Archive for the ‘Polski boks’ Category

andrzej wasilewski

Dzisiaj nazwisko Szpilka nie ma wartości finansowej na świecie ani nie gwarantuje sprzedaży biletów. Artur musi to zrozumieć. Nie wiem, czy on będzie chciał się odnaleźć w innej rzeczywistości. Jeżeli będzie chciał walczyć, to musimy odbyć męską rozmowę. Tym razem nie może być tak, że on coś zrozumie na 2-3 tygodnie, jak było po każdej porażce, a później znów będzie chciał robić po swojemu – mówi Andrzej Wasilewski w rozmowie z PoGongu.

Co pan pomyślał, gdy w 2. rundzie Dereck Chisora znokautował Artura Szpilkę?

Andrzej Wasilewski: Tuż przed nokautem przysiedli się do mnie Anatolij i Wasyl Łomaczenko, Ołeksandr Usyk oraz Aleksander Krasiuk. Ten ostatni mówił, że Artur dał dobrą pierwszą rundę. Odpowiedziałem, że jeśli tak będzie walczył, to za chwilę będzie koniec. Pięć sekund później było już po walce, Krasiuk nie zdążył jeszcze usiąść. Sprawdził się czarny scenariusz, który przewidywałem przed walką.

O taktyce Szpilki na walkę może pan coś powiedzieć?

Nie było widać żadnej taktyki. To mogła być kwestia braku koncentracji. Chisora skończył walkę szkolną akcją. Trzy razy rzucił cepa na dół, raz na górę. Ot, cała filozofia. To jest smutne, ale po około 12 latach zobaczyłem w Londynie tego samego Artura, który przegrał walkę w półfinale turnieju Stamma z rywalem z Algierii. Też stał przy linach, ale wtedy jeszcze robił uniki rotacyjne. Przeciwnik wyprowadził serię ciosów, Artur kilku uniknął, ale ze cztery doszły celu i przegrał przed czasem. W finale Krzysztof Zimnoch wygrał jedną ręką z tym Algierczykiem. Artur w ringu się nie boi, ale przez to nie szanuje ciosów przeciwnika. To jest fatalne. Myśli, że przy linach jest bezpieczny. Trener Fiodor Łapin przerywał sparingi, gdy Artur stał przy linach. Kazał mu zdejmować rękawice i odsyłał go do szatni.

Jak ocenia pan pracę Romana Anuczina?

Myślę, że Artur był bardzo porządnie przygotowany fizycznie, ale był za ciężki. Nie wtrącałem się w przygotowania i nie byłem na sparingach. Miałem przecieki, że nie wyglądały najlepiej, ale trener Anuczin był optymistycznie nastawiony. To uroczy i naprawdę bardzo fajny człowiek, ale w tej walce nie zapanował nad Arturem. Jestem przekonany, że gdyby Fiodor Łapin przygotowywał Szpilkę do tej walki, to mogłaby wyglądać inaczej. Przede wszystkim Artur ważyłby 103 kilogramy, a nie 110.

Anuczin nie protestował, gdy Szpilka chciał wziąć walkę z Chisorą?

Trochę się zawiodłem, bo umówiliśmy się z Romanem na jedną, a on proponował nawet dwie, łatwiejsze walki. Później jednak uległ Arturowi. Miałem od początku bardzo złe przeczucia. Nie czułem w ogóle pozytywnej atmosfery przed walką. Nie podobała mi się otoczka i to wzajemne klepanie się po plecach. Przyzwyczajony jestem do szkoły trenera Łapina, która polega na koncentracji. Gdy dwa dni po walce zobaczyłem na ringpolska.pl film z tego, co działo się w szatni przed walką, to się zdziwiłem. Nie może być tak, że ktoś inny tarczuje Artura, a trener się przygląda. W szatni było za dużo luzu. To nie było profesjonalne podejście. Każdy zawodnik jest inny. Krzysztof Włodarczyk w ostatnich latach zrobił się nerwowy przed walkami, więc jego trzeba trochę uspokoić i rozśmieszyć. Artura trzeba koncentrować i mobilizować, a nie rozluźniać.

(więcej…)

Reklamy

Szpilka-Chisora

Artur Szpilka w polskim boksie generuje największe emocje. To typ, który lubi spacerować na krawędzi przepaści. Teraz pojechał do Londynu, żeby bić się z Derekiem Chisorą. Eddie Hearn mówi, że w ringu spotka się dwóch szalonych gości. Ma rację. A my będziemy mieć emocje.

Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia Szpilka nie powinien brać tej walki. Okoliczności średnio jej sprzyjają. Nie złapał jeszcze pewności siebie po porażce z Adamem Kownackim, ostatnia walka z Mariuszem Wachem była taka sobie w jego wykonaniu. Wachowi tak naprawdę zabrakło jednego ciosu do wygranej. Na dodatek Szpilka ma nowego trenera. Roman Anuczin może i jest fachowcem, ale panowie znają się tylko z sali treningowej. Fajnie wyglądają na tarczy, ładnie wychodzą na wspólnych zdjęciach, ale jeszcze nie byli razem na robocie. Artur jest zachwycony Anuczinem, ale w jego przypadku fascynacja nowym szkoleniowcem to standard.

Trenerzy mają problem ze Szpilką, bo jego ego jest trudne do okiełznania. – On potrzebuje obok siebie mocnego charakteru, który wskaże mu kierunek – mówił Andrzej Wasilewski po walce Szpilki z Kownackim i dodawał, że Ronnie Shields w sferze mentalnej nie zapanował nad Arturem. Największy wpływ na Szpilkę miał Fiodor Łapin. To z nim w narożniku stoczył on wzorową pod względem taktycznym walkę z Tomaszem Adamkiem.

W sobotę Szpilka nie może zapomnieć o dyscyplinie w ringu. Chisora będzie prowokował do bójki, a tego Polak musi unikać. Brytyjczy twierdzi, że nie umie boksować, ale lubi się bić. Jest twardy, zadaje dużo ciosów i cały czas idzie do przodu. Wydaje się, że dla Szpilki to stylowy koszmar. Polak nie może stracić koncentracji, co często mu się zdarza. Nie może też opuszczać rąk w kryzysowych momentach, ale z tego to już chyba nie da się go wyleczyć. Jeśli Anuczin to zrobi, będzie cudotwórcą.

Z walki Szpilki z Wachem zapamiętaliśmy obrazek, gdy Artur opuścił ręce i poszedł do narożnika. To był komunikat do Wacha: chodź, możesz mnie bić. Mariusz nie skorzystał z okazji. Jeśli Szpilka będzie odstawiał podobne numery w Londynie, to czeka go KO. Chisora nie wypuści go z budki telefonicznej. A z niej Szpilka nie zadzwoni po pomoc do GOPR-owców, jak uczynił to, gdy zabrał Pumbę na Snieżkę i miał problem z powrotem do domu. Tam będzie musiał liczyć tylko na siebie, ale lepiej, żeby nie dawał się zamknąć w narożniku.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Pomysł walki z Chisorą nie przypadł do gustu Andrzejowi Wasilewskiemu. I trudno mu się dziwić, ale Szpilka nie daje się prowadzić za rączkę. Kilka lat temu na Twitterze „zorganizował” sobie walkę z Bryantem Jenningsem. Z promotorskiego punktu widzenia pojedynek miał status: bez sensu, ale Szpilka się uparł, pojechał do USA i przegrał przed czasem. Przeliczył się, bo nie był wtedy gotowy na ten poziom.

Szpilka lubi brawurę i jazdę bez trzymanki. W ringu i w życiu prywatnym. Bylejakość go nie interesuje. Nie chciał bić słabych rywali za przeciętne gaże. Szukał wyzwań i większych pieniędzy. Chce pić szampana, to ryzykuje. W boksie i w życiu warto być odważnym. Gdyby Andy Ruiz Jr nie zaryzykował, nie byłby dzisiaj mistrzem świata.

(więcej…)

izu_3

Na polskim podwórku mieliśmy walkę-odpowiednik konfrontacji Anthony Joshua vs Andy Ruiz Jr. W Polsce też zwyciężył grubasek, na którego niewielu stawiało.

Izu Ugonoh wszedł do ringu w Rzeszowie i od pierwszego gongu szukał tabliczki z napisem exit. Brak pomysłu na walkę to był jego jedyny pomysł. Determinacja Ugonoha była na poziomie ucznia wracającego po wakacjach do szkoły. Wydawało się, że lewą ręką będzie kontrolował walkę, że będzie bił po dołach i polował na mocny prawy. Nic z tego nie wyszło.

Inne nastawienie miał Łukasz Różański, który od początku pojedynku ruszył po nokaut. W 4. rundzie dopiął swego i wygrał przed czasem. Wcześniej zdominował Ugonoha pod każdym względem. Walka zakończyła się w KONTROWERSYJNYCH okolicznościach, bo Różański dobijał klęczącego już Izu. Gdyby team Ugonoha wniósł protest, walka mogłaby zakończyć się dyskwalifikacją Różańskiego. Sędzia Robert Gortat, który po ostatnich galach był chwalony, tym razem stracił kontrolę nad wydarzeniami w ringu.

Izu po walce nie szukał wymówek. Z uśmiechem na ustach pogroził tylko palcem Różańskiemu za ostatni cios. „Łukasz był lepszy ode mnie. Niepotrzebnie uderzył mnie, gdy leżałem na podłodze. To nie było fajne” – mówił, ale w tych słowach nie było sportowej złości. Później dodał: Coś we mnie zgasło, nie byłem w stanie dać z siebie więcej. Myślę, że zabrakło serca, żeby wzbić się na wyżyny.

(więcej…)

izu_3

Od ostatniej walki Izu Ugonoha minął już ponad rok. Od ostatniej poważnej prawie dwa i pół. Kariera Izu na pewno nie stanowi wzoru do naśladowania. Wiele razy była w martwym punkcie.

Gdy Ugonoh podpisał kontrakt promotorski z Dariuszem Michalczewskim, wydawało się, że jego kariera ruszy z kopyta. – Jest diamentem do oszlifowania. Jestem przekonany, że Izu to materiał na mistrza świata – mówił „Tiger”. Zapomniał chyba, że diamenty szlifuje się znacznie wcześniej.

Walka o mistrzostwo świata – taki był plan

Michalczewski miał konkretny pomysł na Ugonoha. Chciał zorganizować mu walkę z Alim Demirezenem o pas WBO Europe. Po zwycięstwie Izu miał wejść do pierwszej dziesiątki rankingu. Później plan zakładał jeszcze 2-3 walki i w 2020 roku Izu miał się bić o mistrzowski pas. Fajnie to brzmiało, ale nic z tego nie wyszło.

Walka z Demirezenem była przekładana i nigdy do niej nie doszło. Po drodze team Izu odrzucił ofertę pojedynku na gali Mateusza Borka w Spodku. Szef MB Promotions chciał go skonfrontować z Sergiejem Werwejką.

Za przeciwnika Ugonoha chciałem zapłacić. Nikt by na tym nie stracił. Ja miałbym jeszcze ciekawszą kartę, a Izu aktywność – mówił Borek. Negocjacje zakończyły się fiaskiem. – Uważali, że Izu jest zawodnikiem, który powinien boksować w main lub co-main evencie. Miałem na ten temat inne zdanie i nie doszliśmy do porozumienia – dodał Borek.

Nokauty na słabych rywalach i runda roku

Jeśli ktoś ostatnio czuł głód walk Izu, mógł włączyć powtórkę jego starcia z Dominikiem Breazeale’em. Co to była za walka. Trzecia odsłona tego starcia została wybrana przez „The Ring” rundą 2017 roku. Ugonoh przegrał przed czasem, ale w CV może wpisać, że posłał na deski pretendenta do tytułu mistrzowskiego.

(więcej…)

DSC02833

Maciej Sulęcki nie miał nic do powiedzenia w walce z Demetriusem Andrade, której stawką był mistrzowski pas federacji WBO. Polak przegrał wszystkie rundy i wypadł blado na tle Amerykanina. „Striczu” w poniedziałek wrócił do Polski i opowiedział o pojedynku w Providence.

O porażce z Andrade

Jestem trochę rozbity mentalnie, fizycznie czuję się bardzo dobrze. Najgorzej, że czuję, że to jest oddana walka trochę bez walki. Mieliśmy plan, ale gdy stanęliśmy w ringu z Andrade, wszystko legło w gruzach. Nie miałem kompletnie pomysłu. Chodziłem za nim i myślałem, jak się do niego dobrać. Był zdecydowanie trudniejszym rywalem niż Daniel Jacobs. Nie chcę szukać wymówek, bo to nie ma sensu. Przyjmuję porażkę na klatę, przegrałem w słabym stylu. Nie spałem po walce i myślałem o tym, ale teraz chcę odpocząć z rodziną i nacieszyć się córką. Nie chcę wyciągać wniosków na gorąco, bo pośpiech jest złym doradcą. Na pewno wyciągnę konsekwencje.

O planie na walkę

Plan zakładał, żeby nie lecieć na hura na niego. Wiedzieliśmy, że Andarde bardzo dobrze kontruje, chcieliśmy go wciągać. Być cały czas na pressingu i go zaczepiać. Czekać na jego atak i po ataku robić zejście i wtedy zadawać ciosy. Kurczę, ale nie wyszło. Wydawało mi się, że potrafię walczyć z mańkutami, ale Andrade to jednak inny styl. Nic nie wyszło w tej walce i nic się nie zazębiło. Pierwszy raz w życiu wszedłem do ringu i nie wiedziałem, co mam robić. Nie poradziłem sobie z Andrade, bo był za trudny, ale to nie jest usprawiedliwienie. Jeżeli chcesz być najlepszy na świecie, musisz wygrywać z każdym.

O nokdaunie

Dostałem w trąbę, upadłem, ale szybko się pozbierałem. Nokdaun nie zabrał mi pewności siebie. Fizycznie go nie odczułem. Frustrowałem się strasznie, po ósmej rundzie byłem strasznie sfrustrowany. Dajcie mi trochę czasu, żeby dojść do siebie. Niech głowa wróci na odpowiednie tory. Później będę myślał, co dalej. Nie widziałem walki, jeszcze żyję emocjami i nie do końca racjonalnie myślę.

O Piotrze Wilczewskim

Styl robi walkę. Po walce z Rosado, oprócz dziewiątej i dziesiątej rundy, wszyscy mówili, że było super. O, profesor. W Polsce jest tak, że w przypadku niepowodzenia wszyscy mówią o zmianie trenera. Uważam, że komendy Piotrka były bardzo dobre. Tylko ciężko było mi je wprowadzić w życie.

O krytyce i przyszłości

Ludzie we mnie wierzyli i wiedziałem, że spadnie na mnie krytyka. Każdą, zwłaszcza konstruktywną, krytykę przyjmuję i z każdym porozmawiam. Potrzebuję 2-3 tygodni luzu, później będę wyciągał wnioski. Muszę spojrzeć na siebie, na swoją ekipę. Spojrzeć na przygotowania, czy czegoś nie zawaliliśmy. Jestem w środku pokłuty i poraniony. Na dodatek serducho jest strasznie dziurawe. Muszę zresetować głowę i lecimy przed siebie, nie poddaję się.

O zejściu kategorię niżej

Waga średnia jest najmocniejsza na świece, a ja lubię wyzwania. Dlatego tu zostanę. Chcę wyzwań i walk z mocnymi rywalami. Chcę być najlepszy na świecie. Mam jakąś markę w USA, trochę to zostało teraz nadszarpnięte. Muszę wrócić do Stanów i szybko się odbudować. Jestem gotowy na wszystko i pokornie znoszę porażkę. Na pewno będzie lepiej.

sulecki_1

Andrzej Wasilewski powiedział kiedyś, że Maciej Sulęcki jest bokserskim chuliganem, który chce boksować z każdym. Za chwilę ten ringowy chuligan, który od dawna ma apetyt na duże walki, może zostać mistrzem świata. „Striczu” walczy w mocno obsadzonej kategorii wagowej, dlatego wejście na szczyt nie było prostą sprawą.

W kwietniu 2015 roku spotkaliśmy się z Maciejem Sulęckim w Legia Fight Club. Przygotowywał się wtedy do walki z Darrylem Cunninghamem. Pierwszej na nowej scenie, bo to miał być jego debiut na amerykańskim ringu. Kilka miesięcy wcześniej Sulęcki wygrał z Grzegorzem Proksą i otworzył sobie drzwi do dużej kariery.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat? – tym pytaniem kończyliśmy rozmowę z Maćkiem.

Za pięć lat? Będę miał wtedy trzy dychy na karku… Chcę być już na szczycie – odpowiedział bez chwili zastanowienia.

Od naszej rozmowy minęły 4 lata z hakiem. W najbliższą sobotę Sulęcki będzie walczył z Demetriusem Andrade o pas mistrza świata.

Daje widowiskowe walki

Sulęcki nie urwał się z choinki. Jego kariera, może z małymi wyjątkami, jest prowadzona modelowo. Maciej nie szedł na skróty. Nie bił słabych rywali, by w końcu dostać walkę o tytuł i zarobić gażę życia. Wspina się na szczyt krok po kroku. W USA stoczył już siedem walk i wyrobił sobie tam nazwisko. Daje widowiskowe walki, w których kipi od emocji. Kibice dla takich pięściarzy jak Sulęcki kupują bilety i zarywają noce.

Z Danielem Jacobsem, byłym mistrzem świata, stoczył twardy pojedynek. Przypomnijmy, że wtedy nikt nie traktował go poważnie. Amerykańscy dziennikarze mówili o tej walce, że to mistmach. Miał przyjechać chłopak z Polski i dostać lanie od miejscowego bohatera.

Sulęcki miał inny plan. Wszedł do ringu i dał wyrównaną walkę. Udowodnił, że należy do światowej czołówki kategorii średniej. Mimo że przegrał po raz pierwszy w zawodowej karierze, nie musiał się niczego wstydzić.

Lekcja pokory i powrót do starej zasady

Pięściarzy można podzielić na dwie kategorie. Tych, którzy chcą zarobić kasę i tych, którzy chcą zrobić karierę (plus zarobić pieniądze, bo nikt nie bije się za darmo). „Striczu” jest w drugiej grupie. On jest głodny sukcesu. Gdy mu coś nie pasowało, nie wiązał języka na supeł. – Po walce z Centeno, którą wygrałem w dobrym stylu, byłem ostro wkur***, że dostaje pojedynki z ogórami w Polsce, a nie z dobrymi rywalami w USA – mówił nam Sulęcki.

To był faktycznie trudny okres w jego karierze. Sulęcki miał apetyt na duże walki, a musiał bić się z „ogórami”. Michi Munoz i Damian Bonelli to byli rywale, których „Striczu” przed walką mógł pytać, w której rundzie chcą leżeć na deskach, by później spełniać ich prośby.

Dwa łatwe zwycięstwa trochę uśpiły Sulęckiego. Pojechał do USA i miał olbrzymie problemy z Jackiem Culcayem. Wygrał, ale stracił dużo zdrowia. W ringu była wojna. Po czasie przyznał, że poczuł się zbyt pewny siebie i nie przykładał się do treningów. – Otrzymałem lekcję pokory i wróciłem do starej zasady, że trzeba zapierniczać na treningach, bo nic za darmo nie przychodzi – twierdził po walce.

Strumień komplementów i krytyki

Sulęcki po starciu z Jacobsem podpisał kontrakt na trzy walki z platformą DAZN. Eddie Hearn jako pierwszą przeszkodę podstawił mu Gabriela Rosado. „Striczu” pojechał na teren wroga i miał walkę pod kontrolą, ale w 9. rundzie dwa razy leżał na deskach. Wygrał jednogłośnie na punkty, ale po pojedynku pod jego adresem leciał podobny strumień komplementów co krytyki.

„Striczu” był też na deskach w konfrontacji z Jacobsem. Na najwyższym poziomie przeciwnicy nie wybaczają błędów. – Najbardziej martwi mnie to, że Maciek padał na deski po podobnych akcjach, czyli ciosach nad jego lewą ręką. Ta ręka jest za nisko lub za bardzo wysunięta do przodu. Przeciwnicy znajdują przestrzeń, żeby uderzyć z kontry lub bezpośrednim prawym i niestety trafiają – mówił nam po walce z Rosado Andrzej Wasilewski.

W konfrontacji z Demetriusem Andrade lewa ręka Sulęckiego musi pilnować szczęki. Amerykanin jest niewygodny, zadaje dużo ciosów i bije mocno z obu rąk. Będzie groźny w każdej sekundzie walki. – Nastawiam się na szachy. Nie sądzę, że będzie tu typowa bójka. Wiadomo, że będę musiał być agresywny, ale nie będzie można głupio atakować, ponieważ Andrade bardzo dobrze kontruje – mówił Sulęcki w rozmowie z WP SportoweFakty.

Kiedyś krążyła opinia, że Sulęcki ma watę w rękawicach. Wygrywał walki, ale nie nokautował rywali. To się zmieniło po konfrontacji z Grzegorzem Proksą. Mit został obalony, ale Maciek nigdy tym się nie przejmował – Wiem, co drzemie w moich rękach – powtarzał z uśmiechem. Jack Culcay, który walczył z Sulęckim i Andrade twierdzi, że mocniej bije polski pięściarz.

Teraz słychać opinie, że Sulęcki ma słabą szczękę. – Niech sobie ludzie mówią, ja wiem swoje – mówi „Striczu” w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Kibice wierzą, że przywiezie pas

Sulęcki w pojedynku z Rosado doznał kontuzji prawej dłoni. Nie było złamania, ale badania wykazały odprysk kości. Pięściarz zapewnia, że ze zdrowiem jest już wszystko w porządku i że po kontuzji ręki nie ma śladu. Do walki życia ma wyjść zdrowy i optymalnie przygotowany.

Na barkach Sulęckiego ciąży odpowiedzialność. Kiedyś powiedział z przymrużeniem oka, że polski boks jest w jego rękach. Nie minął się z prawdą. On, Krzysztof Głowacki i Adam Kownacki to nasze największe nadzieje na sukcesy. Głowacki sparzył się w Rydze, a Kownacki cały czas czeka na mistrzowską szansę.

Kibice w Polsce liczą na Sulęckiego i wierzą, że przywiezie z USA pas mistrza świata. – Idę na ring dobrze się bawić i biorę to, co moje, czyli pas mistrza świata – zapowiada Maciek w rozmowie z „PS”.

Trzymamy za słowo i wkładamy szampana do lodówki.

krzysztof glowacki.jpg

Krzysztof Głowacki był na szczycie, spadł z niego, ale wdrapał się ponownie. Kilka dni przed walką z Mairisem Briedisem został pełnoprawnym mistrzem świata federacji WBO. Wcześniej był tylko mistrzem tymczasowym. W sobotę w Rydze może zdobyć także pas WBC.

Jakie to uczucie zostać mistrzem świata bez walki? – pytamy Krzysztofa Głowackiego.

Nie możemy powiedzieć, że bez walki, bo w listopadzie wygrałem z Masimem Własowem. On był wtedy jedynką, a ja dwójką w rankingu WBO. To był eliminator. To fajne uczucie zostać mistrzem, ale lepiej byłoby, gdybym odebrał pas Ołeksandrowi Usykowi.

W jakich okolicznościach dowiedziałeś się, że zostałeś pełnoprawnym mistrzem federacji WBO?

Przeczytałem o tym w internecie (śmiech). Teraz nie skupiam się na tym. Będziemy się cieszyć dopiero po turnieju WBSS. Oczywiście, jak go wygram – twierdzi Głowacki.

Żeby wygrać turniej WBSS Głowacki musi w sobotę w Rydze pokonać Mairisia Briedisa. Zwycięstwo da mu przepustkę do finału i dwa mistrzowskie pasy. – Od dawna spodziewaliśmy się, że stawką tej walki mogą być dwa pasy i to zostało oficjalnie potwierdzone dziesięć dni przed pojedynkiem. Wiadomo, że przed walkami o mistrzostwo świata jest większa presja, ale Krzysztof wie, co to znaczy nosić pas. Jego nie trzeba dodatkowo nakręcać, raczej trzeba go trochę uspokajać – mówi Fiodor Łapin.

Tylko raz oglądał powtórkę walki z Huckiem

Krzysztof Głowacki pierwszy raz na szczycie kategorii junior ciężkiej znalazł się w 2015 roku. W Prudential Center leżał na deskach, ale wstał, otrzepał się i znokautował Marco Hucka. To był jeden z najpiękniejszych momentów w historii polskiego boksu. – Chyba tylko raz oglądałem powtórkę pojedynku z Huckiem. Szóstej rundy wciąż nie pamiętam. Ta walka zmieniła moje życie, bo zostałem mistrzem świata – mówi Głowacki.

Głowacki szybko został zrzucony z tronu. W drugiej obronie mistrzowskiego pasa na jego drodze stanął Ołeksandr Usyk. Ukrainiec do dzisiaj siedzi w głowie pięściarza z Wałcza. – To moja największa porażka w życiu. Mam nadzieję, że kiedyś będę miał szansę zrewanżować się Usykowi, ale na razie nie myślę o nim, tylko skupiam się na Briedisie – mówi Głowacki. W podobnym tonie wypowiada się trener Łapin. – Jesteśmy ambitni i staramy się nie zapominać o porażkach. Chcemy się odgryźć. Krzysztof chce tej walki, ja też jej chce. Wiadomo jak trudne byłoby to zadanie, ale w tej chwili o tym nie myślimy.

Krzysztof Głowacki i Fiodor Łapin pracują ze sobą od wielu lat. Jeśli dobrze liczymy to od dziewięciu. Gdy się patrzy na nich z boku, przypominają stare dobre małżeństwo – Kawał czasu spędziliśmy na sali z trenerem Łapinem. Minęło nie wiadomo kiedy. Mam nadzieję, że jeszcze parę lat przed nami – mówi Głowacki.

Były trudne momenty?

Pewnie, że były. Zawsze są w trakcie przygotowań, gdy człowiek ciężko trenuje i jest zmęczony. Czasami pojawiają się myśli: po co mi to wszystko? Ale później przychodzi walka i jest już pięknie.

glowacki

Blisko katastrofy w Nysie

Głowacki do starcia z Siergiejem Radczenko przystępował w roli faworyta. To miała być łatwa robota, przetarcie przed poważniejszymi walkami. Mało brakowało, a walka w Nysie skończyłaby się katastrofą dla Głowackiego. W 5. rundzie pięściarz KnockOut Promotions leżał na deskach i mógł przegrać przed czasem ze swoim byłym sparingpartnerem.

Głowacki wygrzebał się z tarapatów, ale za walkę zasłużył na dwóję. – To była tragedia w moim wykonaniu. Nie zlekceważyłem rywala, miałem problemy w życiu prywatnym i tak wyszło. Nie chcę do tego wracać. Po walce z Radczenko miałem rozmowę z trenerem, padły mocne słowa z jego ust – twierdzi Głowacki.

Łapin: Potwierdzam, była rozmowa. Może nie nazwałbym jej wychowawczą, bo to jest dorosły facet i miał problemy dorosłego życia. Nie każdy wie, jakie Krzysiek miał problemy poza sportem (chodzi o rozwód z żoną – przyp.red.), a to się najbardziej nałożyło na jego postawę w ringu. Wyjaśniliśmy sobie, co z tym zrobić, bo Krzysztof przeżywał wtedy bardzo trudny okres w życiu.

Głowacki: Trener Łapin jest motywatorem i psychologiem. Rozmawiamy o życiu prywatnym, o wszystkim. Mamy bardzo dobry kontakt i bardzo mu za to dziękuję. Jest moim prywatnym psychologiem.

Łapin: Nawet czasem nie musimy mówić do siebie, a już wiemy, o co chodzi drugiej stronie.

Problemy z kasą. „Ciągle się zapożyczałem”

Głowacki po turbulencjach wrócił na właściwe tory. Dostał się do drugiej edycji turnieju WBSS i znów jest w grze o wielką stawkę. Sportową i finansową. Pod względem finansowym nie zawsze było u niego różowo.

Kiedy zaczynałem walczyć zawodowo, ciągle się zapożyczałem. Nie miałem innego wyjścia (…) Później przychodziła walka, zarabiałem osiem tysięcy sześćset, oddawałem pożyczone pieniądze i zostawało mi na czysto jakieś sześć stówek. Oczywiście miałem też stypendium, ale długo to było jakieś dwa tysiące złotych. Sam byłem w Warszawie, rodzina w Wałczu, więc miałem dwa domy do utrzymania. A przecież same dojazdy też kosztowały. To były trudne czasy – wspomina Głowacki w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Według informacji tvpsport.pl zwycięzca walki Briedis vs Głowacki ma zarobić milion dolarów (400 tysięcy „podstawy” + 600 tysięcy bonus za awans).

Czy ściany pomogą Briedisowi?

Głowacki do konfrontacji w Rydze trenował w Polsce, Hiszpanii i Anglii. – Przygotowania były bardzo ciężkie, zresztą jak zawsze. Teraz były urozmaicone, bo były wyjazdy do Hiszpanii i Anglii. Było coś innego, inne sale i inni zawodnicy. Najpierw pracowaliśmy nad siłą i wytrzymałością, później było dużo techniki, na końcu sparingi – mówi Głowacki. – W trakcie przygotowań patrzyliśmy na mocne i słabe strony Briedisa. Łotysz ma pozostałości z kickboxingu, jest unikalny w swoim rodzaju. Patrzyliśmy też na siebie. Na przygotowanie mentalne, fizyczne i technikę – dodaje Łapin.

(więcej…)

DSC_4932

Robert Talarek po świetnej walce pokonał w Spodku Patryka Szymańskiego. Kilka dni po pojedynku z teamu Szymańskiego pojawiły się głosy, że Talarek przy pierwszym bandażowaniu miał plastikowe wkładki na dłoniach. – Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Może Szymański szuka pretekstu do powrotu i walki rewanżowej – mówi w rozmowie z PoGongu pięściarz z Rudy Śląskiej.

Czy przyjechałeś do Spodka w tejpach na rękach?

Robert Talarek: Nie, tejpowałem dłonie dopiero w szatni przed walką.

Czy przy tejpowaniu był obecny ktoś z PWBZ?

W szatni było wiele osób, między innymi teamy Kamila Młodzińskiego i Shawnedlla Wintersa. Pojawiała się też pani z PWBZ, ale nie stała przy mnie w trakcie tejpowania. Nie miałem nic do ukrycia, bandażowałem się przy wszystkich osobach, które były w szatni.

Mateusz Borek twierdzi, że dzień przed galą prosił zawodników, aby tejpowali ręce w obecności kogoś z teamu rywala i przedstawiciela PWZB.

Nie słyszałem o tym. Po przyjeździe do Spodka wszedłem do szatni i zacząłem przygotowywać ręce do walki.

Kto tejpuje ci dłonie?

Od dawna sam się tym zajmuję, bo uważam, że jestem w stanie dobrze to zrobić. Bracia Kliczko też sami zajmowali się tejpowaniem. Oni byli mistrzami, ja też chcę być mistrzem. Po walce w Budapeszcie, gdzie złamałem rękę, zrobiłem nawet kurs cutmana. Bandażując ręce samemu jestem w stanie określić siłę ucisku, czy nie jest za mocno.

Kiedy dowiedziałeś się, że musisz od nowa tejpować dłonie?

W szatni pojawił się Gus Curren i na jego prośbę musiałem jeszcze raz to zrobić. Na początku myślałem, że to jest jakaś gra psychologiczna ze strony teamu przeciwnika. Do walki było już mało czasu, a tejpowanie rąk zajmuje około pół godziny. Przed rozerwaniem bandaży chciałem, żeby trener Szymańskiego sprawdził moje ręce, ale nie chciał tego zrobić. Po zdjęciu bandaży nie sprawdzał ich, nie przypominam sobie, żeby brał je w ogóle w ręce. Nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Do drugiego tejpowania też nie miał uwag.


Co się stało z tymi pierwszymi tejpami?

Wyrzuciliśmy je do kosza, bo ani Gus Curren, ani pani z PWBZ nie zgłaszali żadnych zastrzeń.

Patryk Szymański w programie „W Ringu” stwierdził, że miałeś na kostach platikowe wkładki?

Nie wiem, dlaczego Patryk rozpowszechnia takie informacje. Stoczyliśmy świetną walkę, o której wszyscy mówili, a teraz ktoś szuka afery tam, gdzie jej nie ma. Po walce pisałem do Patryka na Messengerze, żeby się nie poddawał, zaprosiłem go nawet na wspólne treningi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie opowiadał takie rzeczy na mój temat. Nie miałem żadnych plastikowych wkładek. Stosuję gąbki, żeby chroniły mnie przed kontuzjami. Gąbki są czarne, może Curren myślał, że to plastik. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Może Szymański szuka pretekstu do powrotu i walki rewanżowej.

Te gąbki, o których wspomniałeś, są dopuszczalne według przepisów?

Zerknąłem na konspekt z kursu cutmana i jest tam informacja, że można używać gąbek. One dobrze amortyzują i chronią dłonie.

Oskarżenia teamu Szymańskiego są poważne. Zamierzasz coś zrobić z tą sprawą?

Widziałem, że kibice piszą różne rzeczy na mój temat. To jest pomówienie i niestety źle wpływa na mój wizerunek, ale co ja mogę zrobić. To jest przykre. Za kilka dni wracam do pracy w kopalni i zjeżdżam pod ziemię. Nie mam czasu, żeby zawracać sobie tym głowę.

W tej sprawie jest sporo niedomówień i słowo przeciw słowu. Czy PWBZ powinien tym się zająć?

Nie mam nic do ukrycia. Myślę, że gdyby zajęła się tym jakaś komisja, to team Szymańskiego dostałby karę za zniesławienie mnie.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

CKO_3268

Robert Talarek i Patryk Szymański poszli na całość i skradli show w Spodku. Walki w Katowicach miło nie będzie wspominał Mariusz Wach, który po porażce z Ilungą Bakole zaczął mówić nawet o zakończeniu kariery. Rozczarowany był także Damian Jonak, który po pojedynku z Robinsonem miał pretensje do sędziów punktowych. – Damian wygrał trzy rundy. Według mnie nie było kontrowersji – mówi Przemysław Saleta. Innego zdania jest Grzegorz Proksa: Jestem bardzo zawiedziony werdyktem sędziowskim. Takich rzeczy się nie robi.

W walce wieczoru Robert Parzęczewski szybko odesłał do domu Czudinowa. Wydarzenia ze Spodka komentują Przemek Saleta i Grzegorz Proksa. Zapraszamy do oglądania.

TALAREK.00_01_18_21.Still001

Przed pojedynkiem trudno było wskazać faworyta. Robert Talarek i Patryk Szymański stworzyli fantastyczne widowisko w Spodku. Już po dwóch rundach można było typować, że to będzie walka roku. Po piątej stała się już murowanym faworytem do wygranej. Dziesięć nokdaunów w pięć rund mówi samo za siebie. Takiej dramaturgii i zwrotów akcji nie wymyśliłby nawet Alfred Hitchcock. Po walce Patryk Szymański powiedział, że kończy karierę. – Szkoda, że mówi takie rzeczy w tak młodym wieku. Myślę, że Szymański nabierze siły i wytrzymałości i jeszcze mogą być z niego ludzie – twierdzi Talarek.

(więcej…)