapełnia trybuny, w jaki sposób przykuwa uwagę. W przypadku pojedynku Zimnocha ze Szpilką można pójść w tym kierunku, w stronę oktagonu – twierdzi Babiloński.

    Podobnie na sprawę patrzy Zimnoch, który w rozmowie z „Super Expressem” powiedział: „W kontrakcie mam możliwość wystąpienia na gali innego promotora po opłaceniu konkretnego procenta z wynagrodzenia, myślę, że Artur ma podobnie, więc może chłopaki z KSW chcieliby coś takiego zorganizować? Jestem otwarty na wszelkie propozycje.”

    Plan na Zimnocha? Walki z rodakami

    Pięściarze coraz częściej spoglądają w stronę MMA. Tego chleba w przeszłości spróbowali Przemysław Saleta i Rafał Jackiewicz. Teraz coraz głośniej o występach w oktagonie mówi Mateusz Masternak. Boks mu się jeszcze nie znudził, ale ma ochotę wejść do klatki. Krzysztof Włodarczyk też nie mówi „nie”, gdy słyszy o MMA.

    Moim zdaniem pięściarze, którzy za długo przesiadują na ławce rezerwowych w boksie, powinni zawitać do MMA i spróbować swoich sił w klatce – mówi Babiloński i dodaje: Jako organizator gal bokserskich zauważyłem, że inny kibic przychodzi na MMA, inny na boks. Wkrótce te dwa środowiska będą się mieszać.

    Krzysztof Zimnoch nie pożegnał się definitywnie z ringiem. Jednak po porażce z Abellem może zapomnieć o dużych zarobkach i walkach z czołówką wagi ciężkiej. Jego nazwisko w świecie boksu nic nie znaczy. Promotorom nie łatwo będzie znaleźć sposób na odbudowanie jego kariery.

    Jeżeli chodzi o boks, to w przypadku Krzyśka koncentrujemy się dzisiaj na walkach polsko-polskich. Są w naszym kraju pięściarze, których moglibyśmy z nim skonfrontować. Chcemy go sprawdzić z rodakami, bo on musi przekonać promotorów, sponsorów i telewizję, że warto ściągnąć Abella na rewanż. Poprzez polskie podwórko chcemy sprawdzić, czy on się jeszcze do boksu nadaje. Mam nadzieję, że ta ostatnia przegrana nie zostawiła żadnego śladu na jego psychice – kończy Tomasz Babiloński.

    Krzysztof Smajek

    Zrzut ekranu 2018-01-05 o 12.06.36.png

    W piątek 50 świeczek z urodzinowego tortu zdmuchnie Andrzej Gołota. Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. Miliony Polaków wstawało w nocy na jego walki, bo gdy „Andrew” wchodził na ring w USA, grzmoty było słychać w naszym kraju. Jego dwa pojedynki z Riddickiem Bowe mają swój osobny rozdział w historii wagi ciężkiej. Gołota nigdy nie był mistrzem świata, ale jest legendą polskiego boksu. Jego walkę z Timem Witherspoonem oglądało w Polsacie 12,5 miliona widzów. Dzisiaj w Polsce nie ma pięściarza, który mógłby przyciągnąć przed telewizory taką rzeszą kibiców.

    Urodziny Andrzeja Gołoty to dobra okazja, żeby przypomnieć kilka anegdotek z jego życia. Mateusz Borek, Andrzej Kostyra i Andrzej Wasilewski w swoich „Alfabetach”, które ukazały się na Po Gongu, opowiedzieli kilka fajnych historii dotyczących „Andrew”.

    Z Alfabetu Mateusza Borka: Po walce Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem w Chengdu Don King zaprosił nas na kolację do dobrej chińskiej restauracji, w której pierwsze piętro było przeznaczone dla normalnych ludzi, a drugie dla VIP-ów, gdzie King zorganizował bankiet dla około 40 osób. Pojechałem tam z Przemkiem Garczarczykiem. Wchodzimy do środka i… własnym oczom nie wierzymy. Pobity przez Austina Andrzej Gołota siedzi z rodziną i je między setką Chińczyków na pierwszym piętrze. Tak wstydził się porażki, że nie miał ochoty wjechać piętro wyżej. Namówiliśmy go jednak, żeby wszedł tam chociaż na chwilę. Gdy Don King go zobaczył od razu wypalił: Andrju, mój przyjacielu, dam ci jeszcze jedną szansę.

    ***

    Nie wiem, czy traktować to w kategorii anegdoty, bo na własne uszy tego nie słyszałem, ale podobno Gołota przed walką z Johnem Ruizem powiedział Kingowi, że nawet jak zdobędzie pas mistrza świata, to następnego dnia kończy karierę. Pamiętajmy, że King był wtedy również promotorem Ruiza, więc mógł sobie pomyśleć: po co ja mam dać Gołocie pas, skoro on go następnego dnia zwakuje i ja tego pasa jako promotor też nie będę miał i przelecą mi miliony koło nosa. Możliwe, że Gołota pospieszył się z tą deklaracją. Wielki boks to wielka polityka i wielka kasa, a pamiętamy, że ta walka była bardzo wyrównana.

    ***

    Myśląc o Andrzeju Gołocie, mam w głowie takie zdanie: nigdy polscy ojcowie nie wstawali tak często do dzieci, jak wstawali na walki Andrzeja Gołoty. Trafił na nieprawdopodobne czasy w kategorii ciężkiej, bo pamiętajmy, że gdy boksował w swoim prime byli między innymi: Mike Tyson, Lennox Lewis, Michael Grant i Riddick Bowe. To była cała plejada świetnych zawodników. Jednak fakty są takie, że Andrzej Gołota co najmniej raz powinien być mistrzem świata, bo na pewno wygrał walkę z Chrisem Byrdem.

    W jego karierze było sporo dziwacznych momentów: szybkie przegrane z Lewisem czy Brewsterem, ucieczka z ringu w walce z Tysonem, niezrozumiała przegrana z Grantem, dziwna deklaracja przed pojedynkiem z Ruizem, o której wspominałem wcześniej. Co by nie mówić, Gołota był świetnym pięściarzem, ale w boksie zawodowym niczego nie osiągnął. Karierę pięściarza puentuje to, co uda się zawiesić na biodrach, a on przecież nie zdobył żadnego pasa. Dlatego Andrzej przypomina polskich bohaterów literackich i jest wielką postacią tragiczną.

    Smutne było to, że Gołota nie potrafił pogodzić się z brakiem sukcesu sportowego. Gdy był po wypadkach, nie mógł prostować lewej ręki, nie funkcjonował mu bark i spadła szybkość, on ciągle wierzył, że jest w stanie zawojować wagę ciężką. To było życzeniowe myślenie.

    Z Alfabetu Andrzeja Kostyry: Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

    ***

    Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

    ***

    Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy na sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

    Z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego: Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

    Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: „Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był.” Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

    ***

    Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

    Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

    DSC_2197.jpg

    Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

    • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

    Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

    • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
    • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
    • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
    • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
    • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
    • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
    • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
    • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
    • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
    • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
    • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
    • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
    • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
    • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
    • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
    • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

    KSW-41_750x400_acf_cropped

    Przedświąteczna gala KSW 41 w katowickim Spodku dostarczyła nam wielu wrażeń. Jako gość wpadł na nią Artur Szpilka i zrobił sporo zamieszania. Był to bardzo trudny wieczór dla Borysa Mańkowskiego, który stracił pas mistrzowski.

    Wyciągnęliśmy z tej imprezy kilkanaście wniosków. Oto one:

    1. Gala federacji KSW po raz kolejny była świetnie opakowana. Ceremonia otwarcia imprezy musiała zrobić wrażenie nawet na największych malkontentach.

    2. Panowie Maciej Kawulski i Martin Lewandowski zrobili złoty interes, podpisując kontrakt z Damianem Janikowskim. Ten facet w klatce zamienia się w tygrysa.

    3. W Spodku boleśnie przekonał się o tym Antoni Chmielewski, któremu nawet udało się obalić rywala, ale w przekroju całej walki nie miał nic do powiedzenia. Janikowski rozbił Chmielewskiego i sędzia musiał przerwać walkę.

    4. Były zapaśnik ma na koncie dopiero dwie walki w KSW, ale za chwilę może być wielką gwiazdą tej federacji. Ma na to papiery.

    5. Z kolei Antoni Chmielewski powoli musi myśleć o zakończeniu kariery, bo nie ma już argumentów w rywalizacji z takim tygrysami jak Janikowski.

    6. Michał Andryszak nie bierze jeńców, w Spodku potrzebował zaledwie 26 sekund, żeby spakować i odesłać do domu Fernando Rodriguesa Jr.

    7. Po walce Andryszak nie ukrywał, że ma ochotę założyć mistrzowski pas federacji KSW. W rozmowie z Mateuszem Borkiem mówił: „KSW potrzebuje nowego mistrza. On stoi tu przed wami”. Czyżby na horyzoncie widoczna była walka Andryszak vs Pudzianowski?

    8. Wróćmy jeszcze na chwilę do Rodriguesa. Chłopak w tym roku dwa razy wpadł na galę KSW i dwa razy zebrał KO, nie walczył nawet minuty. Najpierw załatwił go Marcin Różalski, teraz to samo zrobił Andryszak. Brazylijczyka chyba prędko w naszym kraju nie zobaczymy. Choć rachunki do wyrównania ma z nim Karol Bedorf.

    9. Skoro Bedorf został wywołany do tablicy, to warto wspomnieć, że w marcu wraca on do klatki. W studiu podczas gali KSW 41 mówił, że może wejść do oktagonu z… Arturem Szpilką. Stojący obok niego Tomasz Narkun stwierdził, że w klatce chętnie przywitałby innego pięściarza – Mateusza Masternaka. Wątpliwe, żeby Szpilka i Masternak skorzystali z tych zaproszeń.

    10. Artur Szpilka wpadł pooglądać galę KSW 41, ale na oglądaniu się nie skończyło. Tomasz Oświeciński wyzwał go na pojedynek, więc Szpilka wszedł do oktagonu na „negocjacje”. Skończyło się na przepychankach, musiała interweniować ochrona.

    11. Z tego wszystkiego wyszedł kabaret, bo Oświeciński po wygranej nad Popkiem nie miał nawet siły stać i ledwo rzucał słowa do mikrofonu, a tu jeszcze z łapami rzucił się na niego Szpilka.

    12. W tym momencie warto wystosować apel do Szpilki: Artur, daj sobie spokój z Tomaszem Oświecińskim. Ten facet ma 45 lat, jest aktorem, w KSW zawsze będzie miał status „freaka”. Chłopie, jeszcze dwa lata temu biłeś się o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a teraz szarpiesz się w oktagonie z kimś takim. Lodu! Chyba, że Ciebie sport już nie interesuje… Daj znać, bo może nie ma sensu wygłupiać się z takimi apelami.

    13. Jeżeli dojdzie do walki Szpilka vs Oświeciński, to życie przerośnie kabaret i trzeba będzie już zgasić światło. Wierzymy jednak, że Szpilka wszystko przemyśli, ochłonie, wróci na ring i nie będzie zawracał sobie głowy głupotami.

    14. Trzeba jednak przyznać, że „Strachu” w pojedynku z Popkiem dał radę. Łukasz Jurkowski przepowiadał, że walka potrwa max 60 sekund, a panowie szarpali się do 2. rundy. Na ogłoszenie werdyktu w tej walce musieliśmy czekać dłużej niż zwykle (tlen, gdzie jest tlen), ale taki to już urok „freak fightów”.

    15. Wracamy do sportu. Świetną walkę dali Marcin Wrzosek i Roman Szymański. „The Polish Zombie” tym pojedynkiem znów wrócił do wielkiej gry.

    16. Kategoria piórkowa niby nie ma mistrza, ale tak naprawdę go ma i nazywa się on: Kleber Koike Erbst. Japończyk stracił pas, bo nie zrobił wagi (od Mikołaja ma dostać wagę pod choinkę), ale w oktagonie „udusił” Artura Sowińskiego.

    17. Erbst jeszcze nie zdążył nacieszyć się wygraną nad Sowińskim, a w oktagonie odwiedził go już Marcin Wrzosek, który zaproponował mu wspólny taniec. Zaproszenie zostało przyjęte, więc panowie Kawulski i Lewandowski muszą ustalić tylko datę.

    18. Marcin Wrzosek potrafi zadbać o swój biznes. Najpierw zrobił swoje w oktagonie, a później negocjował (trochę inaczej niż Szpilka) kolejny pojedynek. Pewnie w kieszeni miał długopis, żeby w razie czego podpisać od razu kontrakt na walkę z Erbstem.

    19. Do największej niespodzianki w Spodku doszło w walce wieczoru. I nie chodzi wcale o to, że Borys Mańkowski przegrał, ale o to, że mistrz KSW był bezbronny w walce z Robertem Soldiciem. Narożnik „Diabła Tasmańskiego” musiał go poddać, bo walka zaczynała przypominać egzekucję.

    20. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.