Archive for the ‘Wywiady’ Category

IMG_3864

Z Maciejem Miszkiniem, byłym pięściarzem i komentatorem boksu, porozmawialiśmy o gali Polsat Boxing Night 7, która 24 czerwca odbędzie się w Ergo Arenie. – Tomek Adamek na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość. W rozmowie poruszyliśmy też wątki dotyczące Artura Szpilki i Andrzeja Fonfary. – „Szpila” nie jest na żadnym zakręcie swojej kariery. Zakręt pojawi się, gdy Adam Kownacki go trafi, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Mateusz Borek mówi, że gala Polsat Boxing Night 7 da nam odpowiedź na pytanie, czy my jeszcze chcemy dużych gal. Wypali ten projekt?

W Polsce mocno zmieniło się podejście do wydarzeń sportowych i rozrywkowych. Wszystko poszło w tym kierunku, że nie da się już nikomu wcisnąć bubla. Nie sprzedają się wyblakłe gwiazdy z lat 90-tych. Jeśli event ma być w PPV, to musi być duże wydarzenie i duże nazwiska. PBN 7 spełnia te warunki. Poza tym ma świetną promocję. Żadna gala w Polsce nie była jeszcze promowana z takim rozmachem i w stylu zbliżonym do amerykańskiej TV. Myślę, że ten projekt wypali.

„Koniem pociągowym” gali PBN 7 jest Tomasz Adamek. Da radę w tej roli? Ludzie nadal chcą go oglądać?

Na rynku niemieckim walka wieczoru sprzedaje 85 procent biletów i w ogóle generuje największe zainteresowanie galą. Moim zdaniem PBN 7 ma ciekawszą kartę walk niż gale Kliczki, na których tylko walka wieczoru przykuwa uwagę, reszta jest mało interesująca. Wracając do pytania, myślę, że nazwisko Tomasza Adamka przyciągnie jeszcze publikę. Promocyjnie wyciśnięto z niego bardzo dużo. Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz, przed „Góralem” otwiera się droga, której w życiu się nie spodziewałem. On ma teraz większe szanse na zdobycie tytułu mistrza świata lub na walkę z dużym nazwiskiem niż wtedy, gdy piał się w górę i trafił na ścianę zwaną Witalij Kliczko. Coś się wokół Tomka dzieje.

O jaką drogę chodzi?

Są dwie albo trzy ścieżki. Nie jestem upoważniony, żeby zdradzać szczegóły, ale każda z nich jest atrakcyjna. Jedna nawet bardzo.

Coś więcej?

O jednej z tych opcji marzyłem, gdy Adamek wdrapywał się na szczyt wagi ciężkiej. Żałowałem wtedy, że trafił na Kliczkę, bo chciałem dla niego innego przeciwnika. Teraz jest szansa, że zaboksuje z takim rywalem i ja na to czekam.

Czyli Gus Curren wcale nie zagalopował się, twierdząc, że w przypadku Tomka myślenie o zdobyciu MŚ nie jest przesadą?

Jeśli myślimy w kontekście Fresa Oquendo, to Curren się nie zagalopował. Briggs wpadł na dopingu i teraz pas WBA Regular jest dostępny. Oquendo jest zawodnikiem, którego Adamek spokojnie może wyboksować, a w dobrej formie mógłby zrobić z niego zwykłe przyrządy. O walkach Tomka z Joshuą czy Wilderem nie mówimy, bo w rywalizacji z tymi przeciwnikami Polak stoi na straconej pozycji.

Jakiego „Górala’ spodziewasz się 24 czerwca w Ergo Arenie?

Lepszego niż w pojedynkach z Przemkiem Saletą i Erikiem Moliną. Tomek jest w dobrej formie, obóz przygotowawczy zaczął wcześniej niż zwykle. Widziałem go na sparingu z Adamem Kownackim i już wtedy prezentował się z dobrej strony. Na tle Solomona Haumono może pokazać się z dobrej strony. A po tej walce rysuje się przed nim ciekawa, ale z racji wieku, krótkotrwała przyszłość.

Adamek może być jeszcze tak dobry jak w walce z Chrisem Arreolą?

To będzie zupełnie inny Adamek. Wątpię, żeby był tak szybki, jak w tamtym pojedynku. Mnie Tomek w wadze ciężkiej najbardziej podobał się w walce z Andrzejem Gołotą. Był wtedy jeszcze typowym cruiserem. Imponował kombinacjami i szybkością.  Być może obraz tamtego pojedynku zaciemnia forma Gołoty, który był wtedy już mocno ograniczony ruchowo, ale debiutujący w wadze ciężkiej Adamek robił z nim, co chciał.

Czy Haumono może „Góralowi” zawiesić wyżej poprzeczkę niż Molina?

Nie. Haumono jest innym typem pięściarza niż Molina. Wprawdzie mają tę samą broń w arsenale, ale są inni. Haumono jest typem zawodnika siłowego, który cały czas wywiera presję i próbuje zamęczyć rywala. Jednak jest mniej cierpliwy i wolniejszy od Moliny, który w szukaniu ciosu z prawej ręki jest bardziej wyrafinowany. Adamek musi uważać na prawą rękę Haumono, ale powinien dać sobie radę z tym rywalem.

Wróćmy jeszcze do tematu promocji zawodników i sprzedaży PPV. Czy widzisz w Polsce pięściarza, który w niedalekiej przyszłości może przejąć od „Górala” pałeczkę, jeśli chodzi o sprzedaż PPV?

Najbliżej tego jest chyba Krzysztof Głowacki. Musiałby jednak stoczyć jeszcze ze 2-3 takie ringowe wojny jak z Marco Huckiem. Koniecznie z rywalami z najwyższej półki i najlepiej medialnymi postaciami. Długa droga przed nim, bo dzisiaj Krzysiek nie jest rozpoznawalny. W krótkiej perspektywie nie widzę następców Adamka. Sięgając dalej, może Maciej Sulęcki? Jeśli pobiłby jakiegoś mistrza świata, wtedy można byłoby go na tej podstawie promować.

Głowackiemu ciężko będzie się wypromować na PBN 7, bo Hizni Altunkaya, który zastąpił Briana Howarda, jest w Polsce anonimowy. Czy sportowo będzie dla Krzyśka wyzwaniem?

Racja, przeciwnik „Główki” jest anonimowy, a Krzysiek to przecież najlepszy polski pięściarz bez podziału na kategorie wagowe. Altunkaya jest słabszą wersją Hucka. Stoi za gardą i zrywa się pojedynczymi, agresywnymi uderzeniami, które próbuje złożyć w serie. Jednak w trakcie ataku opuszcza prawą rękę i tu widzę szansę, żeby Krzysiek go efektownie znokautował.  Po cichu stawiam, że to będzie KO wieczoru.

Na myśl, o którym pojedynku najbardziej przebierasz nogami?

W tej kwestii sporo się u mnie zmieniło. Na początku bardzo ciekaw byłem walki Masternaka z Sillachem. Szczególnie dlatego, że stawiam na Ukraińca. Jednak, gdy do karty walk wskoczył Łukasz Janik, teraz najbardziej czekam na jego pojedynek z Adamem Balskim.

Janik jest dużym znakiem zapytania, ostatnią walkę stoczył dwa lata temu. Miałeś z nim jakiś kontakt w ostatnim czasie?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy i już wtedy mówił mi, że jest w treningu. Łukasz jest spragniony walki, splendoru i poklasku. Chce znów zaistnieć.  To jego kolejna szansa w życiu. Miał ich już kilka, część wykorzystał, większość jednak zaprzepaścił. Jeśli pokona Balskiego, wróci do gry. Może nie zaproszą go od razu do walki mistrzowskiej, ale jest wielu Polaków, z którymi może walczyć za coraz większe pieniądze.

Janika czeka trudne zadanie, bo przecież Adam Balski z walki na walkę zbiera coraz więcej komplementów. Wypłynie ten chłopak na szerokie wody?

Najwięcej komplementów spłynęło na Adama po pojedynku z Tarasem Oleksiyenko. To był pokaz boksu w jego wykonaniu. Ukrainiec to przeciętny pięściarz, ale Balski wypadł na niego tle rewelacyjnie. Nie każdy potrafi zaprezentować się z dobrej strony w konfrontacji ze słabszym rywalem. Widziałem walkę Oleksiyenko z Arturem Mannem i niemiecki prospekt wypadł blado. Balski z tym samym rywalem błyszczał. Na Adama pierwszy raz zwróciłem uwagę, gdy w fajnym stylu rozprawił się z Walerym Brudowem.

Balski jest dość odważnie prowadzony. Dobrą drogę obrał jego promotor?

Tak naprawdę Mariusz Grabowski nie ma innego wyjścia, bo Balski jest jedynym pięściarzem, który ciągnie jego grupę. Oczywiście w Tymexie jest jeszcze Ewa Brodnicka, ale jestem sceptykiem kobiecego boksu. Ewa robi dobre wrażenie na ważeniu, ale później w ringu jest nuda. Balski potrafi zelektryzować publiczność. Ci, którzy znają się na boksie, doceniają jego walory.

Janik będzie dla Balskiego trudniejszym rywalem niż Vakapita Meroro?

Nie sądzę. Meroro dawał dobre pojedynki z bombardierami, nie czuł przed nikim respektu. Podejmował wymiany z Kudriaszowem, który podłącza do prądu każdego rywala. Skoro nie pękł przed Rosjaninem, to z Balskim też wchodziłby w wymiany. Z ringu leciałyby iskry. Pod względem medialnym lepszym strzałem jest jednak Janik. Łukasz jest rozpoznawalny, prężnie działa w mediach społecznościowych. Wokół tego pojedynku będzie głośno.

Panowie mogą skraść show głównym bohaterom wieczoru?

Oni już teraz trochę je skradli. Wystarczy spojrzeć, ile pojawiło się komentarzy w sieci po ogłoszeniu ich walki. Temperatura wokół pojedynku już teraz jest wysoka, a będzie jeszcze wyższa. Wydaje mi się, że ciekawie będzie też w walce Masternaka. Moim zdaniem Sillach ma więcej argumentów, bo jest szybszy, mocniej bije i ma doskonałą pracę nóg. Może wypunktować Mateusza, ale jest też w stanie go znokautować. Nie twierdzę, że Masternak jest bez formy, wręcz przeciwnie, obserwuje go na Legii i imponuje mi swoją dyspozycją. Stawiam jednak na Sillacha.

Kończąc wątek PBN 7, Mateusz Borek składał Ci propozycję występu na gali?

Były z jego strony jakieś insynuacje na Twitterze, ale raczej w formie żartu. Bezpośredniej rozmowy na ten temat nie było, bo Mateusz wie, że nie wrócę już z bokserskiej emerytury.

Naprawdę nie kusiło Cię do zmiany decyzji?

Nie.

Stawiałeś, że Andrzej Fonfara przegra przed czasem z Adonisem Stevensonem, ale tak słabej walki w jego wykonaniu chyba nie brałeś pod uwagę?

Dlaczego? Stevenson jest jednym z najmocniej bijących zawodników bez podziału na kategorie wagowe, a Andrzej ma luki w obronie, dlatego to się mogło skończyć zarówno w dziesiątej jak i pierwszej rundzie. Scenariusz walki nie był zaskakujący.

Trener Andrzeja doleciał do niego chwilę przed walką. Hunter nie jest człowiekiem od wiaderka tylko trenerem, a jego zawodnik walczył o mistrzostwo świata. Czy to nie była patologiczna sytuacja?

Jest to dla mnie trochę dziwne, bo przeważnie trenerzy przed takimi pojedynkami spędzają dużo czasu ze swoimi zawodnikami. Była to duża walka za duże pieniądze. Nie startowałem nigdy na tym poziomie, co Andrzej, ale przerabiałem podobne sytuacje i nigdy nie miałem z tym żadnego problemu. Nie traciłem spokoju, gdy nie było przy mnie trenera, czułem się dobrze sam ze sobą. Myślę, że brak trenera nie miał wpływu na przebieg pojedynku. Wpływ miał sierpowy, który prawie urwał głowę Fonfarze. Czy Hunter będąc z Andrzejem przed walką 24 godziny na dobę, zmieniłby na tyle jego głowę, że byłby on w stanie przyjąć taki cios? Nie sądzę.

Andrzej zrobił jakiś postęp pod wodzą Huntera?

Na samym początku walki widziałem, że przesunął balans na środek a nawet na nogę zakroczną. Dzięki temu przez pierwsze sekundy walki unikał ciosów Stevensona.  Niestety, gdy po pierwszym mocnym ciosie doszedł stres, od razu powrócił nawyk przechodzenia na nogę wykroczną. To nawyk, którego nikt przez lata u Andrzeja nie poprawiał. Hunter miał za mało czasu, żeby „naprawić” Fonfarę.

Po walce ze Stevensonem pojawiły się informacje, że Andrzej planuje przeprowadzkę do kategorii junior ciężkiej. Podoba Ci się ten pomysł?

Tak. Andrzej w kategorii cruiser będzie miał lepszy przegląd, będzie widział więcej ciosów, bo jest z niższej kategorii, w której szybciej się bije. Jak nabierze kilogramów, będzie uderzał jeszcze mocniej. Ma niezłą szybkość, warunkami fizycznymi przewyższa wielu cruiserów, dlatego nie widzę żadnych przeciwskazań, żeby zmienił kategorię wagową.

Ja jestem sceptycznie nastawiony do tej przeprowadzki. Może niech Andrzej najpierw popracuje nad obroną, a dopiero później pomyśli o zmianie kategorii wagowej.

To może zrobić jednocześnie, bo przechodząc do kategorii junior ciężkiej, będzie miał co najmniej jednego lub dwóch rywali, zanim dojdzie do walki o mistrzostwo świata. To potrwa około roku, więc będzie czas na poprawę obrony z nową wagą. To proces płynny i równoległy, więc nie widzę w tym żadnego problemu. Zresztą pięściarze z topu kategorii półciężkiej, mam tu na myśli Stevensona, Kowaliowa czy Beterbijewa, wcale nie biją słabiej od czołowych cruiserów.

Fonfara może jeszcze liczyć na dobre walki za duże pieniądze?

Andrzej już teraz jest rozpoznawalną marką w USA. Miał dwie walki o mistrzostwo świata, był pokazywany w dużej telewizji, więc jest odpowiednio wypromowany. W takiej sytuacji jest łatwiej o kolejny pojedynek za konkretne pieniądze. Myślę, że jeszcze dostanie dużą walkę.

Na taki pojedynek czeka też Artur Szpilka, który przez moment był na małym zakręcie swojej kariery.

Dzisiaj nie jest już na żadnym zakręcie. Ma rywala z dobrym rekordem, który będzie mu idealnie pasował. Jeśli wygra z Adamem Kownackim, dostanie Krzysztofa Zimnocha, który też będzie dla niego łatwym przeciwnikiem. Wygra te dwie walki i znów zaistnieje w rankingach. Zakręt pojawi się, gdy Kownacki trafi Szpilkę, ale nie biorę pod uwagę takiego scenariusza. Adam nie ma praktycznie żadnych szans. Jeśli Szpilka będzie pracował na nogach i robił swoje, to stanie się nieuchwytny dla swojego rywala. Będzie dla niego znikającym punktem.

Adam ma inne zdanie na ten temat. „Ja mam ciężkiej ręce, a on słabą szczękę” – zapewnia Kownacki. 

Artur nie ma słabej szczęki. Jeśli Adam wyrobił sobie taką opinię po walce z Wilderem, to jest w błędzie. Po takim ciosie Amerykanina odfrunąłby każdy. Artur leżał też po ciosach mocno bijącego Mike’a Mollo, ale podnosił się po nich i brał sprawy w swoje ręce. Ten sam Mollo trafił Zimnocha i Krzysiek już się nie podniósł. Szpilka przyjął mocniejsze uderzenie, ale wstał i wygrał. Opinia, że Artur ma słabą szczękę jest nietrafiona. Owszem, popełnia błędy w obronie, unosi brodę do góry i to jest jego problemem, ale nie szklana szczęka.

Arturowi potrzebny był wyjazd do USA?

Jak najbardziej. Szpilce potrzebny był nowy rodzaj obrony. Taki, który pozwoli mu dłużej zostać w półdystansie i będzie opierał obronę na balansie. Amerykański styl, ta większa swoboda w pracy w półdystansie zdecydowanie mu się przyda. Nie oszukujmy się, w Polsce pięściarze w półdystansie średnio potrafią boksować, a Artur w USA pod tym względem zrobił postęp. Oczywiście nie wszystko w Ameryce szło po jego myśli, bo sporo czekał na datę walki. Jednak to, że przygotowywał się już kilka razy do pojedynku, wyjdzie mu tylko na zdrowie. Do konfrontacji z Kownackim będzie znakomicie przygotowany fizycznie, będzie mocniej uderzał i będzie szybszy niż kiedykolwiek.

Wierzysz, że w tym roku dojdzie jeszcze do jego walki z Krzysztofem Zimnochem?

Jest na to rynek i zapotrzebowanie, więc do końca roku panowie powinni spotkać się w ringu. Po drodze wiele może się jednak zdarzyć. Szpilka po walce z Kownackim może dostać kogoś z czołówki wagi ciężkiej za dobre pieniądze. Podobnie może być w przypadku Zimnocha. Jeśli wygra z Abellem w Radomiu, może otrzymać ciekawą ofertę. Jeżeli promotorzy będą mieli do wyboru: zarobić dobre pieniądze na Szpilce i Zimnochu oddzielnie lub zarobić na ich wspólnym pojedynku, to prawdopodobnie wybiorą pierwszą opcję i na pojedynek Szpilka vs Zimnoch jeszcze poczekamy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

szpila_foto
fot. archiwum Artur Szpilka

Artur Szpilka mówi wprost: „W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.” Ostatni raz między linami widzieliśmy go rok temu, gdy został znokautowany przez Deontaya Wildera w walce o pas federacji WBC. „Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości” – twierdzi. W ringu miał się pojawić 25 lutego w Alabamie, ale jego pojedynek z Dominikiem Breazeale’em został odwołany. Coraz głośniej mówi o powrocie do Polski, bo życie w USA trochę mu się już znudziło. Jednak cele ma jasno sprecyzowane: „Chcę dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie.”

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Przetrawiłeś już informację o odwołaniu twojej walki z Dominikiem Breazeale’em?

Nie ukrywam, na początku chodziłem wkurwiony. I to bardzo. Teraz trochę ochłonąłem. Już to do mnie dotarło, ale miałem ze dwa dni załamania. Takiego totalnego zniechęcenia. Olałem dietę, pomyślałem sobie, że tak się najem, że aż dupa mi pęknie. Stanęło na tym, że przekąsiliśmy z Kamilą jakiegoś krokodylka. Przecież do tego pojedynku przygotowywałem się od sierpnia. Przed przyjazdem do USA też ostro zasuwałem, żeby wrócić do formy, a tu takie cyrki wyszły… Nie rozumiem tego wszystkiego. Kibice kupili wejściówki na galę, zarezerwowali hotele i bilety lotnicze, a teraz piszą do mnie: Artur, co mamy robić? Tylko, co ja mogę im odpowiedzieć? Przecież nie jestem organizatorem gali. Najgorsze jest to, że pojedynek z Breazeale’em nie był oficjalnie potwierdzony przez telewizję, więc nie ma się nawet do kogo odwołać.

Miałeś podpisany kontrakt na walkę?

Tutaj kontrakty podpisuje się przed pojedynkiem, ale wszystko było dogadane. Andrzej Wasilewski może to potwierdzić.

W takim razie, dlaczego wypadłeś z karty walk gali w Alabamie?

W sumie nadal tego nie wiem. Podobno telewizja Fox TV ma taki przepis, że nie może walczyć ze sobą dwóch pięściarzy, którzy przegrali swoje ostatnie walki. O tym, że nie będzie tego pojedynku dowiedziałem się z Twittera Andrzeja Kostyry. Później zadzwonił do mnie trener Ronnie Shields i powiedział, że gadał z Alem Haymonem i nie da rady zrobić tej walki. Właśnie przez ten przepis telewizji. Wtedy jeszcze myślałem, że znajdą mi innego rywala.

Wchodziły w grę inne nazwiska?

Nie było żadnych rozmów na ten temat.

Masz do kogoś pretensje o to zamieszanie?

Ciężko mi powiedzieć, bo nawet nie wiem, kto zawiódł w tej sytuacji. Gdybym wiedział, pewnie miałbym o to pretensje. Czasu jednak nie cofniemy, moja robota poszła na marne.

A może rozbiło się o finanse? Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu mówił, że na początku za walkę z Breazeale’em wymyśliłeś sobie „kwotę zupełnie z powietrza”.

Andrzej niepotrzebnie wyciąga na wierzch kwestie, o których jako promotor nie powinien mówić. Moim zdaniem to nie jest w porządku z jego strony. Nie było żadnej kwoty z powietrza, dogadaliśmy się w 4-5 dni i wszystko było ustalone już trzy tygodnie wcześniej. Zresztą, nikt nie będzie mi mówił, ile mam zarabiać. Ani dziennikarze, ani kibice. To ja wchodzę do ringu i to ja podpisuję czeki. Moja sprawa, na jakie kwoty.

Kibice na forach zaczynają już spekulować o twoim konflikcie z promotorami.

Spokojnie, nie ma żadnego konfliktu między nami. Czasami Andrzej coś palnie, powyciąga jakieś rzeczy i niepotrzebnie daje pożywkę ludziom. Szanuję go, dużo mu zawdzięczam, ale czasami mówi na mój temat takie głupoty, że ręce opadają.

A słyszałeś, co powiedział Breazeale? Według niego do waszej walki nie doszło, bo potrzebowałeś więcej czasu na treningi.

Czytałem te słowa, gościu pierdoli bzdury. Wiecie przecież, że nigdy nie odmówiłem żadnej walki. Wręcz przeciwnie, zawsze nalegałem na rywali z wyższej półki, nie chciałem walczyć z leszczami. Byłem gotowy na Breazeale’a, na pewno się go nie przestraszyłem. O czym my w ogóle mówimy. Zresztą, teraz każdy gada co innego. Jeżeli mam być szczery, to wydaje mi się, że za tym całym zamieszaniem mogli stać promotorzy. Nie wiem, czy moi czy amerykańscy. Pewnie zrozumieli, że lepiej zorganizować mój pojedynek w Nowym Jorku lub Chicago, bo tam przyjdą kibice i dzięki temu będą mogli więcej zarobić. Podejrzewam, że w którymś z tych miast odbędzie się moja następna walka, ale to są tylko moje przypuszczenia. Nie wiem, jak było naprawdę.

Co dalej? Słyszałem, że wracasz do Polski.

Teraz trochę te plany się zmieniły, pewnie zostanę tu jeszcze z pół roku. Może wejdę do ringu za 2-3 miesiące, więc do następnej walki chciałbym jeszcze zostać w USA. Generalnie chce wrócić do Polski, ale to nie jest takie proste. Nie da się tak z dnia na dzień spakować walizek i wrócić. Dzisiaj plan jest taki, że wracam do kraju i do Stanów będę przylatywał tylko na przygotowania do walk, ale ja mam 110 pomysłów na godzinę, więc to wszystko może się jeszcze zmienić. Do Polski i tak muszę wpaść, bo za chwilę wiza mi się kończy. Odpocznę trochę i wracam do USA na przygotowania do kolejnej walki. Nie znam jeszcze żadnych konkretów, ale pewnie zaboksuję w Chicago. Wspomnicie moje słowa.

Będziesz polował na rywala pokroju Breazeale’a, czy zgodzisz się na przeciwnika z niższej półki?

Mam nadzieję, że nie dostanę żadnego leszcza. Nie chcę tracić czasu i energii na kolejnego Ty Cobba, nie interesują mnie takie walki. Chce na powrót dobrego zawodnika, ale ja to mogę sobie tylko pogadać. Nie ode mnie to zależy.

Ronnie’emu Shieldsowi podoba się pomysł, że będziesz wpadał do USA tylko na przygotowania do walk?

Nie ma nic przeciwko temu. Trener zna mnie i wie, że nie unikam roboty. Nawet czasami każe mi odpocząć, bo widzi, że jestem dwa razy dziennie na sali i ciężko trenuję. On wie, że potrafię sam zbudować taką formę i wydolność jak pod jego okiem. Po ostatnim moim powrocie z Polski był nawet w szoku, w jakiej dyspozycji do niego przyjechałem. Prywatnie mamy świetny kontakt. Pracując z nim, zrobiłem postępy. Dołożyłem do swojego repertuaru ciosy podbródkowe i uniki. Mam lepszą defensywę, potrafię przyjąć cios na gardę, oddać. Jestem zadowolony z naszej współpracy.

Jak to możliwe, że Ameryka tak szybko ci się znudziła?

Nie będę ściemniał, trochę mi się znudziła. Ze sportowego punktu widzenia jest tu zajebiście, ale poza boksem też jest życie. Ludzie mogą gadać, że Szpilka siedzi sobie w Ameryce i ma klawe życie. Dom, basen, restauracje, krokodyle i inne rozrywki. W środku wygląda to trochę inaczej. Do życia codziennego wkradła się już monotonia. 24 godziny na dobę jestem w reżimie treningowym. Może wpływ na to znudzenie miał fakt, że od roku nie walczę. Człowiek ma dosyć, gdy nic się nie dzieje. W powrocie do Polski widzę same plusy. Wrócę i będę czekał na sygnał. Gdy pojawi się konkretna oferta, wsiadam w samolot i jestem na sali u Shieldsa. Tak to sobie wymyśliłem. W Polsce będę podtrzymywał formę. Uspokajam wszystkich, nie będzie imprez, alkoholu.

Zamiast ciebie rękawice z Breazeale’em ma skrzyżować Izu Ugonoh. Da radę?

Izu ma duże szanse na wygraną, bo Amerykanin nie jest jakimś tam wirtuozem bokserskim. Na pewno jest silny. Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? U Izu podobało mi się to, że nigdy nie dał sobie wejść na głowę promotorom. Zawsze miał swoje zdanie. Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.

Gdy były zawirowania z galą w Alabamie, Mateusz Borek zaproponował w jednym z tweetów, że może warto zorganizować walkę Szpilka vs Izu. Jest to do zrobienia?

To bardziej pytanie do promotorów. Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Nawet teraz, gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować. Jeśli ktoś ma inne zdanie, zapraszam do ringu.

Może z tego zaproszenia skorzysta Adam Kownacki, który chce kolejnych wyzwań i twierdzi, że nie czułby strachu przed konfrontacją z tobą. „Według mnie Szpilka ma bardzo słabą szczękę” – stwierdził Adam w rozmowie ze sportowymifaktami.pl. Co ty na to? Ten pojedynek jest do zrobienia, w końcu obaj jesteście w stajni Haymona.

Teraz to mnie rozśmieszyłeś. Adam jest wesołym, sympatycznym grubaskiem, nic do niego nie mam, ale z przyjemnością mogę mu pokazać, na czym polega prawdziwy boks. W każdej chwili. Skoro tak się pali do walki ze mną, to zapraszam do ringu. Może być nawet moim następnym rywalem. Nie ma problemu. Proponuję jednak, żeby ochłonął i zszedł na ziemię. Przy okazji niech zgubi też parę kilogramów, ale mniejsza z tym. Za wygląd nie będę go krytykował. Na temat jego słów o mojej słabej szczęce nie chce mi się nawet gadać. Chętnie przetestuję jego.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Wierzysz, że Andrzej Wawrzyk postawi się Deontay’owi Wilderowi? Tylko szczerze, bez ściemniania.

To jest waga ciężka, wszystko może się zdarzyć.

Artur, wyświechtane regułki też odłóżmy na bok. 

Jeśli nie zablokuje się psychicznie, to mam nadzieję, że da dobrą walkę. Przy każdej okazji powtarzam Andrzejowi, że Wilder jest tchórzem. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale taka jest prawda. Amerykanin nie jest prawdziwym wojownikiem. Byłem z nim w ringu i wiem, co mówię. To naciągany mistrz. Facet próbuje grać twardziela, straszyć minami, ale jak już je zacznie robić, wygląda wtedy jak moja babcia siedząca na klopie. Wprawdzie, nigdy nie widziałem babci w tej pozycji, ale tak to sobie wyobraziłem. Andrzej nie może się go wystraszyć przed walką.

Jakich jeszcze wskazówek udzieliłeś Wawrzykowi?

Coś tam staram mu się podpowiedzieć, ale Andrzej ma świetnego trenera i to jego powinien słuchać. Na pewno przygotują coś ekstra na walkę. Z Andrzejem praktycznie codziennie jesteśmy w kontakcie, ale to nie jest tak, że gadamy tylko o boksie i jego walce z Wilderem. Jest też czas na robienie sobie jaj ze wszystkiego. Ja, Andrzej, „Główka” i Grzesiu Proksa założyliśmy sobie taką grupę i piszemy do siebie sms-y. Codziennie, jak wstaję, mam po 120 nieprzeczytanych wiadomości. Nie powiem, o czym piszemy, bo tego nie da się publicznie cytować. Gdyby te sms-y wydostały się na zewnątrz, to jeszcze chcieliby nas zamknąć w zakładzie psychiatrycznym.

Będziesz na gali w Alabamie?

Oczywiście, że się wybieramy z Kamilą na walkę Andrzeja. Nie ma innej opcji. Zastanawiam się tylko, czy zabrać ze sobą Cyca i Pumbę. Ode mnie do Alabamy jest osiem godzin jazdy samochodem i trochę mnie to przeraża. Może zostawię psiaki z kolegą, a my polecimy samolotem. Jeszcze nie wiem, jesteśmy na etapie planowania.

Wyrzuciłeś już z głowy nokaut, który zafundował ci Wilder?

Co ja miałem wyrzucać, jak go nawet nie pamiętam. Z 4-5 razy widziałem to na powtórkach i za każdym razem łapałem się za głowę. Po chwili jednak śmiałem się z tego. Takie rzeczy w boksie się zdarzają. Było w tym dużo przypadku.

Jakie cele zapisałeś sobie na 2017 rok na tych legendarnych już karteczkach?

W tym roku nie wypisywałem nowych karteczek, bo cele cały czas są te same. Oczywiście te, których nie udało mi się osiągnąć. Chcę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Moim celem jest dopaść i dojechać Wildera. To się nie zmieniło, tylko wydłużyło w czasie. Po jego ciosie poszedłem spać. Jednak swoje już odespałem i teraz wracam do rzeczywistości. Mam nadzieję, że jeszcze ze dwie walki i będę oficjalanym pretendentem. Jak nie Wilder, to może ktoś inny, ale Amerykanin jest dla mnie jakiś taki… wyjątkowy.

Czyli pomysł z powrotem do wagi junior ciężkiej umarł już śmiercią naturalną?

Chyba tak. O zmianie kategorii wagowej pomyślałem i zacząłem o tym gadać, gdy byłem w ciężkim treningu, a waga mocno leciała w dół. Przy 102 kilogramach waga się jednak zatrzymała, a nawet poszła w górę, więc pojawiło się dużo znaków zapytania. W kategorii junior ciężkiej na pewno byłbym silny, ale czy starczyłoby mi energii? Nie wiem. Edwin Rodriguez opowiadał mi, że po konkretnym zbijaniu wagi, później na walce wyglądał słabo, nie miał kondycji. W mojej sytuacji bałbym się tego samego. Nie wiem, czy jest sens zrzucać na siłę wagę, a później męczyć się w ringu. Tu nie chodzi o to, że nie chce mi się tego robić. Gdybym był gruby i miał z czego schodzić, to mógłbym o tym pomyśleć na serio. Ale u mnie praktycznie nie ma tłuszczu. Nie ściemniam. Jak zobaczysz u mnie tłuszcz, to dam ci kasiorę. Nie zobaczysz, nie ma szans.

Jaką karę dałbyś Michałowi Cieślakowi i Nikodemowi Jeżewskiemu za dopingową wpadkę?

Nie chcę ich karać, nie jestem od tego. Na pewno jest to jakiś tam cios dla boksu w Polsce. Przez opinię publiczną już zostali osądzeni. Jakaś tam kara powinna ich spotkać, żeby to była przestroga dla innych. Oni są jeszcze młodzi, więc szkoda kończyć im kariery. Kopa od życia już dostali. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że chłopaki wpadli przypadkiem, bo gdyby nie walczyli o pas, nie byłoby testów. Pięściarze powinni być częściej badani. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, że powstał program Clean Boxing. Dzięki temu mogę chociaż przypuszczać, że nie wchodzę do ringu z nakoksowanym rywalem.

Nie chciałeś podbić stawki w zakładzie z Tomaszem Babilońskim na wygranego w pojedynku Krzysztof Zimnoch vs Mike Mollo?

Nie podbijałem stawki. Tomek zaproponował tysiąc dolarów, przyjąłem propozycję i tyle. Mike Mollo zrobi swoją robotę, a mi tysiąc wpadnie do kieszeni. Easy money.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

25 lutego na gali w Birmingham w Alabamie na ring wróci Artur Szpilka, który stoczy walkę z Dominikiem Breazeale’em. – Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z Po Gongu. Na tej samej gali Andrzej Wawrzyk stoczy pojedynek o mistrzowski pas federacji WBC wagi ciężkiej. Jego rywalem będzie Deontay Wilder, który w styczniu 2016 roku znokautował Szpilkę. – Tak naprawdę zorganizowanie tej walki było dosyć prostym zadaniem – dodaje promotor grupy KnockOut Promotions. 

Czuje się pan mistrzem świata?

Andrzej Wasilewski: Trochę zaskoczył mnie pan tym pytaniem.

Wiele osób podkreśla, że doprowadzenie Andrzeja Wawrzyka do walki z Deontayem Wilderem o pas WBC to mistrzostwo świata jego promotora.

Coś w tym jest, bo w porównaniu z innymi zagranicznymi promotorami mamy groszowe budżety, a mimo to zrobiliśmy już kilka walk o mistrzostwo świata. Przedstawiciele niemieckiej grupy promotorskiej twierdzą, że boks im się nie opłaca, bo dostają od telewizji 500 tysięcy euro za galę. Brzmi to trochę śmiesznie, bo my chcielibyśmy otrzymywać chociaż 50 tysięcy, a mimo to robimy boks na podobnym do nich poziomie. Jak się spojrzy na ten przykład, to chyba możemy powiedzieć, że jako grupa promotorska jesteśmy mistrzami świata.

Wróćmy do Wawrzyka. Ile nie przespał pan nocy i jak długo musiał pan siedzieć przy negocjacyjnym stole, żeby doprowadzić do jego pojedynku z Wilderem?

Tak naprawdę było to dosyć proste zadanie. W tym przypadku zaprocentowała ciężka, wieloletnia praca oraz amerykańskie kontakty. Mamy teraz dobrą pozycję wyjściową, bo przez lata budowaliśmy naszą wiarygodność, dlatego proces negocjacji był łatwy. Nie było wielkiej historii. Współpracujemy z Alem Haymonem, z którym związany jest także Wilder, więc wiele czynników przemawiało za tym pojedynkiem. Poza tym, na gali Wilder vs Duhapaus Andrzej dał na oczach wielu menedżerów dobrą walkę i już wtedy było wiadomo, że prędzej czy później będzie walczył z Martinem, Washingtonem, Breazeale’em lub z kimś innym. Padło na samego Wildera.

Jeszcze kilka tygodni temu chciał pan skonfrontować Wawrzyka z Tomkiem Adamkiem. Po wpisach na Twitterze sądzę, że bardzo zależało panu na tym pojedynku?

Dla Andrzeja taka konfrontacja byłaby okazją do przedstawienia się szerszej publiczności w Polsce. Nie mamy środków, żeby w naszym kraju zorganizować mu poważną walkę, więc od dawna prosiłem o jego występ na Polsat Boxing Night. „Góral” wydawał mi się słusznym wyborem. Gdy kilka lat temu Adamek boksował, brzydko mówiąc, z wrakiem Gołoty, nikt nie miał z tym problemu, ale jak teraz zaproponowaliśmy walkę z lekko starzejącym się Adamkiem, który jednak wciąż jest w dobrej formie sportowej, nikt tego pojedynku nie chciał. Niby zostały zaakceptowane warunki finansowe, które ewentualnie miałby wyłożyć Polsat, ale temat się rozjechał.

Ale Andrzej chyba nie może narzekać? Zamiast walki z „Góralem” ma pojedynek o mistrzostwo świata. Można nawet zażartować, że w jego przypadku Święty Mikołaj pomylił prezenty.

Gdy okazało się, że nie ma szans na walkę z Adamkiem, zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z Wilderem. Dodam tylko, że nam pojedynek z Tomkiem wydawał się czymś naturalnym. Polak z Polakiem, starszy z młodszym. Z przyczyn dla mnie zrozumiałych nikt z obozu Adamka nie chciał tej walki. To pokazuje, że Tomek powinien już kończyć swoją piękną  karierę i nie zawracać sobie głowy poważnym boksem. Przecież kiedyś „Góral” brałby taki pojedynek w ciemno. To jednak nie mój problem.

Wawrzyk stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Nie znam śmiałka, który postawiłby pieniądze na jego wygraną.

Walki z Wilderem czy Joshuą to dzisiaj dla pięściarzy wagi ciężkiej największe wyzwania na kuli ziemskiej. Moim marzeniem jest, żeby Andrzej wygrał tę walkę, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to Amerykanin będzie faworytem. Musimy wkalkulować też porażkę, ale jeśli, odpukać, tak by się stało, to chciałbym, żeby Wawrzyk pokazał chociaż trochę swoich umiejętności, żeby nie było powtórki walki z Powietkinem. Bo najbardziej bolesna dla pięściarza jest porażka, gdy nie zdąży wejść w walkę, a jest już po wszystkim.

Fiodor Łapin nie próbował wybić wam z głowy tego pomysłu?

Na początku, gdy usłyszał o Wilderze, nie skakał z radości do sufitu. Spytał tylko, czy nie ma szans na inne, poważne walki. Oczywiście ja też wolałbym, żeby Wawrzyk najpierw stoczył pojedynek z kimś z czołówki, ale teraz nie było takiej opcji. Rzucaliśmy wyzwanie Breazeale’owi, Washingtonowi i kilku innym pięściarzom, ale w tym czasie nie było zainteresowania. Andrzej mógł siedzieć w domu i czekać, ale to bez sensu. Wspólnie uznaliśmy, że warto wziąć tę walkę. Znam wielu zawodników, którzy mówią, że marzą o takich pojedynkach, ale jak przychodzi co do czego, to robią uniki. Andrzej tego nie zrobił.

Jak długo Wawrzyk negocjował swoją wypłatę?

Andrzej znał gażę, którą wypłacono Francuzowi Duhaupas za walkę z Wilderem i powiedział mi, że nie chciałby boksować za mniej, bo nie czuję się gorszy od tego pięściarza. Wiedział też, że jest to dobrowolna obrona, więc nikt nie położy na stole milionów dolarów, o których wszyscy marzymy. Za pierwszym razem propozycja dla Andrzeja była trochę mniejsza od tego, co dostał Duhaupas. W międzyczasie byłem jednak na zjeździe WBC i przy drinku wróciliśmy do tego tematu. Amerykanie stwierdzili, że skoro Wawrzyk widział, ile dostał Francuz, to wypiszą mu taki sam czek.

25 lutego w Alabamie zobaczymy też w ringu Artura Szpilkę, który wraca po ciężkim nokaucie z rąk Wildera. „Szpila” twierdził, że nie chciał na przetarcie żadnego buma i dostał zaliczanego do czołówki wagi ciężkiej Dominika Breazeale’a. To chyba ryzykowny krok?

Nie wiem, czy Artur chciał takiego rywala, bo krępował się hejterów, czy po prostu założył sobie, że z walki na walkę chce zarabiać coraz więcej pieniędzy. Wiadomo, że mocniejszy przeciwnik to gwarancja większej wypłaty. Według mnie powinien stoczyć jeden pojedynek z zawodnikiem w miarę solidnym, a dopiero później dostać Breazeale’a. Dzisiaj jest przy nim dużo pytań bez odpowiedzi. Przecież nie wiemy, jak zareaguje na tak długą przerwę? Nie wiemy, jak będzie się czuł po nokaucie? Nie wiemy, czy czasem nie zardzewiał? Artur też nie zna odpowiedzi na te pytania.

Czyli podobnie, jak w przypadku pojedynku z Bryantem Jenningsem, ulegliście naciskom ze strony Szpilki? Wymusił on na was tę walkę?

Pojedynek był zorganizowany pod presją pieniędzy, które Artur chciał zarabiać i oferty, która przyszła. Za łatwiejsze walki miałby czeki na kilkadziesiąt tysięcy dolarów a nie kilkaset. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, ale w trakcie negocjacji przed tym pojedynkiem bałem się trochę, że Artur może przedwcześnie zakończyć karierę.

Słucham?

Gdyby nie doszedł teraz do porozumienia z Alem Haymonem i resztą, to miałem poważne obawy, czy tak się nie stanie. Artur wymyślił sobie kwotę, która mu się należy, taką zupełnie z powietrza. Gdy dostał propozycję 30 procent mniejszą, nie chciał jej przyjąć. A to jest naprawdę wielka gaża. Tomek Adamek niewiele razy taką otrzymywał. Dodajmy, że dla Artura jest to walka na powrót. Gdyby nie dał się namówić do zejścia w dół, to zrobiłby krzywdę sobie i nam, bo jego kariera mogłaby się zakończyć.

Nadal nie rozumiem, dlaczego miałby z tego powodu kończyć karierę?

On chciał wrócić do Polski i czekać na lepszą ofertę. Tylko ja jestem przekonany, że taka propozycja nigdy by nie przyszła. Przecież Artur za chwilę wypadłby ze wszystkich rankingów, bo już rok nie walczy. Dzisiaj jego wartość jest wyższa, bo jest według rankingów 6-7 na swiecie. Po wypadnięciu z nich, dostawałby propozycje pięć razy mniejsze i wtedy powstałoby błędne koło, bo za taką kasę to już w ogóle nie chciałby wchodzić do ringu.

Szpilka mówi, że dla niego to może być walka o być albo nie być. Przesadza?

Jeżeli przegrałby z Amerykaninem, to droga do kolejnej walki mistrzowskiej znów by się wydłużyła. Jednak musimy pamiętać, że Artur dopiero wchodzi w najlepszy wiek dla pięściarza w wadze ciężkiej. Jednak zgodzę się, że w tym pojedynku sporo ryzykuje. Jest to bardzo duże wyzwanie.

Artur zapowiedział, że po walce z Breazeale’em wraca do Polski, bo tęskni za ojczyzną. Podoba się panu ten pomysł?

Będziemy o tym rozmawiali, ale wydaje się, że on i Kamila są już zdecydowani na powrót, bo oni w Ameryce najzwyczajniej w świecie się nudzą. Rozumiem ich. Mieszkają na przedmieściach Houston, gdzie przez pół roku jest tak gorąco, że nie można wyjść z domu. Artur żyje tam bardzo ascetycznie. Dom, sala, dom, sala. Wszystko jest podporządkowane boksowi. Nie wierzę jednak, że po powrocie do Polski będzie tak samo, że będzie skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie. I tym się trochę martwię.

Jaki ma pan plan na Szpilkę w 2017 roku?

Kilka razy życie brutalnie nauczyło mnie, że w boksie nie można niczego planować. Skupiamy się na najbliższym pojedynku. Zdajemy sobie sprawę, że Artura czeka bardzo trudna konfrontacja. Liczę, że wygra ją sprytem i szybkością, ale pamiętajmy, że Breazeale to silny facet, który ma czym przyłożyć. W tym momencie nie mamy żadnych planów wobec Artura, oprócz tych, że 25 lutego musi zrobić swoje i wygrać. Najlepiej w dobrym stylu.

Widział pan listę życzeń Macieja Sulęckiego, który ma apetyt na naprawdę duże walki?

Widziałem, że pisał coś na Twitterze, ale nie analizowałem tych nazwisk. Swoje propozycje wysyłał mi też sms-em. Maciek marzy o dużych pojedynkach. On jest prawdziwym bokserskim chuliganem, tak jak Krzysiek Głowacki, który chce boksować z każdym. Czekaliśmy na Daniela Jacobsa, ale on dogadał się z Gołovkinem i nic z tego nie wyszło. Nie ukrywam, chcemy też walki z Billym Saundersem, ale nie możemy przyjąć warunków Franka Warrena, który w przypadku wygranej Sulęckiego, chciałby żeby Maciek przez kilka walk był jego zawodnikiem i zarabial jak challenger a nie mistrz. Ta waga jest mocno obsadzona i nie jest łatwo wdrapać się na sam szczyt.

Na szczycie siedzi GGG Gołovkin, którego chyba lepiej na razie unikać.

Kell Brook pokazał, że można z Kazachem boksować, że można go postraszyć. Kiedyś była wstępna rozmowa dotycząca walki Gołovkina z Sulęckim, ale oferta była słaba, ale i Maciek nie był wtedy jeszcze gotowy na takie wyzwanie. Jesteśmy w świetnych relacjach z promotorem GGG, więc nie wykluczam takiego pojedynku w przyszłości. Może nawet w niedalekiej. Jeżeli po walce z Jacobsem Gołovkin nie będzie boksował z jakimś wielkim nazwiskiem, typu Canelo, czego nie można wykluczyć, to może wrócimy do rozmów. Na razie jednak nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.

Na koniec chciałbym poruszyć wątek Krzysztofa Włodarczyka. Odbył pan z nim rozmowę wychowawczą po mało udanym w jego wydaniu pojedynku we Wrocławiu?

Od pewnego czasu odpuściłem sobie wszystkie rozmowy wychowawcze z Krzyśkiem. Wielokrotnie tłumaczyłem mu, że rozpieprzone życie prywatne rujnuje mu nie tylko samą karierę, ale także i jego wizerunek. Przez ostatnie dwa lata próbowałem go wychowywać i prosiłem: Krzysiu, nie wyciągaj swojego życia prywatnego na światło dzienne. Mówił mi, że nie będzie tego robił, a za chwilę udzielał kolejnego idiotycznego wywiadu. Sporo na tym gadaniu stracił. Ludzie, z którymi rozmawiam twierdzą: Krzysiek to porządny chłopak, ale chyba za mądry to on nie jest. Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę, że dziennikarze sprytnie go podpuszczali. Tłumaczyłem mu, że w takich sytuacjach ma mówić: przepraszam, nie chce rozmawiać o swoim życiu prywatnym. Jedno proste zdanie, ale Krzysiek nie potrafi go wypowiedzieć.

A o walce z Leonem Harthem rozmawialiście? Ten pojedynek zupełnie nie wyszedł Krzyśkowi.

Po walce przysłał mi sms-a, że źle mu się boksowało, bo miał kłopoty i dużo spraw na głowie. Od 10 lat słucham tego typu tłumaczeń, więc nie robią już na mnie większego wrażenia.

Traci pan powoli cierpliwość do niego?

Coraz bardziej boje się, że Krzysiek nie zdąży ustawić się finansowo w trakcie swojej kariery, ale także martwię się o to, co będzie robił później. W jego przypadku jestem bezsilny. Gdyby dało się cofnąć czas, to inaczej bym go poprowadził. Nie byłem dla niego dobrym „ojcem”, a z perspektywy czasu wydaje mi się, że on takiego potrzebował. Dzisiaj z każdej gali zabierałbym mu 50 procent gaży i inwestował mu te pieniądze. Tego nie robiłem i to był błąd. Krzysiek po każdej walce mówił, że teraz weźmie całą gażę, ale od następnego pojedynku będzie już odkładał. Nigdy nie dotrzymał słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

karinaaaa.jpg
fot. archiuwm Karina Kopińska

Jest najbardziej zapracowaną pięściarką zawodową w Polsce. W sobotę stoczy ósmy pojedynek w tym roku. Ma opinię zawodniczki o wielkim sercu do walki. Nie szokuje ani nie prowokuje swoich rywalek jak Ewa Brodnicka. Zamiast tego uśmiecha się do nich. Jednak zamierza to zmienić. Swoim dorobkiem na zawodowych ringach raczej nikomu się nie chwali. Ma dwa razy więcej porażek niż zwycięstw. Warto jednak zwrócić uwagę, że na 24 pojedynki aż 17 stoczyła poza Polską. Karina Kopińska nie boi się wyzwań. Poza tym trochę rozumie Kamila Szeremetę, który uważa, że kobiety w boksie są jak chłopy w balecie.

„Z reguły jestem miła, aczkolwiek w mordę też potrafię dać..!” Taki cytat znalazłem na twoim Facebooku. Niezła wizytówka. 

(śmiech) To odnosi się do życia codziennego. Nie można odbierać tego dosłownie. Chodzi o to, że nie boję się mówić tego, co myślę. Ogólnie jestem miła dla ludzi, ale jak coś mi się nie podoba, to mówię o tym wprost, czyli “potrafię w mordę dać”. Tak na marginesie, poza ringiem nie jestem zwolenniczką rozwiązań siłowych.

Pod koniec listopada stoczysz w Anglii ósmą walkę w tym roku. Sporo się tego uzbierało.

Tak to wygląda, ale przynajmniej na nudę nie mogę narzekać. Zresztą codziennie jestem w treningu. Zazwyczaj boksuje na wyjazdach, nie wybieram sobie rywalek, tylko one mnie. Boks jest moją pasją, więc nikt mnie siłą do ringu nie zaciąga. Jednak walka z Katie Taylor będzie ostatnią w tym roku, trzeba w końcu odpocząć.

Dla Katie Taylor będzie to debiut na zawodowych ringach, ale to nie byle jaka przeciwniczka. Irlandka jest wielokrotną mistrzynią świata i Europy, mistrzynią olimpijską. Czujesz przed nią strach?

Na pewno walczę ze świetną zawodniczką, teoretycznie o klasę lepszą ode mnie, ale o strachu raczej bym nie mówiła. Choć muszę przyznać, że przed każdą walką czuję tremę. Może tego po mnie nie widać, ale przeżywam wszystko i trochę się stresuję. Wiem, że to jest głupie, ale najbardziej przejmuje się tym, co ludzie powiedzą. Że ktoś będzie się ze mnie śmiał. Najchętniej walczyłabym tam, gdzie nie ma publiczności (śmiech). Wiem, tak się nie da. Żeby nie było, daję sobie z tym radę. Mam trochę tych walk na koncie i potrafię zachować zimną krew. Na pewno nie przytłoczy mnie atmosfera na Wembley Arenie.

Książki nie ocenia się po okładce, a czy pięściarza można oceniać po jego rekordzie?

W jakimś tam sensie rekord jest naszą wizytówką. Wiadomo, jak dostaję propozycję walki, to od razu zwracam uwagę na bilans swojej potencjalnej przeciwniczki. Z drugiej jednak strony, rekordy potrafią też zakłamywać rzeczywistość. Dla przykładu: gdy ktoś ma bilans 10-0, to wydaje się, że może być niezły, ale trzeba zwrócić uwagę, gdzie walczył, z kim walczył i tak dalej. Czasem dziewczyny z takimi rekordami biły się tylko na swoim terenie, same wybierały sobie rywalki, a takie okoliczności sprzyjają budowaniu ładnego dla oka bilansu. Zadałeś pytanie o rekord, bo pewnie chcesz pogadać o moim dorobku na zawodowych ringach…

Dokładnie, ale najpierw chciałem wybadać teren. Twoja bokserska wizytówka to: 7 zwycięstw, 14 porażek i 3 remisy. Szału nie ma.

No nie ma. Muszę go trochę podreperować, bo ludzie na to patrzą i komentują. Nikt prosto w oczy nigdy nie nazwał mnie „kelnerką” czy jakoś podobnie, ale wiadomo w internecie ludzie różne rzeczy wypisują. Nic na to nie poradzę. Przegrywam dość często, ale nie wychodzę do ringu, jak niektórzy sugerują, tylko dla pieniędzy.

Wygląda na to, że torby podróżne masz cały czas pod ręką. Na 24 pojedynki aż 17 stoczyłaś poza Polską. Kto odpowiada za organizację twoich walk?

To działka trenera Irka Butowicza, który jednocześnie jest moim menedżerem. Ma kontakty z różnymi promotorami i menedżerami z całego świata i to oni przysyłają do niego propozycje pojedynków. Później siadamy, analizujemy i bierzemy walkę albo nie.

Zdarzały się przypadki, że oferta wpłynęła we wtorek, a w sobotę byłaś już w ringu?

Zwykle o walkach dowiaduję się dość późno. Może nie trzy dni przed pojedynkiem, ale do rzadkości należą sytuacje, że wiem miesiąc wcześniej. Zwykle taka informacja pojawia się dwa tygodnie przed, ale były też sytuacje, że dowiadywałam się parę dni wcześniej. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Zwykle wszyscy dają późno znać. Jeśli jestem zdrowa, przyjmuję takie propozycje, bo i tak jestem cały czas w treningu. Poza tym lubię wyzwania i chcę wygrywać, ale na obcym terenie nie jest to wcale takie łatwe.

Czy w pojedynkach wyjazdowych odczułaś, że sędziowie łaskawszym okiem patrzą na twoje przeciwniczki?

Kilka walk było wyrównanych i werdykt mógł pójść w jedną albo drugą stronę. Najczęściej szedł jednak w przeciwną. W stronę rywalki. Przy wyrównanym pojedynku zwykle daje się wygraną gospodyni. Tak to działa.

W takim razie spytam inaczej: o ile mniej miałabyś porażek, gdyby te pojedynki odbyły się w Polsce?

Trudno powiedzieć. Może o połowę mniej, zamiast dwunastu może sześć. Na pewno wygrałam dwie walki, w których sędziowie widzieli remis. Tu nie ma żadnych wątpliwości. Jednak nie mam do nikogo żalu o te werdykty, nie narzekam. Muszę więcej popracować nad siłą ciosu, żeby nokautować przeciwniczki i nie zostawiać decyzji w rękach sędziów.

To chyba odpowiedni moment, żebyś opowiedziała, w jaki sposób trafiłaś na zawodowe ringi.

W pewnym momencie boks amatorski zaczął mnie nudzić, bo co chwila naprzeciw mnie stawały te same rywalki. Przestałam też jeździć na kadrę, bo jednocześnie uczyłam się i pracowałam. Nie było na to czasu. Poza tym chciałam spróbować czegoś innego, dlatego zapadła decyzja o zmianie ringów amatorskich na zawodowe. To było ponad cztery lata temu. Nie żałuję tej decyzji. Byłam jedną z pierwszych dziewczyn na zawodowstwie w Polsce. Jaki był pierwszy krok? Pojechałam do Silesia Boxing, przywitałam się z trenerem Irkiem Butowiczem i powiedziałam, że chcę trenować w jego grupie. Nie był zadowolony, że jakaś baba przyszła, ale długo nie musiałam go przekonywać.

Co powiedziałaś trenerowi? Że jesteś „kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boisz”.

To inteligentny facet i nie uwierzyłby w takie gadki. Musiałam mu pokazać, że jestem „kobietą pracującą”. Trener często wspomina mój debiut na zawodowych ringach. Rozcięłam wtedy głowę w drugiej rundzie, ale nie poddałam się i wytrwałam do końca walki z pięciocentymetrowym rozcięciem. Niestety, przegrałam. Po tym pojedynku trener powiedział: możesz zostać z nami. No to zostałam. Chyba zobaczył, że jakiś tam talent we mnie drzemie.

Ewa Brodnicka nie miała łatwych początków na zawodowstwie. Opowiadała, że musiała dokładać do walk ze swojej kieszeni. Miałaś podobne problemy?

Były przypadki, że na galach w Polsce walczyłam za darmo. Dokładać jednak nigdy nie musiałam. Zagranicą płacą, raz więcej, raz mniej, ale płacą. Bez sensu, gdybym musiała jeszcze dokładać do tych wyjazdów.

Jesteś w stanie utrzymać się z boksu? Czy to tylko dodatek do życia zawodowego?

Boks jest raczej dodatkiem. Można nawet zarobić, ale chodzi o to, że nie jest to stały zarobek. Akurat teraz mam sporo walk, ale był taki okres, że miałam długą przerwę, nie było żadnych propozycji, więc trzeba było pracować. Traktuję to jako dodatkowe źródło dochodu.

Andrzej Kostyra, gdy komentował twoją walkę, powiedział, że jesteś twardą zawodniczką, która nigdy się nie poddaje. Krok dalej poszła Ewa Piątkowska, która stwierdziła: „Można jej rozciąć łuk brwiowy i przełożyć nos na bok, a ona i tak będzie szła do przodu”. Z sercem do walki trzeba się urodzić, czy da się to wytrenować?

Ewa Piątkowska coś wie o tym nosie, bo na sparingu nieźle mi go pokiereszowała. Wprawdzie nos nie był złamany, ale musiałam pojechać do szpitala, żeby mi go nastawili, bo był krzywy i się trochę przestawił. Sparowałyśmy wtedy w dużych rękawicach, bodajże w szesnastkach. Szkoda gadać, dałam się trafić.

A co z tym sercem do walki…

Chyba trzeba się z tym urodzić, trzeba mieć charakter do tego sportu. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się popłakać, gdy ktoś rozetnie mi łuk brwiowy czy przestawi nos. Czasami w trakcie pojedynku pojawiają się momenty zwątpienia, przychodzi strach przed nokautem, ale to szybko mija.

Masz za sobą walki z Saszą Sidorenko i Ewą Piątkowską. Jesteś w stanie pokusić się o porównanie tych pań?

Ewa jest zdecydowanie silniejsza fizycznie od Saszy i to dużo. Zresztą Piątkowska była chyba najsilniejszą rywalką, z którą miałam do czynienia. W pojedynku z nią musiałam być cały czas czujna, bo Ewa ma czym przyłożyć. W końcówce chciała mnie znokautować, ale przetrwałam. Pojedynek z Sidorenko był zupełnie inny. Powiem szczerze, że Sasza nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Jasne, zdecydowanie ze mną wygrała, ale ona nie jest groźna. To chyba dobre określenie. Chodzi o to, że nie odczuwałam jej ciosów. Ładnie punktuje, ma fajną technikę, ale nie ma tej siły co Ewa. Jednak zdecydowanie trudniej trafić Sidorenko niż Piątkowską.

A jak na ich tle wypada Ewa Brodnicka?

Trudno powiedzieć, bo nigdy z nią nie walczyłam ani nie sparowałam. Pamiętam Ewę z amatorstwa, ale ona była dwie wagi wyżej. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się jej styl walki. Boksuje w tym samym tempie, bez fajerwerków. Wolę już boks w wykonaniu Piątkowskiej.

Nie podoba Ci się styl boksowania Brodnickiej, a co sądzisz o jej strojach i zachowaniu na ceremoniach ważenia? Ewa Piątkowska twierdzi, że pięściarka Tymexu chce być na siłę kontrowersyjna.

Nie znam Brodnickiej i dlatego nie chcę się wypowiadać na jej temat. Nie jestem zwolenniczką takiego zachowania, ale może Ewa lubi robić szum wokół swojej osoby. Może chciałaby być celebrytką? Na pewno jest kontrowersyjna, lubi aferki, ale to jej sprawa. Na mnie nie naskoczyła, więc nic do niej nie mam.

Ewa Brodnicka prowokuje rywalki na ważeniu, a Ty się do swoich przeciwniczek… uśmiechasz.

No właśnie wiem. Postanowiłam to zmienić, bo czasami jestem aż za bardzo radosna. Jak się uśmiechnę raz to już nie umiem spoważnieć i tak cały czas głupio się do nich śmieję. Trener zwraca mi na to uwagę. Teraz będę już poważniejsza. Do Taylor nie będę się uśmiechała, ale nie będę też jej prowokowała, bo wiem kim ona jest. Ta pani zasługuje na szacunek.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Brodnickiej. Z nią jeszcze nie walczyłaś. Wiesz, co sugeruję?

Po co komu taka walka? Ewa jest mistrzynią Europy, byłaby faworytką, jest ode mnie teoretycznie lepszą zawodniczką.

Ale załóżmy, że pada taka propozycja? 

Zastanowiłabym się nad nią. Nie mówię nie.

Po twojej walce z Ewą Piątkowską znalazłem taką opinię na Twitterze: “Brawo Karina Kopińska. Za wcześnie dla niej taka walka, ale ona chyba nie ma nawet ambicji, by zdobywać tytuły. Bawi się tym.” Podpisałabyś się pod tymi słowami?

Może inaczej. Ja chciałabym zdobywać tytuły, kto by nie chciał. Oczywiście, że mam takie ambicje, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam takich możliwości. Jak mam to zrobić? Musiałabym być w większej grupie promotorskiej tak jak Piątkowska czy Brodnicka i być prowadzona od początku tak jak one. Moja kariera toczy się inaczej, ale nie narzekam. Przystałam na to, ale tu nie chodzi o brak ambicji. Ludzie mogą myśleć inaczej, ale ja nie mam innego wyjścia. Wybór jest prosty: przyjmować oferty z zagranicy albo przestać boksować. Wielkiej kariery już raczej nie zrobię, bo rekord jest jaki jest. Czasami pytam siebie: po co ci to? Porażki mnie dołują. Mam jakieś ambicje i szacunek do swojej osoby i chciałabym częściej wygrywać.

Nie zdążyłaś się jeszcze oswoić ze smakiem porażki?

Nie żartuj, nie da się z tym oswoić. Każda porażka zawsze mnie boli. Do jej smaku nigdy się nie przyzwyczaję, ale jestem świadoma, że może się jeszcze przytrafić. I to niejedna. W walce z Taylor nie będę faworytką, ale na pewno dam z siebie wszystko. Może uda mi się sprawić niespodziankę. Z jednej strony, patrząc na nazwisko przeciwniczki, mogłam nie wziąć tej walki, ale to nie w moim stylu. Nie boję się wyzwań. Czy ludzie bez ambicji tak robią?

Zrobisz na sobotę wagę? Ostatnio w Niemczech musiałaś zdejmować bieliznę podczas ważenia.

Jestem osobą, która wszystko robi na ostatnią chwilę i niestety dotyczy to też wagi. Wtedy w Niemczech było o 100 gramów za dużo. Ważyłam się w hotelu i pokazywało trochę mniej, ale na oficjalnej wadze pokazało właśnie tę stówkę nadwagi. Ruszyłam się w lewo, waga nie drgnęła. Ruszyłam się w prawo, nic z tego, cały czas było o 100 gramów za dużo. Nie było wyjścia i trzeba było zdjąć bieliznę. Walka była o pas, więc musiało się zgadzać co do grama. Oczywiście trener zakrył mnie ręcznikiem. Wiesz, czego się wtedy bałam? Że trener mnie zabije. Na szczęście tego nie zrobił. Jeśli chodzi o nadwagę, to zdarzyło mi się to może ze trzy razy, więc nie ma tragedii.

Kobiety w boksie, to jak chłop w balecie. Dobrze to nie wygląda” – powiedział ostatnio Kamil Szeremeta. Chcesz pozdrowić pana Kamila?

Powiem szczerze, trochę go rozumiem. Mnie też walki kobiet średnio się podobają, rzadko się nimi zachwycam. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób kręci nosem, gdy panie są w ringu i okładają się po buziach. Zdania są mocno podzielone. Wiadomo, że niektórzy powiedzą: baby do garów. Staram się nie wchodzić w tego typu dyskusje, bo to kwestia gustu. Gdybym dzisiaj miała jeszcze raz podjąć decyzję, czy chce się bawić w boks, to nie wiem, czy zdecydowałabym się na to.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

– Pamiętam, że przyjechał kiedyś z obozu w Wiśle do Wieliczki. W tym samym dniu miał jeszcze rozprawę w Myślenicach i mecz Polska – Anglia w seniorach w Kielcach. Jednego dnia pokonał w samochodzie sporo kilometrów, a później musiał jeszcze wyjść do ringu – mówi o Arturze Szpilce jego pierwszy trener – Władysław Ćwierz.

ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKu

Dlaczego kilka lat temu zabrał pan chuligana na salę treningową?

Władysław Ćwierz: Artur nie był chuliganem, gdy po raz pierwszy pojawił się u mnie na treningu. To był jeszcze dzieciak, miał wtedy 12 lat. Potrenował ze 2-3 tygodnie, ale później rodzice zabronili mu przychodzić na zajęcia i tak się zakończyła jego pierwsza przygoda z boksem. Później znów do mnie trafił, ale już w innych okolicznościach. Bił się na boisku szkolnym z jakimś chłopakiem, poszło im o sprawy kibicowskie, więc zabrałem ich na salę, kazałem założyć rękawice. Szpilka ze dwa razy ruszył ręką, a tamten już leżał. Później zadzwoniłem do jego ojczyma i powiedziałem, że Artur ma spory talent i powinien trenować boks. I tak trafił ponownie na salę treningową.

Artur nie był grzecznym chłopakiem. Miał pan z nim jakieś problemy wychowawcze?

Lubił się bić z chłopakami na ulicy, ale zawsze tłumaczył się, że bronił słabszych. Wystarczyło, że ktoś się na niego krzywo spojrzał, a on już chciał wyjść z tym delikwentem na solówkę. Nawet spisywał sobie w zeszycie te wszystkie uliczne walki. Miał te swoje ścieżki. Pamiętam, że przyjechał kiedyś z obozu w Wiśle do Wieliczki. W tym samym dniu miał jeszcze sprawę sądową w Myślenicach i mecz Polska – Anglia w seniorach w Kielcach. Jednego dnia pokonał w samochodzie sporo kilometrów, a później musiał jeszcze wyjść do ringu. A wracając do pytania, nigdy nie miałem z nim żadnych problemów wychowawczych. Na treningach był bardzo pracowity. Jak zajęcia były na 18, to on już pół godziny wcześniej siedział na schodach i czekał na trening.

Gdy Szpilka trafił do więzienia nie bał się pan, że jego kariera dobiegnie końca?

Na początku przebiegły mi takie myśli przez głowę. Próbowałem nawet interweniować w jego sprawie. Chciałem, żeby ktoś się za nim ujął, ale on nie chciał żadnej pomocy, powiedział, że odsiedzi wyrok do ostatniego dnia. Gdy siedział w Krakowie, miał chodzić do szkoły i przejść proces resocjalizacji. Ładnie się to zapowiadało, ale był nieposłuszny. Komuś tam pyskował i przenieśli go do ciężkiego więzienia w Tarnowie.

Więzienie w jakiś sposób go zmieniło?

Trochę zmieniło… Gdy po wyjściu na wolność przyszedł do mnie na salę, był tak gruby, że nie mogłem go nawet objąć. Przytył ponad trzydzieści kilogramów.

Miał pan obawy, że były podopieczny ponownie trafi za kratki?

Nigdy. Po wyjściu z więzienia poznał Kamilę, która ma na niego bardzo dobry wpływ. Widać, że fajnie się dogadują. Kamila studiowała resocjalizację, a ja jej mówiłem, że nie musi mieć żadnych książek, bo na przykładzie Artura może napisać pracę. Śmiała się z tego.

Czy Artur dzwoni czasami do pana po jakieś rady?

Po każdej walce dzwoni do mnie i pyta czy oglądałem i czy mi się podobała jego postawa. Zawsze mu coś tam wytknę. Najczęściej zwracam uwagę, żeby trzymał wysoko ręce i pracował na nogach. Bierze pod uwagę te słowa i powtarza: wiem, wiem, trenerku. Gdy walczył w Polsce byłem na wszystkich jego pojedynkach. Ostatni raz dzwonił do mnie w niedzielę. Mówił, że jest lepiej przygotowany niż do walki z Tomkiem Adamkiem. W tamtym pojedynku wypadł bardzo dobrze pod względem taktycznym, boksował konsekwentnie. Jak powtórzy to w konfrontacji z Wilderem, to może być nieźle.

Co będzie kluczem do zwycięstwa nad Wilderem?

Przede wszystkim nogi, wysoka garda i opanowanie. Artur nie może dać się zepchnąć do narożnika ani do lin. Musi się trzymać środka ringu. Ponadto musi zachować zimną głowę, nie może dać się sprowokować i nie może wdawać się z nim w wymianę ciosów, bo Amerykanin to wielkie chłopisko.

Czy ta walka nie przyszła dla niego zbyt wcześnie?

Nie ma sensu rozpatrywać tego w takich kategoriach. Raz byłoby za wcześnie, raz za późno… Ma już trochę doświadczenia, niech się sprawdzi. Jest pod opieką dobrych trenerów, ma świetne warunki do treningu. Na pewno nie został rzucony na pożarcie.

Będziemy mieli pierwszego mistrza świata w wadze ciężkiej?

Oglądałem kilka walk Wildera i myślę, że on może pasować Arturowi.  Jeżeli Szpilka wytrzyma presję i będzie walczył na swoim poziomie, to ma spore szanse. Przecież on potrafi boksować, jestem o niego spokojny.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Od walki z Tonym Bellew minęło już kilka dni. Pogodziłeś się już z porażką?

Przed pojedynkiem wiedziałem, że na wyjeździe będzie trudno o wygraną na punkty. Niestety, nie udało mi się go znokautować. Wydaje mi się, że dwa razy go naruszyłem, bodajże w szóstej i dziesiątej rundzie. Jednak Bellew jest doświadczonym pięściarzem i po moich mocnych ciosach dobrze wykorzystywał liny i nie pozwalał się po raz drugi trafić. Był za cwany i nie udało mi się go dobić. Po obejrzeniu walki punktowałem 7-5 w rundach dla mnie, ale sędziowie widzieli coś innego. Wynik poszedł w świat i teraz nie ma znaczenia czy zgadzam się z werdyktem czy nie.

Czy pod koniec pojedynku czułeś, że przegrywasz?

W ringu miałem zaburzony obraz walki, bo mój trener Georg Bramowski ma taki sposób motywowania, że ciągle mówi, że runda jest przegrana, że zrobiłem za mało. Po każdej rundzie mówił, że chce ode mnie więcej. Z jego słów wynikało, że przegrałem wszystkie starcia, ale znam trenera i wiem, że w ten sposób próbował mnie zmotywować.

Będziesz naciskał na promotorów, żeby zorganizowali Ci rewanż z Brytyjczykiem?

Nie ukrywam, że chciałbym rewanżu, ale boks zawodowy to jest biznes i teraz Bellew pewnie będzie szukał walki o pas mistrza świata, więc raczej nie zdecyduje się na drugi pojedynek ze mną. Ja jestem na tak, czekam na telefon.

Czy wyjazd do Anglii był chociaż korzystny pod względem finansowym?

Zawsze można było zarobić więcej, ale jestem zadowolony ze swojej gaży. Szkoda tylko, że przegrałem. Jednak nie załamuję rąk i nie użalam się nad sobą, odbieram to jako cenne doświadczenie. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Jestem w stanie wygrać z każdym w swojej wadze. Mam nadzieję, że dostanę jeszcze ciekawe propozycje.

Gdy podpisywałeś kontrakt z Sauerlandem wydawało się, że wsiadłeś do windy, która zawiezie Cię na szczyt wagi cruiser. Winda jednak się zacięła. W którym momencie to nastąpiło?

Trudno powiedzieć. Może to było niezależne ode mnie, może to był moment, w którym telewizja wypowiedziała umowę grupie Sauerland. Wtedy promotorzy przestali rozwijać i budować moją karierę na rynku niemieckim. Skupiono się na walkach wyjazdowych, które są obarczone sporym ryzykiem.

Promotorzy kilka razy zakontraktowali Ci bardzo słabych rywali. Jaki sens miały walki z Nascimento czy Mino?

Gdy dostaję propozycję od promotorów, to mam zawsze wybór: biorę lub nie biorę pojedynku. Nikt nie stoi nade mną ze strzelbą i nie zmusza do podpisania kontraktu. W takich sytuacjach zwykle jest tak, że jak mam zarobić określoną stawkę albo unieść się honorem i powiedzieć, że nie boksuje, bo dany zawodnik szkodzi mojemu wizerunkowi, to wiadomo, że wybieram pieniądze. Mam dwójkę dzieci, rachunki do płacenia i muszę zarabiać. To wychodzi trochę poza ramy sportowe, ale taka jest rzeczywistość.

Czy czasem nie czujesz się piątym kołem u wozu w grupie Sauerlanda?

Nie ulega wątpliwości, że promotorzy nie mają pomysłu na mnie. Widać to gołym okiem. Aktualnie żadna telewizja w Niemczech nie jest zainteresowana pokazywaniem moich walk w Niemczech ani inwestowaniem we mnie pieniędzy. Kilka lat temu podpisałem kontrakt z Sauerlandem, który obowiązuje jeszcze przez rok i teraz muszę się z niego wywiązać. Jak się skończy, będę mógł negocjować lepsze warunki.

Wchodzi w grę rozwiązanie kontraktu?

Z wielu względów jest to niemożliwe.

To prawda, że przed walką z Johnnym Mullerem promotorzy obiecali Ci walkę o mistrzostwo świata?

Były takie rozmowy, ale nie padły żadne konkrety. Z Mullerem przegrałem i temat upadł.

Weźmiesz kolejną walkę wyjazdową, czy masz już dosyć takich pojedynków?

Mam już tego dosyć. Moje doświadczenia zebrane z walk wyjazdowych uświadomiły mnie, że ciężko jest zrobić karierę na obcym rynku. Każdy promotor inwestuje w swojego zawodnika i nikt nie będzie pomagał przyjezdnemu. Boks zawodowy jest tylko i wyłącznie biznesem, sport jest na drugim miejscu. Mam świadomość, że walcząc na wyjazdach, nie zrobię wielkiej kariery. Dlatego to mnie już nie interesuje.

Czy od rozstania z trenerem Andrzejem Gmitrukiem zrobiłeś jakiś postęp?

Jeśli chodzi o kwestie techniczne to nie, ale teraz mam bardziej zdyscyplinowany boks niż kiedyś. Przede wszystkim teraz walczę bardziej bezpiecznie dla siebie. Kiedyś nie wiedziałem co to klincz, nikt mnie tego nie uczył. Myślę, że jakbym dalej trenował z Andrzejem Gmitrukiem i nadal nie przerabiałbym tego na treningach, to po przyjęciu mocnego lewego sierpowego od Bellewa w 12. rundzie, nie umiałbym się zachować i pewnie przegrałbym przed czasem.

– Dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty. Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób – mówi w rozmowie z Po Gongu Albert Sosnowski.

Na wstępie ustalmy, Albert Sosnowski to już były pięściarz czy jeszcze nie zawiesił pan rękawic na kołku?

Wiem, że przez całe życie nie mogę być bokserem i że najlepsze lata mam już za sobą, ale nie powiedziałem jeszcze stop. Ostatnio pan dyrektor Marian Kmita powiedział mi, że być może będę mógł wystąpić na gali Polsat Boxing Night. Konkretna propozycja nie padła, ale gdy taka się pojawi, chętnie podejmę rękawicę. Cały czas jestem w treningu, potrzebuję kilku tygodni na przygotowania i mogę walczyć.

Jakieś nazwiska potencjalnych rywali chodzą panu po głowie?

W polskiej wadze ciężkiej jest spory wybór. Mariusz Wach, Tomek Adamek, Andrzej Wawrzyk czy Krzysztof Zimnoch. Czuję się na siłach, żeby wejść do ringu z którymś z nich. Formuła pojedynków polsko-polskich jest bardzo atrakcyjna i myślę, że moje nazwisko mogłoby przyciągnąć widzów na trybuny.

Jest pan kolejnym pięściarzem, któremu trudno zejść z ringu.

Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg. Człowiek potrzebuje tych emocji, adrenaliny i samodyscypliny wewnętrznej. Tego brakuje po zakończeniu kariery, ale mam świadomość, że czas mi ucieka i nie chce robić niczego na siłę. Nie interesuje mnie nabijanie komuś rekordów.

Zawodowy kontrakt podpisał pan w wieku 19 lat. Czy nie nastąpiło to zbyt wcześnie?

Nie, bo nie miałem za sobą żadnej kariery amatorskiej. Byłem kick-bokserem, który osiągał duże sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Dostałem propozycje walk w boksie zawodowym i podpisałem kontrakt. Wiedziałem, że to może być dla mnie przygoda życia, choć nawet nie wiedziałem, z czym to się je.  Z perspektywy czasu nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję tworzyć historię polskiego boksu zawodowego.

Początki były trudne?

Pierwszy rok był bardzo intensywny, bo stoczyłem aż dziesięć pojedynków, czyli wchodziłem między liny praktycznie raz w miesiącu. Chciałem jak najszybciej złapać trochę doświadczenia. Później tych walk było już trochę mniej. Z perspektywy czasu myślę, że lepiej wolniej wprowadzać młodych pięściarzy do zawodowego boksu. W drugim pojedynku skrzyżowałem rękawice z Andrzejem Dziewulskim, który miał ponad 100 walk amatorskich, z czego większość zwycięskich. Nie dawano mi zbyt wielu szans, ale dałem radę i wygrałem. Tydzień później, po paru dniach odpoczynku, walczyłem na gali Andrzeja Gołoty. Hala Stulecia we Wrocławiu była wypełniona po brzegi. To były początki boksu zawodowego w Polsce. Ludzie przyszli na pojedynek Gołoty z Timem Witherspoonem, a ja walczyłem wtedy z Rene Hanlem, który był bardzo niewygodnym rywalem. Po zwycięstwie we Wrocławiu zaczął się dla mnie inny świat. Mówiono o mnie, że jestem następcą Gołoty. Teraz to może trochę śmieszyć, ale wtedy była to dla mnie wielka sprawa. Przez moment miałem nawet poczucie, że nikt nie jest mnie w stanie pokonać, ale sodówka nie uderzyła mi do głowy.

Zarabiał pan już wtedy jakieś pieniądze?

Tak, ale nie były zawrotne sumy, choć dla młodego chłopaka całkiem spore. Nie było wtedy mowy o wykorzystywaniu zawodnika za zasadzie obiecanki-cacanki. Były to gaże adekwatne do poziomu sportowego. Każde kolejne zwycięstwo dawało mi szansę na większe zarobki i to było dla mnie dodatkową motywacją. Chyba tylko ze dwa razy się zdarzyło, że wychodziłem do ringu za darmo.

Za te gaże mógł pan sobie wtedy kupić samochód czy raczej bilet do kina plus paluszki i colę?

Mogłem godziwie żyć za te pieniądze, wyjechać na wycieczkę zagraniczną, poszaleć w sklepach z ciuchami, ale na auto już by nie wystarczyło.

Bardzo szybko zaczął pan walczyć na zagranicznych ringach.  Dzisiaj polscy pięściarze swój rekord budują najczęściej na rodzimym podwórku.

Byłem związany z grupą Barry’ego Hearna – Matchroom Boxing – i dlatego mogłem walczyć na galach w Anglii. Do tego doszły też wyjazdy do USA. Grupa Matchroom miała w tamtym czasie w swoich szeregach wielką gwiazdę, którą był Prince Naseem Hamed. Występowałem na jego galach i dzięki temu miałem okazję podróżować po całym świecie. To było super życie, zobaczyłem kawałek świata. Na jednej z jego gal byłem w tak zwanej poczekalni i w każdej chwili mogłem wskoczyć do karty gali. Nie byłem przebrany ani rozgrzany, a kazano mi zakładać rękawice i biec do ringu. Hala była wtedy pełna, coś około 12-15 tysięcy widzów na trybunach, a ja bez rozgrzewki wszedłem do ringu i po trudnym pojedynku wygrałem z Luke’em Simpkinem.

Walczył pan w Anglii i USA, ale w pewnym momencie wywiało pana nawet na afrykańskie ringi. Jakie ma pan wspomnienia z tych wypraw?

Dwa razy walczyłem w RPA, po raz pierwszy w listopadzie 2006 roku. Moim rywalem był Osborne Machimana, który wcale nie był żadnym kelnerem. To było dla mnie dziesięć trudnych, ale zwycięskich rund. Podczas pobytu w Afryce mój team cały czas był pod ochroną. Miałem wtedy okazję zwiedzić rezydencję Nelsona Mandeli, która zrobiła na mnie spore wrażenie. RPA była wtedy bardzo niebezpiecznym krajem, w pamięci utkwiło mi to, że kilka milionów ludzi żyło tam w slumsach.

Z następnej wizyty w Afryce przywiózł pan pas, a raczej pasek, mistrza świata federacji WBF.

To był mój pierwszy tytuł na zawodowych ringach. Nie traktowałem tego pasa jako paska od spodni. Wiem, że to była mała federacja, którą w sumie mógłby stworzyć każdy, ale w końcu byłem mistrzem świata i tworzyłem historię polskiego boksu. Radość była duża. Każdemu zadaję pytanie, byłeś kiedyś mistrzem świata w czymś? Ja odpowiadam wtedy, że byłem mistrzem federacji WBF. Może to i śmieszne dla kogoś, ale pas mam w domu i mogę go pokazać znajomym, gdy wpadną w odwiedziny.

Dwa lata później miał pan na biodrach już poważniejszy pas – mistrza Europy. Nie szkoda było panu wakować tego tytułu bez ani jednej obrony?

Nie miałem wyjścia, bo dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty.

Jak wyglądały negocjacje do walki z Kliczką?

Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób. Wziąłem, ile dawali. Nie miałem takiej pozycji, żeby podbijać i negocjować gażę. Widocznie sztab Kliczków uznał, że dobrze robi się interesy z Polakami, bo później z Ukraińcami walczyli jeszcze Tomek Adamek i Mariusz Wach.

Ile razy oglądał pan powtórki pojedynku z Witalijem? Dało się wtedy ugrać coś więcej?

Powtórki oglądałem z cztery albo pięć razy. Czy dało się zrobić wtedy coś więcej? Trudno powiedzieć. Wierzyłem w siebie i nie interesowało mnie to, że eksperci nie dawali mi żadnych szans. Na początku walki miałem uważać na huraganowe ataki Kliczki, miałem trafiać na dół i dopiero w drugiej części pojedynku mocniej zaatakować. Witalij bardzo ostrożnie do mnie podszedł, bo widział, że kipi ze mnie energia. Ukrainiec był bardzo trudny do trafienia, a z każdym jego ciosem moja pewność siebie gasła. Wymęczył mnie techniką, jego ciosy się odłożyły i przegrałem przed czasem.  To był szok dla obserwatorów, że tyle rund z nim wytrzymałem. Choć walka nie była zbyt emocjonująca.

Do pojedynku z Kliczką trudniej było przygotować się fizycznie czy mentalnie?

Na początku było dla mnie sporym szokiem, że otrzymałem tę propozycję, że wejdę do ringu z Witalijem. Jednak czym dłużej trenowałem, tym łatwiej było mi się oswoić z tą myślą.  Fiodor Łapin zorganizował mi psychologa, który nastawiał mnie mentalnie na wyjście do ringu, na te dzwony piekieł, które biją przy wyjściu. To mi pomogło. Przed walką był stres, który odebrał mi trochę sił w przygotowaniach, ale potrafiłem skumulować energię i postawić czoła Kliczce.

Czuł pan strach przed Ukraińcem?

Tylko głupi się nie boi. Na pewno jakiś element strachu był, starałem się ten strach przemienić w większą koncentrację. Bracia Kliczko stosują różnego rodzaju czary, obaj są na konferencjach, ważeniu, pokazują na każdym kroku swoją pewność siebie i tym zachowaniem chcą zmiękczyć rywala.  Wiedzieliśmy o tym i staraliśmy się nie brać tego do siebie.

Po porażce z Kliczką miał pan walczyć z Dimitrenką o pas EBU, ale pojedynek został odwołany czterdzieści minut przed wyjściem do ringu. Co się wtedy stało w szatni pana rywala?

Oficjalny komunikat był taki, że Dimitrenko nagle się rozchorował i nie mógł wyjść do ringu. Na monitorze w swojej szatni widziałem, jak on leżał i zajmowały się nim służby medyczne. Wydaje mi się, że on wtedy nie wytrzymał ciśnienia, a choroba stanowiła jedynie alibi. Podobno Dimitrenko miał tego rodzaju wahania nastrojów także przed innymi walkami. Nie dostałem zwrotu pieniędzy za przygotowania, wszystko rozeszło się po kościach, cały wysiłek poszedł na marne. Dla mnie nieporozumieniem jest to, że uszło im to bezkarnie. Ten przypadek potwierdził tezę, że sam pojedynek jest tylko końcowym etapem tego sportu, natomiast reszta rozgrywa się na etapie biznesowym.

Dimitrenko nie uciekł przed panem i w końcu skrzyżowaliście rękawice w małej salce treningowej grupy Universum. Dlaczego walka o mistrzostwo Europy odbyła się w takich warunkach?

Druga walka była robiona pod mojego przeciwnika. W gymie Universum było  ciemno, duszno a szatnia była wielkości budki telefonicznej. Dimitrenko czuł się tam lepiej, bo znał tę salę. Grupa Universum miała ogromny wpływ na federacje EBU i to, że federacja dała zielone światło na walkę w takich warunkach, było trochę dziwne. W tej salce odbywały się debiuty lub walki mniej doświadczonych zawodników grupy Universum, która była jedną z bardziej liczących się na świecie w tamtym czasie. A tu kazali nam walczyć w takim warunkach o pas EBU. Przed pojedynkiem starałem się odciąć od tego wszystkiego, żeby nie nakładać na siebie dodatkowej presji.

Chyba nie do końca to się udało, bo skończył pan ten pojedynek na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Mam do siebie sporo pretensji, bo nie byłem do tego pojedynku super przygotowany. Za bardzo się rozluźniłem w trakcie przygotowań. Walka była bardzo wyrównana, ostatnia runda mogła decydować o ostatecznym werdykcie. Pomyślałem sobie: albo ja ciebie, albo ty mnie. I to mi zgasło światło, to był naprawdę bardzo ciężki nokaut! Później miałem sporo problemów, żeby wrócić do siebie. Na sparingach odczuwałem ciosy i miałem zawroty głowy. Ten nokaut kosztował mnie dużo zdrowia i zostawił jakiś ślad na mojej psychice.

Po pojedynku z Dimitrenką pana kariera zaczęła się staczać po równi pochyłej. Po co brał pan udział w dwóch turniejach serii Prizefighter?

Do występu w tym turnieju na pewno skusiły mnie pieniądze, ale też brak jakieś alternatywy. Wtedy nie miałem innych ofert, bo po krzywdzącym mnie remisie z Rasanim spadłem w rankingach. Była szansa powalczyć z kimś dobrym na krótkim dystansie i dlatego się skusiłem, ale to był błąd. Prizefighter to jest specyficzna formuła, walki trzyrundowe, zupełnie inne przygotowania i inne podejście.

Podczas tego turnieju przytrafiła się panu porażka z taksówkarzem o nazwisku Martin Rogan. Mało tego, podczas tej walki wypadł pan także z ringu. Długo się pan wstydził tego występu?

Bez dwóch zdań to była najbardziej wstydliwa porażka w mojej karierze. Chciałem go mocno trafić, ale źle stanąłem na nogach, on przepuścił ten cios i stało się, wyleciałem z ringu. Śmieszne uczucie, bo potem musiałem przepraszać kibiców z pierwszego rzędu za to, że na nich wpadłem. Po powrocie między liny zamiast skoncentrować się na pojedynku, myślałem tylko: „co ja zrobiłem, jaki wstyd” i przestałem boksować. Rogan to wykorzystał, kilka razy mocno mnie trafił i walka zakończyła się przed czasem. Podwójna katastrofa, bo nie dość, że wypadłem z ringu, to jeszcze przegrałem przed czasem.

Długo ta porażka siedziała w pana głowie?

Wyciągnąłem wnioski i zbyt długo tego nie rozpamiętywałem. Śmiałem się sam z siebie, bo faktycznie wyglądało to komicznie. Było to żenujące a zarazem śmieszne. Na szczęście był to tylko niechlubny incydent w mojej karierze.  O wiele więcej było pozytywów.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek/Po Gongu

brodnicka

Takiego szumu, jaki przed swoją walką wywołały panie Brodnicka i Piątkowska dawno w polskim boksie nie było. Jeszcze dzień przed pojedynkiem dziewczyny kłóciły się o rękawice, w których miały walczyć. Po pojedynku, który zakończył się niejednogłośnym zwycięstwem Brodnickiej, od razu zaczęto dyskutować o werdykcie i rewanżowej walce. – Kiedyś do tego rewanżu może dojść. Natomiast podkreślam, jeśli do niego dojdzie, to tylko na moich warunkach – mówi w rozmowie z Po Gongu pięściarka Tymex Boxing Promotion.

Jaki smak ma zwycięstwo nad Ewą Piątkowską?

Ewa Brodnicka: Słodki, długo wyczekiwany, dający ogromną satysfakcję i ulgę po całej tej burzy medialnej. Przed walką byłam stawiana na straconej pozycji, ale udowodniłam, że za wcześnie mnie przekreślono. Czułam dużą presję otoczenia, bo ta walka niosła za sobą spory ciężar gatunkowy. Miałam wrażenie, że przygotowywałam się do tego pojedynku z pół roku, a przecież trenowałam dwa miesiące z lekkim hakiem. Dlatego satysfakcja ze zwycięstwa jest bardzo duża.

Czy ta walka jeszcze w piątek była zagrożona?

Zagrożona może nie, ale pojawił się spór o rękawice. W kontraktach było wpisane, jakie rękawice powinien dostarczyć nam organizator. Na liście znajdowały się między innymi Granty, ale ostatecznie do wyboru miałyśmy Everlasty lub Adidasy. Nowe, zapakowane, leżały na stole. Jednak okazało się, że Ewa chciała walczyć w Grantach, które przyniosła z domu. Mój team chciał, żeby organizator zapewnił nam takie same rękawice, ale że takich nie miał, to powstał problem. Ewa powiedziała do mnie, że walczy albo w Grantach albo wcale. Ostatecznie walczyłyśmy w Grantach, które załatwił Tomasz Babiloński, ale trochę czasu minęło zanim wszystko zostało ustalone.

Według regulaminu – w walce rankingowej – pięściarz może mieć swoje rękawice. Tylko osoba z komisji musi je przed walką obejrzeć.

Być może tak jest, ale nie spotkałam się wcześniej z czymś takim. Byłam przekonana, że rękawice załatwia organizator i byłam zaskoczona tym, że Ewa chciała walczyć w swoich. To nie jest tak, że nie chciałam boksować w Grantach. Po prostu zależało mi na tym, by mieć takie same rękawice jak rywalka, bo Granty naprawdę różnią się od Everlastów. W takich rękawicach jeszcze nie walczyłam. Można powiedzieć, że biłyśmy się na gołe pięści. W przyszłości chciałabym walczyć w bardziej europejskich rękawicach, bo po karierze bokserskiej zamierzam jeszcze coś robić i nie chcę się totalnie rozbić. Po walce chcieliśmy kupić te rękawice od Tomasza Babilońskiego, ale on sobie zażyczył za nie tysiąc euro. Nie skusiłam się na taką promocję.

Kolor rękawic ma aż takie znaczenie, bo o to też był spór? Wyszła z tego komedia.

Nie kłóciliśmy się o kolor. W mediach nie został przestawiony cały sens tego zamieszania i wyszło, że losowany był kolor rękawic. A to nieprawda. Chodziło o to, że to nie były nowe rękawice, więc żeby nikt nie miał do nikogo pretensji, zostały one wylosowane.

Oglądałaś już swoją walkę z Ewą Piątkowską?

W poniedziałek oglądałam powtórkę i muszę przyznać, że bardzo się denerwowałam. Prawie spadłam z krzesła. Najbardziej podobał mi się doping moich fanów, dali czadu.

Werdykt wywołał sporo dyskusji, bo sędziowie byli niejednomyślni. Jak Ty oceniasz punktację?

Wiem, że sporo się dyskutuje o werdykcie, ale za bardzo się tym nie przejmuję. Oglądając powtórkę, punktowałam walkę i wyszło mi, że wygrałam dwoma punktami. W boksie nie liczy się ciosów, które lądują na gardzie lub prują powietrze. Liczą się ciosy, które dochodzą do celu. W tym pojedynku byłam bardziej precyzyjna od Ewy i dlatego wygrałam. Pewnie nie byłoby tego zamieszania, gdybym zwyciężyła przez nokaut. Choć, wtedy mogłyby się pojawić komentarze, że moja trenerka podglądała Piątkowską na Legii. Wszystkim się nie dogodzi.

Celowałaś w tej walce w nokaut?

Nie myślałam o tym nawet przez chwilę. Tata mówił mi, że po którymś z moich prawych prostych Ewa się zachwiała, ale ja tego nie wyczułam. Od początku byłam mentalnie nastawiona na wygraną i nawet nokdaun w pierwszej rundzie nie zmienił mojej postawy. Nokautu nie szukałam, ale wydaje mi się, że Ewa chyba o nim myślała. I to ją zgubiło, bo jak się myśli o nokaucie, to zazwyczaj nic z tego nie wychodzi.

Wiele osób zarzuca Ci, że dużo klinczowałaś. Taki był plan na pojedynek?

Po prostu realizowałam niemiecki plan na walkę. Wprawdzie miałam w klinczu robić więcej rzeczy, ale nie zawsze mi to wychodziło. Nie zgadzam się jednak z opiniami, że ściągałam przeciwniczkę za głowę lub faulowałam. Podobnie boksuje Bernard Hopkins i nikt nie ma do niego o to pretensji. To są wymówki Ewy i trenera Gmitruka, który przecież mógł jej powiedzieć w narożniku, żeby odskakiwała czy kontrowała. Nie zrobił tego i dlatego Piątkowska walczyła na moich warunkach.

Po pojedynku promotorzy Ewy Piątkowskiej zaczęli zgłaszać zastrzeżenia do nieprawidłowego ich zdaniem ochraniacza na tułów, który miałaś na sobie. Kto wydał zgodę na walkę w takim ochraniaczu?

Ochraniacz przed walką sprawdził sędzia ringowy, który nie stwierdził żadnych nieprawidłowości. Pas nie wychodził poza spodenki, czyli był właściwej wielkości. Zresztą takie ochraniacze są zatwierdzane przez federacje podczas walk o prestiżowe pasy. Dlatego śmieszą mnie protesty promotorów Ewy. Ona miała na sobie bardzo podobny ochraniacz, który zasłaniał jej większą cześć brzucha. Cała sytuacja jest próbą podważenia i zdeprecjonowania mojego zwycięstwa.

Po takich walkach kibice zwykle czekają na rewanż. Jesteś chętna, żeby po raz drugi skrzyżować rękawice z Ewą Piątkowską?

W tym momencie jeszcze nie wiem, bo chciałabym się nacieszyć zwycięstwem i pomyśleć o kolejnych walkach, ale nie mówię nie. Kiedyś do tego rewanżu może dojść. Natomiast podkreślam, jeśli do niego dojdzie, to tylko na moich warunkach, bo teraz to ja godziłam się na wszystko. Bardzo zależało mi na tym pojedynku, więc szłam na ustępstwa. Tym razem to Ewie powinno bardziej zależeć.

Gdyby obóz przeciwniczki zaproponował rewanż – na przykład – za pół roku, to jaka byłaby dzisiaj Twoja odpowiedź?

Nie, bo w tym czasie planujemy zupełnie inną walkę. Możliwe, że jeszcze w tym roku stoczę jakiś pojedynek rankingowy, a potem chcemy powalczyć o pas. Muszę się skupić na tym, nie mogę myśleć tylko o Piątkowskiej. Jeszcze przed galą Polsat Boxing Night obie mówiłyśmy w wywiadach, że po walce nie będziemy miały ze sobą nic wspólnego i każda pójdzie w swoją stronę. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Teraz nie ma sensu planować rewanżu.

Topór wojenny został już między wami definitywnie zakopany?

Nadal się nie lubimy, ale sporo sobie wyjaśniłyśmy w ringu. Po pojedynku spotkałyśmy się w hotelu, Ewa podeszła do mnie, gdy stałam przy barku i powiedziała: to teraz możesz mi chyba postawić piwo. Nie odmówiłam, przy okazji zrobiłyśmy sobie selfie i zamieniłyśmy parę słów, a potem każda poszła w swoją stronę. Jednak przyjaciółkami już nie będziemy.

Jak długa jest Twoja droga po mistrzowski pas którejś z liczących się federacji?

Dominik Junge stwierdził, że mam wszystko, żeby być mistrzynią świata. Powiedział, że potrzebuje maksymalnie pół roku, żeby wyeliminować moje błędy i popracować nad defensywą. Po tym czasie możemy stanąć do dużych walk o pasy.

Czyli Dominik Junge już na stałe został Twoim trenerem?

Super nam się pracowało przed pojedynkiem z Piątkowską. Bardzo podoba mi się jego spokój i opanowanie. Czuję, że z tym trenerem mam szansę na duży rozwój. Za kilka dni będziemy rozmawiać o dalszej współpracy. Pewnie często będę jeździła do Niemiec na treningi, ale szczegółów jeszcze nie ustaliliśmy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Tomasz Adamek

– Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze – mówi w rozmowie z Po Gongu Tomasz Adamek.

Czy Tomasza Adamka stać jeszcze na dobry boks?

Czas pokaże. Od trzech tygodni przygotowuję się do walki z Przemkiem Saletą. Mój trener od przygotowania fizycznego – Kuba Chycki – wyciska ze mnie siódme poty. Nie mam żadnej kontuzji, czuję się świetnie, ale dopiero 26 września przekonamy się, ile wart jest Tomek Adamek. Na treningach może wszystko wychodzić, a w ringu może nie wyjść. Zawsze powtarzam, że ring weryfikuje wszystko.

Ma pan jeszcze motywację do ciężkich treningów?

Gdybym jej nie miał, to by mnie tutaj nie było.

Dariusz Michalczewski twierdzi, że wraca pan na ring ze względów finansowych. To prawda?

Niech się Darek nie martwi o moje finanse. Bogu dziękować, mam dobrą żonę, która potrafi gospodarować pieniędzmi. Nie wychodzę do ringu dla pieniędzy. Wracam, bo nie chcę kończyć kariery przegraną walką, w której nie byłem sobą. Chcę pokazać kibicom, że potrafię jeszcze walczyć i wygrywać.

Mateusz Borek zorganizował panu przed walką z Przemkiem Saletą obóz z prawdziwego zdarzenia. Jak wcześniej wyglądały pana przygotowania do walk?

To jest jeden z lepszych obozów w mojej karierze. Gdyby nie to, że Mateusz Borek zorganizował mi te przygotowania, to pewnie nie zgodziłbym się na ponowne wyjście do ringu. Dałem sobie jeszcze jedną szansę. Podczas poprzednich obozów nie miałem aż tylu badań i takiej opieki medycznej, jaką mam teraz. W górach mówią, że zajechać można nawet konia, a ja jestem takim koniem, który ciężko pracuje. Czasami przetrenowanie jest gorsze niż niedotrenowanie, bo wtedy nie jest się tym samym pięściarzem. Mnie takie błędy już się zdarzały.

Przemek Saleta chce iść z panem na wojnę. Jak pan zamierza na to odpowiedzieć?

Muszę być przygotowany na wszystko. Zarówno na obronę jak i na atak. Chcę pokazać kibicom, że ze starego Adamka jeszcze sporo zostało. W boksie największą sztuką jest zadać cios i nie przyjąć. Takie wojny mogę toczyć.

Mam pan jeszcze jakieś sportowe marzenia i cele?

Walka z Przemkiem Saletą jest dla mnie taką jakby przepustką do dalszych marzeń. Jeśli w tym pojedynku będę sobą, to pewnie po raz kolejny wyjdę do ringu. Jeśli nie będę miał swoich atutów, zakończę karierę. To jest boks i nie można w ringu przesadzać, bo można w nim stracić zdrowie a nawet życie.

Ile razy oglądał pan swoją walkę z Arturem Szpilką?

Widziałem tylko parę rund. W tym pojedynku nie byłem sobą, nie byłem szybki i dlatego w tej walce było tak mało walki.

Zlekceważył pan wtedy Szpilkę?

Nie, nigdy nie zlekceważyłem żadnego rywala. Trenowałem do tego pojedynku w górach, ale nie miałem trenera od przygotowania fizycznego i to był błąd. Było jak było, trzeba umieć przegrać. Wnioski wyciągnąłem i dałem się namówić na kolejną walkę.

Kto był dla pana trudniejszym rywalem – Głazkow czy Szpilka?

Oczywiście, że Głazkow, bo jest pięściarzem mocniej bijącym i przyjąłem od niego parę mocnych ciosów. W ostatniej walce tych ciosów nie było za wiele.

W środowisku słychać opinię, że Roger Bloodworth nie jest w stanie z pana już więcej wycisnąć. Myślał pan o zmianie trenera?

Nigdy o tym nie myślałem, bo od Rogera nauczyłem się bardzo dużo. Dzisiaj mam 39 lat i jestem zdrowy, nie przyjąłem zbyt wiele ciosów w wadze ciężkiej, a boksowałem z pięściarzami, którzy potrafią mocno uderzyć i to jest jego zasługą. Zostaję z Rogerem do końca mojej kariery.

Pod okiem Bloodwortha stał się pan lepszym pięściarzem?

Oczywiście, że tak. Gdybym w wadze ciężkiej walczył tak jak wcześniej, czyli szedł na otwarte wojny, to moja kariera wśród ciężkich już dawno dobiegłaby końca.

Ile ofert powrotu na ring dostał pan po porażce ze Szpilką?

Jakieś oferty były, ale tak naprawdę nad żadną nawet się nie pochyliłem. Skusiłem się dopiero na propozycję telewizji Polsat, choć żona i córki były przeciwne.

Czego pan najbardziej żałuje ze swojej kariery?

Najbardziej szkoda mi walki o pas wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką. Przyleciałem wtedy do Polski na kilka dni i dopadły mnie problemy aklimatyzacyjne. Przegrałem w takim stylu, w jakim przegrałem. To było dla mnie bardzo bolesne, bo chciałem zdobyć trzeci pas. To była najbardziej bolesna porażka w karierze. Gdybym mógł cofnąć czas, to przyjechałbym na przygotowania na dziesięć tygodni do Polski. Teraz mogę sobie gdybać, ale to nie ma sensu.

Czy któryś z pana rywali bił mocniej od Kliczki?

Mocniej bił z pewnością Travis Walker, czułem każde jego uderzenie. Po jednym z ciosów Amerykanina odcięło mi prąd, zaliczyłem deski, ale szybko doszedłem do siebie i zwyciężyłem. Wtedy pokazałem serce do walki. Wielu kibiców pewnie straciło nadzieję, że jestem w stanie wstać, ale mnie to się udało zrobić. Czasem trzeba się przewrócić i powstać, by wygrać.

Co było najważniejszym momentem w pana karierze?

Wyjazd do Ameryki w 2008 roku. To był najlepszy krok. Zabrałem żonę, dzieci i ruszyłem w świat. Gdybym mógł cofnąć czas, to zdecydowałbym się na wyjazd do USA jeszcze wcześniej.

Ma pan jakiś indywidualny ranking swoich najlepszych walk?

Nie, bo każde zwycięstwo jest ważne, buduje twoją pozycję w boksie. Najważniejsze są walki zacięte, bo kibice lubią takie pojedynki. Jeśli toczysz walki cios za cios, to w każdym kolejnym pojedynku masz coraz więcej kibiców.

Czuje się pan spełnionym pięściarzem?

Oczywiście, przecież zdobyłem dwa tytuły mistrza świata. Wprawdzie nie udało mi się zdobyć trzeciego, co było moim marzeniem, ale taki jest sport – uczy wygrywać, ale też przegrywać. Nie mam się czego wstydzić. Swoje w boksie osiągnąłem.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Czy Krzysztof Głowacki jest już gotowy do walki o tytuł mistrzowski?

To jest pytanie, na które odpowiedź poznamy dopiero w ringu. Tyle lat zajmuje się boksem i szczerze mówiąc, nie wiem, na co stać Głowackiego. Mniejszą niewiadomą jest Marco Huck, chociaż przy nim też jest poważny znak zapytania, bo nie wiemy, jak poradzi sobie w nowych warunkach. Przecież on zupełnie zmienił otoczenie, rozstał się ze swoim promotorem i zmienił trenera.

W Newark możemy zobaczyć nową wersję Marco Hucka?

Trudno powiedzieć, w jaki sposób nowy trener zmienił jego styl, ale myślę, że doszło do minimalnych korekt. Huck chyba nie będzie trzymamy przez Dona House’a na tak krótkiej smyczy jak u Wegnera, ale to akurat może obrócić się przeciwko niemu. Co wiemy o Hucku? Stoczył wiele walk z mocno bijącymi zawodnikami i nigdy nie widziałem go zamroczonego, czyli ma twardą głowę. Choć stare porzekadło mówi, że nie ma odpornych na ciosy, tylko są źle trafieni. W każdym bądź razie Głowackiego czeka bardzo trudna przeprawa.

Jaki jest przepis na zwycięstwo Głowackiego?

Gdybym potrafił dawać takie przepisy, to byłbym bardzo bogatym człowiekiem. Głowacki musi zachować chłodną głowę, musi mieć lód w sercu. Są tacy, którzy twierdzą, że z Huckiem trzeba iść na wojnę. Nie zgadzam się z tym, bo mistrz świata federacji WBO jest silniejszy fizycznie i w takiej ulicznej bitwie mógłby wygrać z Polakiem. Oczywiście, Głowacki od początku musi twardo postawić się i pokazać rywalowi, że nie boi się jego furiackich ataków, ale przede wszystkim musi zachować chłodną głowę. Podopieczny Fiodora Łapina powinien wykorzystywać swojej atuty. Mam na myśli choćby odwrotną pozycję. To będzie spory problem dla Hucka, bo pięściarze jego pokroju nie lubią walczyć z mańkutami. Polak powinien też bić dużo ciosów na korpus, które osłabią Hucka.

Wspomniał pan o tym, że Głowacki musi mieć chłodną głowę. Patrząc na niego z boku, wydaje się, że wytrzymuje ciśnienie, które jest wokół tego pojedynku.

Zaskakująco dużo dobrych opinii słyszałem o Głowackim od jego znajomych i trenerów. Zdaję sobie sprawę z tego, że koledzy najczęściej mówią dobre rzeczy o kolegach, ale tu chyba było dużo prawdy w tych słowach. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu Krzysztof Włodarczyk sparował przed swoimi dużymi walkami z Głowackim i już wtedy twierdził, że Krzysiek bardzo mocno bije. W samych superlatywach mówił o nim Artur Szpilka. Teraz w podobnym tonie wypowiada się Michał Cieślak. Coś w tym musi być albo koledzy mówią tak o nim, bo go tak bardzo lubią. Tak na marginesie, trzeba przyznać, że Głowacki da się lubić. To jest sympatyczny chłopak, który nie pcha się na afisz, ale w ringu pokazuje swój charakter. Jednak dopiero w pojedynku z Huckiem zobaczymy jego prawdziwe oblicze.

Głowacki do tej pory nie walczył z pięściarzami pokroju Hucka. Nie brakuje panu w jego karierze jakiegoś trudniejszego przetarcia przed walką o mistrzowski tytuł?

Proszę zobaczyć, jak wyglądają kariery polskich pięściarzy. Poza nielicznymi wyjątkami, wygląda to tak, że jeżeli trafia się okazja sprzedać bardzo dobry rekord zawodnika, to się go sprzedaje. Tak było z Andrzejem Wawrzykiem, Pawłem Kołodziejem i Łukaszem Janikiem. Przypadek Głowackiego jest inny, bo on do walki mistrzowskiej doszedł inaczej. Tak się złożyło, że pojedynek z Nurim Seferim był ostatecznym eliminatorem. To świadczy o tym, że promotorzy Głowackiego i tych pięściarzy, o których wspomniałem wcześniej, mają mocną pozycję i siłę przebicia w tym brutalnym świecie zawodowego boksu. Jednak niewątpliwie takiej walki przejściowej brakuje Głowackiemu i nam wszystkim, którzy próbują ocenić możliwości Krzyśka.

Na gali w Newark kolejną walkę na amerykańskim ringu stoczy Artur Szpilka. Jego rywalem będzie Yasman Consuegra. To będzie spacerek dla Polaka?

Spacerek to raczej nie będzie. Ostatnio rozmawiałem z Przemkiem Saletą na temat Consuegry i on uważa, że to będzie bardzo trudna walka dla Szpilki. Mnie się wydaje, że to będzie dla niego łatwy pojedynek. Artur sobie poradzi, bo jest szybszy od rywala, a to będzie decydujące w tej walce. Kubańczyk ma dobrą prawą rękę, jest doświadczony, ma za sobą ciekawą karierą amatorską, ale Szpilka to dla niego za wysokie progi.

Podoba się panu, w jaki sposób prowadzona jest kariera Artura Szpilki?

W tej chwili Artur ma wszystko podane na tacy. Ma doświadczonego trenera, świetny ośrodek pod Houston i żyje w komfortowych warunkach, ale na razie jest trzymany pod kloszem. Toczy pojedynki, które przynoszą mu niezłe pieniądze, natomiast są łatwiejsze od sparingów. Jednak to się kiedyś skończy i nadejdzie dzień prawdy, ale nie będzie to jeszcze teraz w Prudential Center w Newark.

Kiedy Szpilka będzie gotowy do walk z czołówką wagi ciężkiej?

Pod koniec tego roku pewnie dostanie lepszego rywala od Consuegry, a czas na poważniejsze testy przyjdzie pewnie w przyszłym roku. Tym bardziej, że kategoria ciężka niebawem bardzo mocno się otworzy. Przecież czas panowania Władimira Kliczki nie będzie trwał wiecznie. Ukrainiec prędzej czy później odejdzie z tego biznesu, a wtedy w królewskiej dywizji zrobi się ciekawie.

Dostrzega pan jakiś progres u Szpilki?

Na razie progres widać tylko w optymizmie. Artur jest coraz bardziej optymistycznie nastawiony do tego, co go czeka w karierze, ale to nie ma nic wspólnego z poziomem sportowym. Po dwóch ostatnich pojedynkach w USA nie można powiedzieć, czy jest lepszy czy gorszy, bo Ty Cobb i Manuel Quezada nie zawiesili mu wysoko poprzeczki.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek