„Mój rekord? Szału nie ma, ale nie jestem jakąś tam „kelnerką”

Posted: 23 listopada 2016 in Wywiady
Tagi: ,

karinaaaa.jpg
fot. archiuwm Karina Kopińska

Jest najbardziej zapracowaną pięściarką zawodową w Polsce. W sobotę stoczy ósmy pojedynek w tym roku. Ma opinię zawodniczki o wielkim sercu do walki. Nie szokuje ani nie prowokuje swoich rywalek jak Ewa Brodnicka. Zamiast tego uśmiecha się do nich. Jednak zamierza to zmienić. Swoim dorobkiem na zawodowych ringach raczej nikomu się nie chwali. Ma dwa razy więcej porażek niż zwycięstw. Warto jednak zwrócić uwagę, że na 24 pojedynki aż 17 stoczyła poza Polską. Karina Kopińska nie boi się wyzwań. Poza tym trochę rozumie Kamila Szeremetę, który uważa, że kobiety w boksie są jak chłopy w balecie.

„Z reguły jestem miła, aczkolwiek w mordę też potrafię dać..!” Taki cytat znalazłem na twoim Facebooku. Niezła wizytówka. 

(śmiech) To odnosi się do życia codziennego. Nie można odbierać tego dosłownie. Chodzi o to, że nie boję się mówić tego, co myślę. Ogólnie jestem miła dla ludzi, ale jak coś mi się nie podoba, to mówię o tym wprost, czyli “potrafię w mordę dać”. Tak na marginesie, poza ringiem nie jestem zwolenniczką rozwiązań siłowych.

Pod koniec listopada stoczysz w Anglii ósmą walkę w tym roku. Sporo się tego uzbierało.

Tak to wygląda, ale przynajmniej na nudę nie mogę narzekać. Zresztą codziennie jestem w treningu. Zazwyczaj boksuje na wyjazdach, nie wybieram sobie rywalek, tylko one mnie. Boks jest moją pasją, więc nikt mnie siłą do ringu nie zaciąga. Jednak walka z Katie Taylor będzie ostatnią w tym roku, trzeba w końcu odpocząć.

Dla Katie Taylor będzie to debiut na zawodowych ringach, ale to nie byle jaka przeciwniczka. Irlandka jest wielokrotną mistrzynią świata i Europy, mistrzynią olimpijską. Czujesz przed nią strach?

Na pewno walczę ze świetną zawodniczką, teoretycznie o klasę lepszą ode mnie, ale o strachu raczej bym nie mówiła. Choć muszę przyznać, że przed każdą walką czuję tremę. Może tego po mnie nie widać, ale przeżywam wszystko i trochę się stresuję. Wiem, że to jest głupie, ale najbardziej przejmuje się tym, co ludzie powiedzą. Że ktoś będzie się ze mnie śmiał. Najchętniej walczyłabym tam, gdzie nie ma publiczności (śmiech). Wiem, tak się nie da. Żeby nie było, daję sobie z tym radę. Mam trochę tych walk na koncie i potrafię zachować zimną krew. Na pewno nie przytłoczy mnie atmosfera na Wembley Arenie.

Książki nie ocenia się po okładce, a czy pięściarza można oceniać po jego rekordzie?

W jakimś tam sensie rekord jest naszą wizytówką. Wiadomo, jak dostaję propozycję walki, to od razu zwracam uwagę na bilans swojej potencjalnej przeciwniczki. Z drugiej jednak strony, rekordy potrafią też zakłamywać rzeczywistość. Dla przykładu: gdy ktoś ma bilans 10-0, to wydaje się, że może być niezły, ale trzeba zwrócić uwagę, gdzie walczył, z kim walczył i tak dalej. Czasem dziewczyny z takimi rekordami biły się tylko na swoim terenie, same wybierały sobie rywalki, a takie okoliczności sprzyjają budowaniu ładnego dla oka bilansu. Zadałeś pytanie o rekord, bo pewnie chcesz pogadać o moim dorobku na zawodowych ringach…

Dokładnie, ale najpierw chciałem wybadać teren. Twoja bokserska wizytówka to: 7 zwycięstw, 14 porażek i 3 remisy. Szału nie ma.

No nie ma. Muszę go trochę podreperować, bo ludzie na to patrzą i komentują. Nikt prosto w oczy nigdy nie nazwał mnie „kelnerką” czy jakoś podobnie, ale wiadomo w internecie ludzie różne rzeczy wypisują. Nic na to nie poradzę. Przegrywam dość często, ale nie wychodzę do ringu, jak niektórzy sugerują, tylko dla pieniędzy.

Wygląda na to, że torby podróżne masz cały czas pod ręką. Na 24 pojedynki aż 17 stoczyłaś poza Polską. Kto odpowiada za organizację twoich walk?

To działka trenera Irka Butowicza, który jednocześnie jest moim menedżerem. Ma kontakty z różnymi promotorami i menedżerami z całego świata i to oni przysyłają do niego propozycje pojedynków. Później siadamy, analizujemy i bierzemy walkę albo nie.

Zdarzały się przypadki, że oferta wpłynęła we wtorek, a w sobotę byłaś już w ringu?

Zwykle o walkach dowiaduję się dość późno. Może nie trzy dni przed pojedynkiem, ale do rzadkości należą sytuacje, że wiem miesiąc wcześniej. Zwykle taka informacja pojawia się dwa tygodnie przed, ale były też sytuacje, że dowiadywałam się parę dni wcześniej. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Zwykle wszyscy dają późno znać. Jeśli jestem zdrowa, przyjmuję takie propozycje, bo i tak jestem cały czas w treningu. Poza tym lubię wyzwania i chcę wygrywać, ale na obcym terenie nie jest to wcale takie łatwe.

Czy w pojedynkach wyjazdowych odczułaś, że sędziowie łaskawszym okiem patrzą na twoje przeciwniczki?

Kilka walk było wyrównanych i werdykt mógł pójść w jedną albo drugą stronę. Najczęściej szedł jednak w przeciwną. W stronę rywalki. Przy wyrównanym pojedynku zwykle daje się wygraną gospodyni. Tak to działa.

W takim razie spytam inaczej: o ile mniej miałabyś porażek, gdyby te pojedynki odbyły się w Polsce?

Trudno powiedzieć. Może o połowę mniej, zamiast dwunastu może sześć. Na pewno wygrałam dwie walki, w których sędziowie widzieli remis. Tu nie ma żadnych wątpliwości. Jednak nie mam do nikogo żalu o te werdykty, nie narzekam. Muszę więcej popracować nad siłą ciosu, żeby nokautować przeciwniczki i nie zostawiać decyzji w rękach sędziów.

To chyba odpowiedni moment, żebyś opowiedziała, w jaki sposób trafiłaś na zawodowe ringi.

W pewnym momencie boks amatorski zaczął mnie nudzić, bo co chwila naprzeciw mnie stawały te same rywalki. Przestałam też jeździć na kadrę, bo jednocześnie uczyłam się i pracowałam. Nie było na to czasu. Poza tym chciałam spróbować czegoś innego, dlatego zapadła decyzja o zmianie ringów amatorskich na zawodowe. To było ponad cztery lata temu. Nie żałuję tej decyzji. Byłam jedną z pierwszych dziewczyn na zawodowstwie w Polsce. Jaki był pierwszy krok? Pojechałam do Silesia Boxing, przywitałam się z trenerem Irkiem Butowiczem i powiedziałam, że chcę trenować w jego grupie. Nie był zadowolony, że jakaś baba przyszła, ale długo nie musiałam go przekonywać.

Co powiedziałaś trenerowi? Że jesteś „kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boisz”.

To inteligentny facet i nie uwierzyłby w takie gadki. Musiałam mu pokazać, że jestem „kobietą pracującą”. Trener często wspomina mój debiut na zawodowych ringach. Rozcięłam wtedy głowę w drugiej rundzie, ale nie poddałam się i wytrwałam do końca walki z pięciocentymetrowym rozcięciem. Niestety, przegrałam. Po tym pojedynku trener powiedział: możesz zostać z nami. No to zostałam. Chyba zobaczył, że jakiś tam talent we mnie drzemie.

Ewa Brodnicka nie miała łatwych początków na zawodowstwie. Opowiadała, że musiała dokładać do walk ze swojej kieszeni. Miałaś podobne problemy?

Były przypadki, że na galach w Polsce walczyłam za darmo. Dokładać jednak nigdy nie musiałam. Zagranicą płacą, raz więcej, raz mniej, ale płacą. Bez sensu, gdybym musiała jeszcze dokładać do tych wyjazdów.

Jesteś w stanie utrzymać się z boksu? Czy to tylko dodatek do życia zawodowego?

Boks jest raczej dodatkiem. Można nawet zarobić, ale chodzi o to, że nie jest to stały zarobek. Akurat teraz mam sporo walk, ale był taki okres, że miałam długą przerwę, nie było żadnych propozycji, więc trzeba było pracować. Traktuję to jako dodatkowe źródło dochodu.

Andrzej Kostyra, gdy komentował twoją walkę, powiedział, że jesteś twardą zawodniczką, która nigdy się nie poddaje. Krok dalej poszła Ewa Piątkowska, która stwierdziła: „Można jej rozciąć łuk brwiowy i przełożyć nos na bok, a ona i tak będzie szła do przodu”. Z sercem do walki trzeba się urodzić, czy da się to wytrenować?

Ewa Piątkowska coś wie o tym nosie, bo na sparingu nieźle mi go pokiereszowała. Wprawdzie nos nie był złamany, ale musiałam pojechać do szpitala, żeby mi go nastawili, bo był krzywy i się trochę przestawił. Sparowałyśmy wtedy w dużych rękawicach, bodajże w szesnastkach. Szkoda gadać, dałam się trafić.

A co z tym sercem do walki…

Chyba trzeba się z tym urodzić, trzeba mieć charakter do tego sportu. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się popłakać, gdy ktoś rozetnie mi łuk brwiowy czy przestawi nos. Czasami w trakcie pojedynku pojawiają się momenty zwątpienia, przychodzi strach przed nokautem, ale to szybko mija.

Masz za sobą walki z Saszą Sidorenko i Ewą Piątkowską. Jesteś w stanie pokusić się o porównanie tych pań?

Ewa jest zdecydowanie silniejsza fizycznie od Saszy i to dużo. Zresztą Piątkowska była chyba najsilniejszą rywalką, z którą miałam do czynienia. W pojedynku z nią musiałam być cały czas czujna, bo Ewa ma czym przyłożyć. W końcówce chciała mnie znokautować, ale przetrwałam. Pojedynek z Sidorenko był zupełnie inny. Powiem szczerze, że Sasza nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Jasne, zdecydowanie ze mną wygrała, ale ona nie jest groźna. To chyba dobre określenie. Chodzi o to, że nie odczuwałam jej ciosów. Ładnie punktuje, ma fajną technikę, ale nie ma tej siły co Ewa. Jednak zdecydowanie trudniej trafić Sidorenko niż Piątkowską.

A jak na ich tle wypada Ewa Brodnicka?

Trudno powiedzieć, bo nigdy z nią nie walczyłam ani nie sparowałam. Pamiętam Ewę z amatorstwa, ale ona była dwie wagi wyżej. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się jej styl walki. Boksuje w tym samym tempie, bez fajerwerków. Wolę już boks w wykonaniu Piątkowskiej.

Nie podoba Ci się styl boksowania Brodnickiej, a co sądzisz o jej strojach i zachowaniu na ceremoniach ważenia? Ewa Piątkowska twierdzi, że pięściarka Tymexu chce być na siłę kontrowersyjna.

Nie znam Brodnickiej i dlatego nie chcę się wypowiadać na jej temat. Nie jestem zwolenniczką takiego zachowania, ale może Ewa lubi robić szum wokół swojej osoby. Może chciałaby być celebrytką? Na pewno jest kontrowersyjna, lubi aferki, ale to jej sprawa. Na mnie nie naskoczyła, więc nic do niej nie mam.

Ewa Brodnicka prowokuje rywalki na ważeniu, a Ty się do swoich przeciwniczek… uśmiechasz.

No właśnie wiem. Postanowiłam to zmienić, bo czasami jestem aż za bardzo radosna. Jak się uśmiechnę raz to już nie umiem spoważnieć i tak cały czas głupio się do nich śmieję. Trener zwraca mi na to uwagę. Teraz będę już poważniejsza. Do Taylor nie będę się uśmiechała, ale nie będę też jej prowokowała, bo wiem kim ona jest. Ta pani zasługuje na szacunek.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Brodnickiej. Z nią jeszcze nie walczyłaś. Wiesz, co sugeruję?

Po co komu taka walka? Ewa jest mistrzynią Europy, byłaby faworytką, jest ode mnie teoretycznie lepszą zawodniczką.

Ale załóżmy, że pada taka propozycja? 

Zastanowiłabym się nad nią. Nie mówię nie.

Po twojej walce z Ewą Piątkowską znalazłem taką opinię na Twitterze: “Brawo Karina Kopińska. Za wcześnie dla niej taka walka, ale ona chyba nie ma nawet ambicji, by zdobywać tytuły. Bawi się tym.” Podpisałabyś się pod tymi słowami?

Może inaczej. Ja chciałabym zdobywać tytuły, kto by nie chciał. Oczywiście, że mam takie ambicje, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam takich możliwości. Jak mam to zrobić? Musiałabym być w większej grupie promotorskiej tak jak Piątkowska czy Brodnicka i być prowadzona od początku tak jak one. Moja kariera toczy się inaczej, ale nie narzekam. Przystałam na to, ale tu nie chodzi o brak ambicji. Ludzie mogą myśleć inaczej, ale ja nie mam innego wyjścia. Wybór jest prosty: przyjmować oferty z zagranicy albo przestać boksować. Wielkiej kariery już raczej nie zrobię, bo rekord jest jaki jest. Czasami pytam siebie: po co ci to? Porażki mnie dołują. Mam jakieś ambicje i szacunek do swojej osoby i chciałabym częściej wygrywać.

Nie zdążyłaś się jeszcze oswoić ze smakiem porażki?

Nie żartuj, nie da się z tym oswoić. Każda porażka zawsze mnie boli. Do jej smaku nigdy się nie przyzwyczaję, ale jestem świadoma, że może się jeszcze przytrafić. I to niejedna. W walce z Taylor nie będę faworytką, ale na pewno dam z siebie wszystko. Może uda mi się sprawić niespodziankę. Z jednej strony, patrząc na nazwisko przeciwniczki, mogłam nie wziąć tej walki, ale to nie w moim stylu. Nie boję się wyzwań. Czy ludzie bez ambicji tak robią?

Zrobisz na sobotę wagę? Ostatnio w Niemczech musiałaś zdejmować bieliznę podczas ważenia.

Jestem osobą, która wszystko robi na ostatnią chwilę i niestety dotyczy to też wagi. Wtedy w Niemczech było o 100 gramów za dużo. Ważyłam się w hotelu i pokazywało trochę mniej, ale na oficjalnej wadze pokazało właśnie tę stówkę nadwagi. Ruszyłam się w lewo, waga nie drgnęła. Ruszyłam się w prawo, nic z tego, cały czas było o 100 gramów za dużo. Nie było wyjścia i trzeba było zdjąć bieliznę. Walka była o pas, więc musiało się zgadzać co do grama. Oczywiście trener zakrył mnie ręcznikiem. Wiesz, czego się wtedy bałam? Że trener mnie zabije. Na szczęście tego nie zrobił. Jeśli chodzi o nadwagę, to zdarzyło mi się to może ze trzy razy, więc nie ma tragedii.

Kobiety w boksie, to jak chłop w balecie. Dobrze to nie wygląda” – powiedział ostatnio Kamil Szeremeta. Chcesz pozdrowić pana Kamila?

Powiem szczerze, trochę go rozumiem. Mnie też walki kobiet średnio się podobają, rzadko się nimi zachwycam. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób kręci nosem, gdy panie są w ringu i okładają się po buziach. Zdania są mocno podzielone. Wiadomo, że niektórzy powiedzą: baby do garów. Staram się nie wchodzić w tego typu dyskusje, bo to kwestia gustu. Gdybym dzisiaj miała jeszcze raz podjąć decyzję, czy chce się bawić w boks, to nie wiem, czy zdecydowałabym się na to.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s