Archive for the ‘Boks na świecie’ Category

adam_kownacki

Chris Arreola został odhaczony, ale Adam Kownacki nie może być zadowolony ze swojej postawy. Wygrał zdecydowanie, kibice dostali mordobicie, więc nie mogą narzekać, ale jest pewien problem. Adam przyjął w tej walce prawie 300 ciosów. Z takich pojedynków powinien wychodzić bez szwanku. Niestety, w Barclays Center jego defensywa była koszmarna.

Przed walką eksperci i kibice przekrzykiwali się, w której rundzie „Babyface” wykończy Arreolę. Prawie nikt nie brał pod uwagę, że Adam może mieć pod górkę. PoGongu tonowało nastroje, pisaliśmy, że to może być dla Kownackiego walka-pułapka. Nasze obawy zwiększyły się po ceremonii ważenia, bo ponad 120 kilogramów to jednak była przesada. Adam publicznie tego nie powiedział, ale jak stanie przed lustrem, to pewnie sam przed sobą przyzna, że zlekceważył Arreolę. Myślał, że pójdzie gładko, że rozjedzie Chrisa jak poprzednich rywali. Dlatego nie pilnował kilogramów.

Wyświetl ten post na Instagramie.

20-0 🙏🏻🙏🏻🙏🏻🙏🏻

Post udostępniony przez Adam Kownacki (@akbabyface)

//www.instagram.com/embed.js

Kownacki w sobotni wieczór był za ciężki i przez to był wolniejszy niż w poprzednich walkach. W jego boksie zabrakło dynamiki, wydłużenia kombinacji i zmian tempa. Gdy Arreola był podłączony, Kownacki nie dociskał gazu, tylko dawał rywalowi wrócić do gry. I stąd wzięły się nadgodziny. Po raz pierwszy w karierze walczył 12 rund, ale w dwóch ostatnich odsłonach prawie nie było go w ringu. Rządził wtedy Arreola, który walczył już jedną ręką. Strach pomyśleć, jak wyglądałaby walka, gdyby Kalifornijczyk do końca miał dwie sprawne ręce. Werdykt oczywiście nie zostawia żadnych wątpliwości. Kownacki wygrał zasłużenie, choć punktacja była chyba trochę za wysoka.

Nie chcemy się pastwić nad Adamem, ale zasłużył na krytykę. Wcześniej był głaskany przez wszystkich, więc kilka cierpkich słów nie powinno mu zaszkodzić. Po takiej walce nie może być za kolorowo. Martwi to, że przyjął tyle ciosów. Wojny są fajne dla kibiców, ale z punktu widzenia zawodników wygląda to trochę inaczej. Przemek Saleta w studiu Polsatu podkreślał, że pięściarz nie jest w stanie stoczyć zbyt wielu takich wojen jak Kownacki z Arreolą. W takich walkach pięściarze szybciej się starzeją. Szkoda zdrowia.

W tym miejscu warto przypomnieć bardzo ciekawą wypowiedź Adama. Z listopada 2017 roku.

„Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki, a nie inny. Lubię się bić.”

Za chwilę na świecie pojawi się Kazimierz, syn Adama, więc powyższe słowa warto byłoby wprowadzić w życie. Oczywiście Kownacki stylu już nie zmieni, bo on płynie w jego DNA, ale nad defensywą musi pracować. Wilder nie wybacza błędów w obronie przeciwników.

View this post on Instagram

Poland Born, Brooklyn Raised.

A post shared by Adam Kownacki (@akbabyface) on

Kownacki walką z Chrisem Arreolą wszedł w inny wymiar kariery. Dostał walkę wieczoru, poczuł większą presję, odebrał większy czek. Wokół niego wybuchło też olbrzymie zainteresowanie ze strony mediów. Tu wywiad, tam sesja zdjęciowa, tu zaproszenie do telewizji. Wcześniej tego nie było, przynajmniej nie w takich rozmiarach. Dla Adama to nowa sytuacja. Przydałby mu się jakiś mentor, który udzieliłby mu kilku wskazówek i wskazał zagrożenia, które czyhają na najwyższym poziomie. Najlepiej ktoś, kto już to poczuł na swojej skórze. Może Adam powinien zaprosić na piwo Tomka Adamka i podpytać go o te sprawy. Gra jest o dużą stawkę. Liczą się już detale.

Co dalej z karierą Kownackiego? Nadal jest w poczekalni i musi czekać na mistrzowską szansę. Jego menedżer twierdzi, że od walki o pas dzielą go jeszcze dwa pojedynki. Polscy kibice chcieliby zobaczyć Adama w polskim ringu, ale w najbliższym czasie to raczej mało realna opcja. Mateusz Borek pisał na Twitterze, że „polski rynek nie ma żadnych szans na wygenerowanie takich pieniędzy, jakie dziś trzeba zapłacić Adasiowi”. Ma rację, ale „Babyface” zawsze może pójść na jakieś ustępstwa. Może stoczyć w Polsce walkę ze słabszym rywalem, za mniejsze pieniądze. Finansowo byłby na minusie, ale marketingowo mógłby zyskać.

Ale pewnie jego kolejna walka odbędzie się w USA. Przemek Garczarczyk informował, że jeśli z jakichś powodów Luis Ortiz wypadnie z zaplanowanej na listopad konfrontacji z Deontayem Wilderem, to pierwszym rezerwowym będzie Kownacki. W boksie niczego nie można zaplanować, więc Adam musi uzbroić się w cierpliwość. Może walczyć z Wilderem, jego rywalem może być Andy Ruiz Jr, ale niewykluczone, że spotka się w ringu z Kubratem Pulewem (chyba najlepsza z tych opcji). W dyspozycji z ostatniej walki nie będzie faworytem w żadnym z tych pojedynków.

Adam musi na spokojnie obejrzeć walkę z Arreolą i przeanalizować popełnione błędy. Później powrót na salę i robota. Najważniejsze, że wygrał z Arreolą, ma bilans 20-0 i wciąż jest w grze o mistrzostwo świata. I mimo wszystko trochę poprawił nam humor, bo ostatnie tygodnie w polskim boksie były tragiczne.

Reklamy

Kownacki-Arreola

Jeszcze niedawno Adam Kownacki postrzegany był jako sympatyczny grubasek. Nikt nie traktował go poważnie. A on robił swoje. Czyli z uśmiechem na ustach bił kolejnych rywali. Na rozkładzie ma już dwóch pretendentów i jednego mistrza świata. Po wygranej z Geraldem Washingtonem wymownym gestem pokazał, że chce walki o pas. I jest już coraz bliżej tej walki, ale na razie czeka w poczekalni na rozwój wypadków. W nocy z soboty na niedzielę wejdzie do ringu z Chrisem Arreolą.

Kownacki jest twarzą polskiej wagi ciężkiej, która jest w potężnym kryzysie. Tomasz Adamek jest na emeryturze, ale może jeszcze wróci, żeby zarobić na mercedesa, Izu już powiedział dziękuję, Artur Szpilka został brutalnie zweryfikowany przez Derecka Chisorę. Pozostałych nie ma sensu wymieniać.

Kownacki to chłopak wychowany na Brooklynie, a Barclays Center to jego drugi dom. Stoczył tam już osiem pojedynków, ale po raz pierwszy wystąpi w walce wieczoru. Na trybunach ma być armia Kownackiego, jak to ujął Adam. Twierdzi, że sprzedał 2000 biletów. To dużo. Duża będzie też ciążyła na nim presja, bo do ringu wejdzie jako faworyt. To dla niego nowość. Wcześniej faworytem był tylko w walce z Washingtonem.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Chór ekspertów przekonuje, że Polaka w konfrontacji z „Koszmarem” czeka spacerek. Oby tak było, ale to może być walka-pułapka (odpukać!). Niby Chris Arreola jest już po drugiej stronie rzeki, ale „Babyface” nie może go zlekceważyć. Adam wie, że takie podejście to największy grzech w boksie, ale warto o tym przypomnieć. Kownacki nie może sobie pomyśleć: zrobię show w Barclays Center i rozwalę go do drugiej rundy. Takie podejście jest niebezpieczne. Wie coś o tym Artur Szpilka, który tak sądził przed walką z Kownackim i się przeliczył.

Nie będziemy pompować balonika i brać udziału w licytacji, w której rundzie „Babyface” znokautuje Arreolę. Wierzymy, że Adam wygra bez wydawania reszty, ale lepiej dmuchać na zimne. Wydaje się, że może mieć z Arreolą więcej roboty niż w starciu z Geraldem Washingtonem. „Koszmar” to twardy zawodnik, nie pęka w ringu. Trzy razy walczył o mistrzostwo świata, był w ringu z Witalijem Kliczką i Deontayem Wilderem. Kownackiego się nie przestraszy.

Polak od dawna chciał konfrontacji z Kalifornijczykiem. Jak na pojedynek w poczekalni jest to atrakcyjny rywal. Z rozpoznawalnym nazwiskiem i fajną przeszłością, ale już u schyłku kariery i bez przyszłości. Arreola oczywiście twierdzi, że chce zostać mistrzem świata, ale to tylko takie gadanie, żeby lepiej wypaść w mediach. Nikt w jego słowa nie wierzy. Z tego Arreoli, który kilka lat temu walczył z Tomaszem Adamkiem, zostało już niewiele.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Style obu zawodników, mówiąc wprost, gwarantują mordobicie. Kibice kochają taki matchmaking. Kownacki musi uszczelnić obronę, bo przez swój styl jest skazany na przyjmowanie ciosów. Polak jest odporny, ale każdą szczękę da się skruszyć i lepiej, żeby Arreola jej nie testował. Z takiej walki najlepiej wyjść bez szwanku.

Kownacki toczy korespondencyjne pojedynki z Deontayem Wilderem. Szpilkę i Washingtona pokonał szybciej od mistrza federacji WBC. Po walce z Kalifornijczykiem ten bilans może wyglądać 3-0 dla Kownackiego, musi tylko wyrobić się przed 8. rundą. Niby nie ma to wielkiego znaczenia, ale Kownacki czekając na walkę z Wilderem, może się chwalić, że szybciej od niego odsyłał rywali do szatni.

Ostatnie tygodnie to nie jest dobry czas dla polskiego boksu. Swoje walki przegrali Krzysztof Głowacki, Maciej Sulęcki i Artur Szpilka. Mizernie to wygląda. „Babyface” może przerwać złą passę. – Słyszałem, że po trzech pogrzebach czas na wesele i zrobię wszystko, by poprawić humor polskim kibicom – twierdzi „Babyface” w rozmowie z TVP Sport.

ZOBACZ TAKŻE:

matchroomboxing_ddc_june29_300x250-copy_9cec27da-5056-a36a-090a5a25847a1274.jpg

To nie tak miało wyglądać. Maciej Sulęcki wchodził do ringu bardzo pewny siebie, ale od pierwszego gongu ta pewność zaczęła ulatywać. Demetrius Andrade stylowo nie odpowiadał polskiemu pięściarzowi i odniósł zdecydowane zwycięstwo.

Andrade rozpoczął agresywnie i już w pierwszej rundzie sędzia liczył Sulęckiego. Polak wstał z desek, ale do końca pojedynku był bezradny. Nie potrafił dobrać się do przeciwnika i nie podłożył ani jednej miny pod jego nogi. Andrade kontrolował tempo walki, bił kiedy chciał, obniżał pozycję, był szybki i ruchliwy. Momentami wyglądało to na zabawę z jego strony.

Sulęcki w swoim arsenale nie miał broni. Brakowało planu B i C na walkę. Bardzo rzadko używał prawej ręki, lewy prosty nie wykonał zadania. Z minuty na minutę jego bezradność była coraz większa. Sulęcki jest pięściarzem, który lubi się bić i nie można mu odmówić charakteru, ale w Providence nie istniał w ringu. Rywal był nieuchwytny. Według statystyk Compubox Polak zadał 331 ciosów, trafił Andrade tylko 51 razy. 15 procent skuteczności to za mało, żeby zdobyć pas mistrza świata.

 
Jeśli ktoś po raz pierwszy widział w ringu Sulęckiego, to pewnie pomyślał sobie, że Polak jest przeciętnym zawodnikiem. Przegrał wszystkie rundy z Andrade i nie miał nic do powiedzenia. Sulęcki w walkach z Danielem Jacobsem czy Gabrielem Rosado udowodnił jednak, że należy mu się miejsce w czołówce wagi średniej.

Po walce w Providence pojawiły się opinie, że egzaminu w narożniku Sulęckiego nie zdał jego trener – Piotr Wilczewski. Panowie pracują ze sobą od kilku miesięcy, mają za sobą dwie walki. Bilans 1-1. Sulęcki w rozmowie z TVP Sport odniósł się do krytyki trenera. – Mam na to wywalone. Wrócimy do Polski, usiądziemy z trenerem i pogadamy co było ok, a co nie ok (…) Jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jest źle, to zaraz powstają teorie spiskowe, wymówki, szukanie winnych, a prawda jest taka, że z tak dysponowanym Andrade przegrałbym dziesięć walk na dziesięć bez względu na to, kogo miałbym w narożniku.

https://platform.twitter.com/widgets.js

Nie róbmy z Piotra Wilczewskiego kozła ofiarnego. Panowie muszą usiąść, przeanalizować walkę i ustalić, czy widzą sens dalszej współpracy. Najłatwiej jest zwolnić trenera, ale przecież nie o to chodzi. Piotr Wilczewski jako szkoleniowiec dopiero zdobywa doświadczenie na najwyższym poziomie. Pamiętajmy też, że w Polsce nie ma trenerów do wyboru, do koloru.

W grupie KnockOut Promotions głównym szkoleniowcem jest Fiodor Łapin, ale Sulęckiego nigdy nie ciągnęło w kierunku tego trenera. Kilka lat temu mówił nam: Fiodor Łapin jest doskonałym trenerem, ale mi by nie odpowiadał, bo to nie jest mój styl.

Maciej Sulęcki zapowiada, że porażka z Amerykaninem to tylko krok do tyłu, że nie zamierza się poddać i wciąż chce walczyć o najwyższe cele. Przegrał walkę o mistrzostwo świata, ale Andrade to kozak, który jeszcze wielu rywalom napsuje krwi. Sulęcki ma dopiero 30 lat, więc jeszcze ma czas, żeby spełnić marzenie o mistrzowskim pasie. Lekcję z Providence na pewno zapamięta do końca życia.

joshua_ruiz

Podobno dzisiejszy świat nie jest stworzony dla marzycieli. Andy Ruiz Jr, który był skazywany na porażkę z Anthonym Joshuą, obalił tę teorię. „Niszczyciel„ wszedł do Madison Square Garden kuchennymi drzwiami, a wyszedł głównym wyjściem z kolekcją pasów i czekiem na kilka milionów dolarów.

Czuję dreszcze i jestem podekscytowany tą walką. Przyzwyczaiłem się już do tego, że ludzie mnie nie doceniają. Jestem gotów umrzeć w ringu, aby wygrać – mówił Andy Ruiz Jr przed pojedynkiem z Anthonym Joshuą. Czekało na niego bardzo trudne zadanie, ale Ruiz wierzył, że może zostać pierwszym meksykańskim mistrzem świata wagi ciężkiej.

Joshua od 4. rundy był o rozmiar mniejszy

Gdy Ruiz padł na deski w 3. rundzie, wydawało się, że jego marzenia właśnie dobiegają końca. Joshua miał przed sobą zranionego rywala, musiał go tylko dobić. Meksykanin miał inne plany i po chwili zmienił obraz walki. To on bił, a Joshua był w tarapatach. Brytyjczyk po 3. starciu wracał do narożnika na miękkich nogach i z mętlikiem w głowie. Do kolejnej rundy wyszedł o rozmiar mniejszy. Wiedział, że ten 122-kilogramowy grubas z Meksyku wszedł do ringu po jego pasy.

W kolejnych rundach Ruiz kontrolował walkę. Egzekucji dokonał w siódmej, gdy znów dwa razy przewrócił Joshuę i sędzia przerwał pojedynek. Podjął słuszną decyzję, bo Brytyjczyk nie miał ochoty walczyć. Ruiz go stłamsił i został bohaterem Meksyku. – Wiele osób twierdzi, że nie jestem Meksykaninem, bo nie mówię zbyt wiele po hiszpańsku. Meksyk jest w mojej krwi i DNA – przekonywał przed walką Ruiz. Na prawym ramieniu ma wytatuowany napis „Hecho En Mexico” (stworzony w Meksyku).

  (więcej…)

Maciej Sulęćki

Maciej Sulęcki od dawna przekonywał promotorów, że jest gotowy na duże wyzwania. – Dopiero jak wejdziesz do ringu z kozakiem, to poznajesz swoją wartość – mówił „Striczu”. Teraz wchodzi w kluczowy etap kariery. Na horyzoncie widać już walkę o mistrzowski pas.

Maciej Sulęcki do strefy wywiadów po walce z Jeanem Hamilcaro przyszedł w dobrym humorze. W Gliwicach się nie napracował, bo miał słabego rywala i w drugiej rundzie było już po wszystkim. – Zasługuję na duże pojedynki, na walki o tytuły i za duże pieniądze – mówił Sulęcki. Niewielu pięściarzy w Polsce może pozwolić sobie na takie deklaracje. Sulęcki mógł, bo obok Krzysztofa Głowackiego i Adama Kownackiego jest obecnie najgorętszym nazwiskiem w polskim boksie.

Przyjechał pan pięściarz

Kilka miesięcy wcześniej Sulęcki przegrał na punkty z Danielem Jacobsem. Z byłym mistrzem świata bił się bez kompleksów i udowodnił, że należy do światowej czołówki w kategorii średniej. W ostatniej rundzie leżał na deskach, ale werdykt pozostawił sporo do życzenia. Jeden z sędziów wypunktował 117:100 dla Amerykanina, co należy uznać za ponury żart.

Warto przypomnieć, że przed pojedynkiem w Barclays Center amerykańscy dziennikarze nie dawali Sulęckiemu żadnych szans i twierdzili, że jest to mismatch. Miał przyjechać chłopak z Polski i zebrać lanie. Przyjechał pan pięściarz i postawił twarde warunki. Po walce dziennikarze z USA pewnie zapisali nazwisko Sulęckiego w notesach. I to wielkimi literami.

Sulęckiego do pojedynku z Jacobsem przygotowywał Andrzej Gmitruk. Wówczas wydawało się, że współpraca tego duetu dopiero się rozkręca. Panowie po walce tryskali optymizmem, bo wiedzieli, że wykonali kawał dobrej roboty.

Sulęcki: będziemy najlepsi na świecie.

Gmitruk: dajcie nam pół roku.

Niestety, życie napisało czarny scenariusz. Andrzej Gmitruk zmarł nagle (kilkanaście dni po gali w Gliwicach) i Sulęcki został bez trenera.

(więcej…)

manny

(więcej…)

pacquiaobroner_web

Trzeba przyznać, że jest to brawurowy matchmaking. Pięć na pięć gwiazdek. Zderzenie dwóch światów. Konfrontacja facetów, którzy chodzą innymi ścieżkami. Ich drogi skrzyżują się w MGM Grand w Las Vegas. 

Manny Pacquiao po 24 latach na zawodowych ringach jest postacią pomnikową. Zdobywał mistrzostwo świata w ośmiu kategoriach wagowych. Nigdy nikogo nie unikał, bo w jego DNA nie ma pierwiastka strachu. Jeśli nie oglądaliście jego walk z Oscarem de la Hoyą, Miguelem Cotto, Ricky’m Hattonem i kilku innych, to wejdźcie do szafy i siedźcie cicho. Filipińczyk jest legendą boksu. Mała poprawka. JEST LEGENDĄ BOKSU.

Broner w roli underdoga

Bukmacherzy w roli faworyta stawiają Pacquiao. – To jest niesprawiedliwe, że ludzie myślą, że Broner nie będzie dla mnie poważnym wyzwaniem. On jest byłym mistrzem świata i wojownikiem. Nie można go lekceważyć – twierdzi Pacman. – Nie przejmuję się, że jestem postrzegany jako underdog. Czuję, że nadchodzi mój czas – mówi Amerykanin.

Broner znalazł się na zakręcie. Nie jest już mistrzem świata, co chwila pakuje się w tarapaty. Wiele razy przekroczył nieprzekraczalną granicę. Jego kartoteka kryminalna to gotowy scenariusz na film o człowieku, u którego głupota ma stały adres zameldowania w głowie. „The Problem” nawet w trakcie przygotowań do walki z Pacquiao trafił na chwilę do aresztu.

– Nie spodziewam się łatwego pojedynku dla Pacquiao. Niezależnie od tego w ile skandali wplątał się Broner, nikt nigdy nie miał z nim łatwo. Nawet w przegranych pojedynkach potrafił dawać się rywalom we znaki – jak Maidanie w 11. rundzie, Porterowi w 12. i Garcii w trzech ostatnich. U szczytu formy Manny wygrałby w cuglach, ale jego 40-letnia wersja jest już wolniejsza i mniej aktywna w ringu. Wiele zależy też od tego, czy Pacman nadal widzi ciosy i czy nie da się zaskoczyć – mówi Leszek Dudek, ekspert bokserski.

Broner zawsze chciał być drugim Mayweatherem, ale przeholował i zaczął marnować talent. Przez przypadek nie zdobywał mistrzowskich tytułów, ale nigdy nie upolował tak grubego zwierza jak Filipińczyk. – Broner uwierzył, że jest kopią Floyda, lecz nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Cztery mistrzowskie tytuły mają dziś niewielkie znaczenie, bo wszystkie ważne pojedynki Amerykanina kończyły się jego porażkami – dodaje Dudek. Amerykanin niczym nie imponował w ostatnich walkach. Nie składał efektownych kombinacji ciosów i nie podejmował ryzyka. Postawił na minimalizm.

Chwile grozy żony Pacquiao

Pacquiao ma już 40 lat. W sobotę stoczy siedemdziesiąty pojedynek w karierze. Ostatnio związał się z projektem Premier Boxing Champions. Twierdzi, że walczy, bo wciąż kocha to robić. Gdy w grudniu 2012 roku Juan Manuel Marquez brutalnie go znokautował (to była ich czwarta walka), wydawało się, że jego kariera dobiegła końca.

Meksykanin trafił krótkim prawym prostym i wyciął Filipińczyka. Siedząca przy ringu żona Pacquaio przeżyła chwile grozy. Manny padł na twarz i się nie ruszał. Na szczęście wstał o własnych siłach. Po badaniach nie stwierdzono u niego poważnych obrażeń.
(więcej…)

adamek_foto

Tak naprawdę Tomek Adamek od trzech lat powinien być już na emeryturze. Stoczył przecież już prawie pożegnalną walkę z Przemkiem Saletą. Skusił się jednak i wracał na ring. Dostał drugie bokserskie życie i wycisnął je jak cytrynę.

Za każdym razem pakował torbę, przylatywał na obóz do Polski i ciężko pracował na treningach. Zbił trzech rywali z trzeciej dziesiątki wagi ciężkiej i pokazał, że pan po 40-stce może być jeszcze groźny w ringu. W międzyczasie potknął się też na Eriku Molinie, ale wstał, otrzepał się i dalej robił swoje. Przede wszystkim wierzył, że może jeszcze wdrapać się na szczyt.

Wygrywał walki, więc zaczęły się pojawiać oferty. To tak działa w tym biznesie. Aż w końcu dostał propozycję konfrontacji z Jarrellem Millerem. Mógł ją odrzucić i nabijać rekord wygranymi z łatwiejszymi rywalami. Tylko na dłuższą metę to nie miało żadnego sensu, bo Adamek ścigał się z czasem. Chciał spróbować jeszcze czegoś dużego.

Nie ukrywam, byłem zdziwiony, że „Góral” podpisał kontrakt na walkę z Amerykaninem. Ryzyko skaleczenia się było ogromne, bo „Big Baby” to wielki chłop z czołówki wagi ciężkiej. Podczas ważenia okazało się, że Miller jest cięższy od „Górala” o ponad czterdzieści kilogramów.

Dzień później, w ringu, było widać wielką siłę Amerykanina. Był jak walec, który taranuje wszystko na swojej drodze. W pierwszej rundzie Adamek jeszcze stawiał opór, ale egzekucja wisiała w powietrzu. Nie było szybkości, nogi nie pracowały tak jak kiedyś. Adamek kilka razy trafił, ale na Millerze te ciosy nie robiły żadnego wrażenia. Były jak ukąszenia komara.

W drugiej rundzie było już po wszystkim. Miller załatwił sprawę dwoma mocnymi podbródkowymi. Walka trwała krótko i pokazała, że Adamek nie jest już w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. Większość ekspertów wiedziała to już przed pojedynkiem w Wintrust Arenie. „Góral” i jego team przekonali się dopiero po konfrontacji z Millerem.

Adamek poszedł o jeden most za daleko, ale nie musi nikogo przepraszać. Swoje w boksie zrobił. Na pewno nie rozmienił kariery na drobne. Przegrać z Millerem to żaden wstyd. „Góral” może iść na bokserską emeryturę z podniesioną głową. Tylko szkoda, że godnych następców nie widać.

Krzysztof Smajek

adamek_noc_zemsty

(więcej…)

borek_adamek

– Jeśli Tomek wygra z Millerem, to jesteśmy już z panem Hearnem po słowie w sprawie bardzo dużej walki z jednym z jego zawodników. Czarny scenariusz? Z Tomkiem na ten temat nie rozmawiam, bo on nie dopuszcza myśli o porażce. Ale ja zakładam różne warianty – mówi Mateusz Borek w rozmowie z Krzysztofem Smajkiem.

(więcej…)