Archive for the ‘Wywiady’ Category

andrzej wasilewski

Dzisiaj nazwisko Szpilka nie ma wartości finansowej na świecie ani nie gwarantuje sprzedaży biletów. Artur musi to zrozumieć. Nie wiem, czy on będzie chciał się odnaleźć w innej rzeczywistości. Jeżeli będzie chciał walczyć, to musimy odbyć męską rozmowę. Tym razem nie może być tak, że on coś zrozumie na 2-3 tygodnie, jak było po każdej porażce, a później znów będzie chciał robić po swojemu – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z PoGongu.

Co pan pomyślał, gdy w 2. rundzie Dereck Chisora znokautował Artura Szpilkę?

Andrzej Wasilewski: Tuż przed nokautem przysiedli się do mnie Anatolij i Wasyl Łomaczenko, Ołeksandr Usyk oraz Aleksander Krasiuk. Ten ostatni mówił, że Artur dał dobrą pierwszą rundę. Odpowiedziałem, że jeśli tak będzie walczył, to za chwilę będzie koniec. Pięć sekund później było już po walce, Krasiuk nie zdążył jeszcze usiąść. Sprawdził się czarny scenariusz, który przewidywałem przed walką.

O taktyce Szpilki na walkę może pan coś powiedzieć?

Nie było widać żadnej taktyki. To mogła być kwestia braku koncentracji. Chisora skończył walkę szkolną akcją. Trzy razy rzucił cepa na dół, raz na górę. Ot, cała filozofia. To jest smutne, ale po około 12 latach zobaczyłem w Londynie tego samego Artura, który przegrał walkę w półfinale turnieju Stamma z rywalem z Algierii. Też stał przy linach, ale wtedy jeszcze robił uniki rotacyjne. Przeciwnik wyprowadził serię ciosów, Artur kilku uniknął, ale ze cztery doszły celu i przegrał przed czasem. W finale Krzysztof Zimnoch wygrał jedną ręką z tym Algierczykiem. Artur w ringu się nie boi, ale przez to nie szanuje ciosów przeciwnika. To jest fatalne. Myśli, że przy linach jest bezpieczny. Trener Fiodor Łapin przerywał sparingi, gdy Artur stał przy linach. Kazał mu zdejmować rękawice i odsyłał go do szatni.

Jak ocenia pan pracę Romana Anuczina?

Myślę, że Artur był bardzo porządnie przygotowany fizycznie, ale był za ciężki. Nie wtrącałem się w przygotowania i nie byłem na sparingach. Miałem przecieki, że nie wyglądały najlepiej, ale trener Anuczin był optymistycznie nastawiony. To uroczy i naprawdę bardzo fajny człowiek, ale w tej walce nie zapanował nad Arturem. Jestem przekonany, że gdyby Fiodor Łapin przygotowywał Szpilkę do tej walki, to mogłaby wyglądać inaczej. Przede wszystkim Artur ważyłby 103 kilogramy, a nie 110.

Anuczin nie protestował, gdy Szpilka chciał wziąć walkę z Chisorą?

Trochę się zawiodłem, bo umówiliśmy się z Romanem na jedną, a on proponował nawet dwie, łatwiejsze walki. Później jednak uległ Arturowi. Miałem od początku bardzo złe przeczucia. Nie czułem w ogóle pozytywnej atmosfery przed walką. Nie podobała mi się otoczka i to wzajemne klepanie się po plecach. Przyzwyczajony jestem do szkoły trenera Łapina, która polega na koncentracji. Gdy dwa dni po walce zobaczyłem na ringpolska.pl film z tego, co działo się w szatni przed walką, to się zdziwiłem. Nie może być tak, że ktoś inny tarczuje Artura, a trener się przygląda. W szatni było za dużo luzu. To nie było profesjonalne podejście. Każdy zawodnik jest inny. Krzysztof Włodarczyk w ostatnich latach zrobił się nerwowy przed walkami, więc jego trzeba trochę uspokoić i rozśmieszyć. Artura trzeba koncentrować i mobilizować, a nie rozluźniać.

(więcej…)

Reklamy

fonfara

– Ci, którzy mnie najbardziej krytykowali, nie znali mnie i nie wiedzieli, ile pracy wkładałem w przygotowania do walk. Ludzie nie widzą codzienności pięściarzy. Obserwują tylko to, co dzieje się w ringu. Najłatwiej jest krytykować – mówi Andrzej Fonfara w rozmowie z PoGongu.

Ile miałeś ofert powrotu na ring od czasu zakończenia kariery?

Andrzej Fonfara: Na razie nie było propozycji i mam nadzieję, że nie będzie. Jeśli się pojawią, to ich nie przyjmę. Finansowo jestem zabezpieczony i nie muszę boksować. Nie mam ochoty wracać na ring. Ognisko jest wygaszone, zalałem je kubłem zimnej wody.

Jak dużo zrobiłeś dla polskiego boksu?

Myślę, że coś tam zrobiłem. Nie żałuję ani jednej chwili w boksie. To była piękna przygoda. Gdy byłem w ringu, fani przeżywali różne emocje. Albo nokautowałem rywali, albo przegrywałem przez nokaut. Starcia z Chavezem, Cleverlym czy pierwsze ze Stevensonem kibice powinni na długo zapamiętać. Przede wszystkim cieszę się, że mogłem skończyć karierę na swoich warunkach.

Zdiagnozowałeś już, dlaczego zabrakło ci serca do boksu?

To był szereg różnych zdarzeń. Po walce z Siłłachem zmieniłem trenera i pojechałem do Los Angeles. Zmieniały się daty następnej walki. Żona wyjechała z LA i zostałem sam na trzy miesiące. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Może nawet za dużo… Na pewno do refleksji zmusiła walka, po której Stevenson trafił do szpitala. Przecież mogło to spotkać mnie. Wpływ na decyzję miały też rozłąki z rodziną, ale także to, że boks nie pozwalał mi na realizację innych pomysłów na życie. Dużo się tego zebrało i dlatego zakończyłem karierę.

Boks zabrał ci dużo zdrowia?

Nie. Były złamane ręce, nos czy inne kontuzje, ale w tej chwili nie narzekam na zdrowie. Pod tym względem jest super. Jestem zdrowy i silny. Trzy razy w tygodniu trenuję boks, pływam, chodzę na siłownię i biegam. Chcę zostać w dobrej formie.

Pięściarze dzisiaj kończą karierę, a jutro wracają na salę treningową. Dlaczego tak się dzieje?

Pewnie chodzi o pieniądze. Boks jest trudnym sportem, wątpię by ktoś wracał dla przyjemności.

W twoim przypadku powrót jest wykluczony?

Dobrze zainwestowałem pieniądze i jestem niezależny finansowo. Mogłem jeszcze zarobić fajną gażę za walkę z Edwinem Rodriguezem, ale nie miało to dla mnie znaczenia.

W przeszłości walczyłeś za dolara, a czy miałeś sześć zer na czeku?

Nie było sześciu magicznych zer, ale byłem bardzo blisko. Ale jeżeli złożyłbym wszystkie gaże, to była dobra cyferka i tych sześć zer.

Ten czek na dolara wystawiony przez Kathe Duvę zrobił furorę w mediach.

Zgodziłem się na taką gażę i nie mam o to pretensji. Tomek Adamek miał fajną galę i chcieliśmy na niej wypromować moje nazwisko. Kathe Duva powiedziała, że nie ma dla mnie miejsca na fight cardzie, więc zaproponowałem, że będę walczył za darmo. Musiała mi wystawić jakiś czek, więc zarobiłem dolara. Nie informowałbym o tym opinii publicznej, ale po latach pani Duva proponowała mi walkę z Siergiejem Kowaliowem. Odmówiłem, bo nie odpowiadała mi oferta. Wtedy Duva zarzuciła mi, że walczę dla pieniędzy i dlatego pokazałem ten czek. Tylko raz walczyłem za darmo.

Chyba możesz napisać poradnik o tym, jak spełnić amerykański sen.

Mój sen się spełnił. Mieszkam w USA już dwanaście lat, mam piękną rodzinę, piękny dom, fajny samochód. Sporo ludzi mnie zna, bo boksowałem w największych telewizjach w USA – Showtime czy ESPN. Chcę zostać na stałe w USA. Dwa lata temu wybudowałem tu dom. Tutaj urodził się syn, we wrześniu na świat przyjdzie córka.

(więcej…)

adam_balski_1

Adam Balski w mediach społecznościowych wydał oświadczenie, w którym poinformował o rozstaniu z grupą Tymex Boxing Promotion.  – Nie odechciało mi się boksu. Tylko chcę trenować jak zawodowy pięściarz – mówi w rozmowie z PoGongu.pl pięściarz z Kalisza. 

Dlaczego chcesz rozwiązać kontrakt z Tymex Boxing Promotion?

Ta decyzja długo we mnie dojrzewała i nie podjąłem jej pod wpływem emocji. Na pewno nie uderzyła mi woda sodowa. Trochę się tego uzbierało i stwierdziłem, że albo trenuję jak zawodowiec, albo odchodzę z grupy. Nie mam nic do promotorów i nie chcę się na nich skarżyć.

W oświadczeniu napisałeś, że straciłeś do nich zaufanie.

Nie mogliśmy się dogadać, często były kłótnie. Nasze relacje popsuły się z pół roku temu. Co innego było mówione, co innego robione. Może jestem nauczony innych zasad. Wyszło jak wyszło. Zdania nie zmienię, nie będę walczył w Tymexie.

Tymex wydał oświadczenie, że wciąż jesteś zawodnikiem tej grupy. Do kiedy masz podpisany kontrakt z grupą Mariusza Grabowskiego?

Szczerze mówiąc, to nie pamiętam. Jest w nim dużo zapisów, nie analizowałem ich. Mój menedżer Patryk Kieliszewski jest w kontakcie z adwokatami, którzy zajmują się szczegółami. Promotorzy Mateusz Borek i Mariusz Grabowski mają kontakt do mojego menedżera, więc niech załatwią to między sobą. Nie chcę być pośrednikiem, bo się na tym nie znam. Promotorzy mają też numer do mnie. Nie ukrywam się przed nimi. Choć nie chce mi się z nimi rozmawiać.

Patrząc na to wszystko z boku, można odnieść wrażenie, że wywracasz swoją karierę do góry nogami.

Przede wszystkim sam podejmuje decyzje. Mogę posłuchać czyichś rad lub podpowiedzi, ale później siadam w fotelu albo idę nad wodę i myślę, co będzie dla mnie najlepsze. Wszystko przemyślałem i uznałem, że odejście z Tymexu będzie dla mnie najlepszym rozwiązaniem.

Rozważasz opcję, że zakończysz karierę?

Słyszałem opinie, że promotor może mnie zawiesić nawet na pięć lat. Jeśli tak by się stało, to wtedy będę musiał zakończyć karierę, ale chcę trenować i walczyć. Nie odechciało mi się boksu. Tylko chcę trenować jak zawodowy pięściarz. Wiele razy mówiłem promotorowi, że mógłbym przeprowadzić się na Florydę. Mogę tam ćwiczyć i pracować, bo chcę się rozwijać. Dwa miesiące trenuję z Gusem Currenem, a potem przez pół roku sam walę w worek. W ten sposób mogę być mistrzem podwórka.

Bierzesz pod uwagę, że sprawa rozwiązania twojego kontraktu może trafić do sądu?

Minęły dopiero trzy dni, więc nie wiem, co będzie dalej. Mam nadzieję, że ta sprawa nie będzie się długo ciągnąć. Dla mnie jest już skończona.

adam_balski

Miałeś jakieś zastrzeżenia do swoich przygotowań do walki z Siergiejem Radczenko?

Nie chcę się żalić, ale było trochę zamieszania. Miała być walka z Nikodemem Jeżewskim, ale została odwołana. Po powrocie z Florydy przez dwa miesiące byłem sam w Kaliszu. Później od nowa zaczynałem obóz. Nie chcę się tłumaczyć, bo Radczenko to dobry zawodnik. Czegoś mi zabrakło. Nie zawsze są piękne dni w życiu. Wygrałem walkę, ale nie było lekko.

Sobie nie masz nic do zarzucenia?

Na pewno nie uciekałem z obozu. Może promotor mnie nie lubi i dlatego mówił, że tak było. Jeśli wyjeżdżałem, to miałem jakiś powód i coś pilnego do załatwienia. Na treningach ostro zasuwałem, ale gdy miałem dużo wolnego, to jechałem do Kalisza. Bez sensu było siedzieć w miejscu.

Poinformowałeś trenera Currena o zakończeniu współpracy?

Miesiąc po walce z Radczenko dałem znać trenerowi, że nie będę z nim trenował, bo nie widzę w tym sensu. Pisałem z nim, bo nie gadam po angielsku. Wyjaśniłem mu, jak wygląda sytuacja. Z Gusem widzę się przez dwa miesiące, a potem pół roku ćwiczę indywidualnie. Do trenera nie mam żadnych pretensji, bo dobrze nam się współpracowało.

Jak Gus przyjął tę informację?

Na luzie. Gus wie, jak jest w boksie. Gdybym nie traktował boksu poważnie, to po robocie brałbym kilkurundowe walki i parę złotych by mi wpadło. Chcę trenować z jednym trenerem i robić postępy. Tracę motywację, gdy ich nie robię. To jest droga donikąd.

Co wiesz o sobie po walce z Radczenko?

Wyciągnąłem jeden wniosek. Albo trenuję normalnie i rozwijam się, albo idę do pracy. Muszę się za coś wziąć na poważnie, bo nie da się łapać dwóch srok za ogon.

Jak wyobrażasz sobie dalszą karierę?

Czekam na telefon od menedżera i mam nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni. Ze względu na kontuzję ręki na razie nie trenuję, ale przynajmniej mogę już jechać w trasę, bo wcześniej przez pięć tygodni musiałem trzymać rękę przy ciele i nawet nie mogłem prowadzić auta.

Wracasz do zawodu kierowcy?

Jeśli będzie możliwość, to na pewno polecę w trasę. Mam parę pomysłów, ale dzisiaj nie chcę jeszcze o nich mówić. Nie wiem, czy zostanę w Polsce. W przeszłości pracowałem w Holandii i Francji. Mam tam otwarte furtki. Chcę walczyć, ale nie wszystko zależy ode mnie. Zawsze mogę trenować w piwnicy, ale nie zależy mi na byciu mistrzem podwórka.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

michal_cieslak

(więcej…)

pindera_foto

6 października znów zobaczymy w ringu Tomasza Adamka, który w Chicago będzie się bił z ważącym ponad 130 kilogramów Jarrellem Millerem. Amerykanin zapowiada nokaut na „Góralu”. – Moim zdaniem Miller jednym ciosem nie zgasi światła Tomkowi – twierdzi Janusz Pindera, komentator boksu.

Czy Tomasz Adamek nie został wrzucony na zbyt głęboką wodę na ostatnim etapie swojej kariery? Jarrel Miller to groźny facet z czołówki wagi ciężkiej.

Janusz Pindera: Tomek nie po raz pierwszy został wrzucony na głęboką wodę, ale on potrafi pływać. On nigdy nikogo się nie bał. Wydaje się, że obraz tej walki jest klarowny. Miller pójdzie do przodu, a „Góral” będzie próbował kontrować. Tylko zastanawiam się, czy jego nogi wytrzymają, bo on ma już prawie 42 lata. Jego nogi nie są już takie jak przed laty, ale to jest normalne. Szybkość i umiejętność przemieszczania się – te cechy będą Tomkowi w konfrontacji z Millerem bardzo potrzebne. „Góral” w starciu z Abellem pokazał, że nie boi się podjąć intensywnej walki.

Eksperci i bukmacherzy uważają, że Adamek nie ma szans z Millerem. Polscy kibice mogą mieć jakieś podstawy do optymizmu?

Wiara, wiara i jeszcze raz wiara. Tak zawsze powtarza Tomek, który ma już za sobą pielgrzymkę do amerykańskiej Częstochowy, a więc włożył sobie w nogi ponad sto kilometrów intensywnego spaceru. Wierzę, że na obozie w Vero Beach „Góral” i Gus Curren opracują odpowiednią taktykę. Dzisiaj wydaje się, że może być tylko jedna taktyka. Trzeba bardzo intensywnie boksować lewym prostym oraz schodzić na boki i atakować z różnych kątów. Przepuszczać Millera, bo jeśli Amerykanin zamknie Tomka przy linach, to będzie miał on duży kłopot.

Gdyby był pan promotorem Adamka, to dałby mu zielone światło na walkę z Millerem?

Tomkowi szczerze odradzałem tylko jednej walki – z Witalijem Kliczko. Wiedziałem, że w końcu z którymś z ukraińskich braci się zmierzy, ale uważałem, że lepszy byłby dla niego Władimir. Z drugiej strony, za walkę z Witalijem zarobił ogromne pieniądze. Jego domy w USA to jest w dużej mierze wynik tego pojedynku. Jeśli chodzi o konfrontację z Millerem, to przed Tomkiem trudny wieczór. Amerykanin będzie bardzo wymagającym rywalem, ale nie wykluczam żadnego scenariusza.

(więcej…)

talarek_foto

– Po porażce z Norbertem Dąbrowskim nie mogłem usiąść i użalać się nad sobą. Gdy rany po walce się zagoiły, od razu wróciłem na salę treningową – mówi Robert Talarek w rozmowie z Po Gongu. – Moim celem jest zdobycie mistrzostwa świata i do tego dążymy z moim teamem – dodaje pięściarz. Roberta Talarka ponownie zobaczymy w ringu w najbliższą niedzielę. Podczas gali w Międzyzdrojach będzie walczył z Artemem Karpetsem.

Po Gongu: Jak długo siedziała w twojej głowie porażka z Norbertem Dąbrowskim podczas gali na Stadionie Narodowym?

Robert Talarek: Cały czas mam ją w głowie. Porażka z Dąbrowskim zabolała mnie, bo w rankingu boxrec spadłem aż o dwadzieścia miejsc, a przecież wcześniej bardzo ciężko pracowałem na swoją pozycję. Jednak porażki w sporcie są nieuniknione. Już trzynaście razy czułem jej smak, więc jestem przyzwyczajony. Trzeba żyć dalej, wyciągnąć wnioski i iść dalej.

Prawie każdy tak mówi po przegranej. Powiedz szczerze, miałeś momenty zwątpienia po tej walce?

Nie było takich momentów, bo cały czas chcę osiągnąć sukces. To jest moim marzeniem, a marzenia się realizuje, a nie czeka aż same się spełnią, bo można się nie doczekać. Nie mogłem usiąść i użalać się nad sobą. Gdy rany po walce się zagoiły, od razu wróciłem na salę treningową.

Jakie wnioski wyciągnąłeś po pojedynku z „Norasem”? Co zawiodło?

Bardzo duży wpływ na przebieg walki miało rozcięcie, które powstało po przypadkowym zderzeniu głowami. Krew zalewała mi oczy i przez to trudno mi się boksowało. Byłem w bardzo dobrej formie i podejrzewam, że gdyby nie ta kontuzja, to mógłbym zdominować Norberta. Szkoda, że sędzia nie przerwał walki po trzeciej czy czwartej rundzie, ale nie mam pretensji do Roberta Gortata. Nie znam się na sędziowaniu i nie chcę krytykować jego decyzji. Mam tylko wrażenie, że w takich sytuacjach walki się przerywa. W Anglii w konfrontacji ze Smithem odniosłem podobną kontuzję i sędzia szybko zakończył pojedynek.

JUŻ WKRÓTCE PREMIERA DOKUMENTU „CZARNE ZŁOTO”

(więcej…)

(więcej…)

borek

  • Dlaczego Joey Abell został rywalem Tomasza Adamka?
  • Czy były prowadzone negocjacje z Erikiem Moliną?
  • Jaką najwyższą kwotę usłyszał Mateusz Borek od pięściarza lub jego promotora, któremu zaproponował występ na Polsat Boxing Night?
  • Którą walkę na Polsat Boxing Night w Częstochowie było najtrudniej dopiąć?

(więcej…)

martin lewandowski

fot. S. Rudnicki
(więcej…)

gromadzki

Gdy ogląda się pojedynki Tomasza Gromadzkiego, to można odnieść wrażenie, że jego taktyka na walkę zamyka się w dwóch słowach – zrobić zadymę. Jest Gromadzki, są grzmoty i pioruny. Tak było ostatnio w Zgorzelcu. Pseudonimu „Zadyma” dorobił się w czasach szkolnych, bo już w gimnazjum musiał używać pięści. Pięściarz ze Śląska na co dzień prowadzi zakład pogrzebowy, ale za moment będzie zamykał ten biznes. Chce postawić tylko na boks, bo jak twierdzi, teraz ma swoje pięć minut.

****

Zdajesz sobie sprawę z tego, że 24 lutego 2018 roku zapisałeś się w historii? Andrzej Kostyra, który komentował twoją walkę z Wojciechem Wierzbickim stwierdził, że rozpętaliście w ringu Trzecią Wojnę Światową.

Miło słyszeć takie słowa. Rok temu, gdy walczyłem z Pawłem Rumińskim mówiono, że takie pojedynki rzadko się zdarzają na polskich ringach. Tam był cios za cios. Pan Kostyra mówił w trakcie komentarza, że walka odbywa się według Kodeksu Hammurabiego. W Zgorzelcu było podobnie, zrobiliśmy z Wojtkiem niezłe show. Mimo że jestem trochę poobijany i mam kilka siniaków, to cieszę się, że po ostatniej porażce wróciłem w dobrym stylu. Zresztą, gdy wygrywa się walkę, to wszystko jakoś mniej boli.

Czy zrobienie zadymy to jest najważniejszy punkt twojej taktyki na walkę?

Nie, nie. Oczywiście były takie pojedynki, w których nic mi nie wychodziło, więc wpadałem i robiłem swoje. W walce z Wierzbickim to była kontrolowana zadyma, czyli cały czas zachowywałem trzeźwość umysłu, wiedziałem co robię i gdzie biję. Gdy czułem, że jestem zmęczony, to uciekałem na boki, uderzałem po unikach, odbijałem się od lin i schodziłem mu pod ręką. Z walki na walkę nabieram coraz większego doświadczenia. Robię zadymę, bo ludzie to lubią, ale wydaje mi się, że pod względem technicznym walczę coraz ładniej.

Mariusz Grabowski wypłacił ci już bonus za walkę?

Nikt mi osobiście o żadnym bonusie nie mówił. Słyszałem, że komentatorzy w trakcie transmisji coś o tym wspominali. Z panem Mariuszem Grabowskim nie rozmawiałem o premii, nie chciałem mu zawracać głowy zaraz po gali. Teraz cieszę się ze zwycięstwa, ale w najbliższym czasie odezwę się do promotora i może poruszę ten temat.

Wypiłeś po walce jakieś piwo z Wojtkiem Wierzbickim?

Spotkaliśmy się na bankiecie, pogadaliśmy w fajniej atmosferze, ale piwa nie piliśmy. Między mną a Wojtkiem nie było złej krwi, nie ubliżaliśmy sobie przed pojedynkiem, a mimo to weszliśmy do ringu i daliśmy z siebie wszystko. Nam chodziło o sport i widowisko. Kibice to docenili, bo po walce wiele osób gratulowało mi dobrego występu. Nawet ci, którzy trzymali kciuki za mojego rywala.

Jesteś chyba jedynym na świecie pięściarzem zawodowym, który jest właścicielem zakładu pogrzebowego.

Zaraz będę byłym właścicielem, bo rezygnuję z firmy i stawiam na boks. Mam teraz swoje pięć minut i muszę podejść do boksu bardziej profesjonalnie. Trudno mi jest połączyć prowadzenie zakładu pogrzebowego ze sportem. Czasami odpuszczałem zajęcia, bo musiałem coś zrobić w firmie, innym razem urywałem się z pracy, żeby zrobić trening. Zdarzało się, że będąc na treningu, myślałem o firmie i stu innych rzeczach, brakowało koncentracji. W sporcie ważna jest regeneracja, a ja od poniedziałku do piątku działałem na wysokich obrotach, od godziny 6 do 22 byłem poza domem. Teraz to zmieniam.

Prowadzenie zakładu pogrzebowego to chyba nie jest proste zajęcie?

Interes szedł różnie, ostatnio nawet przynosił straty, ale ogólnie poprzedni rok był dobry. Nie zrobiłem jednak wszystkiego, żeby rozwinąć firmę, bo nie da się robić pięciu rzeczy na sto procent. Ja też nie jestem typem człowieka, który będzie jeździł i czekał przy szpitalach na ludzi, którzy stracili bliskich i ich nagabywał. Nie chcę tego robić, bo to gryzie się z moim sumieniem i wychowaniem. Wolę zamknąć zakład i poświęcić się boksowi.

A boks zawodowy to jest ciężki kawałek chleba?

Każdy sport, gdy chce się go uprawiać na wysokim poziomie, to są wyrzeczenia, godziny treningów, bólu, płaczu i kontuzji. Wszędzie jest ciężko, samo życie. Ale ja na życie nie mam zamiaru narzekać.

Kiedy zmieniłeś swoje nastawienie i uznałeś, że trzeba postawić tylko na boks?

Ta myśl już od jakiegoś czasu kiełkowała w mojej głowie. W Częstochowie dostałem walkę na gali z Tomkiem Adamkiem, to była dla mnie duża sprawa. Były mistrz świata walczył na tym samym ringu co ja, byłem z nim na jednym plakacie. Pomyślałem wtedy, że wielu pięściarzy marzy o występie na takiej gali. I wtedy doszło do mnie, że nie mogę robić niczego na pół gwizdka. Zresztą mam taki charakter, że nie lubię odpuszczać. Jeżeli wychodzę do ringu nieprzygotowany na sto procent, to gryzie mnie sumienie, że nie zrobiłem wszystkiego, żeby wygrać walkę.

Z pracy na bramce też rezygnujesz?

Na bramce stałem, gdy musiałem łatać dziurę budżetową, bo zakład pogrzebowy dopiero w trzecim roku działalności zaczął przynosić jakieś zyski. W lokalach dorabiałem w weekendy. Zaczynałem o godzinie 21, kończyłem o 6. Przed walkami unikałem tej pracy, bo nieprzespane noce źle wpływały na mój organizm. Teraz sponsorzy pomagają mi na tyle, że nie muszę stać już na bramkach.

Twój tata do emerytury pracował na kopalni. Ciebie nie ciągnęło w tym kierunku?

Myślałem o tym, ale już od czasów amatorskich wiedziałem, że etat na kopalni utrudni mi uprawianie sportu, bo pewnie trudno byłoby mi połączyć pracę z treningami czy wyjazdami na zawody. Tak układałem życie zawodowe, żeby samemu decydować o swoim grafiku. Dlatego też zdecydowałem się na zakład pogrzebowy. W domu nie było żadnych nacisków, żebym na chleb zarabiał pod ziemią. Rodzicom bardziej zależało na tym, żebym skończył studia. Niestety, nie udało mi się tego zrobić, bo często wyjeżdżałem na różne zawody, obozy i ciągle opuszczałem zajęcia. W końcu dałem sobie spokój z nauką.

Rodzice byli zadowoleni, że ich syn wziął się za sporty walki?

Nie byli zachwyceni. Mama jest pielęgniarką, naoglądała się ludzi po wypadkach czy pobiciach, więc nie chciała, żebym dostawał po głowie. Zrobiłem rodzicom trochę na przekór i poszedłem swoją drogą. Chciałem powalczyć o marzenia. Gdy za kilka lat usiądę w fotelu, to przynajmniej nie będę żałował, że nie spróbowałem. Nawet, jeżeli nie zrobię wielkiej kariery, to chociaż powiem sobie: Tomek, byli lepsi, może zdolniejsi, ale próbowałeś. A wracając do rodziców, to dzisiaj są moimi największymi kibicami, czasami nawet sponsorami. Jeżdżą na wszystkie moje walki.

O co dokładnie chodzi z programem „Testy klubów”, który wymyśliłeś?

Ten pomysł powstał, gdy miałem problem ze zorganizowaniem sparingpartnerów. Dzwoniłem do klubów sportowych i prosiłem, żeby wystawili sześciu najlepszych zawodników przeciwko mnie. Jechałem do danego klubu i robiłem sparingi, po rundzie z każdym z wybranych chłopaków. Zabierałem ze sobą kamerę, wszystko nagrywałem, a na koniec wystawiałem recenzję temu klubowi. Powstało kilka odcinków. Tak poradziłem sobie z brakiem sparingpartnerów. To jest dobre rozwiązanie, bo tych rywali jest wielu, każdy ma inny styl, więc dla mnie to też jest nauka i nowe doświadczenie.

Po ostatniej wygranej podskoczyły twoje notowania. Co dalej, kogo bierzesz na celownik?

Chodzi mi po głowie walka z Mateuszem Trycem. Ponoć wyzwał mnie na pojedynek, ale prawda jest taka, że podczas gali w Ełku jego promotor napisał tweeta, którego w studio przeczytał pan Borek. Promotor Tryca proponował, żeby w puli było 50 tysięcy złotych, wygrany miał brać wszystko. Tylko nie było wyjaśnione, kto wykłada pieniądze na stół. Potem temat ucichł. Napisałem ostatnio Mateuszowi pod jego postem na Facebooku, gdzie do wygrania były jakieś ciuchy, że nie chcę dresu, ale zróbmy walkę. Odpisał mi, żebym najpierw odbudował się po przegranej. Odbudowałem się, więc ponawiam swoją propozycję.

W takim razie w trakcie rozmowy z promotorem wspomnij nie tylko o bonusie za walkę z Wierzbickim, ale naciskaj też na konfrontację z Trycem.

Chciałbym z nim walczyć na neutralnym terenie, czyli nie na gali organizowanej przez Mateusza promotora, ani na gali Tymexu. Najlepiej byłoby spotkać się w ringu na Polsat Boxing Night. Myślę, że dopiero walka z Trycem, który bije mocno, też się nie cofa, byłaby Trzecią Wojną Światową. Możemy stworzyć piękne widowisko bokserskie. On byłby faworytem, ale warto pamiętać, że ja wygrywałem wszystkie pojedynki, w których robiłem za underdoga.

Skąd w ogóle wziął się pseudonim „Zadyma”?

Na Śląsku chodziłem do gimnazjum, które nie cieszyło się dobrą opinią. Pamiętam, że w jakimś programie telewizyjnym mówili nawet, że to najgorsza szkoła w Polsce. Dosyć często musiałem się bić. Byłem mały, trochę gruby, na dodatek nosiłem okulary, więc chętnych do zaczepiania mnie nie brakowało. A ja się nie dawałem. Zawsze powtarzałem, że wstydem nie jest dostać wpiedziel, ale wstydem jest się nie postawić. Nie chciałem być ofiarą. Zazwyczaj ci, którzy ze mną zaczynali, źle kończyli. Potem mówili, że gdzie się nie pojawiłem, to była zadyma. Ksywka została, bo w ringu walczę tak samo jak na podwórku.

Nie myślałeś o przejściu do MMA? Ostatnio wielu pięściarzy o tym wspomina. W oktagonie też mógłbyś robić zadymy.

Próbowałem MMA, trenowałem bodajże z osiem miesięcy, ale jakoś ten sport mnie nie wciągnął. Ja w ogóle walczyłem w siedmiu dyscyplinach, w pięciu byłem mistrzem Polski, zdobywałem też puchary. Po walce z Wierzbickim pomyślałem nawet, że rewanż moglibyśmy zrobić w K-1. W razie czego trzeci pojedynek między nami może być w MMA.

Co przedstawia tatuaż, który masz na brzuchu?

Jak to co? Zadymę. Mówię poważnie. Widać na nim człowieka, wokół niego biją pioruny, są grzmoty i jakieś szczątki latają. Jak wchodzę do ringu, to przecież jest tak samo, wszystko jest zniszczone (śmiech). Taki już mam charakter, zawsze zostawiam serce między linami.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek