Alfabet Andrzeja Kostyry, cz. 2. Ostatnia rozmowa z Pershingiem, panienka z Ugandy i promotorski numer stulecia

Posted: 22 października 2015 in Boks na świecie, Polski boks
Tagi: , , , , ,


KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

M – Michalczewski Dariusz. Darek podczas swojej kariery doskonale rozumiał pracę dziennikarzy i wiedział, że potrzebują ciekawych informacji. Kiedyś – pamiętam – miał wypadek na autostradzie w Berlinie. Chwilę po zdarzeniu, jeszcze z autostrady, dzwoni do mnie. „Andrzej, miałem stłuczkę swoim mercedesem, chcesz jakieś fotki z miejsca kolizji?” To była niedziela, szykowaliśmy właśnie gazetę na poniedziałek, a tu niespodziewanie wpadł nam taki temat. Darek wysłał zdjęcia, a my zrobiliśmy story pod tytułem: Wypadek Michalczewskiego na autostradzie w Niemczech. Życzyłbym każdemu dziennikarzowi, żeby mógł współpracować z takimi pięściarzami jak Tiger.

Darek zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, zawsze był chętny do rozmowy. Niektórzy mówią, że szybciej mówi niż myśli. Może coś w tym jest, ale wolę takich raptusów, niż dyplomatów, którzy nigdy nic ciekawego nie powiedzą. Miał swoje różne grzeszki. Były naciski, żeby pisać o tym, ale nie dałem się namówić. Zainteresowani wiedzą, o co chodzi. Kiedyś Darek szedł z Jankiem Dydakiem i zaczepił ich jakiś pijak. Porywczy Janek chciał mu od razu przypierd…, ale Tiger odwiódł go od tego. Uspokoił prowodyra, a po chwili sprzedał mu lufę na bebechy. Po czym powiedział do Janka: „Gdybyś przywalił mu w łeb, byłyby problemy, a tak dostał za swoje i nie ma śladów.” Cały Darek, jak go nie uwielbiać. Cieszę, że odniósł sukces w biznesie. Gdy mężczyźni mają po kilka żon, to zazwyczaj zostają biedakami, jak na przykład Holyfield. Darek jest wyjątkiem. Wykształcił synów, ma wspaniałą żonę i stać go także na pomaganie innym.

N – Newark. Najszczęśliwsze w Ameryce miasto dla polskiego boksu. Tam Tomek Adamek wygrał ze Stevem Cunninghamem i zdobył tytuł mistrza świata w kategorii junior ciężkiej. Niedawno Krzysiek Głowacki wygrał z Marco Huckiem. A kto teraz pamięta takiego boksera jak Antoni Zaleski, znany na zawodowych ringach jako Tony Zale? Amerykański Polak, który miał przydomek „Man of Steel” (Człowiek z Żelaza). Jeden z najwspanialszych czempionów wagi średniej w dziejach boksu. To właśnie w Newark (tyle że na Ruppert Stadium) stoczył w 1948 roku pojedynek o mistrzostwo świata z legendarnym Rockym Graziano i znokautował go w trzeciej rundzie. Historia kołem się toczy. Zale, Adamek, Głowacki… Który z polskich bokserów pójdzie w ich ślady i wywalczy w Newark kolejne mistrzostwo świata dla Polski?

O – Olszewski Lucjan. To niestety najbardziej zapomniana postać w polskim boksie i polskim dziennikarstwie. Człowiek o olbrzymiej, gigantycznej wiedzy. Był kapitanem sportowym PZB i redaktorem naczelnym „Boksu” a potem „Boksera”. Chodząca encyklopedia wiedzy o tej dyscypliny sportu. Gdy był naczelnym „Boksu” po legendarnym Aleksandrze Rekszy, za Biblię Boksu uważany był amerykański „The Ring”. Ale to bzdura, bo najlepszym pismem był „Boks” prowadzony przez Lucjana. Dzisiaj internet jest śmietnikiem, który trzeba dokładnie przeszukać, żeby znaleźć właściwe informacje. W tamtych czasach, jak ktoś kupował „Boks”, miał sto procent pewności, że tam nie ma żadnego błędu i znajdzie wszystko co trzeba o boksie. „Boks” był prenumerowany przez ludzi z całej Europy. Szkoda, że polski boks i dziennikarstwo nie wykorzystały potencjału  Lucjana Olszewskiego. Czasami wypijam z nim kawę i gadamy o starych, pięknych czasach.

P – Przemek Saleta. Zdobył mistrzostwo Europy, chociaż nikt w niego nie wierzył. Gdy wygrywał w 8. rundzie z Luanem Krasniqim nie było w Niemczech ani jednego polskiego dziennikarza. Byłem na ich rewanżowym pojedynku, który Przemek przegrał już w 1. rundzie, będąc trzy razy na deskach. Po tej walce ukazał się w „Super Expressie” wielki tytuł: „Saleta dupa, nie bokser”. Wymyślił go ówczesny redaktor naczelny. Jak wróciłem z Niemiec i to zobaczyłem, aż włosy stanęły mi dęba. Spytałem naczelnego, po co dał taki tytuł. W odpowiedzi usłyszałem: boksował jak dupa, czyli dupa nie bokser. Od razu zadzwoniłem do Przemka i przeprosiłem go za nie swoje grzechy. Jest facetem z klasą, więc przyjął przeprosiny. Do dzisiaj jesteśmy w dobrych kontaktach, bardzo go cenię.

Ostatnio dyskutowaliśmy, za pośrednictwem sms-ów, na temat jego udziału w kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Uważam, że popełnił błąd, angażując się w politykę. Tłumaczyłem mu, że politycy instrumentalnie traktują sportowców. Przemek dał się w to ciągnąć, a według mnie to było bez sensu. Więcej na tym stracił niż zyskał. Bardzo dobry analityk boksu. Mógłby robić karierę na kilku frontach, bo jest człowiekiem wielu talentów, ale nie ma chyba tylko talentu do biznesu. Nie zgadzam się z nim w jednym – Przemek jest za legalizacją dopingu, ja przeciwko.

P – Pershing. Domniemany przywódca gangsterów z Pruszkowa, a zarazem wielki kibic boksu. Byłem ostatnim dziennikarzem, który z nim rozmawiał. To było w Atlantic City. Siedzieliśmy sobie z Jurkiem Kulejem w pokoju w Trump Plaza, gdy popijaliśmy whiskey, przyszedł Ziggy Rozalski z Pershingiem. Zaproponowaliśmy z Jurkiem Pershingowi łyskacza, ale nie chciał alkoholu, zamówił wodę mineralną. Na początku rozmowa się nie kleiła, ale później Pershing się rozruszał i pogadaliśmy sobie trochę o walce Gołoty z Michaelem Grantem. Spytałem go, czy postawił jakąś kasę na wygraną Andrzeja. Powiedział, że w Las Vegas był dobry kurs na zwycięstwo Gołoty i postawił tam na Andrzeja 70 tysięcy dolarów.

Masa, najpopularniejszy świadek koronny w Polsce, twierdzi, że mafia i Pershing stawiali na Granta i dlatego Gołota poddał się w walce z Amerykaninem, mimo że wygraną miał w kieszeni. Czyja wersja jest prawdziwa? Chyba jednak Pershinga… Widziałem jak łamał i wyrzucał do kosza róże, które miał przygotowane dla Gołoty. Są też obrazki w telewizji, gdy widać Pershinga skaczącego z radości, gdy Grant lądował na deskach po ciosach Andrzeja. Teraz ma być w tej sprawie proces, mam w grudniu zeznawać jako świadek. Powiem co widziałem. Masa zapowiada, że wyciągnie wszystkich świadków i udowodni, że jego słowa są prawdziwe. Tych świadków to chyba będzie musiał wykopać spod ziemi…

Pamiętam, że wtedy w Trump Plaza, Pershing opowiadał mi, że miał kompleksy, bo był… łysy. Mówię do niego: „Panie Andrzeju, teraz można przecież zrobić sobie przeszczep włosów i po problemie”. A on: „Panie redaktorze, a wie pan, jaka to jest bolesna operacja?” Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, od razu przypomniała mi się ta rozmowa. Bał się przeszczepu włosów, a zginął od strzału w głowę. Ironia losu.

R – Rozalski Ziggy. Jako dzieciak wyjechał do Ameryki i tam zrobił karierę finansową. Dorobił się na prowadzeniu blacharni i lakierni, która obsługuje firmy ubezpieczeniowe. Mądrze poinwestował pieniądze, ma dom jak pałac. Pomógł zarówno Gołocie jak i Adamkowi w ich karierach. Bez niego trudno byłoby im odnieść sukcesy.

Ziggy zawsze ma przy sobie duże pieniądze. Nigdy nie widziałem go z portfelem, pieniądze nosi związane w gumki, setkami albo pięćdziesiątkami dolarów. W każdej chwili  jest przygotowany na wydawanie gotówki. Wykupił gym, który należał do Rocky’ego Marciano. Lubiłem Ziggyego i lubię, fajny facet. Z wyglądu to nie jest biznesmen, ale jest lepszym biznesmenem od setek pseudobiznesmenów ubranych w garnitury Armaniego. Pamiętam, że po jednej z walk zaproponował mi, żebym przewiózł od niego i Andrzeja Gołoty… 100 tysięcy dolarów i wręczył prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu na fundusz pomocy dla osób poszkodowanych w wielkiej powodzi, która nawiedziła południe Polski. Nie przewiozłem. Wiem, że potem Andrzej Gołota przekazał te 100 tysięcy dolarów prezydentowi Kwaśniewskiemu.

S – Skrzecz Paweł i Grzegorz. Jestem z nimi zaprzyjaźniony, to taka przyjaźń, o którą teraz trudno w relacjach dziennikarz – sportowiec. Oni byli młodymi bokserami, ja młodym dziennikarzem. Razem się bawiliśmy i świętowaliśmy. Dzisiaj dziennikarzy jest więcej niż bezdomnych psów, a wtedy liczących się było kilku i z tymi wielkimi sportowcami się przyjaźniliśmy. Obaj mieli wielkie serce do walki. Paweł powinien być mistrzem olimpijskim, ale nim nie został. Gdyby Andrzej Gołota miał serce do walki Pawła, to byłyby mistrzem świata, nie mam żadnych wątpliwości. Szkoda, że Paweł odszedł od boksu, bo nie stać nas na tracenie takich ludzi.

Teraz parę słów o Grześku. Podczas turnieju bokserskiego w Wenecji walczył ze Szwedem Brockiem i w tym pojedynku przyjął straszliwy cios, po którym przez półtorej rundy nie wiedział, co się działo wokół niego. Trener Michał Szczepan go jednak nie poddał i po walce trafił do szpitala, bo zapadł w śpiączkę. Na szczęście wyszedł z niej. PZB nie potrafił godnie go pożegnać, więc wziąłem to na swoje barki i zorganizowałem mecz z Gwiazdy Grzegorza Skrzecza kontra Hortex Ryki z mojego rodzinnego miasta. Drużyna, która przyjechała do Ryk to była prawdziwa plejada gwiazd. Selekcjonerem tego zespołu był Kazimierz Górski, grało wielu medalistów olimpijskich, mistrzów świata, gwiazd futbolu: Władek Komar, Tadzio Ślusarski, Andrzej Supron, Józek Łuszczek, Benek Blaut, Robert Gadocha, Antek Trzaskowski, Rysio Kulesza…. Pamiętam, że Grzesiek po meczu dostał szlafrok, kilka ręczników, szynkę, kilka kilogramów kiełbasy, baleron i pół litra wódki. Takie były czasy.

Ś – Średnicki Henryk. Gdyby trafił na zawodowstwo, na bank byłby mistrzem świata. Miał niesamowity ciąg na przeciwnika. Na mistrzostwach świata w Belgradzie w półfinale walczył z Rosjaninem Michajłowem i jak dopadł go przy linach, to lał przez półtorej minuty. Sędzia nie przerywał, bo cały czas była walka. Teraz jak ktoś wyprowadzi 4-5 ciosów, to mówi się, że bił serią. Serią to bił wtedy Heniek, który z wyprowadził z 50 ciosów. Miał notoryczne problemy z utrzymaniem wagi. Gdyby policzyć kilogramy, które zrzucał do kategorii muszej, to uzbierałoby się kilka ton. Był bardzo rozrywkowym człowiekiem i to go zgubiło. Lubił alkohol i dziewczyny. Miał fantazję w ringu, ale też poza nim. Przytoczę jedną historię.

Heniek pojechał kiedyś z reprezentacją Polski do Ugandy i tam wyrwał jakąś panienkę. Zapłacił jej w złotówkach, twierdząc, że to są… dolary Europy Wschodniej. Gdy panienka poszła wymienić te „dolary” na prawdziwe, zatrzymali ją, żądając wyjaśnień. Wtedy powiedziała, że pieniądze dostała od polskiego boksera i Średnicki mógł być w tarapatach, ale ówczesny prezes PZB Jacek Wasilewski, ojciec Andrzeja, interweniował i Heńkowi się upiekło.

T – Tyson Mike. Rozmawiałem z nim kilka razy i za każdym razem wrażenie robiły na mnie dwie rzeczy: pierwsza, że w ogóle nie miał szyi, druga, – jego głos. Mówił jakby go słowik dusił. Szkoda, że przepuścił pieniądze, które zarobił w ringu, ale jak się płaci 300 tysięcy dolarów rocznie na utrzymanie gołębi, to każdą fortunę można przepuścić. Teraz wyszedł na prostą. Ciekawy jestem czy zwróci 100 tysięcy za swojego angielskiego menedżera-cwaniaka, który organizował jego przyjazd do Polski i nie dotrzymał słowa. Kasą poszła, Tyson nie przyjechał. Tomasz Babiloński do dzisiaj nie odzyskał pieniędzy z tego tytułu. Ale podobno jest na dobrej drodze. „Bestia” to przykład pozytywnego wpływu więzienia na człowieka. Gdy Tyson siedział za domniemany gwałt na Desiree Washington czytał m.in… historię Polski, potem imponował wiedzą o naszym kraju.

U – Uli Wegner. To przedstawiciel starej niemieckiej szkoły trenerskiej, którą cechuje zamordyzm. Nie spoufalał się z zawodnikami, nigdy nie był dla nich kumplem. Do historii boksu przeszło to, w jaki sposób mobilizował Artura Abrahama w przerwie między rundami walki z Carlem Frochem. „Artur, jesteś tchórzem – mówił do swojego podopiecznego. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny trener w taki sposób mobilizował pięściarza.

Po innej walce (z Mirandą) Abraham  miał złamaną szczękę i wyglądał jak ofiara rozboju. Każdy inny trener w takiej sytuacji by go poddał, ale nie Uli Wegner. Niektórzy obrońcy praw człowieka chcieli, żeby za to zajęła się nim prokuratura, ale „Król Artur” był pierwszym, który wziął go w obronę. W Polsce też mieliśmy takiego trenera jak Wegner. Mam na myśli Antoniego Zygmunta, który też był zamordystą i na jego widok, wielu pięściarzom aż trzęsły się łydki.

W – Wasilewski Andrzej. To jest dyplomata tak wielkiej klasy, że jak idzie po schodach, to nie można odróżnić, czy wchodzi czy schodzi. Bez niego i Piotra Wernera, który wykonuje w tym duecie czarną robotę, nie byłoby polskiego zawodowego boksu. Wielkie uznanie za to, że zaangażowali się w polski zawodowy boks. Hejterzy zarzucają im, że prowadzą swoich zawodników ostrożnie jak babcia dzieci do przedszkola. Trochę w tym prawdy, ale liczą się ostateczne efekty… Proszę mi pokazać promotorów, który doprowadziłby takich pięściarzy jak Andrzej Wawrzyk i Paweł Kołodziej do walk o mistrzostwo świata. Są też tacy, którzy narzekają na poziom przeciwników, których na swoje gale sprowadzają panowie Wasilewski i Werner. Ostatnio w Newark na gali Ala Heymona Maciej Sulęcki walczył z bumem, którego organizatorzy pewnie wyciągnęli z dworca Nowym Jorku i dali ze sto dolarów za wyjście do ringu. Takich bumów na swoje gale Wasilewski i Werner nigdy nie sprowadzali. Te importowane z Węgier czy Czech puszki soku pomidorowego, które pojawiały się na ich galach przynajmniej padały po ciosach, a nie po świście powietrza, jak rywal Sulęckiego.

W – Włodarczyk Krzysztof. Lubię ludzi, którzy ciężką pracą dochodzą do sukcesów, a Krzysiek Włodarczyk jest takim człowiekiem. Zbyszek Raubo, jego pierwszy trener, twierdzi, że zdecydowanie większym talentem od Włodarczyka był Krzysztof Cieślak. Jednak Cieślak nic nie osiągnął, a Diablo był mistrzem świata. Do tego sukcesu doszedł ciężką pracą. Pamiętam jego walkę na mistrzostwach Polski w Płońsku, gdzie zlał go Wojciech Bartnik, zaprowadził go do bokserskiego przedszkola, wygrał 9:1. To jednak w tym przegranym pojedynku Andrzej Wasilewski dostrzegł jego talent. Szkoda, że w życiu osobistym Diablo się nie układa. Bardzo go lubię, ma serce na dłoni. Gdyby jeszcze był bardziej punktualny, umawia się na 14, a przyjeżdża godzinę później. Ale tu chyba już nikt go nie zmieni. Mam nadzieję, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i że odzyska pas mistrza świata. Chętnie zobaczyłbym jego walkę z Arturem Szpilką, na razie tylko obaj podgrzewają atmosferę. Ale wiem, że są przymiarki do tego pojedynku na Polsat Boxing Night. Ale chyba jeszcze nie w 2016, raczej w 2017. To byłby hit. Klasyczna walka nienawiści, nieudawanej, ale prawdziwej.

Z – Zbarski Krzysztof. Znajduje się w cieniu Andrzeja Wasilewskiego i spółki, ale też miał swoje promotorskie sukcesy. Doprowadził Alberta Sosnowskiego do mistrzostwa Europy a potem walki do mistrzostwo świata z Witalijem Kliczką, prowadził także karierę Grzesia Proksy. Kilka lat temu wykonał numer, których powinien się znaleźć w Księdze rekordów Guinnessa. Mieliśmy z Jurkiem Kulejem komentować jego galę w Irlandii, byliśmy już na miejscu, ale gala została odwołana, bo bokser z Ugandy, który miał wystąpić w walce wieczoru, zachorował na żółtaczkę. Robert Wichrowski (ówczesny szef sportu w TVN, która wtedy jeszcze zajmowała się sportem) zdenerwował się, zadzwonił do Zbarskiego z pretensjami, że przecież jest zarezerwowany czas w ramówce i ciężko jest w ostatniej chwili zmieniać plany. I gala się odbyła! Zbarski nie spał całą noc, obdzwonił pół Anglii, zmobilizował pięściarzy z tej odwołanej gali, wynajął studio filmowe, w którym kręcono wcześniej Bonda, załatwił ring, sędziów, spikera, przelot dla Jurka i dla mnie z Irlandii i dopiął swego. Na trybunach zasiadło z dziesięciu widzów, którzy robili za widownię. Cała impreza kosztowała go ładnych chyba z 30 tysięcy funtów, ale dotrzymał umowy z telewizją. Mistrzostwo świata.

KLIKNIJ I ZOBACZ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek

Reklamy
Komentarze
  1. […] Ł – Łakomiec Stanisław. Gdyby urodził się trochę później, byłby zawodowym mistrzem świata. Jeden z przykładów tego, że czasem lepiej urodzić się później. To był bokser, który miał wspaniałe warunki fizyczne i wielki talent, silny cios. Boksował na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Miał potężne uderzenie, długie łapy, twarde ręce. Cztery razy był mistrzem Polski seniorów, po trzy razy zdobywał srebro i brąz, od średniej do ciężkiej, cztery razy wygrywał turniej Stamma. Wygrywał m.in., z medalistą olimpijskim z Seulu Henrykiem Petrichem. Taki kielecki scyzoryk, bo zaczynał w Błękitnych Kielce. Urodził się w złym czasie, nie powiodło mu się jako trenerowi kadry amatorskiej Polski. Dzisiaj takich bokserów w średniej czy półciężkiej jak Łakomiec nie mamy. Gdybyśmy mieli, to mielibyśmy kolejnego mistrza świata zawodowców. KLIKNIJ I ZOBACZ DRUGĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s