Alfabet Andrzeja Wasilewskiego cz. 2. O negocjacjach z pięściarzami, problemach z pierwszą galą i kotletach u Szpilki

Posted: 8 września 2017 in Boks na świecie, Polski boks
Tagi: , , , ,

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Lewy prosty Diablo.

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Łapin Fiodor.

Zbyszek Raubo po przegranej Krzysztofa Włodarczyka z Pavlem Melkomyanem w przypływie szczerości powiedział mi, że nie jest już w stanie trenować Diablo. – Więcej już go nie nauczę, nie jestem w stanie bardziej go zmobilizować – mówił. Byłem przerażony tymi słowami, bo nie wiedziałem, kto mógłby przejąć po nim Krzyśka. Zbyszek szybko mnie jednak uspokoił, mówiąc: W Jaworznie jest facet, Rosjanin, nazywa się Łapin, naprawdę dużo potrafi. Diablo będzie bezpieczny w jego rękach.

Zaufałem mu i chyba nikt dzisiaj nie żałuje tej decyzji.

***

Jest nieprawdopodobnie oddany swojej pracy. Wielu pięściarzy nie miało wcześniej pojęcia o organizacji treningu, dopiero Fiodor pokazał im, z czym to się je. Andrzej Wawrzyk przyjechał do nas jako wicemistrz Europy juniorów, a nie potrafił się nawet dobrze rozgrzać przed walką. Łapin uczył go podstaw. Tak było zresztą z innymi pięściarzami, którzy trafili w jego ręce. Skończył AWF we Lwowie ze specjalizacją boksu. Ma podstawy do bycia trenerem. Dzisiaj panowie kończą jakieś śmieszne kursy i myślą, że są wielkimi trenerami, a tak naprawdę to ze swoimi kwalifikacjami mogą próbować nosić wiaderko za Fiodorem.

Jest biało-czarny i za to pięściarze go szanują. Jest absolutnym wrogiem dopingu w sporcie, przyznam, że zaraził mnie tym podejściem. On nie chce mieć nic wspólnego z dopingowiczami. W tej kwestii nie robi żadnych wyjątków. Prowadzi zeszyty, po każdym treningu coś zapisuje, nic nie może mu umknąć. Jest człowiekiem, który cały czas chce się uczyć. Biega po górach lepiej od niektórych zawodników. Nie tylko Diablo coś o tym wie. Niestety nie ma następców i to jest wielki problem.

Miłość do boksu.

Miałem sześć lat, gdy moi rodzice się rozwiedli. W przyjaźni i zgodzie, ale się rozstali. Po rozwodzie ojciec, który był wtedy prezesem Polskiego Związku Bokserskiego, co dwa tygodnie zabierał mnie na męskie spotkania. Schemat był podobny. Rano jechaliśmy na mecz ligi bokserskiej, potem graliśmy w karty. W ten sposób zarażał mnie męskimi pasjami – brydżem i boksem. Od dziecka biegałem przy ringu, z wiekiem coraz bardziej wsiąkałem w to środowisko.

Pamiętam walki Henryka Średnickiego, Zbyszka Raubo, braci Skrzeczów i wielu, wielu innych. Miałem wielu „wujków” pięściarzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Krzysztof Kosedowski wymierzył mi kilka wychowawczych, zasłużonych klapsów. Można powiedzieć, że wychowałem się przy ringu. Z biegiem lat coraz więcej rozumiałem i coraz bardziej zaczął mnie interesować przebieg walk bokserskich. Tak narodziła się moja miłość do szermierki na pięści.

Negocjacje.

Nie cierpię dyskusji o pieniądzach. Jak każdy człowiek lubię je mieć, czuć tę milą swobodę, ale odczuwam dyskomfort, gdy trzeba o nich rozmawiać. A już bardzo niewdzięcznym zajęciem są negocjacje z pięściarzami. Przez wiele lat zajmował się tym Piotr Werner, który jednak wkładał w to za dużo serca i rozpuścił zawodników. Jeszcze kilka lat temu dla pięściarzy najważniejsze były ambicje sportowe, dopiero później kasa. Teraz jest często na odwrót. Nie podoba mi się to. Czasem, jak słucham, że kasa musi się zgadzać albo coś podobnego, to aż robi mi się niedobrze…

Zawodnicy coraz częściej wykłócali się o pieniądze w mediach. W przeszłości było to nie do pomyślenia. Dlatego musiałem włączyć się w te rozmowy. Najtrudniej negocjuje się z zawodnikami, którzy nie mają poczucia biznesu w boksie, są zieloni w tej dziedzinie, ale słuchają doradców. Ci doradcy też nie mają pojęcia, ale doradzają. Najczęściej podpowiadają: weź więcej, bo ci się należy. Dają ci stówę, wołaj pięćset. Pięściarze słuchają tych rad i chcą więcej i więcej…

W naszej grupie najtrudniej negocjuje się z Krzyśkiem Włodarczykiem i Arturem Szpilką. Na przykład: Diablo chciał pokazać żonie, że jest twardym negocjatorem i czasami wymyślał kompletne bzdury. Raz nawet przekroczył granicę dobrego smaku. W „Puncherze” mówił, że nie da się oszukiwać, że będzie walczył o swoje. Ale to była tylko gra pod kątem żony. Chciał, żeby poklepała go po plecach i powiedziała: super Krzysiu, potrafisz zadbać o swoje interesy. Oczywiście tym gadaniem nie wynegocjował nawet dolara, bo to była oferta nienegocjowalna, ale swoje pokrzyczał i mnie poobrażał.

Trudno negocjuje się też z Arturem, bo on potrafi się mocno podpalić podczas dyskusji o pieniądzach. Przed pojedynkiem z Wilderem negocjowaliśmy przez kilka nocy. Dodam, że polskiego czasu, on swoich nocek nie zarywał. Artur ma sporo energii, jest zapalczywy, dużo mówi, dlatego potrzeba wielu godzin, żeby w rozmowie z nim dojść do słowa i spokojnie coś wytłumaczyć. Generalnie rozsądnie myśli, ale jak się zapędzi w swoich oczekiwaniach, głowa pęka. Przed walką z Wilderem było dość ostro. Nie rozmawiałem z Alem Haymonem, ale ludzie, którzy pracują między nami mówili, że jeśli chłopak z Polski nie chce walczyć o mistrzostwo świata, to niech się pakuje i wraca do domu. Na szczęście dogadaliśmy się i panowie weszli do ringu. Negocjacje nie były jednak proste.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Organizacja gal.

Składa się z wielu elementów. Wynajęcie hali, zapewnienie ochrony i sprzedaż biletów, to są przewidywalne elementy. O wiele trudniejszym zadaniem jest matchmaking, czyli budowanie par pięściarzy, którzy spotykają się w ringu. Jest to szalenie wredne i nerwowe zajęcie, bo zawodnicy i ich menedżerowie, co chwilę zmieniają zdanie. Jest coraz mniej matchmakerów, w tej chwili ten zawód wymiera w Europie.

Zdarzają się sytuacje, że jesteśmy już dogadani, ale druga strona za pięć dwunasta przestaje odbierać telefony. Im głębiej wchodzi się w negocjacje, tym większe wychodzą komplikacje. Były takie sytuacje, że negocjowaliśmy z menedżerem zawodnika, ale okazało się, że on miał jeszcze innego menedżera, który miał zupełnie inne oczekiwania i o naszych wcześniejszych ustaleniach można było zapomnieć. Takie historie można mnożyć. Nasi pięściarze też potrafią grymasić. Stawka jest już dogadana, ale przychodzi delikwent i mówi, że za tyle nie będzie boksował.

Najgorzej, gdy zawodnik wypada z karty dzień przed galą. Wtedy trzeba szukać zastępcy w trybie awaryjnym albo rezygnować z walki. Są też takie sytuacje, że płacimy komuś za gotowość za bycie naszym planem B. Robimy tak przy większych walkach. Proponujemy wtedy danemu pięściarzowi 2,3 czy 4 tysiące euro i on normalnie przygotowuje się do pojedynku. Jeśli opcja A nie wypala, wtedy ten rezerwowy wskakuje na kartę. Nie prosto z kanapy, tylko po cyklu przygotowań. Gdyby z karty walk wypadł na przykład Usyk, to w takiej sytuacji trzeba skasować galę, bo dla takich zawodników nigdy nie planujemy zastępstwa. Na średnich imprezach zdarza się, że rezerwowy pięściarz jest w pogotowiu.

Olimpiada

Coraz bardziej korci mnie, żeby zaopiekować się jakimś zawodnikiem i pojechać z nim na kolejne igrzyska olimpijskie. Nigdy na nich nie byłem. Nie chciałem jechać w roli biernego kibica. Olimpiada to coś niepowtarzalnego. Ojciec opowiadał mi, że to wspaniała impreza i niesamowite przeżycie. Może niebawem odczuję to na własnej skórze. Może będzie to dla mnie kolejne wyzwanie w boksie? Zdobyć medal olimpijski, brzmi pięknie. Pamiętam, jak na stojąco oglądałem walkę Wojciecha Bartnika na IO w Barcelonie. Zdobył on wtedy dla Polski ostatni medal olimpijski w boksie. Było to w 1992 roku!

Pierwsza zorganizowana gala.

Szmat czasu, to był 2001 rok. Gala odbyła się w sali gimnastycznej szkoły, do której uczęszczałem przez 12 lat. Nie miałem wtedy żadnego doświadczenia w organizowaniu gal bokserskich. Byłem zielony, a problemy się mnożyły. Z transmisji imprezy wycofała się telewizja Canal Plus, zniknął przeciwnik Przemka Salety na walkę wieczoru. Poza tym dostawałem pogróżki. Była mowa nawet o podłożeniu bomby.

Przez tydzień wynajęci przeze mnie ludzie spali w samochodach przy ulicy Nowowiejskiej i pilnowali instalacji elektrycznych. Było urwanie głowy. Rywal Salety został podkupiony przez niemieckiego matchmakera na prośbę jednego z polskich promotorów. Konkurencja chciała nam zepsuć imprezę, ale gala się odbyła, Przemek walczył wtedy z pastorem o nazwisku Biko Botawamungu. Pierwsze koty za płoty.

Rekord i rankingi.

Budowanie rekordów zawodników to pięta achillesowa boksu. Bardzo często jest tak, że nie walczą ze sobą najlepsi pięściarze, bo istnieje ryzyko, że przegrany wypadnie z rankingu. Wprawdzie rekordy nie boksują, ale dzięki nim można zaistnieć w rankingach, a to daje z kolei szansę walk o pasy. Zdecydowanie rekordy zawodników odgrywają zbyt dużą rolę. Jednak rynek bokserski nie chce tego zmieniać. Kiedyś wydawało mi się, że telewizje coś z tym zrobią, ale tak się nie stało.

Często czytam i słucham komentarzy zarówno ze środowiska jak i spoza. Zauważyłem, że niemodne jest już słowo „przetarcie”, teraz popularniejsze jest słowo „konfrontacja”. Po tylu latach wiem, że gdybyśmy za szybko konfrontowali naszych pięściarzy, nie mielibyśmy żadnego mistrza świata. Przecież my nie wprowadzamy na zawodowe ringi mistrzów olimpijskich. Wiem, że słowo „weryfikacja” też ładnie brzmi. Tylko, kto będzie jutro boksować, jak my dzisiaj wszystkich zweryfikujemy?

Szpilka Artur.

Poznaliśmy się w Radomiu podczas Mistrzostw Polski juniorów. Artur od razu spodobał mi się, zdobył wtedy złoty medal. Minęło niewiele czasu, a już jadłem obiad u niego w domu w Wieliczce. Pamiętam, że jego mama usmażyła pyszne kotlety schabowe. Później wszystko szybko się potoczyło. Z Arturem i dookoła niego zawsze wiele się działo. Można by z tego całkiem grubą książkę napisać. Teraz nie jest dobry moment na rozmowy o nim. Niech się otrząśnie, odbuduje i wróci spokojnie na ring.

Telewizja.

Współpraca polskich promotorów ze stacjami telewizyjnymi jest zupełnie inna niż moich odpowiedników z Niemiec, Anglii czy USA ze swoimi telewizjami. Tamci promotorzy mają o tyle łatwiej, bo w każdym z tych krajów boks pokazuje kilka stacji, które trochę ze sobą konkurując, mocno promują sport.

***

W tym miejscu warto wspomnieć o Polsat Boxing Night. To wielkie święto boksu w Polsce. Pierwsze edycje pokazały, że potencjał tego projektu jest ogromny.  To praktycznie jedyna szansa dla polskich bokserów na toczenie wielkich walk w naszym kraju. Gdyby nie formuła PBN i PPV nigdy nie byłoby takich pojedynków jak: Szpilka vs Adamek, Głowacki vs Usyk, Sulęcki vs Proksa. Impreza musi być sprzedawana w systemie PPV, bo w innym przypadku takie eventy nigdy nie zwróciłyby się telewizji. Po ostatnim PBN pojawiło się nagle dużo złych emocji. Źle się stało. To powinno być piękne święto boksu. Szacunek dla włodarzy z grupy Polsat za pomysł i konsekwencję w realizacji projektu.

USA.

Tam funkcjonuje zupełnie inny model boksu niż w Polsce. W Ameryce promotor jest facetem od wynajęcia hali i podpisania kontraktu z telewizją. Czasami od pokazania telewizji, kto będzie boksował. Od negocjowania gaż i ogarniania innych spraw są menedżerowie.

Tam pan promotor przyjeżdża na halę, siada w pierwszym rzędzie i ogląda walki. W Ameryce o wiele przyjemniej jest być promotorem, bo nie interesują go gymy, sparingpartnerzy, treningi, życie osobiste pięściarzy czy ich kontuzje. W USA zdecydowanie większa jest rola menedżera, który w modelu europejskim praktycznie nie występuje. W Polsce niby są jacyś panowie, którzy nazywają się menedżerami, ale tak naprawdę zbyt wiele nie robią.

W USA nikt nikomu niczego nie daje za darmo. Polscy pięściarze często przeżywają szok, gdy staną oko w oko z amerykańską rzeczywistością. Tam się płaci za wszystko. Za wejście do gymu, wypożyczenie rękawic czy usługi cutmana w narożniku. Nie ma mowy, żeby zawodnicy dostawali pensję w Ameryce.

Artur Szpilka był bardzo zaskoczony, gdy pierwszy raz poleciał za ocean. Pamiętam jego minę, gdy zobaczył, jak mistrzowie świata dziękowali na konferencji prasowej swoim promotorom za walkę o tytuł. – Za co oni tak dziękują, przecież są mistrzami? To im się powinno dziękować – dziwił się Artur. Nie rozumiał, że ci pięściarze dziękowali ludziom, którzy dali im szanse. Nie było w tym nic dziwnego. Przynajmniej dla mnie.

Włodarczyk Krzysztof.

Od Krzyśka rozpoczęła się moja przygoda z boksem. Swoje dorzucił też Zbyszek Raubo, który kilka lat temu przyszedł do mnie i powiedział: – Mój rudy (Krzysztof Włodarczyk – red.) chce kończyć karierę, bo źle układa mu się współpraca z trenerem Skrzeczem. Stawia warunek albo będzie zawodowcem, albo rezygnuje z boksu. Andrzej, pomożesz temu chłopakowi? Jesteś prawnikiem, ciebie będzie trudniej oszukać niż mnie.

Nie odmówiłem. U Włodarczyka od razu było widać, że ma smykałkę do boksu. Na początku poszedłem do pana Andrzeja Gmitruka. Usłyszałem od niego, że z Diablo nic nie będzie i lepiej sobie odpuścić inwestowanie w niego. Dwa dni później podobno próbował za moimi plecami podpisać kontrakt z Krzyśkiem.

Następnie udaliśmy się do pana Krzysztofa Zbarskiego, gdzie Włodarczyk miał sparować z Robertem Złotkowskim, ale ten doznał kontuzji oka i sparingi zostały odwołane. Na sali został tylko jeden sparingpartner – Piotr Jurczyk. Doświadczony, ważący ze 120 kilogramów amator. Krzysiek miał wtedy pewnie z 35 kilogramów mniej. Spanikowałem trochę i zadzwoniłem do Zbyszka Raubo, żeby powiedzieć, że Diablo może sparować tylko z Jurczykiem i spytałem, co mamy w takiej sytuacji robić? – Niech walczy – odpowiedział Zbyszek. Sparing odbył się na macie zapaśniczej, Jurczyk bił potworne cepy, którymi przesuwał Krzyśka po dwa metry. Żal było na to patrzeć, ale Diablo przetrwał.

Pierwsze wspólne kroki nie były łatwe, bo nikt nie był zachwycony Diablo. Zostaliśmy sami, byłem jego menedżerem. Krzysiek na początku walczył na galach u innych promotorów. Ja za te walki płaciłem z własnej kieszeni. Wygrywał jednak kolejne pojedynki i jego pozycja rosła. Po latach został mistrzem świata.

***

Diablo zafundował mi największe emocje, ale też i największe rozczarowania. Przez swoje rozwalone życie prywatne stracił najlepsze lata kariery. Bardzo źle, za moimi plecami, inwestował pieniądze. Dzisiaj powinien być ustawiony finansowo, a z tego co wiem, pod tym względem jest u niego skromnie. Miał kilka bardzo dużych wypłat, kilkadziesiąt średnich, poza tym co miesiąc dostaje od nas dobrą, dyrektorską pensję.

Dzisiaj powinien mieć kilka czy też już kilkanaście nieruchomości, które dawałby mu poczucie finansowego bezpieczeństwa. Nie słuchał, gdy mu doradzałem. Chciałem mu potrącać część gaży za walki i odkładać, ale za każdym razem mówił: To jest świetny pomysł, ale zrobimy tak od następnego pojedynku. I tak w kółko. Martwię się, co Krzysiek będzie robił po zakończeniu kariery.

Ziggy Rozalski.

Zaopiekował się Andrzejem Gołotą w Ameryce i myślę, że zrobił dla niego wiele dobrego. Na pewno w sferze finansowej, dzięki niemu Andrzej jest majętnym człowiekiem. Pokazał mu, jak inwestować pieniądze, a nie głupio wydawać. Nauczył go luksusowo żyć. Pod tym względem odegrał w życiu Andrzeja pozytywną rolę.

Pan Rozalski zdecydowanie za często zmieniał Andrzejowi szkoleniowców, to był błąd. Pięściarz musi mieć zaufanie do trenera. Im trudniejsza sytuacja w ringu, tym to zaufanie jest ważniejsze. Jako wzór relacji na linii trener-zawodnik podaję przykład Krzysztofa Głowackiego i Fiodora Łapina. Gołota nie miał do nikogo zaufania. Do dziś mam w głowie obrazek, jak pan Certo wypychał Andrzeja z narożnika w walce z Tysonem. To było żenujące i obrzydliwie zachowanie. Kto wymyślił tego trenera? Certo to krawiec z zawodu, był blisko włoskiej mafii. Niestety był totalnym amatorem, a opiekował się brylantem.

***

Z panem Rozalskim spotkałem się kilka razy w życiu. To serdeczny, charyzmatyczny i bardzo majętny człowiek. Z naszej współpracy nigdy nic nie wyszło, mimo że na kilka drobnych rzeczy się umawialiśmy.

***

Odegrał także ważną rolę w karierze Tomka Adamka. Powielił jednak te same błędy, co w przypadku Gołoty, jeśli chodzi o dobór trenerów. Przecież Roger Blodworth zamiast uczyć, oduczał Tomka boksu. To był trener, który słuchał poleceń, a jego rolą było je wydawać… Na sali pewnie była fajna atmosfera, bo trener robił, co Tomek chciał. Nie o to jednak chodzi. Adamek pracując z nim, boksował gorzej niż przy Andrzeju Gmitruku. Bloodworth zabił w nim to, co miał najfajniejsze, a nie dał nic nowego. Kończąc wątek pana Rozalskiego, na pewno nauczył Gołotę i Adamka rzeczy bardzo ważnej, jak mądrze inwestować pieniądze, ale moim zdaniem trenerów dobierał im nieodpowiednich.

Spisał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s