Archive for the ‘Boks na świecie’ Category

wsb

Porządne pieniądze na stole, kilku konkretnych facetów i cztery mistrzowskie pasy w obrocie. Turniej Word Boxing Super Series w kategorii junior ciężkiej może być strzałem w dziesiątkę jego organizatorów. Oby tylko obyło się bez jakichś nieprzewidzianych historii.

W sobotę w Monako poznaliśmy pary ćwierćfinałowe. Mistrzowie pięści, „piękni” chłopcy, wybierali tych „brzydkich”, czyli nie mających pasów. Kompletowanie par na zasadzie draftu było średnim pomysłem (lepiej losować), ale możemy na to przymknąć oko. 

Co wiemy po drafcie? Usyk i Briedis w nie mieli ochoty rozpoczynać turnieju od spotkania z Kudriaszowem. Yunier Dorticos nie miał wyjścia, musiał wziąć Rosjanina. Gdyby miał wybierać, pewnie też powiedziałby: nie, dziękuję. Nasz człowiek w WBSS, Krzysztof Włodarczyk jako obowiązkowy pretendent federacji IBF trafił w ręce Murata Gasijewa. 

Szanse Diablo? Bez pudrowania rzeczywistości, nie za duże. Po ostatnich jego pojedynkach trudno być optymistą. Faworytem jest Gasijew, który po raz pierwszy będzie bronił tytułu mistrzowskiego. Rosjanin sporo potrafi, mocno bije, ale wirtuozem pięści na pewno nie jest. Nie pękł przed Lebiediewem, nie podkuli też ogona przed byłym mistrzem WBC i IBF. Włodarczyka nie możemy jednak przekreślać. Z prostego powodu, jest puncherem, a tacy pięściarze w każdej sekundzie walki mogą jednym ciosem załatwić sprawę. Tym bardziej, że Gasijew nie jest Floydem w defensywie.

Konkretne mordobicie szykuje się w konfrontacji Dorticosa z Kudriaszowem. Razem mają na koncie 41 wygranych przed czasem. Tak, czterdzieści jeden! Panowie po pierwszym gongu powinni wywołać wojnę w ringu. W tym przypadku sędziowie punktowi mogą jechać na urlop. Wygrany tego pojedynku spotka się z Diablo lub Gasijewem. 

Usyk wybrał sobie Marco Hucka, którego kariera trzyma się na ostatnim zawiasie. Usyk ten zawias urwie z hukiem i odeśle Marco na emeryturę. Z kolei Briedis wskazał palcem na Pereza, czyli gościa, który za uszy został wciągnięty do zawodów przez swojego promotora. Nie wiemy, na co stać Kubańczyka po zmianie kategorii wagowej, ale w półfinale możemy go nie zobaczyć.

Pierwszym rezerwowym turnieju jest Krzysztof Głowacki. Wejdzie do gry, gdy któryś z zawodników dozna kontuzji. A teraz wyobraźcie sobie, że przed pierwszym pojedynkiem z turnieju wypada Murat Gasijew… Na horyzoncie pojawiłaby się walka Włodarczyk vs Głowacki. W tle byłyby dylematy obu pięściarzy, promotorów i Fiodora Łapina. Pamiętajmy, że życie pisze dziwne scenariusze.

Z naszego punktu widzenia największym nieobecnym w WBSS jest wspomniany już Głowacki. Można go było wystawić za Pereza czy Hucka. Sportowo – to bez dwóch zdań – na dziś lepsza opcja niż ci dwaj panowie. Nad nieobecnością Denisa Lebiediewa nikt nie powinien ubolewać. Rosjanin jest właścicielem atrapy pasa WBA Super World. Tak, atrapy, bo przecież ten pas powinien należeć do Gasijewa. Poza tym, Lebiediew jest już po drugiej stronie rzeki i niczego nie wniósłby do turnieju.

Brakuje też Tony’ego Bellew, ale on akurat nie był zainteresowany udziałem w tym balu, bo wybrał inną drogę, inną kasę. Jego biznes. Nie można jednak marudzić, bo i tak w stawie pływają grube ryby.

Wiecie, co jest najfajniejsze w tym turnieju? To, że możesz przystąpić do niego bez żadnego tytułu (patrz: Włodarczyk), a zakończyć zabawę z torbą pełną pasów. 

Przed pojedynkiem Joshui z Kliczką pisałem, że waga ciężka potrzebuje walki mistrzowskiej, o której będziemy rozmawiać dłużej niż trzy minuty po jej zakończeniu. Główni bohaterowie wieczoru stanęli na wysokości zadania i między linami urządzili niezłą imprezę. Były grzmoty, były fajerwerki. To była walka, której powtórki śmiało można sprzedawać w systemie PPV.

Zanim Joshua i Kliczko weszli do ringu, kreślono różne scenariusze ich pojedynku. Dominowała opinia, że konfrontacja tych panów nie potrwa całego dystansu. Faktycznie, sędziowie punktowi byli niepotrzebni, ale impreza i tak potrwała trochę dłużej niż wiele osób zakładało.

Andrzej Kostyra komentując walkę, powiedział, że Kliczko zabrał Joshuę z liceum na uniwersytet. Tak było. Anglik w sobotni wieczór zdał trzy trudne egzaminy. Pierwszy, z charakteru, bo wstał z desek i był w stanie odwrócić losy pojedynku. Drugi, z ringowej inteligencji. Gdy się wystrzelał i był zraniony, wziął sobie chwilowy urlop od walki. W odpowiednim momencie wypluł też ochraniacz na zęby, dzięki czemu zyskał cenne sekundy. Inna sprawa, że Kliczko pozwolił mu na dojście do siebie. Trzeci egzamin Joshua miał z presji. Też dał radę, wytrzymał ciśnienie i poradził sobie z oczekiwaniami 90 tysięcy ludzi, którzy dla niego kupili bilety.

Boks potrzebował w wadze ciężkiej kogoś takiego jak Joshua. Faceta, który nie boi się wyzwań. Brytyjczyk mógł przecież pompować swój rekord jak Deontay Wilder, unikać Kliczki, prężyć muskuły poza ringiem, ale wybrał inną drogę. Dzisiaj jest właścicielem trzech pasów i waga ciężka należy do niego.

Na horyzoncie widać już gdzieś walkę Joshuy z Tysonem Furym. Zanim jednak na poważnie zaczniemy rozmawiać o takiej konfrontacji, olbrzym z Wilmslow musi zrzucić zbędne kilogramy i pozbyć się rdzy. Musi w ogóle wrócić na ring. Możemy być jednak pewni, że Anthony nie schowa się przed Tysonem do szafy. Może na Wembley przyjedzie też Wilder, który już zadeklarował taką chęć. Do jego zapowiedzi trzeba jednak podchodzić z dystansem, bo Amerykanin nie lubi wchodzić do głębokiej wody. Jednego możemy być pewni, z Joshuą na tronie nie będzie nudy.

Co dalej z Władimirem Kliczko? Jeżeli jeszcze będzie mu się chciało zakładać rękawice i iść do roboty, to nie musi kończyć kariery. Przecież wciąż zalicza się do czołówki wagi ciężkiej, wciąż Wilder ma pełnego pampersa, gdy myśli o pojedynku z nim. Wciąż może zarabiać kasę w ringu. Po sobotniej walce nikt już nie powie, że Kliczko jest szklany, że nie ma charakteru. Ukrainiec przegrał, ale swoje wygrał. Wygrał szacunek kibiców. Do ringu wchodził przy akompaniamencie gwizdów, po walce gwizdy zamieniły się w brawa. Rewanż z Joshuą? Z punktu widzenia kibiców, czemu nie. Zróbcie to jeszcze raz. Tylko Wembley na taką imprezę może być już za małe.

Pytanie tylko, czy Władimirowi chce się jeszcze w to bawić? Ale to już nie jest problem Joshuy.

Krzysztof Smajek

kliczkovsjoshua

Przez wiele lat wydawało się, że rywal Władimira Kliczki musi wejść do ringu z pistoletem i mieć pod ręką ze dwa granaty, żeby odebrać mu mistrzowskie pasy. Ukrainiec przez lata był tyranem w wadze ciężkiej i każdego oponenta, który chciał położyć łapy na jego pasach, obijał bez litości. Warto podkreślić, że to nie były dobre czasy dla królewskiej dywizji. Wiało nudą z każdej strony.

Przyszedł jednak Tyson Fury, tupnął nogą i okazało się, że ten ukraiński dyktator wcale nie jest taki straszny. Kliczko został mentalnie zniszczony przez Brytyjczyka i praktycznie bez walki oddał mu mistrzowskie pasy. W ciągu 12 rund zadał raptem 52 celne ciosy, żaden z nich nie zrobił wrażenia na olbrzymie z Wilmslow. Tyran oddał władzę i wypadł z obiegu na kilkanaście miesięcy, bo Fury nie za bardzo kwapił się do walki rewanżowej.

Zresztą Fury pasami, które dostał od Kliczki, długo się nie nacieszył. Miał problemy z narkotykami, alkoholem i depresją, dlatego musiał zwakować i wypuścić swoje skalpy na rynek. Trafiały one w różne ręce. Właścicielem jednego z nich został Anthony Joshua. Zdobył go w pojedynku, tfu, pas federacji IBF przyniósł i podał mu na tacy Charles Martin. Brytyjczyk bronił go dwa razy, ale Dominic Breazeale ani tym bardziej Eric Molina nie byli w stanie zrobić mu krzywdy.

Joshua to facet, który do ringu zawsze wchodzi z ostrą amunicją. Liczby w jego rekordzie robią wrażenie: 18 walk i 18 „zastrzelonych” przed czasem rywali. Teraz na jego drodze stanie podrażniony Władimir Kliczko, który chce odzyskać władzę w wadze ciężkiej i zmazać plamę po ostatnim występie. Gdy panowie wejdą do ringu, ziemia powinna zadrżeć, a 90 tysięcy ludzi na Wembley pewnie wstrzyma oddech.

Eksperci mają twardy orzech do zgryzienia, bo tutaj zdarzyć może się wszystko. Można powiedzieć pół żartem, pół serio, że ta walka odzieli mężczyzn od chłopców. Wśród ekspertów oczywiście. Wydaje się, że w tym pojedynku sędziowie punktowi nie będą potrzebni, bo przecież do ringu wejdzie dwóch uzbrojonych po zęby facetów. Powinna być strzelanina. Żaden z nich nawet na moment nie może się zagapić.

Waga ciężka potrzebuje walki mistrzowskiej, o której będziemy rozmawiać dłużej niż trzy minuty po jej zakończeniu. Bo przecież tyle mniej więcej dyskutuje się po dobrowolnych obronach Deontaya Wildera. O walce Parker ve Cojanu (chyba nie przekręciłem nazwiska) nie będziemy w ogóle gadać. Dlatego musimy liczyć na to, że Kliczko i Joshua nie będą grać w warcaby. Że dadzą taką walkę, o której będziemy rozmawiać przy piwie nawet za kilka lat.

Mimo że pas federacji IBF należy do Joshui, to więcej do stracenia ma Władimir Kliczko. On już nie ma czasu na porażki. Obaj w sobotę znajdą się w nowych dla siebie sytuacjach. Ukrainiec będzie czekał przed pojedynkiem na swojego rywala w ringu. Do tej pory to jego przeciwnicy patrzyli, jak Władimir idzie wykonać egzekucję. Z kolei Joshua po raz pierwszy będzie pływał w tym samym akwarium z grubą rybą. Na dodatek podrażnioną.

Jak to się skończy? Pewnie nokautem. Gdybym miał wykupić reklamę na podeszwach któregoś z nich, to wybrałbym buty Kliczki, bo przecież Joshua nie bierze jeńców.

Krzysztof Smajek

izu_foto
fot. PBC

  • Izu Ugonoh w sobotę po raz pierwszy pokaże się na salonach. Z małych gal w Nowej Zelandii wskakuje na imprezę w Alabamie. 
  • Wcześniej obijał rywali, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów i padali jak muchy. 
  • Teraz wejdzie do ringu z Dominikiem Breazeale’em, który ma ochotę wygrać z nim przez nokaut.  
  • Izu jest pięściarzem-zagadką, więc Breazeale w sobotę wybiera się na randkę w ciemno. 
  • Jeśli Izu wygra w Alabamie, to potrzebna będzie walka Szpilka vs Ugonoh, żeby wyjaśnić, który z nich jest numerem jeden wśród polskich ciężkich. 


JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

W 2014 roku Izu Ugonoh obrał kurs na Nową Zelandię i postawił dziewiczy krok w królewskiej dywizji. W tym czasie Artur Szpilka zdawał dwa poważne egzaminy w wadze ciężkiej. Pierwszy oblał, bo Bryant Jennings nie dał sobie w kaszę dmuchać. Drugi zdał, bo w dobrym stylu wypunktował Tomasza Adamka i przejął od niego miano najlepszego polskiego ciężkiego.

* Izu jest kilka kroków za Szpilką. 

Rok później obaj obijali kelnerów. Szpilka w USA (podpisał kontrakt z Alem Haymonem), Ugonoh w Nowej Zelandii. Artur obił trzech takich typów, Izu czterech. Miał też walkę z Longiem, ale w tym przypadku wziął nadgodziny. Trzeba jednak przyznać, że kelnerów rozwalał z przytupem. Labaran i Sandez (co to za goście?) nie przetrwali z nim pierwszej rundy, a taki Will Quarrie po prawym Izu prawie wyleciał z ringu. Dan Rafael, gdy to zobaczył, cmoknął z zachwytu na Twitterze. Na youtubie obejrzało to ponad 3 miliony ludzi. Pod koniec 2015 roku tak pisaliśmy o Izu na Po Gongu:

Trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąża kariera Izu Ugonoha, który w Nowej Zelandii demoluje kolejnych rywali. Jednak umówmy się, nie są to poważni przeciwnicy. Kiedyś ta zabawa musi się skończyć, bo w innym przypadku nie poznamy prawdziwej wartości Izu.”

* Izu cały czas jest kilka kroków za Szpilką.

W 2016 roku wspomniana zabawa Izu w boks się nie skończyła, bo dalej był on prowadzony za rączkę przez promotorów. No dobra, Gregory Tony nie był zupełnym leszczem, ale facet najlepsze lata miał już za sobą. Gdy wchodził do ringu z Ugonohem, pewnie już nie pamiętał, że kiedyś wygrał z Carlosem Takamem. Izu pokonał tę przeszkodę, wcześniej rozprawił się z Ricardo Ramirezem i to by było na tyle, jeśli chodzi o ringowe wyczyny. Najważniejsze dla Ugonoha wydarzenia miały jednak miejsce pod koniec roku, bo wtedy podpisał kontrakt z Alem Haymonem. Wtedy też zaczął mówić, że w niedalekiej przyszłości marzy mu się walka o mistrzowski pas. Co w 2016 roku było słychać u Szpilki? W styczniu przegrał przez ciężki nokaut z Deontayem Wilderem walkę o pas federacji WBC. Potem na długie miesiące wypadł z obiegu.

* Szpilka cały czas jest przed Izu, ale dystans został skrócony.

Styczeń/Luty, 2017 rok. W Alabamie szykowana była gala z udziałem polskich ciężkich. Andrzej Wawrzyk, Artur Szpilka i Izu Ugonoh mieli znaleźć się na jednej karcie walk. Nic z tego nie wyszło, bo Wawrzyk wpadł na stanozololu, a pojedynek Szpilki z Breazeale’em z nie wiadomo jakiego powodu został odwołany. Z karty nie wypadł tylko Izu, który za rywala dostał niedoszłego przeciwnika „Szpili”, czyli Breazeale’a.

Ta walka pozwoli mi tak naprawdę zaistnieć w boksieTo jest dla mnie starcie, które ma mnie przenieść w zupełnie inne miejsce. Tym pojedynkiem będę mógł pokazać, jak dobry jestem – mówił Izu Ugonoh. [Sportowefakty.pl]

* Jeśli Izu wygra w Alabamie, role się odwrócą i to on będzie krok przed Szpilką. Wtedy bardzo pożądana będzie walka między nimi o miano najlepszego polskiego ciężkiego.

********

Gdy trwało zamieszanie z galą w Alabamie, pojawił się pomysł, rzucił go na Twitterze Mateusz Borek, żeby zrobić walkę Szpilka vs Ugonoh. Ten pierwszy od razu był na tak. Oto fragment naszego wywiadu ze Szpilką:

– Moje podejście znacie: musi się wszystko zgadzać i możemy walczyć. Gdy nie wypalił mój pojedynek w Alabamie, rzuciłem Andrzejowi Wasilewskiemu propozycję, żeby zrobić walkę z Izu. Powiedział, że na razie nie ma takiego tematu.

Tomasz Babiloński twierdzi, że zmiótłbyś Izu z ringu. Podpisujesz się pod tymi słowami?

– Nie wiem, czy zmiótłbym czy nie, na pewno byłbym faworytem takiego pojedynku. Jednak teraz nie ma sensu o tym rozmawiać. Niech Izu najpierw stoczy walkę z Breazeale’em, a potem zobaczymy. Może wrócimy do tematu. W tym momencie jestem najlepszym ciężkim w Polsce i chyba nie ma sensu o tym dyskutować.

A co o pojedynku ze Szpilką sądzi Izu?

„Wychodzę z tego założenia, żebyśmy robili wszystko po kolei, krok po kroku. Na razie mam przed sobą pojedynek z Dominkiem Breazealem i na tym się skupiam. Jak wygram tę walkę, to będziemy rozmawiać dalej.” [sportowefakty.pl]

Pytanie, czy w przypadku wygranej w Alabamie Izu będzie miał ochotę zawracać sobie głowę Szpilką i rozstrzyganiem kwestii, który z nich jest lepszy? Wątpliwa sprawa. Raczej pójdzie w kierunku walki mistrzowskiej i większej kasy. Kevin Barry nie ma wątpliwości, że jego podopieczny po zwycięstwie z Breazeale’em może trafić na krótką listę życzeń Wildera. Teraz jednak nie ma sensu gdybać, bo Izu na razie stoi w przedpokoju…

**********

Ale w sobotę wejdzie na salony. Ugonoh przed chwilą walczył na małych galach w Nowej Zelandii, teraz po raz pierwszy pokaże się na amerykańskim ringu. Jego walka będzie transmitowana na żywo przez telewizję FOX, czyli ma okazję ładnie przedstawić się kibicom w USA. To będzie dla niego spory przeskok, zwłaszcza w sferze mentalnej. Podobną historię przerabiał kiedyś Andrzej Wawrzyk, który tak wspominał swoją porażkę Aleksandarem Powietkinem:

Zablokowałem się całkowicie. Wyskoczyłem z malutkich gal pod Katowicami czy pod Warszawą na wielką imprezę w Moskwie. To zrobiło na mnie za duże wrażenie.” [Przegląd Sportowy]

Ugonoh nie może się zablokować na imprezie w Alabamie. Musi wejść do ringu uzbrojony. Uzbrojony w pewność siebie. Do tej pory walczył z przeciwnikami, którzy przypominali tekturowe atrapy bokserów. Dostawali strzał i padali. O oddawaniu z ich strony raczej nie było mowy. Breazeale będzie oddawał, od razu też się nie przewróci, bo swoje może przyjąć. Anthony Joshua potrzebował kilku rund, żeby go skruszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanin artystą ringu na pewno nie jest. Oddajemy głos Arturowi Szpilce:

Dla Ugonoha będzie to bardzo duży przeskok, bo wcześniej nie miał ani jednego przeciwnika z tej półki. Jest przy nim dużo znaków zapytania. Znamy się z Izu, bo trenowaliśmy w jednym klubie. Nigdy jednak nie sparowaliśmy razem, więc nie wiem, czy on faktycznie tak mocno bije. Niby przewracał kolejnych rywali w wadze ciężkiej, ale jacy to byli przeciwnicy? Może i był zbyt ostrożnie prowadzony, ale w końcu dostał dobrego rywala. Niech próbuje, trzymam za niego kciuki.” 

Dominic Breazeale raz mówi, że znokautuje Ugonoha, innym razem twierdzi, że dla Izu będzie to 10 rund piekła i takie tam gadki-szmatki, którymi nie ma sensu zaprzątać sobie głowy. Warto jednak podkreślić, że optykę na tę walkę zmienili bukmacherzy, którzy na początku w osobie Amerykanina widzieli wyraźnego faworyta, teraz stawiają jednak na czarnoskórego Polaka. Breazeale ma większe doświadczenie od Izu. I na ringach amatorskich, i zawodowych. Ma za sobą walkę o mistrzowski pas, więc z presją miał okazję się zapoznać. Jest duży, silny, bije nie głaszcze, ale ma też swoje ograniczenia. Tacy pięściarze jak Fred Kassi czy Amir Mansour napsuli mu sporo krwi. Krótko mówiąc – facet jest średniakiem.

Za to Izu jest pięściarzem-zagadką. Jego trener – Kevin Barry – wystawił mu taką oto laurkę:

„Izu to znakomity atleta, który może zrobić rzeczy, których inni po prostu nie potrafią. Chyba jeden z najlepiej – jeśli nie najlepiej – bijących po korpusie pięściarzy w światowym boksie. ” [ringpolska.pl]

Dzisiaj te słowa niewiele znaczą, bo trenerzy różne rzeczy mówią o swoich zawodnikach. CJ Hussein twierdził na przykład, że Krzysztof Zimnoch w pierwszej rundzie znokautuje Mike’a Mollo. Okrutnie skłamał. Równie dobrze Barry mógł powiedzieć, że Izu na sparingach rozbił ciosami na korpus stado słoni. Możecie w to wierzyć lub nie. To samo dotyczy cytatu powyżej.

Z kolei Przemysław Saleta porównał Izu do Steve’a Cunninghama. Trzeba przyznać, że to ładne i chyba trafione porównanie.

„Izu pod wieloma względami przypomina mi, jeśli chodzi o technikę i warunki fizyczne, Steve’a Cunninghama, ale jest trochę silniejszą wersją.” [Interia.pl]

Trzeba przyznać, że Breazeale ma mały kłopot, bo tak naprawdę nie wie, czego może spodziewać się po swoim rywalu. Dla Amerykanina będzie to randka w ciemno. Wie, że naprzeciwko niego stanie czarnoskóry facet z rekordem 17-0. Niby mocno bijący, niby bezkompromisowy, ale dotąd pływający na płytkiej wodzie, na dodatek w kamizelce ratunkowej.

Wygląda na to, że sobotnia walka więcej nam powie o Izu niż jego wszystkie pojedynki razem wzięte. Ale dzisiaj jednego możemy być pewni. Gdyby Ugonoha umieścić na okładce jakiegoś magazynu bokserskiego, to nie prezentowałby się on wcale gorzej od Anthony’ego Joshui czy Deontaya Wildera. Izu ma wygląd mistrza świata wagi ciężkiej, ale czy wystarczy mu umiejętności, żeby chociaż zbliżyć się do ścisłej czołówki tej kategorii wagowej? Do niedzieli rano polskiego czasu to pytanie pozostaje otwarte.

********

Na koniec przypominamy, jak Andrzej Kostyra opisywał Izu Ugonoha w swoim Alfabecie na Po Gongu:

Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

Krzysztof Smajek

b-hop.jpg
fot. Golden Boy Promotions

Nie był grzecznym chłopcem. Napady rabunkowe, bójki i aresztowania – tak kiedyś wyglądało jego życie. Po wyjściu z więzienia obiecał sobie, że nigdy tam nie wróci. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring. Kiedyś był „Katem”, dziś jest „Kosmitą”. „Katem” w sumie jest cały czas. 17 grudnia Bernard Hopkins stoczy pożegnalną walkę. Tak przynajmniej zapowiada.

2006 rok. Antonio Tarver na konferencji prasowej wręczył Hopkinsowi bujany fotel. Trzeba przyznać, że to fajny prezent dla faceta, którego ma się zamiar wysłać na bokserską emeryturę. A takie plany miał przecież Tarver. Hopkins był wtedy 41-latkiem po przejściach. Przegrał dwie walki z Jarmainem Taylorem, w których stracił i nie odzyskał mistrzowskich tytułów. To był koniec jego dominacji, która trwała aż 10 lat. W tym czasie mistrzowskiego pasa bronił aż 20 razy.

Po porażce z Taylorem słychać było głosy, że to jest koniec B-Hopa. Tak samo myślał Tarver, który nawet założył się z nim o 250 tysięcy dolarów, że znokautuje go w ciągu sześciu rund. Nie udało mu się tego zrobić. Na dodatek w piątej rundzie sam był liczony i ostatecznie przegrał na punkty. Tarver mógł się bujać. Oczywiście w swoim fotelu. – Po tym pojedynku „Kat” mówił, że w boksie zrobił już wszystko i wspominał coś o emeryturze, ale to było tylko takie gadanie – przypomina Andrzej Kostyra.

10 lat później… Emerytura odłożona na jutro

Bernard Hopkins znów mówi o przejściu na emeryturę. Tym razem raczej nie blefuje, w końcu za chwilę będzie zdmuchiwał 52 świeczki z tortu. 17 grudnia ma stoczyć pożegnalny pojedynek. Jego rówieśnik – Lennox Lewis już trzynaście lat temu wyniósł rękawice na strych i powiedział do widzenia, a Hopkins wciąż trwa w tym biznesie.

Krzysztof Włodarczyk zapytany ostatnio o to, ile lat zamierza jeszcze boksować, odpowiedział: “Maksymalnie pięć, do czterdziestki. Potem to już jest cyrk, a nie boksowanie” [cytat za weszlo.com]. Diablo nie minął się z prawdą. – Niewielu odchodzi w odpowiednim momencie – zauważa Kostyra.

Weźmy takiego Roya Jonesa Juniora. Kiedyś uznawany był za jednego z najlepszych pięściarzy świata. Dzisiaj ma 47 lat i mimo że jest cieniem samego siebie, jeździ po świecie i walczy na podrzędnych galach. Ludzie się z niego śmieją, ale on nie zamierza kończyć kariery. Dzięki niemu pięściarze pokroju Pawła Głażewskiego będą mogli opowiadać kumplom przy piwie, że mieli legendę boksu na deskach.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Danny’ego Williamsa, który kiedyś pokonał Mike’a Tysona. Dziś Williams nazywa siebie bokserską prostytutką. Niestety, to trafne określenie. Jest już po czterdziestce, ale wciąż dorabia między linami. Różni się od Roya Jones Jr tym, że w prawie każdej walce dostaje po łbie – na 20 ostatnich pojedynków przegrał 16 razy (sic!). Nie tak dawno gościliśmy w Polsce Oliviera McCalla (rówieśnik Hopkinsa), który też na siłę przedłużał swoją karierę i stoczył o kilka walk za dużo. Gdyby wcześniej odwiesił rękawice na kołku, nie musiałby tłumaczyć wnukom, kim byli Krzysztof Zimnoch i Marcin Rekowski, czyli panowie, z którymi przegrał.

Andrzej Gołota (trzy lata młodszy od „B-Hopa”) też niepotrzebnie opóźniał zakończenie kariery. Podobne przypadki można wymieniać i wymieniać. – W pułapkę łatwo jest wpaść, ale trudno się z niej wyplątać. Ring jest dla pięściarzy właśnie taką pułapką – mówi Kostyra. – W niektórych przypadkach nie chodzi nawet o aspekt finansowy. Manny Pacquaio powiedział kiedyś, że po rozbracie z boksem pięściarze czują pustkę duchową i trafił w punkt – dodaje Maciej Miszkiń.

„Nigdy nie będzie już kogoś takiego”

Przypadek Bernarda Hopkinsa jest jednak inny. “Kat” zestarzał się w ringu, ale nie przeszkadzało mu to w zdobywaniu kolejnych mistrzowskich tytułów. Niektórzy mogli go nazywać staruszkiem, ale on nic sobie z tego nie robił. Brał dużo młodszych rywali za rączkę i dawał im lekcje boksu. – Nigdy nie będzie już kogoś takiego jak Hopkins, w żadnym sporcie – to słowa Oscara de la Hoi. – Tacy pięściarze nie rodzą się na kamieniu, to jest fenomen – dodaje Kostyra.

Gdy w 2011 roku „B-Hop” pokonał Jeana Pascala, pobił należący do George’a Foremana rekord i został najstarszym mistrzem świata w historii boksu. Miał wtedy 46 lat. Dwa lata później wygrywając z Tavorisem Cloudem, zdobył pas IBF i przy okazji pobił swój rekord. W 2014 roku rozprawił się z Beibutem Szumenowem i został pierwszym pięściarzem, który w wieku 49 lat zunifikował tytuły. – To będą bardzo trudne do pobicia rekordy. Choć pamiętajmy, że w historii byli pięściarze, którzy dobrą formą imponowali równie długo jak Hopkins. Choćby Larry Holmes, który swój ostatni, wygrany pojedynek stoczył, mając 53 lata. Nie zapominajmy też o Foremanie, który w ostatniej walce, gdy miał 48 lat, zlał Briggsa, ale został haniebnie oszukany – mówi Janusz Pindera.

“Kosmitę” ostatni raz w ringu widzieliśmy prawie dwa lata temu. Stracił wtedy mistrzowskie pasy, ale nie przegrał z byle kim. Sergieja Kowaliowa nie trzeba przecież nikomu przedstawiać. Rosjanin w tamtym czasie siał postrach w kategorii półciężkiej. Praktycznie po kolei nokautował swoich rywali, ale „B-Hopa” nie zdołał wykończyć przed czasem. Zresztą nikomu to się nie udało. NIKOMU. Oczywiście znajdą się tacy, którzy nie doceniają kunsztu Hopkinsa. Czasami można usłyszeć opinię, że to ringowy cwaniak, że jego styl walki jest odpychający

– Słowo odpychający nie jest najlepszym określeniem, choć Hopkins rzeczywiście odpychał swoich rywali, klinczował – mówi Kostyra. – To był bezpieczny dla niego styl. Stąd ta jego długowieczność – dodaje Miszkiń. – Kiedyś wyczytałem, że on ma takie motto: przyjmuj mniej, zadaj więcej. Potrafił to wcielić w życie, bo nie przyjmował zbyt wiele ciosów. Fachowcy z CompuBox wyliczyli, że z czterech ciosów wyprowadzonych przez rywali, do Hopkinsa dochodzi tylko jeden. Świadczy to o jego fantastycznej obronie – dodaje Kostyra. – Tak naprawdę „Kat” łączył w sobie dwie rzeczy: był asekuracyjny do momentu, gdy było zagrożenie ze strony przeciwnika, później przechodził do kontrofensywny i miał instynkt zabójcy – kończy wątek Miszkiń.

Adamek był za duży i za silny dla Hopkinsa?

W 2009 roku były robione podchody do walki Tomasza Adamka z Bernardem Hopkinsem. Za pierwszym podejściem rozbiło się o pieniądze. Podobno „Góralowi” oferowano 500 tysięcy dolarów za ten pojedynek, ale reprezentująca jego interesy Kathy Duva z Main Events uznała tę propozycję za śmieszną. Po jakimś czasie temat konfrontacji tych panów znów wrócił.

– „Richard Schaeffer jako przedstawiciel Golden Boy Promotions, ja z ramienia Main Events oraz Tomek chcemy tej walki. Stacja telewizyjna HBO zablokowała dla nas datę 30 stycznia przyszłego roku (2010 – przyp.red.), mamy miejsce, czyli Prudential Center w Newarku znane wszystkim polskim kibicom, są pieniądze zadowalające obie strony. Ostatnie słowo należeć będzie do Bernarda. Tylko on może zatrzymać tę walkę. W jego rękach jest wiele milionów dolarów.”- mówiła w sierpniu 2009 roku w rozmowie z „Super Expressem” Kathy Duva

Tomek Adamek, który miał już wtedy na horyzoncie walkę z Andrzejem Gołotą, zdążył nawet powiedzieć, że chce zakończyć kariery obu legend, najpierw Gołoty, później Hopkinsa. Jednak do jego pojedynku z Amerykaninem nie doszło. – Szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo Tomkowi mimo wszystko zabrakło walk z legendami – mówi Pindera. Na łamach „Przeglądu Sportowego” głos w tej sprawie zabrał wtedy Adamek: „Mogliśmy walczyć, HBO dawało kupę kasy. Nie chce, trudno (…) Mamy swoje źródła, więc wiedzieliśmy, co się dzieje. A Ziggy Rozalski od początku mówił, że Hopkins się ze mną nie spotka, bo się boi. Jestem dla niego za duży i za silny.”

– Hopkins nikogo się nie bał i nie unikał z nikim walk. Na pewno nie jest tchórzem. W tym przypadku musiało być jakieś drugie dno, ale to już pewnie lepiej wie Ziggy Rozalski – twierdzi Kostyra.

Wyrok: 18 lat więzienia

Bernard Hopkins swoim życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Gdy miał 13 lat podczas napadu rabunkowego trzy razy został ugodzony nożem. Cudem przeżył. Jako małolat był członkiem lokalnych gangów. Na ulicach Filadelfii nie było mu łatwo. – W jednym z wywiadów powiedział, że był aresztowany ponad 30 razy – mówi Kostyra. W końcu się doigrał. Mając 17 lat trafił do więzienia. Usłyszał wyrok: 18 lat więzienia.

Nie zmarnował jednak życia za kratami, bo za dobre sprawowanie wyszedł po niespełna pięciu latach. Nie wrócił już na przestępczą ścieżkę. – To była zupełna przemiana człowieka. Hopkins mówił, że w więzieniu ring był dla niego azylem, wybawieniem. Wspominał też, że kiedy wychodził na wolność, strażnik powiedział do niego: kolego, niedługo tu wrócisz. Bernard obiecał sobie, że nigdy tak się nie stanie – mówi Pindera. Dotrzymał słowa. Celę zamienił na ring.

Na zawodowych ringach zadebiutował 28 lat temu. Przegrał wtedy z Clintonem Mitchellem, którego dzisiaj nikt nawet nie kojarzy. Facet stoczył pięć walk i słuch o nim zaginął. „B-Hop” zbyt długo nie rozpamiętywał tamtej porażki, tylko wziął się do roboty. Po szesnastu miesiącach wrócił na ring i zaczął wygrywać walkę za walką. W latach 1990-92 uzbierał 21 zwycięstw. Nie brał nadgodzin, bo 16 z tych 21 pojedynków wygrał przed czasem. Najczęściej odsyłał rywali do domu już w pierwszej rundzie. Był Katem.

Hopkins potknął się w maju 1993 roku, gdy na jego drodze stanął Roy Jones Junior. To był pojedynek o mistrzostwo świata wagi średniej federacji IBF. Dla obu pięściarzy była to pierwsza konfrontacja o tytuł mistrzowski. Agencja The Associated Press pisała po walce „Roy był zbyt szybki i zbyt silny dla Hopkinsa”. Tak na marginesie, 17 lat później Hopkins wyrównał rachunki z Royem Jonesem.

Lewy hak na wątrobę załatwił sprawę

W 1995 roku „Kat” został właścicielem pasa IBF. Zdobył go w pojedynku z Segundo Mercado. Przez dziesięć lat nikt nie potrafił odebrać mu tego tytułu. Po drodze zdobywał też pasy innych federacji – WBC, WBA i WBO. W tym czasie stoczył dwa pojedynki, o których będzie się mówiło jeszcze latami.

29.09 2001: Bernard Hopkins vs Felix Trinidad

Gorąco było już przed walką. Oddajemy głos Andrzejowi Kostyrze: Na konferencji prasowej przed walką Hopkins zdeptał flagę Portoryko, czym rozwścieczył kibiców Trinidada. Tłum ludzi z bejsbolami i pistoletami zaczął zmierzać w kierunku hali. Hopkinsa trzeba było ewakuować helikopterem, bo spotkanie z tymi osobami mogło się dla niego źle skończyć. W ringu też było ciekawie. „Kat” znokautował rywala w 12. rundzie i zabrał mu pas WBA. Za walkę zarobił 2,5 miliona dolarów. Magazyn „The Ring” dziesiątą rundę tego pojedynku uznał za najlepszą w 2001 roku.

18.09.2004 Bernard-Hopkins vs Oscar de la Hoya

Dzisiaj są partnerami w biznesie, ale ponad 12 lat temu stoczyli walkę o cztery mistrzowskie pasy. – W 9. rundzie Hopkins trzepnął Oscara lewym hakiem na wątrobę i było po wszystkim. De la Hoya przez dłuższą chwilę zwijał się z bólu, ale jak doszedł do siebie, walił z wściekłością pięścią w matę ringu – relacjonuje ten pojedynek Kostyra. – To był idealny cios. Chciałem wstać, ale nie mogłem. Nigdy nie czułem takiego bólu – tak wyglądało to z perspektywy „Złotego Chłopca”. – Oscar mówił przed walką, że nie wyobraża sobie, że ktokolwiek może go znokautować ciosem na korpus. Hopkins zrobił to z zimną krwią – dodaje Pindera. Do momentu przerwania pojedynku, „Kat” prowadził u sędziów punktowych 2:1 (79-73, 78-74, 75-77). Hopkins po tym pojedynku był bogatszy o 10 milionów dolarów. Jego rywal o 30.

Jego dominację w wadze średniej przerwał Taylor. Później Hopkins zmienił kategorię wagową na półciężką i tam bił rekordy długowieczności, ale o tym już była mowa.

Bujany fotel czeka na Hopkinsa

17 grudnia Hopkins ma się pożegnać z ringiem. Jego przeciwnikiem będzie młodszy o prawie 25 lat Joe Smith Jr, który ostatnio sprawił niezłego psikusa Andrzejowi Fonfarze, wygrywając z nim przed czasem. – Smith to idealny rywal na walkę pożegnalną. Nie sądzę, żeby Hopkins miał z nim jakieś problemy – uważa Kostyra. – Może to nie jest przeciwnik o wielkim nazwisku, ale na pewno jest niebezpieczny. „Kat” mógł wziąć sobie kogoś bardziej wyboksowanego, mniej niebezpiecznego, ale to nie byłoby w jego stylu. On zawsze podejmował wyzwania – dodaje Janusz Pindera.

„B-Hop” zapowiada, że w konfrontacji ze Smithem będzie celował w nokaut. Jest głodny tego nokautu, bo ostatni raz przed czasem wygrał 12 lat temu. – Warto też zauważyć, że wrócił teraz do przydomka „Kat”, bo przecież ostatnio był „Kosmitą”- mówi Pindera. – Chcę dać taki występ, po którym będziecie mnie błagać, żebym walczył dalej –  zapowiadał niedawno Hopkins. Czyżby on nie miał zamiaru jeszcze kończyć kariery?

– Hopkins cały czas wraca na ring, bo jest uzależniony od tego sportu, bo jest niewolnikiem boksu. Jeśli walka ze Smithem pójdzie po jego myśli, to pewnie dostanie kolejną ofertę, którą znów przyjmie – uważa Maciej Miszkiń. – Po najbliższym pojedynku powinien dać już sobie spokój. Był przecież na skraju przegranej przed czasem z Kowaliowem i to powinien być dla niego dzwonek alarmowy. Sygnał typu: uważaj, chłopie. Nie powinien tego bagatelizować. Choć, powtarzam, ze Smithem nie powinien mieć problemów – sądzi Andrzej Kostyra.

W tym biznesie wszystko jest możliwe. Często się zdarza, że walka pożegnalna jest przepustką do… kolejnego pojedynku. Kiedyś jednak trzeba dać sobie spokój, usiąść w bujanym fotelu i powspominać. Hopkins ma akurat o czym.

Krzysztof Smajek

!. runda – Zaczęli.

12. runda – Skończyli.

Kur… tego już za wiele. Stop. Wiem, nie powinno rozpoczynać się tekstu od słowa na „k”, ale w tym przypadku inaczej się nie da. O co chodzi? O syf jaki zapanował w ostatnim czasie w wadze ciężkiej.

Zacznijmy od tego dowcipu:

Manuel Charr, pięściarz, tak na oko, z trzeciej ligi, ma zostać BEZ WALKI tymczasowym mistrzem federacji WBA wagi ciężkiej*. W pierwszej chwili śmiejesz się z tego, ale za moment dochodzi do ciebie, że ten żart jest bardzo kiepski i zamiast śmiać się, masz ochotę płakać. [* Informacja niemieckiego „Bilda” nie została oficjalnie potwierdzona, ale możliwe, że coś jest na rzeczy. Inne źródło mówi, że o pas WBA Interim zaboksuje Ustinow z Haye’em lub właśnie z Charrem]

Zatrzymajmy się na chwilę przy WBA. Gdyby ktoś spytał, co to jest za federacja, można ją opisać mniej więcej w taki sposób: najstarsza federacja bokserska. Dzisiaj rozdaje pasy, paski i paseczki. Robi to w ilościach hurtowych. W WBA możesz być mistrzem tymczasowym, zwykłym, ale także super czempionem. To ostatnie brzmi nawet poważnie. Możliwe, że za chwilę dojdą dodatkowe tytuły. Na przykład: mistrz na zasiłku, mistrz z silniejszą lewą ręką, mistrz po przejściach, mistrz Ulicy Sezamkowej i tak dalej.

Postarajmy się to jakoś uporządkować. I tak, o pas WBA Super w przyszłym roku mają walczyć panowie Joshua i Kliczko. Do tego zestawienia nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Jednak dalej nie jest już tak kolorowo. Do pojedynku o WBA Regular mają przystąpić Lucas Browne i Shannon Briggs. Niech ktoś da mi w twarz i powie, że to był tylko jeden kieliszek wina za dużo. Może i to zestawienie na papierze nie wygląda jakoś beznadziejnie, ale do cholery, kto wpadł na pomysł, żeby Briggsa wcisnąć do walki o tytuł mistrzowski? On może co najwyżej walczyć o pas mistrza po przejściach, ale tego tytułu nie ma przecież jeszcze w obiegu. Panowie z czołówki HW (na przykład taki Ortiz) obijają wyżej wspomnianych dżentelmenów z jedną ręką w kieszeni. Ba, wracający z emerytury Tomek Adamek mógłby jeszcze zawstydzić kandydatów do walki o pas WBA Regular.

Z Briggsem to jest w ogóle ciekawa historia. Prawie cztery lata lizał rany po laniu od Witalija Kliczki. Potem wrócił na ring. Od listopada 2014 r. do maja 2016 r. obił kilku śmiesznych gości, pobiegał trochę za Władimirem Kliczką z okrzykiem „let’s go champ” i za chwilę może być… mistrzem świata wagi ciężkiej. W drabinie, po której wspinał się na szczyt wagi ciężkiej widocznie wypadło kilka szczebelków. Jednym słowem, patologia. Z kolei Lucas Browne jeszcze niedawno wymieniany był jako kandydat do walki z Władimirem Kliczką o zwakowany przez Fury’ego pas WBA. Na szczęście nie doszło do tej śmiesznej konfrontacji.

Skoro padło już nazwisko Fury’ego to trzeba wspomnieć, że to właśnie on po części odpowiada za ten bałagan w wadze ciężkiej. Trochę głupio to brzmi, ale taka jest prawda. Gdy „Król Cyganów” zabierał pasy Kliczce z każdej strony było słychać głosy, że wreszcie coś się ruszy w wadze ciężkiej. Owszem, coś się ruszyło, ale nie o to nam przecież chodziło. Najpierw prawie przez rok Fury trzymał pasy (WBO i WBA) i nic się nie działo. Potem je zwakował i teraz czeka nas nowe rozdanie w HW.

Warto przypomnieć, co się stało z pasami Fury’ego:

– Federacja IBF odebrała swój pas Brytyjczykowi, bo nie stanął on do obowiązkowej obrony. W końcu o wakujący tytuł walczyli Głazkow z Martinem. Walczyli to jednak trochę za duże słowo. Padło parę ciosów, Głazkow dwa razy przewrócił się w 3. rundzie, ale nie po uderzeniach rywala, raczej pośliznął się na skórce od banana i było po wszystkim. Później Martin podał na tacy (zadał w tej walce tylko TRZY celne ciosy) pas Antoniemu Joshui i tyle. Aaa, warto dodać, że Amerykanin za tę usługę kelnerską zarobił parę groszy, ale przynajmniej pas trafił w dobre ręce.

– O wakujący pas WBO mają walczyć Joseph Parker i Andy Ruiz Jr. Tak, tak to ten sam grubasek, z którym kiedyś chciał spotkać się w ringu Artur Szpilka. Wiem, brzuchy nie boksują. Panowie wniosą między liny fajne rekordy 21-0 i 29-0, ale na „liście ofiar” Ruiza trudno znaleźć jakieś konkretne nazwisko. Nie bierzcie lupy, nie znajdziecie. Ruiz ma coś wspólnego z Briggsem. Chodzi o drabinę, o której była mowa parę akapitów wyżej.

– O pasie WBA już było.

Teraz jest odpowiedni czas, żeby zadać to pytanie, kiedy po raz ostatni oglądaliśmy dobrą walkę o pas mistrzowski w wadze ciężkiej? Drapiecie się pewnie po głowie, szukacie w zakamarkach pamięci, ale żadne nazwiska i daty nie przychodzą wam do głowy. Spokojnie, nie cierpicie na Alzheimera. Takiej konfrontacji w ostatnim czasie po prostu nie było.

Ostatni mistrzowski pojedynek w najcięższej kategorii odbył się w lipcu, gdy Wilder zlał Arreolę. Walka bez historii. Zresztą żaden mistrzowski pojedynek Amerykanina nie przeszedł do historii. Na razie podobnie sprawy mają się z Joshuą. Brytyjczyk miał dość łatwą pierwszą obronę. Choć trzeba przyznać, że Beazeale nie przyjechał tylko po dolary. Druga obrona Brytyjczyka też zapowiada się na łatwą robotę, bo Eric Molina, z całą sympatią do niego, to nie ten rozmiar kapelusza. Pamiętacie przecież, że podczas ostatniego PBN Tomek Adamek obijał go przez 10 rund. Ale jeśli ma to być dla Joshui przetarcie przed walką z Kliczką, to nie ma sensu marudzić.

W wadze ciężkiej jest kilka fajnych nazwisk, ale brakuje dużych walk. Ostatnio dwa ciekawe zestawienia zostały odwołane. Mowa o pojedynkach Wilder vs Powietkin i Fury vs Kliczko 2. Na razie jest sporo krzyku, zapowiedzi, ale nic z tego nie wynika. Przydałby się jakiś pojedynek unifikacyjny. Warto też wreszcie dać Ortizowi jakiegoś konkretnego rywala. Brakuje grzmotów. A przez federację WBA i takich osiłków jak Charr czy Briggs waga ciężka staje się ciężkostrawna.

adamek

– Szans na walkę o pas nie mam żadnych. Przegrałem pozycję numer dwa i chyba czas oddać miejsce młodszym – te słowa Tomek Adamek wypowiedział chwilę po porażce z Wiaczesławem Głazkowem. Kilka dni później „Góral” mówił już w trochę innym tonie. – Nie kończcie za mnie kariery. Dajcie mi czas na podjęcie decyzji.

Adamek odpoczął, wylizał rany i podjął kolejne wyzwanie, którym była walka z Arturem Szpilką. To miał być pojedynek o prymat w polskiej wadze ciężkiej. Według większości ekspertów „Góral” miał wskazać młodszemu koledze po fachu miejsce w szeregu. Tomek do konfrontacji ze „Szpilą” przygotowywał się w rodzinnych Gilowicach. W skrócie wyglądało to tak: mama gotowała obiadki, a on wykuwał formę w miejscowym gimnazjum. Jak się okazało, przygotowania metodą chałupniczą nie zdały egzaminu. Tomek przegrał ze Szpilką i znów zaczął wspominać o emeryturze. – Coś się zaczyna i kończy, pora odchodzić. Lata lecą, czas nie stoi w miejscu. Prawdopodobnie to była moja ostatnia walka – mówił przed kamerami Polsatu.

Jednak po porażce w Krakowie nie zawiesił rękawic na kołku. Dał się namówić na kolejną walkę. Pierwotnie konfrontacja z Przemkiem Saletą miała być jego pożegnaniem z ringiem i kibicami, ale w trakcie przygotowań do tego starcia zostawił sobie lekko uchyloną furtkę. – Jeżeli w tym pojedynku będę sobą, to być może pokuszę się o kolejne walki – mówił. Warto podkreślić, że przed pojedynkiem z Saletą odbył być może najlepszy obóz w swojej karierze. Nie było już obiadków u mamy i sparingpartnerów pokroju Włodzimierza Letra…

Adamek w łatwy sposób rozprawił się z Saletą i nabrał ochoty na kolejne wyzwania. Po zmianie warty w wadze ciężkiej zaczął nawet mówić, że w każdej chwili może walczyć z Tysonem Furym. W międzyczasie nie przyjął jednak oferty walki z Deontayem Wilderem o pas WBC. To akurat była rozsądna decyzja, bo do tej walki miał wyjść z marszu, praktycznie bez obozu przygotowawczego. Jednak marzeń o zdobyciu pasa w wadze ciężkiej nie odłożył na bok. Wciąż ma na to ochotę.

Ile wart jest dzisiaj Tomek Adamek? Przekonamy się o tym po gali Polsat Boxing Night V. Każdy pięściarz ma swój termin ważności. Wydaje się, że Tomek jest już jedną nogą na bokserskiej emeryturze, ale jeszcze poczekajmy z przypięciem mu etykiety „przeterminowany”. Eric Molina zweryfikuje jego aktualne możliwości. Amerykanin jest solidnym pięściarzem. Wszyscy pamiętamy, jak Wilder tańczył w rytm jego muzyki, ale nie oszukujmy się, to nie jest ścisła czołówka wagi ciężkiej. Jeśli Adamek chce jeszcze zawojować królewską dywizję, takich rywali jak Molina, musi zjadać na śniadanie.

Przed pojedynkiem Deontay Wilder zapowiadał, że do czwartej rundy znokautuje Artura Szpilkę. Słowa o nokaucie dotrzymał, ale posłał Polaka na deski dopiero w dziewiątej odsłonie. Po czterech rundach, gdy miało być już po zabawie, na kartach punktowych było: u dwóch sędziów 38-38 i a u trzeciego 39-37 dla Amerykanina.

Szpilka postawił mistrzowi twarde warunki i na pewno nie przyniósł wstydu. Wręcz przeciwnie, zasłużył na słowa uznania, bo momentami z właścicielem pasa WBC walczył jak równy z równym. Artur po pojedynku przepraszał kibiców, że ich zawiódł, ale on naprawdę nie miał za co przepraszać, bo przecież wykonał kawał dobrej roboty. Ta walka przyszła dla niego za wcześnie, ale o tym była już mowa po podpisaniu kontraktów, więc nie ma sensu drążyć tego tematu.

W Nowym Jorku oglądaliśmy najlepszą wersję Artura Szpilki. Do zwycięstwa zabrakło mu doświadczenia i mimo wszystko trochę umiejętności, choć momentami miał pojedynek pod kontrolą. Trzeba docenić postęp, jaki poczynił po wyjeździe do USA. Dzisiaj spokojnie możemy powiedzieć i nikt nie będzie się z tego śmiał, że Artur należy do czołówki wagi ciężkiej. W pojedynku z Amerykaninem zebrał worek doświadczenia, które musi zaprocentować w przyszłości.

Już można przeczytać komentarze, że Szpilka ze swoją szklaną szczęką nie ma czego szukać w wadze ciężkiej. Bawią mnie tego typu opinie, bo przecież Wilder tym ciosem wyrwałby drzewo razem z korzeniami. Dlatego nie ma się co dziwić, że Szpilce zgasło światło po zainkasowaniu takiej bomby. Tym bardziej, że on tego ciosu nie widział. Niestety, to był bardzo ciężki nokaut.

Kiedyś w podobny sposób w pojedynku z Aleksanderem Dimitrenką znokautowany został Albert Sosnowski. Niedawno Albert opowiadał mi, że po walce z „Saszą” odczuwał ciosy na sparingach i miał zawroty głowy. Ogólnie ten nokaut kosztował go dużo zdrowia i zostawił ślad w jego psychice. Oby Artur nie miał podobnych problemów, bo przed nim jeszcze ładnych kilka lat boksowania i kolejne szanse. Nawet te mistrzowskie.

„Szpila” mówił po walce, że z jego występu zadowolony był Al Haymon, który już zadeklarował, że kolejny pojedynek Polaka będzie pokazywany w telewizji Showtime. I o to chodzi w tym biznesie, żeby cały czas być na tapecie. Artur też już nakreślił ambitne plany. Najpierw chce poddać się operacji kontuzjowanej ręki, później stoczyć jeden pojedynek na przetarcie, ale jak podkreślił, nie z żadnym bumem i zaatakować pas IBF, którego nowym właścicielem został Charles Martin. Dobrze to sobie wszystko obmyślił, niech idzie tą ścieżką.

Dałbym sobie rękę uciąć, że gdyby Szpilka wyszedł w Barclays Center do ringu z Wiaczesławem Głazkowem lub Charlesem Martinem, to dzisiaj byłby pierwszym polskim mistrzem świata wagi ciężkiej. Ale co się odwlecze, to nie uciecze… Przecież podopieczny Shieldsa już wziął Martina na celownik.

ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKu

*******

Fajnie, gdyby Artur w tym roku wystąpił na jakieś polskiej gali. Po walce z Wilderem na pewno zdobył wielu nowych fanów w naszym kraju. Warto dla nich stoczyć pojedynek w Polsce. Z zapełnieniem hali nie byłoby żadnego problemu.

Krzysztof Smajek

Dwa miesiące temu analizowałem na Po Gongu sytuację w polskiej wadze ciężkiej. To było po porażce Mariusza Wacha z Aleksandrem Powietkinem. Pisałem wtedy: „W królewskiej dywizji mamy kilku żołnierzy, ale nie każdy z nich jest gotowy jechać na wojnę.”

W niedzielę rano (polskiego czasu) na wspomnianą wojnę wybiera się Artur Szpilka. Czy strach jest go tam wysyłać? Obawy zawsze są, bo przecież Polak nie będzie faworytem pojedynku z Wilderem. Jednak w przypadku Artura możemy być pewni jednego – chłopak nie pęknie na polu bitwy. W kilku pojedynkach pokazał, że ma charakter i serce do walki. Tych cech nie da się kupić na targu ani wytrenować. Przypomnę: w pojedynku z McClinem przez cztery rundy walczył ze złamaną szczęką, w obu walkach z Mollo leżał na deskach, ale wstawał i brał sprawy w swoje ręce. Nawet w przegranym starciu z Jenningsem do końca próbował zmienić obraz pojedynku.

Teraz zapowiada, że ma kilka planów na walkę z Wilderem, ale jeśli żadnego nie uda mu się zrealizować, to idzie na wojnę w myśl zasady: albo on albo ja. Podoba mi się takie podejście do tematu. Oczywiście pięściarze różne rzeczy opowiadają przed walkami, a później w ringu zapominają o swoich deklaracjach. Takich krzykaczy można wymieniać bez końca, ale w przypadku Szpilki jestem spokojny, że nie rzuca słów na wiatr. Gdybym był generałem, to chciałbym mieć takiego żołnierza w swojej armii.

Po zachowaniu Artura w ostatnich dniach widać, że nie przytłacza go atmosfera wielkiej walki. Wręcz przeciwnie, on z dnia na dzień jest coraz bardziej nakręcony. Dobrze się odnajduje w tej machinie promocyjnej, dlatego nie powinien wystraszyć się konfrontacji z Wilderem. Zresztą dwa lata temu podczas pojedynku z Jenningsem w Madison Square Garden zebrał spore doświadczenie, które teraz powinno zaprocentować. Wie już przecież jak smakuje atmosfera dużej gali.

Często pojawia się pytanie czy ta walka nie przyszła dla niego za wcześnie. Parę dni temu zapytałem o to pierwszego trenera Artura – Władysława Ćwierza, który stwierdził, że takie gdybanie nie ma sensu. „Raz byłoby za wcześnie, raz za późno” – powiedział. Dodał też, że Artur ma już trochę doświadczenia, więc niech się sprawdza. Podpisuję się pod tymi słowami. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby Artur stoczył jeszcze jedną lub dwie trudniejsze bitwy i dopiero po takiej zaprawie pojechał na wojnę. Boks jest jednak biznesem i nie da się wszystkiego zaplanować pod linijkę. Pojawiła się kusząca oferta, więc z niej skorzystał.

Często się mówi, że walk o mistrzostwo świata się nie odrzuca. Nie do końca zgadzam się z tą wyświechtaną opinią. Jeśli przez dwa miesiące siedzisz na rybach i popijasz piwo i nagle dostajesz ofertę pojedynku o tytuł, która ma się odbyć za pięć dni, to naprawdę musisz ja wziąć w myśl zasady „walk o mistrzostwo się nie odrzuca”? Niech każdy z was sobie odpowie na to pytanie.

„Szpila” oczywiście nie był w takiej sytuacji. Miał czas na przygotowania, dlatego grzechem byłoby odrzucić taką ofertę. Wiadomo, że łatwiej byłoby sięgnąć po pas federacji IBF, ale do walki o ten tytuł wyznaczeni zostali Wiaczesław Głazkow i Charles Martin. Szkoda tylko, że Artur nie mógł w warunkach bojowych przetestować współpracy z trenerem Shieldsem, ale w tym momencie nie ma to już żadnego znaczenia. Najwyżej panowie będą się docierać na polu bitwy.

W tym tekście celowo mało miejsca poświęciłem Wilderowi, bo koń jaki jest, każdy widzi. Amerykanin jest wielkim chłopem, który ma tyle siły, że rękami mógłby wbijać gwoździe. Zmiatał z ringu wielu rywali i praktycznie nigdy nie był w sytuacji zagrożenia. Ma też dziury w obronie, które widać gołym okiem. Trzeba go tylko trafić…

Wydaje mi się, że Szpilka na konfrontacji z Wilderem może tylko zyskać. Chłopak ma dopiero 26 lat i nawet, jeśli przegra walkę o tytuł… Stop. W tym momencie nie ma sensu kreślić czarnego scenariusza. Artur potrafi zarazić optymizmem i mnie nim zaraził. Odkładam papierowe scenariusze i opinie ekspertów na bok i wierzę, że w niedzielę nad ranem ten były chuligan z Wieliczki na naszych oczach napisze nowy rozdział w historii polskiego boksu.

Krzysztof Smajek