szpila
Fot. PBC

Opadł już kurz po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim. Przed wygranym pojawiły się nowe możliwości. – To może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę – uważa Janusz Pindera. Inne problemy ma Szpilka. – Być może powinien wrócić do Polski – dodaje ekspert Polsat Sport.

Adam Kownacki potrzebował raptem czterech rund, żeby rozprawić się z Arturem Szpilką. Był pan zaskoczony takim obrotem sprawy?

Janusz Pindera: Nie ukrywam, Artura uważałem za faworyta. Podkreślałem jednak, że w tym pojedynku wszystko może się zdarzyć i żeby nie lekceważyć Kownackiego, bo jak trafi, to pójdzie za ciosem. I tak się stało.

Kownacki zaimponował już panu podczas obozu u Tomasza Adamka.

Z Mateuszem Borkiem odbieraliśmy go z lotniska, gdy przyleciał z Nowego Jorku na obóz do Łomnicy. Tego samego dnia, po długiej podróży, zrobił bardzo ciężki trening. Słaniał się ze zmęczenia, ale walczył ze swoją słabością dzielnie, czym wszystkim zaimponował. Później pojechaliśmy jeszcze na kriokomorę do Karpacza, Adam wszedł od razu do kabiny, gdzie temperatura sięgała minus 120 stopni. Adamek opowiadał mi, że jeden z jego poprzednich sparingpartnerów, Amerykanin Travis Walker w podobnej sytuacji zrobił krok w tył i zrezygnował. A Kownacki nie wahał się ani chwili. Później stanął na wadze, wskazywała 122,5 kilograma. Nie wyglądało to dobrze. Dieta zaordynowana mu przez dr Jakuba Chyckiego, oraz intensywne treningi zrobiły jednak swoje. Kownacki przepracował obóz bardzo solidnie, przed walką ważył poniżej 110 kilogramów. Wtedy pomyślałem, że ma szanse, ale dalej stawiałem na Szpilkę, nie przekreślając jednak Adama.

Jak dużą cegiełkę do wygranej Adama dołożyli trener Guss Curren i wspomniany specjalista od przygotowania fizycznego dr Jakub Chycki?

Zwykle jest tak, że sparingpartnerzy są dodatkiem do pięściarza, który przygotowuje się do walki. Adama został zaangażowany do takiej właśnie roli, miał pomagać Adamkowi i wiedział na co się pisze. Ale gdy okazało się, że będzie walczył ze Szpilką, został potraktowany wyjątkowo. Gus Curren i Kuba Chycki troskliwie się nim zajęli i pomogli w przygotowaniach. Szalenie istotne było to, że po powrocie do USA nie zajadał się hamburgerami, jak zwykł to robić wcześniej, utrzymał wagę i dzięki finansowej pomocy jednego z młodych, polskich biznesmenów miał możliwość sparowania ze świetnymi, leworęcznymi zawodnikami. A przecież wcześniej sporo rad udzielił mu też Adamek, który w 2014 roku walczył ze Szpilką. I to wszystko zaprocentowało w Nassau Coliseum.

Pierwotnie Kownacki ze Szpilką miał walczyć pod koniec kwietnia, ale jak twierdził Artur, „rozbolał go ząbek”.

Adam mówił nam, że zrezygnował z tamtego terminu, bo miał ukruszony ząb i kilka tygodni nie mógł sparować. Ja mu wierzę, nie chciał ryzykować. Możliwe, że w podtekście chodziło mu też o większą gażę, której ostatecznie się doczekał. 100 tysięcy dolarów, jakie otrzymał za walkę ze Szpilką, to przecież najwyższa wypłata w jego karierze.

Szpilka przed walką twierdził, że udzieli Kownackiemu lekcji boksu. Wyszło zupełnie inaczej. To była dla niego za głęboka woda?

Nie przesadzajmy, walczył przecież z Wilderem i do momentu, gdy otrzymał nokautujące uderzenie, radził sobie naprawdę dobrze. Myślę, że obozowi Szpilki zabrakło rozeznania, co do możliwości Kownackiego. Adam traktowany był jako zawodnik na przetarcie, z którym Artur miał łatwo wygrać, by później mierzyć znacznie wyżej. Gdyby popatrzono na ostatnie przygotowania Kownackiego, gdyby ktoś się głębiej tym wszystkim zainteresował, to być może miałby inną optykę. Być może bardziej skoncentrowany byłby także sam Szpilka, który narzucił sobie dodatkową presją. Przecież nawet nie dopuszczał myśli, że z grubaskiem Kownackim może przegrać. On go jawnie lekceważył, co było głupotą.

Artur w tej walce wyglądał fatalnie, popełniał dziecinne błędy. Co się z nim stało?

Pamiętam memoriał Feliksa Stamma sprzed lat. Był marzec 2008 roku. W kategorii ciężkiej (91 kg) wygrał wtedy Krzysztof Zimnoch, który w finale wyraźnie (28:11) pokonał Abdelaziza Touilbiniego. Wcześniej Algierczyk wygrał przed czasem ze Szpilką. Dlaczego to przypominam? Bo byłem na walce Artura. Ludwik Buczyński, ówczesny trener kadry seniorów, był zachwycony, że ma pod opieką takiego chłopaka jak Szpilka. Mówił o nim, że jest jak Muhammad Ali. Nie znałem go, więc wybrałem się na jego pojedynek. I co zobaczyłem? Bezradny Szpilka stał z opuszczonym rękami przy linach i dał się okładać temu Algierczykowi. Prawie identyczna sytuacja jak w walce z Kownackim. Artur w sytuacjach zagrożenia idzie do lin, opuszcza ręce, od lat te błędy głęboko w nim siedzą.

Ronnie Shields w wywiadzie z Przemkiem Garczarczykiem mówił, że jeśli Artur przegra, to nie będzie miał czego szukać w wielkim boksie. Zgadza się pan z tą opinią?

Nie do końca. Artur powinien teraz odpocząć i wszystko przemyśleć. Być może powinien wrócić do Polski, tylko pytanie, z kim by tutaj trenował. Nie wiem, czy byłby możliwy jego powrót do Fiodora Łapina. Pod jego wodzą Szpilka świetnie realizował założenia taktyczne w walce z Adamkiem. W konfrontacji z Kownackim tego mi właśnie brakowało. Zabrakło też innych rzeczy, bo Artur popełniał fatalne błędy. Myślę, że gdyby Łapin uczestniczył w przygotowaniach Szpilki do pojedynku z Kownackim i stał w jego narożniku, to ta walka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Czyli dalszy pobyt Artura w USA nie ma sensu?

To jego życie i jego decyzje, ale jakoś specjalnie nie widzę postępów w jego boksie. Zgoda, był świetnie przygotowany fizycznie, ale w walce z Adamkiem było tak samo. W pewnym momencie pobyt w USA był dla niego bardzo istotny, ale dzisiaj coś się kończy i ktoś musi rozpalić w nim nowy ogień. Śmiem twierdzić, że gdyby walczył z Dominikiem Breazeale’em i przegrał, to taka porażka miałaby nieporównywalnie mniejsze znaczenie niż ta z Kownackim. Przegrana w tych okolicznościach była dla niego klęską, bardzo mocno uderzyła w jego ego. Podobna historia dotknęła Tomka Adamka, który nie wierzył, że może przegrać z Wiaczesławem Głazkowem, później nie dopuszczał myśli, że może go pokonać Szpilka, a tak się właśnie stało. Byłem w jego szatni po obu tych porażkach i widziałem, w jakim jest stanie. Przykro było patrzeć.

Pojawiły się opinie, że Szpilka przegrał walkę w głowie?

Tak było. Nie wiemy, jak duży ślad zostawił ten ciężki nokaut z rąk Wildera. Niektórzy pięściarze wracali po takich wydarzeniach i sami nokautowali rywali, inni już nigdy nie byli sobą. Rozmawiałem kiedyś ze słynnym kaskaderem z Australii, który doznał poważnego wypadku na stadionie Legii. Skakał z zasłoniętymi oczami na główkę z wysokości 30 metrów, nie trafił tak jak powinien w tekturowe pudełka. Mocno się wtedy poturbował. Dwa dni po tym wydarzeniu robiłem z nim wywiad i twierdził, że jeśli nie odda w ciągu najbliższych dni podobnego skoku, to już nigdy tego nie zrobi. Chciał jak najszybciej przełamać swój lęk i tak uczynił. Skoczył i później jeszcze długo pracował w tym fachu, bijąc kolejne rekordy. Dlaczego o tym mówię? Czasami zbyt długie przerwy po ciężkim nokaucie nie są dobre. Tak mogło być w przypadku Artura. Pamiętajmy tylko, że miał operację złamanej ręki, która długo się zrastała, później była rehabilitacja itd. W lutym bardzo liczył na walkę w Alabamie z Dominikiem Breazealem, która nie doszła do skutku. Odnoszę wrażenie, że czekając na swój efektowny powrót wyraźnie się spalił. I kiedy Kownacki od pierwszej rundy postawił mu swoje warunki, narzucił presję i kilka razy mocno trafił, coś w nim pękło. Tak bezradnego Szpilki nigdy nie widziałem, ale błędy popełniał te same co zawsze.

Jaki powinien być plan B na karierę Szpilki?

Był pomysł, by pod koniec roku walczył w Polsce z Krzysztofem Zimnochem lub „Diablo” Włodarczykiem, ale po tym co się stało na Long Island, chyba umarł śmiercią naturalną. Myślę, że Szpilka potrzebuje teraz trochę czasu. Jeśli wróci, to musi być to powrót naprawdę bezpieczny.

Na koniec wróćmy do Adama Kownackiego. Co go teraz czeka?

Drzwi do wielkiej kariery otworzyły się przed nim bardzo szeroko i to może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę. Tak było choćby z Michaelem Grantem, któremu Lewis złamał karierę siedemnaście lat temu, nokautując go szybko w nowojorskiej Madison Square Garden. Choć nie chcę porównywać Granta do Kownackiego, bo to inne przypadki. Trzeba spokojnie i mądrze poprowadzić karierę Adama. Za nim będzie szła publiczność, nie tylko w USA, ale także w Polsce. Przydałby mu się pojedynek na gali Polsat Boxing Night. Rywal nie musi być wcale ze światowej czołówki. Jeżeli będzie robił postępy, to przyjdzie czas na wielkie walki i godziwe pieniądze. Musi jeszcze popracować nad swoją fizycznością, pracą nóg i lewą ręką. Głowę ma stworzoną do tego sportu. Nie tylko twardą, odporną na ciosy, ale też chłodną, nie ulega emocjom. Ma charakter ringowego wojownika i łatwość zadawania ciosów, a ręce ciężkie. Kownacki ładnie powiedział,że niekoniecznie niebo jest limitem, bo on chce  skoczyć jeszcze wyżej. Oby tak się stało, ale nie każdy będzie tak bezradny jak Szpilka.

Adam Kownacki uważa, że skoro pokonał Szpilkę, to jest najlepszym bokserem wagi ciężkiej w Polsce. Też tak pan sądzi?

Ma sporo racji w tym co mówi. Szpilka pokonał przecież Adamka, walczył o mistrzostwo świata z Wilderem, a on go znokautował. Ale jesienią może się okazać, że znów zobaczymy w zwycięskiej walce Adamka, że wróci i pokaże się z dobrej strony Mariusz Wach, że mile nas zaskoczy Izu. A przecież Krzysztof Zimnoch też zgłasza swoje aspiracje i mówi, że jest w stanie wygrać z każdym w Polsce. Oczywiście to tylko słowa, brakuje mu argumentów. Myślę, że dziś nie ma w polskim boksie zdecydowanego lidera w wadze ciężkiej, mamy wakat. Najlepiej gdyby tego najlepszego wyłonił jakiś turniej, ale to chyba nierealne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Kownacki po tym czego dokonał w Nassau Coliseum, ma prawo tak o sobie myśleć.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Reklamy

szpila
Fot. PBC

W jednym narożniku będzie nauczyciel, w drugim zobaczymy ucznia, który ma otrzymać korepetycje z boksu. Tak to widzi Artur Szpilka. Eksperci się pod tym podpisują, bo żaden nie stawia na Adama Kownackiego.

Na sprawę, co oczywiste, inaczej patrzy Kownacki, który ma ochotę znokautować Szpilkę i zapowiada, że to zrobi. Cały czas żongluje jednym argumentem – Artur ma słabą szczękę. Fakty są takie, Kownacki bywał na poligonach, ale nie był jeszcze na prawdziwej wojnie. Szpilka zna już smak wojny. 

Był na niej 18 miesięcy temu w Barclays Center. Gdy w dziewiątej rundzie Wilder wystrzelił potężnym prawym, Artur pożegnał się z marzeniami o zdobyciu mistrzowskiego pasa. Halę opuścił na noszach. Na tej samej gali pokazał się też Kownacki, ale nie miał zbyt trudniej roboty. Wygrał jednogłośnie na punkty z Dannym Kellym. 

Teraz panowie spotkają się w ringu. Szpilka jest głodny boksu, on nawet nie musi tego mówić, to widać. Dla niego Kownacki jest przeszkodą, którą trzeba przeskoczyć, żeby iść dalej. Adam nie ma nic do stracenia, do ringu może wejść z chłodną głową. Presja spoczywa na barkach jego rywala.

Szpilka w jednym z wywiadów powiedział, że daje szansę Kownackiemu. Poniekąd ma rację. Po pierwsze, Adam zarobi najwięcej w karierze, po drugie, może się wypromować. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Kownacki jest też szansą dla Szpilki. Artur długo nie walczył, przez długi czas był problem z zakontraktowaniem mu rywala. Nie wiadomo, ile jeszcze musiałby czekać na następną walkę. A tak może się sprawdzić z Kownackim. Wszyscy powinni być zadowoleni, jeden drugiemu daje na coś szansę.

„Szpila” jest jak pies, który bardzo długo trzymany był na smyczy, ale w końcu dostał wolność. Może być nieobliczalny. Jeśli będzie trzymał się taktyki i w swoim stylu pracował na nogach, Adamowi przypomną się czasy, jak w dzieciństwie ganiał chomika po pokoju. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, że Szpilka się jednak podpali i straci głowę. Może tak być, bo przecież słowa Adama o słabej szczęce go wkurw… Wtedy może dojść do wymiany ciosów, jednym słowem, bitki, a przy takim rozwiązaniu na deskach może być i jeden, i drugi.

Kibice pewnie nie mieliby nic przeciwko temu, żeby scenariusz tego pojedynku był podobny do konfrontacji Artura z Mike’em Mollo. O takich walkach gada się przecież latami. Najważniejsze jednak, żeby panowie po pojedynku podali sobie ręce oraz cali i zdrowi wrócili do domu.

wsb

Porządne pieniądze na stole, kilku konkretnych facetów i cztery mistrzowskie pasy w obrocie. Turniej Word Boxing Super Series w kategorii junior ciężkiej może być strzałem w dziesiątkę jego organizatorów. Oby tylko obyło się bez jakichś nieprzewidzianych historii.

W sobotę w Monako poznaliśmy pary ćwierćfinałowe. Mistrzowie pięści, „piękni” chłopcy, wybierali tych „brzydkich”, czyli nie mających pasów. Kompletowanie par na zasadzie draftu było średnim pomysłem (lepiej losować), ale możemy na to przymknąć oko. 

Co wiemy po drafcie? Usyk i Briedis w nie mieli ochoty rozpoczynać turnieju od spotkania z Kudriaszowem. Yunier Dorticos nie miał wyjścia, musiał wziąć Rosjanina. Gdyby miał wybierać, pewnie też powiedziałby: nie, dziękuję. Nasz człowiek w WBSS, Krzysztof Włodarczyk jako obowiązkowy pretendent federacji IBF trafił w ręce Murata Gasijewa. 

Szanse Diablo? Bez pudrowania rzeczywistości, nie za duże. Po ostatnich jego pojedynkach trudno być optymistą. Faworytem jest Gasijew, który po raz pierwszy będzie bronił tytułu mistrzowskiego. Rosjanin sporo potrafi, mocno bije, ale wirtuozem pięści na pewno nie jest. Nie pękł przed Lebiediewem, nie podkuli też ogona przed byłym mistrzem WBC i IBF. Włodarczyka nie możemy jednak przekreślać. Z prostego powodu, jest puncherem, a tacy pięściarze w każdej sekundzie walki mogą jednym ciosem załatwić sprawę. Tym bardziej, że Gasijew nie jest Floydem w defensywie.

Konkretne mordobicie szykuje się w konfrontacji Dorticosa z Kudriaszowem. Razem mają na koncie 41 wygranych przed czasem. Tak, czterdzieści jeden! Panowie po pierwszym gongu powinni wywołać wojnę w ringu. W tym przypadku sędziowie punktowi mogą jechać na urlop. Wygrany tego pojedynku spotka się z Diablo lub Gasijewem. 

Usyk wybrał sobie Marco Hucka, którego kariera trzyma się na ostatnim zawiasie. Usyk ten zawias urwie z hukiem i odeśle Marco na emeryturę. Z kolei Briedis wskazał palcem na Pereza, czyli gościa, który za uszy został wciągnięty do zawodów przez swojego promotora. Nie wiemy, na co stać Kubańczyka po zmianie kategorii wagowej, ale w półfinale możemy go nie zobaczyć.

Pierwszym rezerwowym turnieju jest Krzysztof Głowacki. Wejdzie do gry, gdy któryś z zawodników dozna kontuzji. A teraz wyobraźcie sobie, że przed pierwszym pojedynkiem z turnieju wypada Murat Gasijew… Na horyzoncie pojawiłaby się walka Włodarczyk vs Głowacki. W tle byłyby dylematy obu pięściarzy, promotorów i Fiodora Łapina. Pamiętajmy, że życie pisze dziwne scenariusze.

Z naszego punktu widzenia największym nieobecnym w WBSS jest wspomniany już Głowacki. Można go było wystawić za Pereza czy Hucka. Sportowo – to bez dwóch zdań – na dziś lepsza opcja niż ci dwaj panowie. Nad nieobecnością Denisa Lebiediewa nikt nie powinien ubolewać. Rosjanin jest właścicielem atrapy pasa WBA Super World. Tak, atrapy, bo przecież ten pas powinien należeć do Gasijewa. Poza tym, Lebiediew jest już po drugiej stronie rzeki i niczego nie wniósłby do turnieju.

Brakuje też Tony’ego Bellew, ale on akurat nie był zainteresowany udziałem w tym balu, bo wybrał inną drogę, inną kasę. Jego biznes. Nie można jednak marudzić, bo i tak w stawie pływają grube ryby.

Wiecie, co jest najfajniejsze w tym turnieju? To, że możesz przystąpić do niego bez żadnego tytułu (patrz: Włodarczyk), a zakończyć zabawę z torbą pełną pasów. 

FOT 400MM.PL

Opadł już kurz po gali Polsat Boxing Night 7. Tomasz Adamek faktycznie był Jokerem, ale show skradł mu Mateusz Masternak. Swoje pięć minut miał Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Nie zabrakło też kontrowersji. Z jajami Łukasza Janika w roli głównej. Z Ergo Areny raczej nikt nie wyszedł zawiedziony. 

Gdy po zakończeniu szóstej rundy Tomasz Adamek szedł do swojego narożnika, wiedzieliśmy już, że ma walkę pod kontrolą i że jeśli nie zdrzemnie się na moment, to spokojnie wygra. Solomon Haumono w każdej rundzie zbierał sporo ciosów, ale nie był ani razu podłączony, dlatego było też wiadomo, że pojedynek potrwa cały dystans.

„Góral” faktycznie był Jokerem

Adamek na tle Australijczyka pokazał, że 40-latek może jeszcze bić seriami, że widzi ciosy rywala, że ma refleks i kondycję na 12 rund. „Góral” był w tej walce Jokerem, tak jak anonsowano go na plakacie promującym galę. Jokerem na pewno nie był jego rywal. Mateusz Borek żartował po gali, że Haumono w hierarchii ważności kart spadł na „9”.

FOT 400MM.PL

Po gali próbowaliśmy ustalić, co czeka Adamka w najbliższej przyszłości, ale żadne konkrety nie padły. Ani z ust głównego zainteresowanego, ani promotora Borka. Jedno jest pewne, „Góral” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i jeszcze zobaczymy go w ringu. Może wojować za granicą, ale w Polsce też nie zabraknie chętnych do walki z nim. Swoją kandydaturę już zgłosił Krzysztof Zimnoch. Tak na marginesie, to dobry pomysł na promocję. „Chcę walki z Adamkiem” – chwytliwe hasło, prawda?

Masternak skradł show Adamkowi

Mateusz Masternak i Robert Talarek to bez wątpienia najwięksi wygrani gali PBN 7. Ten pierwszy w pojedynku z Siłłachem zdał test na męskość i przy okazji skradł show Adamkowi. Był w tarapatach (rozcięty łuk brwiowy, liczenie), momentami walka wymykała mu się spod kontroli, ale dał radę. Ukłony, „Master”. Z obu stron oglądaliśmy boks w najlepszym wydaniu. Wynik był na styku, werdykt mógł pójść w obie strony. Masternak takie historie już przerabiał. Na wyjeździe tego typu walki przegrywał, teraz to jego ręka powędrowała w górę. Warto zwrócić uwagę, że „Master” nie ma w tej chwili promotora. Niektórym osobom powinno dać to do myślenia.

FOT 400MM.PL

Mocnego zaplecza promotorskiego nie ma też za sobą Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Ta gala powinna być dla tego chłopaka trampoliną. Pokazał, że ciężka robota, w którą wkłada się serce i charakter, przynosi efekty. Jeżeli odbędzie się kolejna gala PBN, Talarka wypadałoby zaprosić w pierwszej kolejności. Szkoda też, żeby chłopak dalej jeździł po Europie i dostawał po uszach nie od rywali, ale od sędziów. Przed galą Talarek w talii kart był tylko „10”. Po walce z Dąbrowskim nie został od razu asem, ale na pewno o jeden stopień przesunął się w górę.

Sulęcki i Głowacki wygrali… sparingi

Maciej Sulęcki i Krzysztof Głowacki wykonali swoją robotę i mogą iść dalej. Szkoda, że mieli mało wymagających przeciwników. W ich przypadku szkoda czasu na walki, które przypominają sparingi. Plusem jest to, że pokazali się na tak dużej imprezie. Obaj twierdzą, że są gotowi na pojedynki o pasy. Teraz wszystko w rękach ich promotorów i menedżerów.

Andrzej Gmitruk przed walką Łukasza Wierzbickiego przekonywał, że jego podopieczny w Ergo Arenie będzie grał na pianinie. Trzeba przyznać, że Wierzbicki na tle Tlatlika wypadł bardzo korzystnie i wygrał bez problemu. Może nie grał jeszcze na pianinie, ale pokazał, że ma smykałkę do boksu. Andrzej Gmitruk musi jeszcze pracować nad tym chłopakiem. Potencjał na pewno jest.

Były też kontrowersje. Z jajami Janika w roli głównej

Na PBN 7 nie obyło się bez kontrowersji. Sporo dyskutowało się o werdykcie po walce Ewy Brodnickiej. O skandalu nie możemy mówić, ale Ewa na pewno wygrała szczęśliwie.  Viviane Obenauf nie zgadzała się z werdyktem i zaprosiła Brodnicką na rewanż do Szwajcarii. – Jak mi dobrze zapłaci, to czemu nie” – stwierdziła na gorąco „Kleo”.

_IGA1815.jpg

Rewanżu domaga się też Łukasz Janik, który twierdzi, że Adam Balski trafił go poniżej pasa. Powtórki telewizyjne pokazały, że Janik nie ma racji. O samej walce za dużo nie można napisać, bo Balski od początku wziął sprawy w swoje ręce i z każdym ciosem zaznaczał swoją przewagę. Szkoda, że Janik nie miał czasu na normalne przygotowania do tego pojedynku. W sobotę był po prostu słaby. Było bang, bang i po zawodach. Rewanż? Jeżeli Balski nie będzie miał innej opcji, to czemu nie. Poza tym Janik powinien spełnić dwa warunki:

  1. Nie może się przygotowywać na wariackich papierach
  2. Musi kupić sobie suspensor, bo w innym przypadku znowu mogą być jaja

Nie ma powodów do marudzenia

Mateusz Borek przyznał po gali, że rozważany był undercard w stylu braci Kliczko. Czyli wielka kasa idzie na jeden pojedynek, reszta walk interesuje tylko rodzinę i przyjaciół walczących pięściarzy. Szef MB Promotions postawił jednak na inne rozwiązanie.

Zakontraktował Adamkowi rywala z niższej półki, ale dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć w akcji innych, czołowych pięściarzy z polskiego podwórka. To było dobre rozwiązanie, nikt nie powinien marudzić.

Krzysztof Smajek

pbn_nowe rozdanie

  • 24 czerwca odbędzie się gala Polsat Boxing Night 7. 
  • W karcie walk znajduje się osiem pojedynków. Jako danie główne zaserwowana będzie konfrontacja Tomasza Adamka z Solomonem Haumono. 
  • Gala awizowana jest hasłem „Nowe Rozdanie”.  W roli organizatora debiutuje Mateusz Borek. 
  • Jest kilku chętnych do skradnięcia show głównym bohaterom wieczoru. Najwięcej do stracenia ma Tomasz Adamek.
  • Przed PBN 7 jest sporo znaków zapytania. Najważniejsze pytanie brzmi:

Dla kogo będzie to nowe rozdanie?

Tak naprawdę na PBN każdy może coś dla siebie ugrać i trudno powiedzieć, kto ma najwięcej do zyskania. Wróbelki ćwierkają, że po gali w Ergo Arenie przed Tomaszem Adamkiem może otworzyć się ciekawa droga. – On ma teraz większe szanse na zdobycie tytułu mistrza świata lub na walkę z dużym nazwiskiem niż wtedy, gdy piał się w górę i trafił na ścianę zwaną Witalij Kliczko – twierdzi Maciej Miszkiń.

Inni też mogą sporo zyskać. Adam Balski może mieć w CV byłego pretendenta do mistrzowskiego pasa. Krzysztof Głowacki, Mateusz Masternak, Maciej Sulęcki i Ewa Brodnicka mogą przejść kolejny korytarz, który prowadzi do walki o mistrzostwo świata. Łukasz Wierzbicki, Robert Talarek i Norbert Dąbrowski mogą się fajnie wypromować. Łukasz Janik może wrócić do gry. Jest się o co bić.

Kto ma najwięcej do stracenia? 

Tomasz Adamek, bo on już nie ma czasu na porażki. Przegrana z Haumono = emerytura. Na wpadki nie mogą pozwolić sobie ani Głowacki, ani Sulęcki, którzy na papierze są zdecydowanymi faworytami. Porażki mogłyby wyhamować ich kariery. Masternak to czołówka wagi junior ciężkiej i w pojedynku z Siłłachem musi to potwierdzić. Jeśli przegra, znów zrobi krok do tyłu. Kilka już takich w swoje karierze zrobił, więc na kolejny nie może sobie pozwolić.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Na co stać jeszcze czterdziestoletniego Tomasza Adamka? 

To jest pytanie za przysłowiowe sto punktów. „Góral” po raz trzeci wraca z emerytury, na którą tak naprawdę nigdy się nie wybrał. Brzmi to trochę kuriozalnie, ale w jego przypadku tak to wyglądało. Po przegranych pojedynkach mówił, że czas kończyć karierę, ale za każdym razem się rozmyślał. W ostatniej walce z Erikiem Moliną wyglądał bardzo przyzwoicie, dał się jednak trafić i przegrał. W konfrontacji z Haumono nie może zagapić się nawet na chwilę, bo Australijczyk potrafi nokautować rywali. Janusz Pindera, który z bliska obserwował treningi Adamka, twierdzi, że jest on najlepiej przygotowany od wielu lat. Skoro tak, to z Haumono nie powinien mieć większych problemów.

Kto może skraść show głównym bohaterom wieczoru?

Dzień przed galą show Adamkowi na pewno skradnie Ewa Brodnicka, czyli mistrzyni ceremonii ważenia. Tu Tomek i reszta nie będą mieli nic do powiedzenia. Chyba, że „Góral” założy gatki, w jakich w przeszłości paradował Artur Szpilka… Żarty na bok. Jeżeli Krzysztof Głowacki w efektowny sposób znokautuje rywala, pewnie będziemy o tym długo wspominać. Grzmoty mogą być w walce Masternaka z Siłłachem i Balskiego z Janikiem. W tym drugim przypadku raczej jednostronne. Norbert Dąbrowski głośno mówi, że z Robertem Talarkiem chcą skraść show. Niech kradną. Show must go on.

Czy będzie jak u Hitchcocka?

„Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Znacie to z filmów Alfreda Hitchcocka. Czy podobnie będzie na PBN 7? W Ergo Arenie jako pierwsi do ringu wejdą Robert Talarek i Norbert Dąbrowski. Panowie walczyli ze sobą w 2015 roku i wtedy wygrał Dąbrowski. Od tego czasu u jednego i drugiego sporo się zmieniło. Norbert liznął dużego boksu, gdy w Montrealu stoczył 10-rundowy pojedynek z Alvarezem. Wcześniej odniósł cenne zwycięstwo nad Markiem Matyją. Talarek robotę w kopalni łączy z treningami. Wychodzi mu to całkiem nieźle, wygrał cztery ostatnie walki. 24 czerwca będzie chciał wyrównać rachunki z Dąbrowskim, więc po godzinie 18 ziemia w okolicach Ergo Arenie może się zatrząść.

Jak dużym znakiem zapytania jest Łukasz Janik?

Ogromnym. Nie walczył dwa lata, w tym czasie zmagał się z wieloma problemami zdrowotnymi. Pojedynek z Adamem Balskim wziął miesiąc przed galą, więc nie miał czasu na normalne przygotowania. Nie ściemnia nikogo, o swojej formie mówi wprost: „nie ma szału”. Janik to facet, który w ringu nie pęka, zostawia serce i walczy na charakterze. Tak samo będzie 24 czerwca. Czy jest w stanie przetrwać cały dystans? Wątpliwa sprawa. Balski to nie Drozd czy Afolabi, ale trzeba przyznać, że chłopak rozkręca się z walki na walkę i jest faworytem tej konfrontacji. Jednak pamiętajmy, że pięściarz Tymexu nie walczył jeszcze na tak dużej gali. Światła, flesze, oczekiwania i presja potrafią przytłoczyć. Jeżeli wytrzyma głowa, ręce dadzą sobie radę.

Czy Krzysztof Głowacki załatwi sprawę przed czasem?

„Główka” za każdym razem powtarza, że czuje ogromny głód boksu. Nie ma się co dziwić, ostatnią walkę stoczył w październiku 2016 roku. Stracił wtedy pas mistrza świata. Pierwotnie jego rywalem miał być Brian Howard, ostatecznie ring będzie dzielił z niepokonanym Hiznim Altunkayą. – Dla mnie to żadna różnica, kogo będę bił – tymi słowami Głowacki skomentował zmianę rywala. Turek jest kopią Pawła Kołodzieja. Fajny dla oka rekord wyhodował na słabych rywalach, ale żarty już się skończyły. 24 czerwca Głowacki powie: sprawdzam. Pamiętacie, jak Kołodzieja zweryfikował Lebiediew? Altunkaya czeka to samo z rąk Głowackiego.

Jak mocno bije świeżo upieczony tata?

Witalij Kliczko stwierdził kiedyś, że gdy został ojcem, zaczął bić dużo mocniej. Zobaczymy, czy w przypadku Macieja Sulęckiego, któremu w trakcie przygotowań do PBN 7 urodziła się córka, będzie tak samo. Warto przypomnieć, że jakiś czas temu za Maćkiem ciągnęła się opinia pięściarza, który ma watę w rękawicach. – Nie przejmuje się takimi słowami, bo wiem, co drzemie w moich rękach – tak Sulęcki odpowiadał na zaczepki krytyków. Swoje zaczął też robić w ringu. Po efektownym nokaucie na Grzegorzu Proksie nikt mu już nie wypominał, że głaszcze rywali, zamiast ich bić. Damian Ezequiel Bonelli musi się nastawić, że od pierwszej rundy będzie pod ciągłym ostrzałem Sulęckiego, który sześć ostatnich walk wygrał przed czasem. Kolejna taka wygrana będzie mile widziana.

W jakim stroju na ważeniu wystąpi Ewa Brodnicka?

Ewa lubi zaskakiwać na ceremoniach ważenia. Tym razem, gdy kamer będzie o wiele więcej niż zwykle, pewnie przygotuje coś ekstra. Z cyklu „Droga do PBN” dowiedzieliśmy się, co założy na after party. A co czeka Brodnicką w ringu? W ostatniej chwili doszło do zmiany jej rywalki i wygląda na to, że Ewa będzie miała więcej roboty niż z Marisol Reyes. Viviane Obenauf to twarda babka, nie pękła przed Katie Taylor, nie wystraszy się też Polki. Na barkach Brodnickiej spoczywa spory ciężar. Na PBN 7 będzie musiała w ładny sposób „sprzedać” kobiecy boks. Klinczu kibice nie kupią.

Czy Łukasz Wierzbicki zagra na pianinie?

Wierzbicki przeciętnie wypadł w debiucie na polskim ringu. Nie możemy go usprawiedliwiać, że w głowie miał już wtedy występ na PBN 7. W jego boksie nie było błysku. Andrzej Gmitruk zapowiada, ze w Ergo Arenie jego pięściarz będzie grał na pianinie. Trzymamy za słowo, bo w Ełku Wierzbicki grał na trąbce i przy okazji trochę fałszował.

Ile będzie nokautów?

Nokauty są solą boksu, więc każdy jest mile widziany. Szybko policzmy. Głowacki na 99 procent zafunduje rywalowi KO, Balski też powinien załatwić sprawę przed czasem. Argentyńczycy nie pękają, ale podobno ojcowie biją mocniej, więc Sulęcki też wcześniej może pójść pod prysznic. I to by było chyba na tyle. A może warto dopisać do tej listy jeszcze Tomasza Adamka, który przeżywa drugą młodość…

Czy Mateusz Borek będzie musiał sprzedać mieszkanie?

Na koniec został wątek finansowy. Mateusz Borek, który będzie debiutował w roli organizatora gali, podkreślał w wywiadach, że jeśli projekt pod nazwą PBN 7 nie wypali, będzie musiał sprzedać mieszkanie. Nie od dziś wiemy, że polski boks jest w kryzysie. 24 czerwca dostaniemy odpowiedź na pytanie, czy w naszym kraju jest jeszcze zapotrzebowanie na szermierkę na pięści na wysokim poziomie. Jeśli chodzi o matchmaking, Borek stanął na wysokości zadania. Wprawdzie w karcie walk brakuje zestawienia, które niesie za sobą jakąś pikantną historię lub konfrontacji typu Szpilka vs Adamek, ale i tak nikt nie powinien narzekać. Miał być sport i jest sport. Popka z Robertem Burneiką w ringu nie zobaczymy. Jeśli ludzie tego nie „kupią” i Mateusz Borek będzie musiał dołożyć do interesu, to nad polskim boksem pojawią się coraz ciemniejsze chmury. Taki scenariusz jednak zawczasu przekreślamy. Projekt PBN 7 musi wypalić, bo nikt ludziom bubla nie wciska.

IMG_3864

Z Maciejem Miszkiniem, byłym pięściarzem i komentatorem boksu, porozmawialiśmy o gali Polsat Boxing Night 7, która 24 czerwca odbędzie się w Ergo Arenie. – Tomek Adamek na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość. W rozmowie poruszyliśmy też wątki dotyczące Artura Szpilki i Andrzeja Fonfary. – „Szpila” nie jest na żadnym zakręcie swojej kariery. Zakręt pojawi się, gdy Adam Kownacki go trafi, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Mateusz Borek mówi, że gala Polsat Boxing Night 7 da nam odpowiedź na pytanie, czy my jeszcze chcemy dużych gal. Wypali ten projekt?

W Polsce mocno zmieniło się podejście do wydarzeń sportowych i rozrywkowych. Wszystko poszło w tym kierunku, że nie da się już nikomu wcisnąć bubla. Nie sprzedają się wyblakłe gwiazdy z lat 90-tych. Jeśli event ma być w PPV, to musi być duże wydarzenie i duże nazwiska. PBN 7 spełnia te warunki. Poza tym ma świetną promocję. Żadna gala w Polsce nie była jeszcze promowana z takim rozmachem i w stylu zbliżonym do amerykańskiej TV. Myślę, że ten projekt wypali.

„Koniem pociągowym” gali PBN 7 jest Tomasz Adamek. Da radę w tej roli? Ludzie nadal chcą go oglądać?

Na rynku niemieckim walka wieczoru sprzedaje 85 procent biletów i w ogóle generuje największe zainteresowanie galą. Moim zdaniem PBN 7 ma ciekawszą kartę walk niż gale Kliczki, na których tylko walka wieczoru przykuwa uwagę, reszta jest mało interesująca. Wracając do pytania, myślę, że nazwisko Tomasza Adamka przyciągnie jeszcze publikę. Promocyjnie wyciśnięto z niego bardzo dużo. Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz, przed „Góralem” otwiera się droga, której w życiu się nie spodziewałem. On ma teraz większe szanse na zdobycie tytułu mistrza świata lub na walkę z dużym nazwiskiem niż wtedy, gdy piał się w górę i trafił na ścianę zwaną Witalij Kliczko. Coś się wokół Tomka dzieje.

O jaką drogę chodzi?

Są dwie albo trzy ścieżki. Nie jestem upoważniony, żeby zdradzać szczegóły, ale każda z nich jest atrakcyjna. Jedna nawet bardzo.

Coś więcej?

O jednej z tych opcji marzyłem, gdy Adamek wdrapywał się na szczyt wagi ciężkiej. Żałowałem wtedy, że trafił na Kliczkę, bo chciałem dla niego innego przeciwnika. Teraz jest szansa, że zaboksuje z takim rywalem i ja na to czekam.

Czyli Gus Curren wcale nie zagalopował się, twierdząc, że w przypadku Tomka myślenie o zdobyciu MŚ nie jest przesadą?

Jeśli myślimy w kontekście Fresa Oquendo, to Curren się nie zagalopował. Briggs wpadł na dopingu i teraz pas WBA Regular jest dostępny. Oquendo jest zawodnikiem, którego Adamek spokojnie może wyboksować, a w dobrej formie mógłby zrobić z niego zwykłe przyrządy. O walkach Tomka z Joshuą czy Wilderem nie mówimy, bo w rywalizacji z tymi przeciwnikami Polak stoi na straconej pozycji.

Jakiego „Górala’ spodziewasz się 24 czerwca w Ergo Arenie?

Lepszego niż w pojedynkach z Przemkiem Saletą i Erikiem Moliną. Tomek jest w dobrej formie, obóz przygotowawczy zaczął wcześniej niż zwykle. Widziałem go na sparingu z Adamem Kownackim i już wtedy prezentował się z dobrej strony. Na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość.

Adamek może być jeszcze tak dobry jak w walce z Chrisem Arreolą?

To będzie zupełnie inny Adamek. Wątpię, żeby był tak szybki, jak w tamtym pojedynku. Mnie Tomek w wadze ciężkiej najbardziej podobał się w walce z Andrzejem Gołotą. Był wtedy jeszcze typowym cruiserem. Imponował kombinacjami i szybkością.  Być może obraz tamtego pojedynku zaciemnia forma Gołoty, który był wtedy już mocno ograniczony ruchowo, ale debiutujący w wadze ciężkiej Adamek robił z nim, co chciał.

Czy Haumono może „Góralowi” zawiesić wyżej poprzeczkę niż Molina?

Nie. Haumono jest innym typem pięściarza niż Molina. Wprawdzie mają tę samą broń w arsenale, ale są inni. Haumono jest typem zawodnika siłowego, który cały czas wywiera presję i próbuje zamęczyć rywala. Jednak jest mniej cierpliwy i wolniejszy od Moliny, który w szukaniu ciosu z prawej ręki jest bardziej wyrafinowany. Adamek musi uważać na prawą rękę Haumono, ale powinien dać sobie radę z tym rywalem.

Wróćmy jeszcze do tematu promocji zawodników i sprzedaży PPV. Czy widzisz w Polsce pięściarza, który w niedalekiej przyszłości może przejąć od „Górala” pałeczkę, jeśli chodzi o sprzedaż PPV?

Najbliżej tego jest chyba Krzysztof Głowacki. Musiałby jednak stoczyć jeszcze ze 2-3 takie ringowe wojny jak z Marco Huckiem. Koniecznie z rywalami z najwyższej półki i najlepiej medialnymi postaciami. Długa droga przed nim, bo dzisiaj Krzysiek nie jest rozpoznawalny. W krótkiej perspektywie nie widzę następców Adamka. Sięgając dalej, może Maciej Sulęcki? Jeśli pobiłby jakiegoś mistrza świata, wtedy można byłoby go na tej podstawie promować.

Głowackiemu ciężko będzie się wypromować na PBN 7, bo Hizni Altunkaya, który zastąpił Briana Howarda, jest w Polsce anonimowy. Czy sportowo będzie dla Krzyśka wyzwaniem?

Racja, przeciwnik „Główki” jest anonimowy, a Krzysiek to przecież najlepszy polski pięściarz bez podziału na kategorie wagowe. Altunkaya jest słabszą wersją Hucka. Stoi za gardą i zrywa się pojedynczymi, agresywnymi uderzeniami, które próbuje złożyć w serie. Jednak w trakcie ataku opuszcza prawą rękę i tu widzę szansę, żeby Krzysiek go efektownie znokautował.  Po cichu stawiam, że to będzie KO wieczoru.

Na myśl, o którym pojedynku najbardziej przebierasz nogami?

W tej kwestii sporo się u mnie zmieniło. Na początku bardzo ciekaw byłem walki Masternaka z Sillachem. Szczególnie dlatego, że stawiam na Ukraińca. Jednak, gdy do karty walk wskoczył Łukasz Janik, teraz najbardziej czekam na jego pojedynek z Adamem Balskim.

Janik jest dużym znakiem zapytania, ostatnią walkę stoczył dwa lata temu. Miałeś z nim jakiś kontakt w ostatnim czasie?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy i już wtedy mówił mi, że jest w treningu. Łukasz jest spragniony walki, splendoru i poklasku. Chce znów zaistnieć.  To jego kolejna szansa w życiu. Miał ich już kilka, część wykorzystał, większość jednak zaprzepaścił. Jeśli pokona Balskiego, wróci do gry. Może nie zaproszą go od razu do walki mistrzowskiej, ale jest wielu Polaków, z którymi może walczyć za coraz większe pieniądze.

Janika czeka trudne zadanie, bo przecież Adam Balski z walki na walkę zbiera coraz więcej komplementów. Wypłynie ten chłopak na szerokie wody?

Najwięcej komplementów spłynęło na Adama po pojedynku z Tarasem Oleksiyenko. To był pokaz boksu w jego wykonaniu. Ukrainiec to przeciętny pięściarz, ale Balski wypadł na niego tle rewelacyjnie. Nie każdy potrafi zaprezentować się z dobrej strony w konfrontacji ze słabszym rywalem. Widziałem walkę Oleksiyenko z Arturem Mannem i niemiecki prospekt wypadł blado. Balski z tym samym rywalem błyszczał. Na Adama pierwszy raz zwróciłem uwagę, gdy w fajnym stylu rozprawił się z Walerym Brudowem.

Balski jest dość odważnie prowadzony. Dobrą drogę obrał jego promotor?

Tak naprawdę Mariusz Grabowski nie ma innego wyjścia, bo Balski jest jedynym pięściarzem, który ciągnie jego grupę. Oczywiście w Tymexie jest jeszcze Ewa Brodnicka, ale jestem sceptykiem kobiecego boksu. Ewa robi dobre wrażenie na ważeniu, ale później w ringu jest nuda. Balski potrafi zelektryzować publiczność. Ci, którzy znają się na boksie, doceniają jego walory.

Janik będzie dla Balskiego trudniejszym rywalem niż Vakapita Meroro?

Nie sądzę. Meroro dawał dobre pojedynki z bombardierami, nie czuł przed nikim respektu. Podejmował wymiany z Kudriaszowem, który podłącza do prądu każdego rywala. Skoro nie pękł przed Rosjaninem, to z Balskim też wchodziłby w wymiany. Z ringu leciałyby iskry. Pod względem medialnym lepszym strzałem jest jednak Janik. Łukasz jest rozpoznawalny, prężnie działa w mediach społecznościowych. Wokół tego pojedynku będzie głośno.

Panowie mogą skraść show głównym bohaterom wieczoru?

Oni już teraz trochę je skradli. Wystarczy spojrzeć, ile pojawiło się komentarzy w sieci po ogłoszeniu ich walki. Temperatura wokół pojedynku już teraz jest wysoka, a będzie jeszcze wyższa. Wydaje mi się, że ciekawie będzie też w walce Masternaka. Moim zdaniem Sillach ma więcej argumentów, bo jest szybszy, mocniej bije i ma doskonałą pracę nóg. Może wypunktować Mateusza, ale jest też w stanie go znokautować. Nie twierdzę, że Masternak jest bez formy, wręcz przeciwnie, obserwuje go na Legii i imponuje mi swoją dyspozycją. Stawiam jednak na Sillacha.

Kończąc wątek PBN 7, Mateusz Borek składał Ci propozycję występu na gali?

Były z jego strony jakieś insynuacje na Twitterze, ale raczej w formie żartu. Bezpośredniej rozmowy na ten temat nie było, bo Mateusz wie, że nie wrócę już z bokserskiej emerytury.

Naprawdę nie kusiło Cię do zmiany decyzji?

Nie.

Stawiałeś, że Andrzej Fonfara przegra przed czasem z Adonisem Stevensonem, ale tak słabej walki w jego wykonaniu chyba nie brałeś pod uwagę?

Dlaczego? Stevenson jest jednym z najmocniej bijących zawodników bez podziału na kategorie wagowe, a Andrzej ma luki w obronie, dlatego to się mogło skończyć zarówno w dziesiątej jak i pierwszej rundzie. Scenariusz walki nie był zaskakujący.

Trener Andrzeja doleciał do niego chwilę przed walką. Hunter nie jest człowiekiem od wiaderka tylko trenerem, a jego zawodnik walczył o mistrzostwo świata. Czy to nie była patologiczna sytuacja?

Jest to dla mnie trochę dziwne, bo przeważnie trenerzy przed takimi pojedynkami spędzają dużo czasu ze swoimi zawodnikami. Była to duża walka za duże pieniądze. Nie startowałem nigdy na tym poziomie, co Andrzej, ale przerabiałem podobne sytuacje i nigdy nie miałem z tym żadnego problemu. Nie traciłem spokoju, gdy nie było przy mnie trenera, czułem się dobrze sam ze sobą. Myślę, że brak trenera nie miał wpływu na przebieg pojedynku. Wpływ miał sierpowy, który prawie urwał głowę Fonfarze. Czy Hunter będąc z Andrzejem przed walką 24 godziny na dobę, zmieniłby na tyle jego głowę, że byłby on w stanie przyjąć taki cios? Nie sądzę.

Andrzej zrobił jakiś postęp pod wodzą Huntera?

Na samym początku walki widziałem, że przesunął balans na środek a nawet na nogę zakroczną. Dzięki temu przez pierwsze sekundy walki unikał ciosów Stevensona.  Niestety, gdy po pierwszym mocnym ciosie doszedł stres, od razu powrócił nawyk przechodzenia na nogę wykroczną. To nawyk, którego nikt przez lata u Andrzeja nie poprawiał. Hunter miał za mało czasu, żeby „naprawić” Fonfarę.

Po walce ze Stevensonem pojawiły się informacje, że Andrzej planuje przeprowadzkę do kategorii junior ciężkiej. Podoba Ci się ten pomysł?

Tak. Andrzej w kategorii cruiser będzie miał lepszy przegląd, będzie widział więcej ciosów, bo jest z niższej kategorii, w której szybciej się bije. Jak nabierze kilogramów, będzie uderzał jeszcze mocniej. Ma niezłą szybkość, warunkami fizycznymi przewyższa wielu cruiserów, dlatego nie widzę żadnych przeciwskazań, żeby zmienił kategorię wagową.

Ja jestem sceptycznie nastawiony do tej przeprowadzki. Może niech Andrzej najpierw popracuje nad obroną, a dopiero później pomyśli o zmianie kategorii wagowej.

To może zrobić jednocześnie, bo przechodząc do kategorii junior ciężkiej, będzie miał co najmniej jednego lub dwóch rywali, zanim dojdzie do walki o mistrzostwo świata. To potrwa około roku, więc będzie czas na poprawę obrony z nową wagą. To proces płynny i równoległy, więc nie widzę w tym żadnego problemu. Zresztą pięściarze z topu kategorii półciężkiej, mam tu na myśli Stevensona, Kowaliowa czy Beterbijewa, wcale nie biją słabiej od czołowych cruiserów.

Fonfara może jeszcze liczyć na dobre walki za duże pieniądze?

Andrzej już teraz jest rozpoznawalną marką w USA. Miał dwie walki o mistrzostwo świata, był pokazywany w dużej telewizji, więc jest odpowiednio wypromowany. W takiej sytuacji jest łatwiej o kolejny pojedynek za konkretne pieniądze. Myślę, że jeszcze dostanie dużą walkę.

Na taki pojedynek czeka też Artur Szpilka, który przez moment był na małym zakręcie swojej kariery.

Dzisiaj nie jest już na żadnym zakręcie. Ma rywala z dobrym rekordem, który będzie mu idealnie pasował. Jeśli wygra z Adamem Kownackim, dostanie Krzysztofa Zimnocha, który też będzie dla niego łatwym przeciwnikiem. Wygra te dwie walki i znów zaistnieje w rankingach. Zakręt pojawi się, gdy Kownacki trafi Szpilkę, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza. Adam nie ma praktycznie żadnych szans. Jeśli Szpilka będzie pracował na nogach i robił swoje, to stanie się nieuchwytny dla swojego rywala. Będzie dla niego znikającym punktem.

Adam ma inne zdanie na ten temat. „Ja mam ciężkiej ręce, a on słabą szczękę” – zapewnia Kownacki. 

Artur nie ma słabej szczęki. Jeśli Adam wyrobił sobie taką opinię po walce z Wilderem, to jest w błędzie. Po takim ciosie Amerykanina odfrunąłby każdy. Artur leżał też po ciosach mocno bijącego Mike’a Mollo, ale podnosił się po nich i brał sprawy w swoje ręce. Ten sam Mollo trafił Zimnocha i Krzysiek już się nie podniósł. Szpilka przyjął mocniejsze uderzenie, ale wstał i wygrał. Opinia, że Artur ma słabą szczękę jest nietrafiona. Owszem, popełnia błędy w obronie, unosi brodę do góry i to jest jego problemem, ale nie szklana szczęka.

Arturowi potrzebny był wyjazd do USA?

Jak najbardziej. Szpilce potrzebny był nowy rodzaj obrony. Taki, który pozwoli mu dłużej zostać w półdystansie i będzie opierał obronę na balansie. Amerykański styl, ta większa swoboda w pracy w półdystansie zdecydowanie mu się przyda. Nie oszukujmy się, w Polsce pięściarze w półdystansie średnio potrafią boksować, a Artur w USA pod tym względem zrobił postęp. Oczywiście nie wszystko w Ameryce szło po jego myśli, bo sporo czekał na datę walki. Jednak to, że przygotowywał się już kilka razy do pojedynku, wyjdzie mu tylko na zdrowie. Do konfrontacji z Kownackim będzie znakomicie przygotowany fizycznie, będzie mocniej uderzał i będzie szybszy niż kiedykolwiek.

Wierzysz, że w tym roku dojdzie jeszcze do jego walki z Krzysztofem Zimnochem?

Jest na to rynek i zapotrzebowanie, więc do końca roku panowie powinni spotkać się w ringu. Po drodze wiele może się jednak zdarzyć. Szpilka po walce z Kownackim może dostać kogoś z czołówki wagi ciężkiej za dobre pieniądze. Podobnie może być w przypadku Zimnocha. Jeśli wygra z Abellem w Radomiu, może otrzymać ciekawą ofertę. Jeżeli promotorzy będą mieli do wyboru: zarobić dobre pieniądze na Szpilce i Zimnochu oddzielnie lub zarobić na ich wspólnym pojedynku, to prawdopodobnie wybiorą pierwszą opcję i na pojedynek Szpilka vs Zimnoch jeszcze poczekamy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Przed pojedynkiem Joshui z Kliczką pisałem, że waga ciężka potrzebuje walki mistrzowskiej, o której będziemy rozmawiać dłużej niż trzy minuty po jej zakończeniu. Główni bohaterowie wieczoru stanęli na wysokości zadania i między linami urządzili niezłą imprezę. Były grzmoty, były fajerwerki. To była walka, której powtórki śmiało można sprzedawać w systemie PPV.

Zanim Joshua i Kliczko weszli do ringu, kreślono różne scenariusze ich pojedynku. Dominowała opinia, że konfrontacja tych panów nie potrwa całego dystansu. Faktycznie, sędziowie punktowi byli niepotrzebni, ale impreza i tak potrwała trochę dłużej niż wiele osób zakładało.

Andrzej Kostyra komentując walkę, powiedział, że Kliczko zabrał Joshuę z liceum na uniwersytet. Tak było. Anglik w sobotni wieczór zdał trzy trudne egzaminy. Pierwszy, z charakteru, bo wstał z desek i był w stanie odwrócić losy pojedynku. Drugi, z ringowej inteligencji. Gdy się wystrzelał i był zraniony, wziął sobie chwilowy urlop od walki. W odpowiednim momencie wypluł też ochraniacz na zęby, dzięki czemu zyskał cenne sekundy. Inna sprawa, że Kliczko pozwolił mu na dojście do siebie. Trzeci egzamin Joshua miał z presji. Też dał radę, wytrzymał ciśnienie i poradził sobie z oczekiwaniami 90 tysięcy ludzi, którzy dla niego kupili bilety.

Boks potrzebował w wadze ciężkiej kogoś takiego jak Joshua. Faceta, który nie boi się wyzwań. Brytyjczyk mógł przecież pompować swój rekord jak Deontay Wilder, unikać Kliczki, prężyć muskuły poza ringiem, ale wybrał inną drogę. Dzisiaj jest właścicielem trzech pasów i waga ciężka należy do niego.

Na horyzoncie widać już gdzieś walkę Joshuy z Tysonem Furym. Zanim jednak na poważnie zaczniemy rozmawiać o takiej konfrontacji, olbrzym z Wilmslow musi zrzucić zbędne kilogramy i pozbyć się rdzy. Musi w ogóle wrócić na ring. Możemy być jednak pewni, że Anthony nie schowa się przed Tysonem do szafy. Może na Wembley przyjedzie też Wilder, który już zadeklarował taką chęć. Do jego zapowiedzi trzeba jednak podchodzić z dystansem, bo Amerykanin nie lubi wchodzić do głębokiej wody. Jednego możemy być pewni, z Joshuą na tronie nie będzie nudy.

Co dalej z Władimirem Kliczko? Jeżeli jeszcze będzie mu się chciało zakładać rękawice i iść do roboty, to nie musi kończyć kariery. Przecież wciąż zalicza się do czołówki wagi ciężkiej, wciąż Wilder ma pełnego pampersa, gdy myśli o pojedynku z nim. Wciąż może zarabiać kasę w ringu. Po sobotniej walce nikt już nie powie, że Kliczko jest szklany, że nie ma charakteru. Ukrainiec przegrał, ale swoje wygrał. Wygrał szacunek kibiców. Do ringu wchodził przy akompaniamencie gwizdów, po walce gwizdy zamieniły się w brawa. Rewanż z Joshuą? Z punktu widzenia kibiców, czemu nie. Zróbcie to jeszcze raz. Tylko Wembley na taką imprezę może być już za małe.

Pytanie tylko, czy Władimirowi chce się jeszcze w to bawić? Ale to już nie jest problem Joshuy.

Krzysztof Smajek

kliczkovsjoshua

Przez wiele lat wydawało się, że rywal Władimira Kliczki musi wejść do ringu z pistoletem i mieć pod ręką ze dwa granaty, żeby odebrać mu mistrzowskie pasy. Ukrainiec przez lata był tyranem w wadze ciężkiej i każdego oponenta, który chciał położyć łapy na jego pasach, obijał bez litości. Warto podkreślić, że to nie były dobre czasy dla królewskiej dywizji. Wiało nudą z każdej strony.

Przyszedł jednak Tyson Fury, tupnął nogą i okazało się, że ten ukraiński dyktator wcale nie jest taki straszny. Kliczko został mentalnie zniszczony przez Brytyjczyka i praktycznie bez walki oddał mu mistrzowskie pasy. W ciągu 12 rund zadał raptem 52 celne ciosy, żaden z nich nie zrobił wrażenia na olbrzymie z Wilmslow. Tyran oddał władzę i wypadł z obiegu na kilkanaście miesięcy, bo Fury nie za bardzo kwapił się do walki rewanżowej.

Zresztą Fury pasami, które dostał od Kliczki, długo się nie nacieszył. Miał problemy z narkotykami, alkoholem i depresją, dlatego musiał zwakować i wypuścić swoje skalpy na rynek. Trafiały one w różne ręce. Właścicielem jednego z nich został Anthony Joshua. Zdobył go w pojedynku, tfu, pas federacji IBF przyniósł i podał mu na tacy Charles Martin. Brytyjczyk bronił go dwa razy, ale Dominic Breazeale ani tym bardziej Eric Molina nie byli w stanie zrobić mu krzywdy.

Joshua to facet, który do ringu zawsze wchodzi z ostrą amunicją. Liczby w jego rekordzie robią wrażenie: 18 walk i 18 „zastrzelonych” przed czasem rywali. Teraz na jego drodze stanie podrażniony Władimir Kliczko, który chce odzyskać władzę w wadze ciężkiej i zmazać plamę po ostatnim występie. Gdy panowie wejdą do ringu, ziemia powinna zadrżeć, a 90 tysięcy ludzi na Wembley pewnie wstrzyma oddech.

Eksperci mają twardy orzech do zgryzienia, bo tutaj zdarzyć może się wszystko. Można powiedzieć pół żartem, pół serio, że ta walka odzieli mężczyzn od chłopców. Wśród ekspertów oczywiście. Wydaje się, że w tym pojedynku sędziowie punktowi nie będą potrzebni, bo przecież do ringu wejdzie dwóch uzbrojonych po zęby facetów. Powinna być strzelanina. Żaden z nich nawet na moment nie może się zagapić.

Waga ciężka potrzebuje walki mistrzowskiej, o której będziemy rozmawiać dłużej niż trzy minuty po jej zakończeniu. Bo przecież tyle mniej więcej dyskutuje się po dobrowolnych obronach Deontaya Wildera. O walce Parker ve Cojanu (chyba nie przekręciłem nazwiska) nie będziemy w ogóle gadać. Dlatego musimy liczyć na to, że Kliczko i Joshua nie będą grać w warcaby. Że dadzą taką walkę, o której będziemy rozmawiać przy piwie nawet za kilka lat.

Mimo że pas federacji IBF należy do Joshui, to więcej do stracenia ma Władimir Kliczko. On już nie ma czasu na porażki. Obaj w sobotę znajdą się w nowych dla siebie sytuacjach. Ukrainiec będzie czekał przed pojedynkiem na swojego rywala w ringu. Do tej pory to jego przeciwnicy patrzyli, jak Władimir idzie wykonać egzekucję. Z kolei Joshua po raz pierwszy będzie pływał w tym samym akwarium z grubą rybą. Na dodatek podrażnioną.

Jak to się skończy? Pewnie nokautem. Gdybym miał wykupić reklamę na podeszwach któregoś z nich, to wybrałbym buty Kliczki, bo przecież Joshua nie bierze jeńców.

Krzysztof Smajek

1. Jakiego Michaela Granta zobaczymy w ringu?

Amerykanin zapewnia, że nie przyjechał po porażkę. Mówi, że ma paliwo w baku, że jest doświadczonym lisem… Bla, bla, bla. W sumie to mógłby powiedzieć, że po obiciu Krzysztofa Zimnocha obierze kurs na Deontaya Wildera i jego pas WBC. Opowiadać może różne historie. Fakty są takie, że Grant ostatni raz walczył w 2014 roku, ostatnią wygraną zanotował w 2011 roku. Dzisiaj jest bokserskim emerytem i fajerwerków w Legionowie już nie odpali. Grant miał miesiąc na przygotowania do sobotniego pojedynku, ale w ciemno można założyć, że nie biegał po lasach czy górach do utraty tchu. Nie ma szans, rdzy nie zrzucił. Jego walka z Zimnochem jest zakontraktowana na 8 rund. Jeśli były rywal Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka przetrwa cały dystans, to wyjazd do Polski będzie mógł uznać za udany. W tym miejscu rodzi się jednak kolejne pytanie:

2. Czy Krzysztof Zimnoch musi znokautować Granta?

Jeżeli masz mistrzowskie aspiracje, a przecież takie zgłasza Zimnoch, to na przeciwników pokroju Granta nie możesz brać nadgodzin. Polak powinien w miarę szybko załatwić sprawę i pójść pod prysznic. Legionowo to nie jest jednak ulubione miejsce Krzyśka. Tam przecież przegrał z Mike’em Mollo i stracił zero w rekordzie. Dlatego nie można wykluczyć scenariusza, że włączy mu się tryb „ostrożny” i spędzi z Grantem w ringu osiem rund. W takim trybie boksował choćby z Mateuszem Malujdą czy Arturem Bińkowskim, ale to było kilka lat temu. Dzisiaj Zimnoch jest podbudowany wygraną nad Mollo, więc z Grantem nie powinien mieć żadnych problemów. Tak na marginesie, szkoda że Krzysiek nie wziął walki z Adamem Kownackim na Polsat Boxing Night 7.

3. Czy Tomasz Gargula nadaje się jeszcze do tego sportu?

W sumie na to pytanie można odpowiedzieć już dzisiaj. Odpowiedź brzmi: nie. Gargula jest już rozbity i ostatnio przegrywa wszystko jak leci. Pięć porażek z rzędu, w tym cztery przed czasem. Taki bilans chwały mu nie przynosi. Tomek prędzej czy później dojdzie do wniosku, że nie ma sensu dłużej się w to bawić, ale skoro wziął walkę z Mateuszem Trycem, to oznacza, że jeszcze nie ma dosyć. Tryc w sobotę będzie debiutował na zawodowych ringach, ale to jego trzeba stawiać w roli faworyta. Musi tylko pamiętać, że Gargula nie przewraca się po pierwszym ciosie. Rozbić go jednak można. A nawet trzeba.

4. Po co Kamilowi Szeremecie ta walka?

Na rozgrzewkę przed czymś większym, bo tak naprawdę Szeremeta nie powinien zawracać sobie głowy takimi rywalami. Sebastian Skrzypczyński to rzemieślnik, który wprawdzie nie kalkuluje w ringu, idzie na całość, ale nie zmienia to faktu, że jest tylko rzemieślnikiem. Skrzypczyński nie ma nic do stracenia. Szeremeta na odwrót. Wygrana nic mu nie da, porażka wyhamuje karierę. Kamil w rozmowie z „Super Expressem” powiedział, że do sobotniego pojedynku przygotowuję się tak, jakby czekała go najtrudniejsza walka w życiu. Dobre podejście. Musi wejść do ringu i zrobić swoje. Przecież to tylko mocniejszy sparing.

5. Czy Michał Syrowatka wygra przed czasem?

Pojedynek zakontraktowany jest na 6 rund, więc może nie zdążyć. Tym bardziej, że Krzysztof Szot nie lubi przegrywać przed czasem. Ma na koncie 20 porażek, ale tylko w trzech przypadkach nie dotrwał do końca walki. Syrowatka jest w tej samej sytuacji co Kamil Szeremeta. Musi wygrać i iść do przodu. Niestety, po wygranej w 2014 roku z Michałem Chudeckim na Polsat Boxing Night jego kariera nie nabrała rozpędu. Może po gali w Legionowie to się zmieni.

6. Jak będzie wyglądał Dariusz Sęk po rozstaniu z Andrzejem Gmitrukiem?

Sęk rozpoczyna nowy rozdział w swoim bokserskim życiu. Po wielu latach rozstał się z Andrzejem Gmitrukiem i teraz będzie jadł chleb z innego pieca. Sęk w ostatnich walkach wyglądał blado, a pojedynek z Mustafą Chadlioui pewnie długo odbijał mu się czkawką. Kiedyś Darek wypowiedział fajne zdanie: stawiaj na Sęka, bo Sęk nie pęka. Dzisiaj to hasło jest już przeterminowane. Liczymy jednak, że w Legionowie Sęk nie pęknie i wreszcie zaboksuje na przyzwoitym poziomie. Przemek Garczarczyk w jego pojedynku z Wiktorem Poljakowem upatruje nawet walki wieczoru. Nie mamy nic przeciwko.

Zrzut ekranu 2017-04-21 o 13.57.18

 

izu_foto
fot. PBC

  • Izu Ugonoh w sobotę po raz pierwszy pokaże się na salonach. Z małych gal w Nowej Zelandii wskakuje na imprezę w Alabamie. 
  • Wcześniej obijał rywali, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów i padali jak muchy. 
  • Teraz wejdzie do ringu z Dominikiem Breazeale’em, który ma ochotę wygrać z nim przez nokaut.  
  • Izu jest pięściarzem-zagadką, więc Breazeale w sobotę wybiera się na randkę w ciemno. 
  • Jeśli Izu wygra w Alabamie, to potrzebna będzie walka Szpilka vs Ugonoh, żeby wyjaśnić, który z nich jest numerem jeden wśród polskich ciężkich. 


JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

W 2014 roku Izu Ugonoh obrał kurs na Nową Zelandię i postawił dziewiczy krok w królewskiej dywizji. W tym czasie Artur Szpilka zdawał dwa poważne egzaminy w wadze ciężkiej. Pierwszy oblał, bo Bryant Jennings nie dał sobie w kaszę dmuchać. Drugi zdał, bo w dobrym stylu wypunktował Tomasza Adamka i przejął od niego miano najlepszego polskiego ciężkiego.

* Izu jest kilka kroków za Szpilką. 

Rok później obaj obijali kelnerów. Szpilka w USA (podpisał kontrakt z Alem Haymonem), Ugonoh w Nowej Zelandii. Artur obił trzech takich typów, Izu czterech. Miał też walkę z Longiem, ale w tym przypadku wziął nadgodziny. Trzeba jednak przyznać, że kelnerów rozwalał z przytupem. Labaran i Sandez (co to za goście?) nie przetrwali z nim pierwszej rundy, a taki Will Quarrie po prawym Izu prawie wyleciał z ringu. Dan Rafael, gdy to zobaczył, cmoknął z zachwytu na Twitterze. Na youtubie obejrzało to ponad 3 miliony ludzi. Pod koniec 2015 roku tak pisaliśmy o Izu na Po Gongu:

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, nie są to poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu.”

* Izu cały czas jest kilka kroków za Szpilką.

W 2016 roku wspomniana zabawa Izu w boks się nie skończyła, bo dalej był on prowadzony za rączkę przez promotorów. No dobra, Gregory Tony nie był zupełnym leszczem, ale facet najlepsze lata miał już za sobą. Gdy wchodził do ringu z Ugonohem, pewnie już nie pamiętał, że kiedyś wygrał z Carlosem Takamem. Izu pokonał tę przeszkodę, wcześniej rozprawił się z Ricardo Ramirezem i to by było na tyle, jeśli chodzi o ringowe wyczyny. Najważniejsze dla Ugonoha wydarzenia miały jednak miejsce pod koniec roku, bo wtedy podpisał kontrakt z Alem Haymonem. Wtedy też zaczął mówić, że w niedalekiej przyszłości marzy mu się walka o mistrzowski pas. Co w 2016 roku było słychać u Szpilki? W styczniu przegrał przez ciężki nokaut z Deontayem Wilderem walkę o pas federacji WBC. Potem na długie miesiące wypadł z obiegu.

* Szpilka cały czas jest przed Izu, ale dystans został skrócony.

Styczeń/Luty, 2017 rok. W Alabamie szykowana była gala z udziałem polskich ciężkich. Andrzej Wawrzyk, Artur Szpilka i Izu Ugonoh mieli znaleźć się na jednej karcie walk. Nic z tego nie wyszło, bo Wawrzyk wpadł na stanozololu, a pojedynek Szpilki z Breazeale’em z nie wiadomo jakiego powodu został odwołany. Z karty nie wypadł tylko Izu, który za rywala dostał niedoszłego przeciwnika „Szpili”, czyli Breazeale’a.

Ta walka pozwoli mi tak naprawdę zaistnieć w boksieTo jest dla mnie starcie, które ma mnie przenieść w zupełnie inne miejsce. Tym pojedynkiem będę mógł pokazać, jak dobry jestem – mówił Izu Ugonoh. [Sportowefakty.pl]

* Jeśli Izu wygra w Alabamie, role się odwrócą i to on będzie krok przed Szpilką. Wtedy bardzo pożądana będzie walka między nimi o miano najlepszego polskiego ciężkiego.

********

Gdy trwało zamieszanie z galą w Alabamie, pojawił się pomysł, rzucił go na Twitterze Mateusz Borek, żeby zrobić walkę Szpilka vs Ugonoh. Ten pierwszy od razu był na tak. Oto fragment naszego wywiadu ze Szpilką:

– Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

– Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.

A co o pojedynku ze Szpilką sądzi Izu?

„Wychodzę z tego założenia, żebyśmy robili wszystko po kolei, krok po kroku. Na razie mam przed sobą pojedynek z Dominkiem Breazealem i na tym się skupiam. Jak wygram tę walkę, to będziemy rozmawiać dalej.” [sportowefakty.pl]

Pytanie, czy w przypadku wygranej w Alabamie Izu będzie miał ochotę zawracać sobie głowę Szpilką i rozstrzyganiem kwestii, który z nich jest lepszy? Wątpliwa sprawa. Raczej pójdzie w kierunku walki mistrzowskiej i większej kasy. Kevin Barry nie ma wątpliwości, że jego podopieczny po zwycięstwie z Breazeale’em może trafić na krótką listę życzeń Wildera. Teraz jednak nie ma sensu gdybać, bo Izu na razie stoi w przedpokoju…

**********

Ale w sobotę wejdzie na salony. Ugonoh przed chwilą walczył na małych galach w Nowej Zelandii, teraz po raz pierwszy pokaże się na amerykańskim ringu. Jego walka będzie transmitowana na żywo przez telewizję FOX, czyli ma okazję ładnie przedstawić się kibicom w USA. To będzie dla niego spory przeskok, zwłaszcza w sferze mentalnej. Podobną historię przerabiał kiedyś Andrzej Wawrzyk, który tak wspominał swoją porażkę Aleksandarem Powietkinem:

Zablokowałem się całkowicie. Wyskoczyłem z malutkich gal pod Katowicami czy pod Warszawą na wielką imprezę w Moskwie. To zrobiło na mnie za duże wrażenie.” [Przegląd Sportowy]

Ugonoh nie może się zablokować na imprezie w Alabamie. Musi wejść do ringu uzbrojony. Uzbrojony w pewność siebie. Do tej pory walczył z przeciwnikami, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów. Dostawali strzał i padali. O oddawaniu z ich strony raczej nie było mowy. Breazeale będzie oddawał, od razu też się nie przewróci, bo swoje może przyjąć. Anthony Joshua potrzebował kilku rund, żeby go skruszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanin artystą ringu na pewno nie jest. Oddajemy głos Arturowi Szpilce:

Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.” 

Dominic Breazeale raz mówi, że znokautuje Ugonoha, innym razem twierdzi, że dla Izu będzie to 10 rund piekła i takie tam gadki-szmatki, którymi nie ma sensu zaprzątać sobie głowy. Warto jednak podkreślić, że optykę na tę walkę zmienili bukmacherzy, którzy na początku w osobie Amerykanina widzieli wyraźnego faworyta, teraz stawiają jednak na czarnoskórego Polaka. Breazeale ma większe doświadczenie od Izu. I na ringach amatorskich, i zawodowych. Ma za sobą walkę o mistrzowski pas, więc z presją miał okazję się zapoznać. Jest duży, silny, bije nie głaszcze, ale ma też swoje ograniczenia. Tacy pięściarze jak Fred Kassi czy Amir Mansour napsuli mu sporo krwi. Krótko mówiąc – facet jest średniakiem.

Za to Izu jest pięściarzem-zagadką. Jego trener – Kevin Barry – wystawił mu taką oto laurkę:

„Izu to znakomity atleta, który może zrobić rzeczy, których inni po prostu nie potrafią. Chyba jeden z najlepiej – jeśli nie najlepiej – bijących po korpusie pięściarzy w światowym boksie. ” [ringpolska.pl]

Dzisiaj te słowa niewiele znaczą, bo trenerzy różne rzeczy mówią o swoich zawodnikach. CJ Hussein twierdził na przykład, że Krzysztof Zimnoch w pierwszej rundzie znokautuje Mike’a Mollo. Okrutnie skłamał. Równie dobrze Barry mógł powiedzieć, że Izu na sparingach rozbił ciosami na korpus stado słoni. Możecie w to wierzyć lub nie. To samo dotyczy cytatu powyżej.

Z kolei Przemysław Saleta porównał Izu do Steve’a Cunninghama. Trzeba przyznać, że to ładne i chyba trafione porównanie.

„Izu pod wieloma względami przypomina mi, jeśli chodzi o technikę i warunki fizyczne, Steve’a Cunninghama, ale jest trochę silniejszą wersją.” [Interia.pl]

Trzeba przyznać, że Breazeale ma mały kłopot, bo tak naprawdę nie wie, czego może spodziewać się po swoim rywalu. Dla Amerykanina będzie to randka w ciemno. Wie, że naprzeciwko niego stanie czarnoskóry facet z rekordem 17-0. Niby mocno bijący, niby bezkompromisowy, ale dotąd pływający na płytkiej wodzie, na dodatek w kamizelce ratunkowej.

Wygląda na to, że sobotnia walka więcej nam powie o Izu niż jego wszystkie pojedynki razem wzięte. Ale dzisiaj jednego możemy być pewni. Gdyby Ugonoha umieścić na okładce jakiegoś magazynu bokserskiego, to nie prezentowałby się on wcale gorzej od Anthony’ego Joshui czy Deontaya Wildera. Izu ma wygląd mistrza świata wagi ciężkiej, ale czy wystarczy mu umiejętności, żeby chociaż zbliżyć się do ścisłej czołówki tej kategorii wagowej? Do niedzieli rano polskiego czasu to pytanie pozostaje otwarte.

********

Na koniec przypominamy, jak Andrzej Kostyra opisywał Izu Ugonoha w swoim Alfabecie na Po Gongu:

Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

Krzysztof Smajek