Archive for the ‘Wideo’ Category

Niepokonany na zawodowych ringach Krzysztof Zimnoch skrzyżuje rękawice z Mike’em Mollo podczas sobotniej gali w Legionowie. – To jest dla niego początek drogi ku bardziej ambitnym celom. Jeśli będzie w stanie pokonywać coraz trudniejsze przeszkody, to być może czeka go ciekawa kariera – mówi Janusz Pindera.

Faworytem pojedynku jest Polak, który w swojej ostatniej walce pokonał przed czasem Obengę Oluokuna. – Trenuję, jem i śpię. To są wymarzone warunki do tego, żeby robić postępy pod każdym względem – mówi Krzysztof Zimnoch. – W sobotę będą leciały iskry z ringu. Myślę, że ta walka nie potrwa całego dystansu – dodaje Andrzej Wasilewski, współpromotor polskiego pięściarza.

 

Na karcie walk gali w Łomiankach znalazły się trzy pojedynki kobiet. To niezwykle rzadko spotykana sytuacja w świecie boksu. Głównymi bohaterkami wieczoru były: Karolina Łukasik, Sasza Sidorenko i Ewa Brodnicka, która po zwycięstwie nad Elfi Philips została mistrzynią Europy w wadze lekkiej. Byliśmy tam z kamerą.

– Dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty. Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób – mówi w rozmowie z Po Gongu Albert Sosnowski.

Na wstępie ustalmy, Albert Sosnowski to już były pięściarz czy jeszcze nie zawiesił pan rękawic na kołku?

Wiem, że przez całe życie nie mogę być bokserem i że najlepsze lata mam już za sobą, ale nie powiedziałem jeszcze stop. Ostatnio pan dyrektor Marian Kmita powiedział mi, że być może będę mógł wystąpić na gali Polsat Boxing Night. Konkretna propozycja nie padła, ale gdy taka się pojawi, chętnie podejmę rękawicę. Cały czas jestem w treningu, potrzebuję kilku tygodni na przygotowania i mogę walczyć.

Jakieś nazwiska potencjalnych rywali chodzą panu po głowie?

W polskiej wadze ciężkiej jest spory wybór. Mariusz Wach, Tomek Adamek, Andrzej Wawrzyk czy Krzysztof Zimnoch. Czuję się na siłach, żeby wejść do ringu z którymś z nich. Formuła pojedynków polsko-polskich jest bardzo atrakcyjna i myślę, że moje nazwisko mogłoby przyciągnąć widzów na trybuny.

Jest pan kolejnym pięściarzem, któremu trudno zejść z ringu.

Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg. Człowiek potrzebuje tych emocji, adrenaliny i samodyscypliny wewnętrznej. Tego brakuje po zakończeniu kariery, ale mam świadomość, że czas mi ucieka i nie chce robić niczego na siłę. Nie interesuje mnie nabijanie komuś rekordów.

Zawodowy kontrakt podpisał pan w wieku 19 lat. Czy nie nastąpiło to zbyt wcześnie?

Nie, bo nie miałem za sobą żadnej kariery amatorskiej. Byłem kick-bokserem, który osiągał duże sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Dostałem propozycje walk w boksie zawodowym i podpisałem kontrakt. Wiedziałem, że to może być dla mnie przygoda życia, choć nawet nie wiedziałem, z czym to się je.  Z perspektywy czasu nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję tworzyć historię polskiego boksu zawodowego.

Początki były trudne?

Pierwszy rok był bardzo intensywny, bo stoczyłem aż dziesięć pojedynków, czyli wchodziłem między liny praktycznie raz w miesiącu. Chciałem jak najszybciej złapać trochę doświadczenia. Później tych walk było już trochę mniej. Z perspektywy czasu myślę, że lepiej wolniej wprowadzać młodych pięściarzy do zawodowego boksu. W drugim pojedynku skrzyżowałem rękawice z Andrzejem Dziewulskim, który miał ponad 100 walk amatorskich, z czego większość zwycięskich. Nie dawano mi zbyt wielu szans, ale dałem radę i wygrałem. Tydzień później, po paru dniach odpoczynku, walczyłem na gali Andrzeja Gołoty. Hala Stulecia we Wrocławiu była wypełniona po brzegi. To były początki boksu zawodowego w Polsce. Ludzie przyszli na pojedynek Gołoty z Timem Witherspoonem, a ja walczyłem wtedy z Rene Hanlem, który był bardzo niewygodnym rywalem. Po zwycięstwie we Wrocławiu zaczął się dla mnie inny świat. Mówiono o mnie, że jestem następcą Gołoty. Teraz to może trochę śmieszyć, ale wtedy była to dla mnie wielka sprawa. Przez moment miałem nawet poczucie, że nikt nie jest mnie w stanie pokonać, ale sodówka nie uderzyła mi do głowy.

Zarabiał pan już wtedy jakieś pieniądze?

Tak, ale nie były zawrotne sumy, choć dla młodego chłopaka całkiem spore. Nie było wtedy mowy o wykorzystywaniu zawodnika za zasadzie obiecanki-cacanki. Były to gaże adekwatne do poziomu sportowego. Każde kolejne zwycięstwo dawało mi szansę na większe zarobki i to było dla mnie dodatkową motywacją. Chyba tylko ze dwa razy się zdarzyło, że wychodziłem do ringu za darmo.

Za te gaże mógł pan sobie wtedy kupić samochód czy raczej bilet do kina plus paluszki i colę?

Mogłem godziwie żyć za te pieniądze, wyjechać na wycieczkę zagraniczną, poszaleć w sklepach z ciuchami, ale na auto już by nie wystarczyło.

Bardzo szybko zaczął pan walczyć na zagranicznych ringach.  Dzisiaj polscy pięściarze swój rekord budują najczęściej na rodzimym podwórku.

Byłem związany z grupą Barry’ego Hearna – Matchroom Boxing – i dlatego mogłem walczyć na galach w Anglii. Do tego doszły też wyjazdy do USA. Grupa Matchroom miała w tamtym czasie w swoich szeregach wielką gwiazdę, którą był Prince Naseem Hamed. Występowałem na jego galach i dzięki temu miałem okazję podróżować po całym świecie. To było super życie, zobaczyłem kawałek świata. Na jednej z jego gal byłem w tak zwanej poczekalni i w każdej chwili mogłem wskoczyć do karty gali. Nie byłem przebrany ani rozgrzany, a kazano mi zakładać rękawice i biec do ringu. Hala była wtedy pełna, coś około 12-15 tysięcy widzów na trybunach, a ja bez rozgrzewki wszedłem do ringu i po trudnym pojedynku wygrałem z Luke’em Simpkinem.

Walczył pan w Anglii i USA, ale w pewnym momencie wywiało pana nawet na afrykańskie ringi. Jakie ma pan wspomnienia z tych wypraw?

Dwa razy walczyłem w RPA, po raz pierwszy w listopadzie 2006 roku. Moim rywalem był Osborne Machimana, który wcale nie był żadnym kelnerem. To było dla mnie dziesięć trudnych, ale zwycięskich rund. Podczas pobytu w Afryce mój team cały czas był pod ochroną. Miałem wtedy okazję zwiedzić rezydencję Nelsona Mandeli, która zrobiła na mnie spore wrażenie. RPA była wtedy bardzo niebezpiecznym krajem, w pamięci utkwiło mi to, że kilka milionów ludzi żyło tam w slumsach.

Z następnej wizyty w Afryce przywiózł pan pas, a raczej pasek, mistrza świata federacji WBF.

To był mój pierwszy tytuł na zawodowych ringach. Nie traktowałem tego pasa jako paska od spodni. Wiem, że to była mała federacja, którą w sumie mógłby stworzyć każdy, ale w końcu byłem mistrzem świata i tworzyłem historię polskiego boksu. Radość była duża. Każdemu zadaję pytanie, byłeś kiedyś mistrzem świata w czymś? Ja odpowiadam wtedy, że byłem mistrzem federacji WBF. Może to i śmieszne dla kogoś, ale pas mam w domu i mogę go pokazać znajomym, gdy wpadną w odwiedziny.

Dwa lata później miał pan na biodrach już poważniejszy pas – mistrza Europy. Nie szkoda było panu wakować tego tytułu bez ani jednej obrony?

Nie miałem wyjścia, bo dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty.

Jak wyglądały negocjacje do walki z Kliczką?

Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób. Wziąłem, ile dawali. Nie miałem takiej pozycji, żeby podbijać i negocjować gażę. Widocznie sztab Kliczków uznał, że dobrze robi się interesy z Polakami, bo później z Ukraińcami walczyli jeszcze Tomek Adamek i Mariusz Wach.

Ile razy oglądał pan powtórki pojedynku z Witalijem? Dało się wtedy ugrać coś więcej?

Powtórki oglądałem z cztery albo pięć razy. Czy dało się zrobić wtedy coś więcej? Trudno powiedzieć. Wierzyłem w siebie i nie interesowało mnie to, że eksperci nie dawali mi żadnych szans. Na początku walki miałem uważać na huraganowe ataki Kliczki, miałem trafiać na dół i dopiero w drugiej części pojedynku mocniej zaatakować. Witalij bardzo ostrożnie do mnie podszedł, bo widział, że kipi ze mnie energia. Ukrainiec był bardzo trudny do trafienia, a z każdym jego ciosem moja pewność siebie gasła. Wymęczył mnie techniką, jego ciosy się odłożyły i przegrałem przed czasem.  To był szok dla obserwatorów, że tyle rund z nim wytrzymałem. Choć walka nie była zbyt emocjonująca.

Do pojedynku z Kliczką trudniej było przygotować się fizycznie czy mentalnie?

Na początku było dla mnie sporym szokiem, że otrzymałem tę propozycję, że wejdę do ringu z Witalijem. Jednak czym dłużej trenowałem, tym łatwiej było mi się oswoić z tą myślą.  Fiodor Łapin zorganizował mi psychologa, który nastawiał mnie mentalnie na wyjście do ringu, na te dzwony piekieł, które biją przy wyjściu. To mi pomogło. Przed walką był stres, który odebrał mi trochę sił w przygotowaniach, ale potrafiłem skumulować energię i postawić czoła Kliczce.

Czuł pan strach przed Ukraińcem?

Tylko głupi się nie boi. Na pewno jakiś element strachu był, starałem się ten strach przemienić w większą koncentrację. Bracia Kliczko stosują różnego rodzaju czary, obaj są na konferencjach, ważeniu, pokazują na każdym kroku swoją pewność siebie i tym zachowaniem chcą zmiękczyć rywala.  Wiedzieliśmy o tym i staraliśmy się nie brać tego do siebie.

Po porażce z Kliczką miał pan walczyć z Dimitrenką o pas EBU, ale pojedynek został odwołany czterdzieści minut przed wyjściem do ringu. Co się wtedy stało w szatni pana rywala?

Oficjalny komunikat był taki, że Dimitrenko nagle się rozchorował i nie mógł wyjść do ringu. Na monitorze w swojej szatni widziałem, jak on leżał i zajmowały się nim służby medyczne. Wydaje mi się, że on wtedy nie wytrzymał ciśnienia, a choroba stanowiła jedynie alibi. Podobno Dimitrenko miał tego rodzaju wahania nastrojów także przed innymi walkami. Nie dostałem zwrotu pieniędzy za przygotowania, wszystko rozeszło się po kościach, cały wysiłek poszedł na marne. Dla mnie nieporozumieniem jest to, że uszło im to bezkarnie. Ten przypadek potwierdził tezę, że sam pojedynek jest tylko końcowym etapem tego sportu, natomiast reszta rozgrywa się na etapie biznesowym.

Dimitrenko nie uciekł przed panem i w końcu skrzyżowaliście rękawice w małej salce treningowej grupy Universum. Dlaczego walka o mistrzostwo Europy odbyła się w takich warunkach?

Druga walka była robiona pod mojego przeciwnika. W gymie Universum było  ciemno, duszno a szatnia była wielkości budki telefonicznej. Dimitrenko czuł się tam lepiej, bo znał tę salę. Grupa Universum miała ogromny wpływ na federacje EBU i to, że federacja dała zielone światło na walkę w takich warunkach, było trochę dziwne. W tej salce odbywały się debiuty lub walki mniej doświadczonych zawodników grupy Universum, która była jedną z bardziej liczących się na świecie w tamtym czasie. A tu kazali nam walczyć w takim warunkach o pas EBU. Przed pojedynkiem starałem się odciąć od tego wszystkiego, żeby nie nakładać na siebie dodatkowej presji.

Chyba nie do końca to się udało, bo skończył pan ten pojedynek na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Mam do siebie sporo pretensji, bo nie byłem do tego pojedynku super przygotowany. Za bardzo się rozluźniłem w trakcie przygotowań. Walka była bardzo wyrównana, ostatnia runda mogła decydować o ostatecznym werdykcie. Pomyślałem sobie: albo ja ciebie, albo ty mnie. I to mi zgasło światło, to był naprawdę bardzo ciężki nokaut! Później miałem sporo problemów, żeby wrócić do siebie. Na sparingach odczuwałem ciosy i miałem zawroty głowy. Ten nokaut kosztował mnie dużo zdrowia i zostawił jakiś ślad na mojej psychice.

Po pojedynku z Dimitrenką pana kariera zaczęła się staczać po równi pochyłej. Po co brał pan udział w dwóch turniejach serii Prizefighter?

Do występu w tym turnieju na pewno skusiły mnie pieniądze, ale też brak jakieś alternatywy. Wtedy nie miałem innych ofert, bo po krzywdzącym mnie remisie z Rasanim spadłem w rankingach. Była szansa powalczyć z kimś dobrym na krótkim dystansie i dlatego się skusiłem, ale to był błąd. Prizefighter to jest specyficzna formuła, walki trzyrundowe, zupełnie inne przygotowania i inne podejście.

Podczas tego turnieju przytrafiła się panu porażka z taksówkarzem o nazwisku Martin Rogan. Mało tego, podczas tej walki wypadł pan także z ringu. Długo się pan wstydził tego występu?

Bez dwóch zdań to była najbardziej wstydliwa porażka w mojej karierze. Chciałem go mocno trafić, ale źle stanąłem na nogach, on przepuścił ten cios i stało się, wyleciałem z ringu. Śmieszne uczucie, bo potem musiałem przepraszać kibiców z pierwszego rzędu za to, że na nich wpadłem. Po powrocie między liny zamiast skoncentrować się na pojedynku, myślałem tylko: „co ja zrobiłem, jaki wstyd” i przestałem boksować. Rogan to wykorzystał, kilka razy mocno mnie trafił i walka zakończyła się przed czasem. Podwójna katastrofa, bo nie dość, że wypadłem z ringu, to jeszcze przegrałem przed czasem.

Długo ta porażka siedziała w pana głowie?

Wyciągnąłem wnioski i zbyt długo tego nie rozpamiętywałem. Śmiałem się sam z siebie, bo faktycznie wyglądało to komicznie. Było to żenujące a zarazem śmieszne. Na szczęście był to tylko niechlubny incydent w mojej karierze.  O wiele więcej było pozytywów.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek/Po Gongu