Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

karolina owczarz

W najbliższą sobotę Karolina Owczarz po raz drugi wejdzie do klatki KSW. W debiucie potrzebowała zaledwie 60 sekund, żeby pokonać Paulinę Raszewską. – Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie – mówi Owczarz. 

Twój debiut w MMA trwał zaledwie 60 sekund. Pewnie o wiele dłużej świętowałaś zwycięstwo nad Pauliną Raszewską?

Karolina Owczarz: Wielkiej fety nie było. Od razu po walce zjadłam słoik nutelli, więc świętowanie było kulinarne. Lubię słodycze, ale to był jednorazowy wybryk. Nigdy nie wychodzę na imprezy, bo ich nie lubię. Nie przepadam też za alkoholem, ogólnie mam słabą głowę. Po pojedynku spędziłam czas z najbliższymi. Bez nerwów i emocji, które towarzyszą przygotowaniom do walki. I bez liczenia kalorii.

W najbliższą sobotę znów zobaczymy cię w klatce KSW. Czym różni się Karolina Owczarz z marca 2018 od tej z marca 2019?

Przed rokiem byłam dziewczyną, która lubi się bić, nie boi się przyjąć uderzenia i może wejść w wymianę ciosów. Miałam też jakiś plan na obalenie i poddanie rywalki w parterze. Teraz jestem zawodniczką, która nie boi się żadnej płaszczyzny. Nie spanikuję, gdy rywalka dopchnie mnie do siatki, lub gdy będzie chciała bić się ze mną w parterze.

Po co ci w ogóle MMA?

Jako dziennikarka Polsatu pracowałam przy najlepszych galach sportów walki w Polsce. Fajnie było w tym uczestniczyć, bo to była lekcja życia. Po czterech latach pracy w Polsacie pojawił się u mnie lekki kryzys, bo niby byłam w centrum tych wszystkich wydarzeń, ale zawsze milimetr obok. Ten milimetr robił kolosalną różnicę. Zaczynało mnie to wkurzać i trochę zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy wchodzili do ringu czy oktagonu i czuli adrenalinę związaną z walką. Zaczęłam się trochę ruszać. Jeździłam do klubu WCA w Warszawie i zaczęłam trenować MMA. Z bliska widziałam, jak zawodnicy nakręcają się przed startami. Poczułam atmosferę sali treningowej. Po mniej więcej dziesięciu miesiącach intensywnych treningów zdecydowałam, że wracam do tego, co robiłam przez lata.

Jak zareagowali najbliżsi? Poszłaś do mamy i powiedziałaś: rzucam pracę w Polsacie i idę się bić.

Nie wiedziałam, jak to jej powiedzieć. Byłam przekonana, że się załamie. Zaprosiłam ją na wystawny obiad, robiłam długie wstępy, aż w końcu powiedziałam o MMA. Na początku mama przyjęła to dobrze, ale jak zadzwoniła do mnie po kilku dniach, to powiedziała, że nie przespała żadnej nocy i że chce się jej płakać. Była załamana, ale po mojej przeprowadzce do Łodzi zobaczyła, jak bardzo szczęśliwym jestem człowiekiem. Wszystko jej przeszło i nie ma do mnie pretensji.

karolina_owczarz_2

Do sportów walki ciągnęło cię już od podstawówki. Najpierw był boks.

Jako dziecko byłam chłopaczarą. Wolałam zdecydowanie samochody niż lalki czy sukienki. Jak byłam trochę starsza, chodziłam na mecze Widzewa. Oczywiście rodzice nic o tym nie wiedzieli. Miałam męskie towarzystwo, w którym było wielu łobuzów. Pochodzę z grzecznego domu, więc może to towarzystwo imponowało mi, bo było czymś innym. Poszłam na boks, bo chyba chciałam być większa w oczach starszych koleżanek i kolegów. Zamiłowania do złych rzeczy szybko mi minęły, ale boks ze mną pozostał, bo przekonałam się, że sporty walki są czymś wyjątkowym. Poszłam na jeden trening i zostałam w boksie na 8 lat.

Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z bokserskiej przygody?

Zdecydowanie wyjazd do Meksyku. Wzięłam udział w reality show, w którym rywalizowały ze sobą dwie drużyny – Meksykanki kontra reszta świata. To była lekcja życia, bo jako 18-latka pojechałam na koniec świata. Dopóki nie wysiadłam z samolotu i nie zobaczyłam tabliczki ze swoim nazwiskiem, nie miałam pewności, czy ktoś mnie na tym końcu świata odbierze. Byłam wtedy świeżo upieczoną mistrzynią Polski. Wśród uczestniczek byłam najmłodsza i zdecydowanie odstawałam warunkami fizycznymi od reszty dziewczyn. W życiu nie byłam na zawodowym ringu, a tam walczyłam na zawodowych zasadach na dystansie sześciu rund. Wcześniej biłam się tylko po trzy rundy. Przegrałam drugą walkę z późniejszą zwyciężczynią turnieju i późniejszą mistrzynią świata. Warto było jechać, bo zebrałam ogromne doświadczenie zarówno w boksie jak i w życiu.

Na zawodowych ringach stoczyłaś tylko cztery walki. Dlaczego zrezygnowałaś z boksu?

Po erze Agnieszki Rylik i Iwony Guzowskiej boksu zawodowego kobiet w Polsce właściwie nie było. To był ciężki kawałek chleba, bo byłam jedyną kobietą w tym środowisku. Media trochę się mną interesowały, ale częściej traktowana byłam jak maskotka a nie poważna zawodniczka. Stoczyłam cztery zawodowe walki, wszystkie wygrałam, ale później pojawił się konflikt z promotorem. Ze współpracy ze mną zrezygnował sponsor i nie było sensu ciągnąć tego dalej.

Można powiedzieć, że prosto z ringu trafiłaś do Polsatu. Trudno było dostać się do telewizji?

Gdy moja kariera bokserska się skomplikowała, to chciałam wrócić do Łodzi. Przed przeprowadzką pojechałam na galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. W walce wieczoru bili się wtedy Andrzej Gołota z Przemkiem Saletą. Pojechałam tam towarzysko, ale byłam z kolegami, którzy pracowali w Polsacie. W trakcie gali podszedł przywitać się z nami dyrektor Polsatu Sport Marian Kmita. Dwa dni później zaprosił mnie na spotkanie i zaproponował pracę. Powiedział, że w trakcie podawania mi ręki w Ergo Arenie zapaliła mu się jakaś lampka w głowie i pomyślał, że zrobi ze mnie dziennikarkę. Myślę, że to mu się udało. Rzuciłam wszystko i rozpoczęłam pracę w telewizji. Przez chwilę próbowałam łączyć boks z Polsatem, ale praca w mediach jest na tyle wymagająca, że nie dałam rady. Media mnie pochłonęły. Przygoda z Polsatem trwała pięć lat.

owczarz_3

Jak ważny to był rozdział w twoim życiu?

Mając zaledwie 20 lat zachłysnęłam się wielkim światem telewizji i nowymi wyzwaniami. Praca w mediach to niekończąca się nauka i przygoda. Poznałam mnóstwo wyjątkowych ludzi. Nauczyli mnie rzeczy, z których mogę korzystać do dzisiaj. Mam spory warsztat dziennikarski, choć nie jestem Mateuszem Borkiem, za którym jestem sto lat świetlnych.

Czujesz się już pełnoprawną zawodniczką MMA?

Myślę, że przez ostatnie 15 miesięcy łącznie opuściłam może z miesiąc treningów. Czyli przez 14 miesięcy przychodziłam dwa razy dziennie na matę. To daje około 700-800 treningów. Myślę, że przez ten czas można się trochę nauczyć. Zwłaszcza, że trenuję z najlepszymi. Koleżanki mnie nie oszczędzają i zdarza się, że wycierają mną matę. Tak, jestem pełnoprawną zawodniczką MMA.

Po zmianie branży czytałaś dużo negatywnych opinii na swój temat?

Niestety hejt jest nieodłącznym elementem polskiego internetu. Myślę, że większość opinii była negatywna. Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Po co KSW podpisało z nią kontrakt? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie. Nie boję się wyzwań, ale podchodzę do tego spokojnie. Nie będę rzucała się na nie wiadomo jak duże rywalki. Jak każdy zawodnik mam prawo do rozsądnego budowania rekordu.

Co jest najtrudniejsze w świecie MMA?

Moje sparingpartnerki (śmiech). W Shark Top Team mam trzy świetne dziewczyny: Karolinę Kowalkiewicz, Anitę Bekus i Klaudię Sygułę. Każda z nich jest fenomenalną zawodniczką. Przeciwstawienie się im jest ciężkie, bo każda z nich prezentuje wysoki poziom w danej płaszczyźnie. Gdybym mogła zrobić z siebie mix moich koleżanek, to byłabym mistrzynią świata. W MMA wszystko jest ciężkie. Parter pokochałam od razu, najcięższe dla mnie są zapasy, ale z miesiąca na miesiąc też je coraz bardziej lubię.

Co chcesz osiągnąć w MMA?

Nie wybiegam daleko w przyszłość, bo to byłaby głupota. Wiem, że żaden dziennikarz nie chce tego słyszeć, ale dla mnie liczy się najbliższa walka. W tym roku chciałabym wejść trzy razy do oktagonu. Teraz jednak myślę tylko o pojedynku z Martą Chojnoską.

Tym razem walka może potrwać dłużej niż minutę, bo Marta Chojnoska ma większe doświadczenie od Pauliny Raszewskiej.

Na pewno nie będzie łatwo. Nie boję się wymian ciosów z Martą. Jeżeli trzeba będzie się bić w stójce, to będę się biła w stójce. Jeżeli pojawi się opcja do obalenia, to na pewno ją wezmę, bo po co się narażać na niepotrzebne ciosy. Bardzo ciężko pracowałam nad kondycją i jestem gotowa na trzy rundy ostrej bitki. Jeśli nadarzy się okazja do skończenia walki szybciej, to zrobię to, bo nie chcę, żeby mama płakała przez 15 minut.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

 

Reklamy

Układanie walk na papierze to przyjemna robota. Nie trzeba się martwić, czy pięściarz X zgodzi się na gażę, czy pięściarz Y będzie miał ochotę wejść do ringu akurat z tym rywalem. Konflikty promotorów i TV? Nie zwracamy na to uwagi. Co najważniejsze, nie musimy się martwić, kto za to wszystko zapłaci. Patrząc z punktu widzenia kibiców, wybraliśmy siedem walk polsko-polskich, które mogłyby zmrozić szampana bez wkładania go do lodówki.

Artur Szpilka vs Mariusz Wach 2

10. runda walki z Arturem Szpilką pewnie do dzisiaj śni się Mariuszowi Wachowi. „Wiking” nie potrafił znokautować naruszonego rywala i przegrał. Na gorąco wydawało się, że sędziowie punktowi pomylili się z werdyktem, ale po obejrzeniu powtórek trzeba przyznać im rację. Szpilka wygrał, ale Wach zasłużył na rewanż. Walka była wyrównana i trzymała w napięciu do końca. Skoro obejrzało ją w TV prawie dwa miliony ludzi, to znaczy się matchmaking był na piątkę. Andrzej Wasilewski w rozmowie z „Super Expressem” mówił, że organizacja tego rewanżu jest priorytetem. Oby się udało, bo polski boks potrzebuje takich walk. 

Typ: Szpilka na punkty

Szansa na pojedynek: Duża

Hasło na plakat: Czas wyrównać rachunki

Andrzej Fonfara vs Michał Cieślak

To zestawienie gwarantuje wojnę w ringu. Jeden i drugi lubią się bić. Cieślak jeszcze nie walczył z rywalem z półki Fonfary, więc mógłby się skaleczyć i to mocno. Do tej pory „Polski Książę” na zawodowych ringach nie spotykał się z rodakami. Po konfrontacji z Siłłachem mówił, że na razie nie jest zainteresowany takimi starciami. „Na razie nie myślę o pojedynkach polsko-polskich. Nie mówię nie, może kiedyś dojdzie do takiej walki, ale na pewno nie w najbliższym czasie.” Biorąc pod uwagę, na jakich etapach kariery są obaj panowie, zorganizowanie ich walki w najbliższych miesiącach wydaje się nierealne, ale na papierze to starcie wygląda kozacko.

Typ: Fonfara KO lub Cieślak KO

Szansa na pojedynek: Minimalna

Hasło na plakat: Wojna na wyniszczenie

Mateusz Masternak vs Krzysztof Włodarczyk

Gdy Krzysztof Włodarczyk był mistrzem świata, miał uczulenie na Mateusza Masternaka. Kilka lat temu „Diablo” nie chciał nawet słyszeć o żarcie na prima aprilis, że podpisał kontrakt na walkę z „Masterem”. „Napiszcie, że będę walczył Pudzianowskim lub kimś innym, ale nie z Masternakiem” – wkurzał się Diablo.

Później zmienił nastawienie i już nie skakało mu ciśnienie, gdy była mowa o jego konfrontacji z młodszym kolegą. Włodarczyk jest po przejściach, Masternak to samo. Obaj wypadli poza ścisłą czołówkę na świecie, ale wciąż są groźni i (chyba) nienasyceni. To jest nawet dobry moment, żeby zrobić taką walkę, bo za 2-3 lata może już być za późno. Teraz na pewno nie byłby to odgrzewany kotlet. Wręcz przeciwnie. Main event z dużym potencjałem.

Typ: Masternak na punkty

Szansa na pojedynek: Do zrobienia

Hasło na plakat: Lepiej późno niż wcale

Robert Parzęczewski vs Norbert Dąbrowski

Ich kariery są w innym miejscu. Parzęczewski idzie jak burza, Dąbrowski znalazł się na bocznicy. „Arab” po walce z Dariuszem Sękiem powiedział, że nie chce już walk z Polakami. Wspomniał też, że chciałby opuścić polskie podwórko. Wydaje się, że obrał właściwy kierunek, ale nie zmienia to faktu, że chętnie zobaczylibyśmy go w ringu z Norbertem Dąbrowskim. „Noras” nie pęka, zawsze jest solidnie przygotowany, więc mógłby postawić twarde warunki „Arabowi”, dla którego mógłby to być ostatni przystanek przed zagranicznymi wyzwaniami. Mateusz Borek twierdzi, że ani on, ani grupa Tymex Boxing Promotions nie są zainteresowani taką walką, więc raczej będziemy musieli się obejść smakiem.

Typ: Parzęczewski na punkty

Szansa na pojedynek: Minimalna

Hasło na plakat: Ostatni przystanek

Damian Jonak vs Robert Talarek

Obaj nie mają czasu na potknięcia. Damian Jonak wrócił do boksu po dłuższej przerwie i zanotował dwa zwycięstwa. Nie pali się do walk z rodakami. Przez kontuzję ręki wypadł z gali w Radomiu, a jego walka z Andrew Robinsonem została przeniesiona na kwiecień. Robert Talarek zmienił promotora i na razie odbudowuje pozycję po porażce z Dąbrowskim. W ostatnim czasie zbił trzech słabych rywali. Trudno powiedzieć, jaki pomysł na górnika z Rudy Śląskiej ma Tomasz Babiloński. Kontrakty na walkę Jonak vs Talarek można byłoby podpisać od razu na dwa pojedynki a nawet na trylogię. Patrząc jednak realnie, do tej walki raczej nie dojdzie. Alternatywą może być konfrontacja Talarek vs Czerkaszyn.

Typ: 50/50

Szansa na pojedynek: Mała

Hasło na plakat: Bitwa o Śląsk

Mateusz Tryc vs Tomasz Gromadzki

Andrzej Kostyra komentując walkę Tomasza Gromadzkiego z Wojciechem Wierzbickim stwierdził, że panowie rozpętali w ringu Trzecią Wojnę Światową. Gromadzki to pięściarz, który wchodzi między liny i nie kalkuluje. Dla takich zawodników jak on kibice kupują bilety. „Zadyma” wygrał cztery walki z rzędu, ale nie miał zbyt mocnych rywali. Czas na większe wyzwania, a takim na pewno byłaby konfrontacja z niepokonanym Mateuszem Trycem. Panowie w przeszłości zaczepiali się w mediach społecznościowych i na tym się skończyło. Zamiast się prowokować, niech wejdą do ringu. Kibice na pewno nie będą się nudzić. 

Typ: 50/50

Szansa na pojedynek: Do zrobienia

Hasło na plakat:  Cios za cios

Kamil Młodziński vs Rafał Grabowski 2

W Radomiu podczas „Wojny Domowej” niejednogłośną decyzją sędziów wygrał Kamil Młodziński. Po walce sporo dyskutowało się o werdykcie, więc warto obu panów jeszcze raz zaprosić do ringu. Wprawdzie Grabowski mówił po walce, że nie wie, czy będzie kontynuował karierę, ale pewnie już ochłonął i bez mrugnięcia okiem podpisze kontrakt na rewanż. Mateusz Borek nie ukrywa, że chętnie po raz drugi zorganizuje taki pojedynek. 

Typ: Grabowski na punkty

Szansa na pojedynek: Duża

Hasło na plakat: Grzmoty po meksykańsku

kownacki

(więcej…)

materla

(więcej…)

kolecki

Szymon Kołecki nie bierze jeńców w oktagonie. Złoty medalista IO w podnoszeniu ciężarów świetnie radzi sobie w MMA. Wszystkie pojedynki wygrał przed czasem! Podczas gali Babilon MMA 5 w Międzyzdrojach Kołecki będzie walczył z Michałem Bobrowskim.

Kołecki w rozmowie z PoGongu mówi między innymi o trudnych momentach w klatce, przejściu do KSW, walce z Mariuszem Pudzianowskim, a także odnosi się do zarzutów, że walczy ze słabymi rywalami.

tomasz narkun

(więcej…)

KSW-41_750x400_acf_cropped

Przedświąteczna gala KSW 41 w katowickim Spodku dostarczyła nam wielu wrażeń. Jako gość wpadł na nią Artur Szpilka i zrobił sporo zamieszania. Był to bardzo trudny wieczór dla Borysa Mańkowskiego, który stracił pas mistrzowski.

Wyciągnęliśmy z tej imprezy kilkanaście wniosków. Oto one:

1. Gala federacji KSW po raz kolejny była świetnie opakowana. Ceremonia otwarcia imprezy musiała zrobić wrażenie nawet na największych malkontentach.

2. Panowie Maciej Kawulski i Martin Lewandowski zrobili złoty interes, podpisując kontrakt z Damianem Janikowskim. Ten facet w klatce zamienia się w tygrysa.

3. W Spodku boleśnie przekonał się o tym Antoni Chmielewski, któremu nawet udało się obalić rywala, ale w przekroju całej walki nie miał nic do powiedzenia. Janikowski rozbił Chmielewskiego i sędzia musiał przerwać walkę.

4. Były zapaśnik ma na koncie dopiero dwie walki w KSW, ale za chwilę może być wielką gwiazdą tej federacji. Ma na to papiery.

5. Z kolei Antoni Chmielewski powoli musi myśleć o zakończeniu kariery, bo nie ma już argumentów w rywalizacji z takim tygrysami jak Janikowski.

6. Michał Andryszak nie bierze jeńców, w Spodku potrzebował zaledwie 26 sekund, żeby spakować i odesłać do domu Fernando Rodriguesa Jr.

7. Po walce Andryszak nie ukrywał, że ma ochotę założyć mistrzowski pas federacji KSW. W rozmowie z Mateuszem Borkiem mówił: „KSW potrzebuje nowego mistrza. On stoi tu przed wami”. Czyżby na horyzoncie widoczna była walka Andryszak vs Pudzianowski?

8. Wróćmy jeszcze na chwilę do Rodriguesa. Chłopak w tym roku dwa razy wpadł na galę KSW i dwa razy zebrał KO, nie walczył nawet minuty. Najpierw załatwił go Marcin Różalski, teraz to samo zrobił Andryszak. Brazylijczyka chyba prędko w naszym kraju nie zobaczymy. Choć rachunki do wyrównania ma z nim Karol Bedorf.

9. Skoro Bedorf został wywołany do tablicy, to warto wspomnieć, że w marcu wraca on do klatki. W studiu podczas gali KSW 41 mówił, że może wejść do oktagonu z… Arturem Szpilką. Stojący obok niego Tomasz Narkun stwierdził, że w klatce chętnie przywitałby innego pięściarza – Mateusza Masternaka. Wątpliwe, żeby Szpilka i Masternak skorzystali z tych zaproszeń.

10. Artur Szpilka wpadł pooglądać galę KSW 41, ale na oglądaniu się nie skończyło. Tomasz Oświeciński wyzwał go na pojedynek, więc Szpilka wszedł do oktagonu na „negocjacje”. Skończyło się na przepychankach, musiała interweniować ochrona.

11. Z tego wszystkiego wyszedł kabaret, bo Oświeciński po wygranej nad Popkiem nie miał nawet siły stać i ledwo rzucał słowa do mikrofonu, a tu jeszcze z łapami rzucił się na niego Szpilka.

12. W tym momencie warto wystosować apel do Szpilki: Artur, daj sobie spokój z Tomaszem Oświecińskim. Ten facet ma 45 lat, jest aktorem, w KSW zawsze będzie miał status „freaka”. Chłopie, jeszcze dwa lata temu biłeś się o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a teraz szarpiesz się w oktagonie z kimś takim. Lodu! Chyba, że Ciebie sport już nie interesuje… Daj znać, bo może nie ma sensu wygłupiać się z takimi apelami.

13. Jeżeli dojdzie do walki Szpilka vs Oświeciński, to życie przerośnie kabaret i trzeba będzie już zgasić światło. Wierzymy jednak, że Szpilka wszystko przemyśli, ochłonie, wróci na ring i nie będzie zawracał sobie głowy głupotami.

14. Trzeba jednak przyznać, że „Strachu” w pojedynku z Popkiem dał radę. Łukasz Jurkowski przepowiadał, że walka potrwa max 60 sekund, a panowie szarpali się do 2. rundy. Na ogłoszenie werdyktu w tej walce musieliśmy czekać dłużej niż zwykle (tlen, gdzie jest tlen), ale taki to już urok „freak fightów”.

15. Wracamy do sportu. Świetną walkę dali Marcin Wrzosek i Roman Szymański. „The Polish Zombie” tym pojedynkiem znów wrócił do wielkiej gry.

16. Kategoria piórkowa niby nie ma mistrza, ale tak naprawdę go ma i nazywa się on: Kleber Koike Erbst. Japończyk stracił pas, bo nie zrobił wagi (od Mikołaja ma dostać wagę pod choinkę), ale w oktagonie „udusił” Artura Sowińskiego.

17. Erbst jeszcze nie zdążył nacieszyć się wygraną nad Sowińskim, a w oktagonie odwiedził go już Marcin Wrzosek, który zaproponował mu wspólny taniec. Zaproszenie zostało przyjęte, więc panowie Kawulski i Lewandowski muszą ustalić tylko datę.

18. Marcin Wrzosek potrafi zadbać o swój biznes. Najpierw zrobił swoje w oktagonie, a później negocjował (trochę inaczej niż Szpilka) kolejny pojedynek. Pewnie w kieszeni miał długopis, żeby w razie czego podpisać od razu kontrakt na walkę z Erbstem.

19. Do największej niespodzianki w Spodku doszło w walce wieczoru. I nie chodzi wcale o to, że Borys Mańkowski przegrał, ale o to, że mistrz KSW był bezbronny w walce z Robertem Soldiciem. Narożnik „Diabła Tasmańskiego” musiał go poddać, bo walka zaczynała przypominać egzekucję.

20. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.

!. runda – Zaczęli.

12. runda – Skończyli.

Zwykle jest tak, że przed galą pisze się różne scenariusze, rozdaje wygrane i przesądza pewne sprawy. Dopiero potem do ringu wchodzą pięściarze i rozpisują wszystko na nowo. W sobotę w Ergo Arenie miały być grzmoty i były, ale nie wszystko działo się według ustalonego wcześniej scenariusza. 

Cieślak zjadł na kolację „rumuńską kobrę”

Pojedynek Michała Cieślaka był zakontraktowany na osiem rund, ale killer z Radomia nie zamierzał brać zbędnych nadgodzin i załatwił sprawę w 2. odsłonie. Ilie był kiedyś nawet solidnym pięściarzem, ale do Ergo Areny wpadł chyba prosto z kanapy. Ledwo rozpakował walizki a już musiał wracać do domu. Michała nie będziemy za bardzo komplementować, bo jego przeciwnik zamiast walczyć, statystował. Cieślak zjadł „rumuńską kobrę” na kolację i tyle. Teraz czas na poważną robotę.

Szymański powinien kupić rywalowi… buty

Przed walką z Jose Villalobosem niektórzy ubrali już Patryka Szymańskiego w pas WBC Youth. Dla Polaka miała to być łatwa, lekka i przyjemna robota. Zamiast tego oglądaliśmy ringową wojnę, którą Szymański wydaje się, że przegrał, ale… jednak wygrał. Pomogli mu sędziowie. W 3. rundzie Argentyńczyk był liczony, ale nawet z Księżyca dałoby się zauważyć, że nie było nokdaunu. Po tym pojedynku Patryk musi wyciągnąć masę wniosków. Po pierwsze, nie może powtórzyć się sytuacja, że trener dojeżdża do niego za pięć dwunasta. Poza tym Szymański powinien sprezentować Villalobosowi buty, bo chłopak, jak to trafnie ujął w komentarzu Andrzej Kostyra, kupił je w second handzie. Widocznie wybrał jakieś mocno przechodzone kapcie, bo w trakcie walki trzeba było je łatać. Mimo tych problemów Villalobos do końca pojedynku był bardzo groźny. Spytacie, dlaczego Szymański ma kupować rywalowi buty? Skoro on dostał prezent (od sędziów), to może też komuś coś podarować, prawda?

Z Tygrysicą nie ma żartów

Do ringu w Ergo Arenie weszły dwie panie, ale tak naprawdę była w nim tylko jedna – Ewa Piątkowska, która pod każdym względem zdominowała rywalkę. Widać było, że Aleksandra Magdziak-Lopes jest pięściarką na pół etatu, ale w żadnym stopniu nie umniejsza to sukcesu Piątkowskiej. Warto zwrócić uwagę, że Ewa mistrzowski pas zdobyła w swojej jedenastej zawodowej walce.

Sosnowski nie oszukał przeznaczenia

Prognozy przed walką były takie: Sosnowski zostanie ciężko znokautowany i pożałuję, że wrócił z emerytury. Nic takiego nie miało miejsca. Walka wprawdzie skończyła się po 5. rundzie, ale były mistrz Europy ani razu nie leżał na deskach. Na pewno nie wyszedł do ringu tylko po wypłatę. Postawił Wawrzykowi spory opór i za to należą mu się brawa. Z kolei Wawrzyk na tle Sosnowskiego wcale nie zachwycił. Niby miał walkę pod kontrolą, ale w 3. rundzie dał się trafić i później nie był już tak pewny siebie. Po tym pojedynku Mariusz Wach na pewno nie będzie miał koszmarów z Wawrzykiem w rolach głównych.

Pas WBO trafił w dobre ręce

Nikt nie mówił, że będzie lekko, że będzie przyjemnie. Przed walką wiadomo było, że Krzysztof Głowacki będzie miał pełne ręce roboty od pierwszej do ostatniej rundy. W optymistycznym scenariuszu można było zakładać, że będzie to pojedynek 50/50. Dominowały jednak głosy, że Usyk jest faworytem i to dużym. Niestety, to się potwierdziło.

Ukrainiec wszedł do ringu z chłodną głową i tańczył („nogi wilka karmią”), bił, tańczył, bił, tańczył, bił i tak w kółko przez 12 rund. Głowacki chciał mu tę chłodną głowę urwać, ale nie mógł trafić. Po cichu liczyliśmy, że w końcowych rundach Usyk stanie i będzie łatwym celem, ale nic z tego. Na tych nogach przetańczyłby on ze trzy wesela pod rząd.

Sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości i dali Usykowi jednogłośną wygraną. Możemy się sprzeczać, czy nie zapisali na koncie Ukraińca zbyt wiele rund, ale teraz to nie ma już wielkiego znaczenia. Fakty są takie, że Usyk wygrał zasłużenie i pas WBO zmienił właściciela. Marnym pocieszeniem może być to, że trafił w dobre ręce.

Jeśli chodzi o samą walkę, to miały być grzmoty i były. Ostatniej rundy nie dało oglądać się na siedząco. Co dalej z Krzysztofem Głowackim? W tym momencie trudno wyrokować, ale chłopak ma przed sobą jeszcze kilka lat między linami. Świat boksu o nim nie zapomni, bo o takich wojownikach się nie zapomina. Niech wraca na salę i robi swoje. Duże walki jeszcze przyjdą.

Za nami pierwsza konferencja prasowa przed galą Polsat Boxing Night, na której z ust bohaterów imprezy padły pierwsze deklaracje. Zdecydowanie najwięcej do powiedzenia miał Francisco Palacios, który zapowiedział, że udzieli surowej lekcji boksu Michałowi Cieślakowi. „Czarodziej” swoimi wypowiedziami przyćmił nawet profesora śmieciowego gadania – Rafała Jackiewicza, który tym razem był wyjątkowo grzeczny. 

Podczas konferencji najmniej do powiedzenia mieli Marcin Rekowski i Andrzej Wawrzyk. Jednak nie ma w tym nic dziwnego, bo panowie są kumplami i nie będą się straszyć przed walką. Rekowski powiedział, że pojedynek z Wawrzykiem jest dla niego sportową szansą, a przy okazji chce zarobić parę złotych. Stwierdził również, że po walce może wypić piwko z Andrzejem. Było miło, grzecznie i kulturalnie. Jeśli 2 kwietnia panowie zostawią te uprzejmości w szatni, to z ringu mogą lecieć iskry. A później niech sobie idą na piwo. Jeszcze jedno, Andrzej Wawrzyk w jednym z wywiadów po konferencji po raz kolejny zgłosił chęć walki z Tomkiem Adamkiem.

Jak zwykle bardzo pewna siebie była Ewa Brodnicka, która zapewniała, że da sobie radę z presją. Właścicielka pasa EBU dodała także: Słyszałam, że moja rywalka chce zakończyć walkę przed czasem. Torti jest prawniczką, ale nie uda jej się obronić przede mną (…) 2 kwietnia pokażę mój talent i lepszą Ewę Brodnicką niż w ostatnim pojedynku.”

Wyjątkowo grzeczny i stonowany (jak na siebie) był profesor śmieciowego gadania – Rafał Jackiewicz. „Wojownik” przyzwyczaił do tego, że świetnie nakręca atmosferę przed walką, ale tym razem nie częstował nas oryginalnymi tekstami. Nocnika też nie przyniósł. Choć trochę próbował kpić z Syrowatki. Poza tym mówił, że nie będzie już lepszy niż jest. „Jestem już stary, ale trzymam pewien poziom. Spodziewam się trudnej walki” – stwierdził. No i miał na sobie t-shirt z wymownym hasłem „Jackiewicz przebudzenie mocy”.

Stonowany w swoich wypowiedziach był też Michał Syrowatka, który stwierdził, że zdecydował się na rewanż, bo chce sprawdzić samego siebie. Wytłumaczył się też z porażki w pierwszej walce z Jackiewiczem: wtedy coś nie zagrało. Na co Jackiewicz odparł: zagrało w czwartej rundzie. Syrowatka złożył też ważną deklarację: chcę dać świetną walkę i mądrzej boksować. Co oznacza mądrzej boksować? „Nie iść z ryjem wysuniętym do przodu” – wytłumaczył. Zapytany przez Mateusza Borka o presję stwierdził: czuję mniejszą niż ostatnio.

Z wypowiedzi Mateusza Masternaka wynotowaliśmy dwa ciekawe zdania. Pierwsze zabrzmiało bardzo groźnie: będę się mścił na Eriku Fieldsie. Drugie było już łagodniejsze: będę się karmił energią polskiej publiczności. Poza tym „Master” nie ukrywał zadowolenia, że znów trenuje pod okiem Andrzeja Gmitruka. Jego rywal – Eric Fields coś tam gadał, że Masternak nie pokazuje w ringu niczego spektakularnego, ale złożył też odważną deklarację: jadę do Polski po zwycięstwo, chcę żeby publika zamilkła. Widać, że facet w gadce jest mocny. Zobaczymy, czy da radę uciszyć polską publiczność.

Dużo do powiedzenia miał Francisco Palacios. Praktycznie w każdej swojej wypowiedzi straszył Michała Cieślaka. „W mojej krwi nie ma nawet kropli tchórzostwa (…) Na pogrzebie mojego brata obiecałem mu, że zostanę mistrzem świata. Muszę to zrobić, więc Cieślak jest kolejną przeszkodą. Zamierzam dać mu prawdziwą szkołę boksu i zaczarować go w ringu (…) Przyjadę do Polski, żeby zlać Cieślaka.” Wygląda też na to, że Michał będzie musiał płacić za nieswoje rachunki. „Nawet, jeśli to nie on nazwał mnie tchórzem, to właśnie on zapłaci za te słowa.”

Michał Cieślak nie zamierzał odpowiadać na zaczepki Palaciosa. Widocznie uznał, że wystarczy jak balonik pompuje jego rywal. Ponadto stwierdził, że to nie on nazwał „Czarodzieja” tchórzem. „Nie wahałem się ani chwili, żeby wziąć pojedynek z Palaciosem (…) Jestem dobrze przygotowany i spokojny o tę walkę (…) Może to być mój najtrudniejszy pojedynek w karierze.” W sumie nuda, ale Cieślak na pewno nie będzie nudny w ringu. I raczej nie zapłaci tego rachunku, o którym wspominał Palacios.

Tomek Adamek tym razem nie przekonywał nas o swojej szybkości, ale widać, że zdaje sobie sprawę, po co wyjdzie do ringu 2 kwietnia. „Dla mnie to jest walka o wszystko. Jeśli przegram, będzie to moja ostatnia walka… ” – Ale nie będzie to ostatnia – szybko dodał. (…) Pokażę, że 39-letni Adamek potrafi wygrywać z najlepszymi. Rzucił też uniwersalne i ponadczasowe hasło: ring zweryfikuje wszystko.

Podobne plany do Adamka ma Eric Molina, który zapowiedział, że jest w świetnej formie i przyjeżdża do Polski po wygraną. „Mam wiele do stracenia. Jeśli przegram, stanę się chłopcem do bicia” – powiedział były pretendent do tytułu mistrza świata federacji WBC. Wysłał też „Góralowi” wiadomość: bądź gotowy, nadchodzę.

To by było na tyle. Jednak pamiętajmy, że buńczuczne wypowiedzi pięściarzy na konferencjach są jak strzały ślepakami. Dlatego trzeba je traktować z dużą rezerwą, ale mimo wszystko warto zapamiętać, bo później można niektórych krzykaczy rozliczyć z ich słów.