Alfabet Andrzeja Kostyry, cz. 1. Sto baniek w plecy Gołoty, twardy łeb Dona Kinga i Gmitruk z giwerą

Posted: 22 października 2015 in Boks na świecie, Polski boks
Tagi: , , , , , ,

A – Adamek Tomasz. Wielki wojownik. Widać to było zwłaszcza w pierwszej walce z Paulem Briggsem, gdy walczył ze złamanym nosem. On przed walką nikomu o tym nie powiedział. W tym pojedynku zdobył pas WBC, którego… nie dostał po walce, bo gdzieś zaginął facet z federacji, który miał mu wręczyć ten pas. Po gali w United Center szliśmy z fotoreporterem Wojtkiem Kubikiem na postój taksówek. Po drodze spotkaliśmy Ziggy’ego Rozalskiego, który zaproponował nam podwózkę do hotelu. Wsiedliśmy do limuzyny, która miała z dziesięć metrów długości i zaczęliśmy rozmawiać o tej kuriozalnej sytuacji z zaginięciem pasa. Naszej rozmowie przysłuchiwał się facet, jakiś znajomy Ziggy’ego, który w pewnym momencie spytał po angielsku: O czym tak dyskutujecie? Wytłumaczyłem mu, że Adamek zdobył mistrzostwo świata, ale nie dostał pasa czampiona. Na co on pokiwał głową i stwierdził ze śmiechem: „Jak mój wujek rządził w Chicago, takie sytuacje były nie do pomyślenia, wtedy w mieście panował porządek… Potem Ziggy mi wyjaśnił, że to znany nowojorski adwokat Joseph Capone, bratanek słynnego gangstera Ala Capone. A zaginiony pas na szczęście później się znalazł i trafił w ręce „Górala”.

B – Bowe Riddick. Żałuję, że nie poleciałem na jego pierwszą walkę z Andrzejem Gołotą w Nowym Jorku. Za to byłem na ich rewanżowym pojedynku. Wspomnienia z tej ringowej wojny pozostaną mi do końca życia, bo to był najbardziej dramatyczny pojedynek, jaki w życiu widziałem. Tam po prostu unosiła się śmierć nad ringiem. Podczas robienia notatek w trakcie walki, tak drżały mi ręce, że później nie mogłem odczytać tego, co napisałem. Obok mnie siedział facet z „Daily Mail” i co chwilę łapał się za głowę i mówił: „Oh my God, what the fight, what a fight?!”.

To była straszna bijatyka. Ten pojedynek zmienił zarówno Gołotę jak i Bowe’a. Na konferencji prasowej po walce Gołocie ciekła ślina z ust, a on tego nie kontrolował, bo tak miał obitą twarz. Z kolei Amerykanin mówił tak niewyraźnie, że w ogóle go nie rozumiałem. W pewnym momencie spytałem tego gościa z „Daily Mail”, czy on coś rozumie, ale ten stwierdził, że tylko piąte przez dziesiąte. Riddick zamiast mówić, bełkotał, jakby wypił kilka flaszek wódki. To było pyrrusowe zwycięstwo Bowe’a, bo po tej walce skończył się jako bokser. Potem odbiło mu, zaciągnął się do komandosów, porwał żonę i dzieci. Teraz jest w wielkiej biedzie.

C – Champion: Krzysztof Głowacki. Skomentowałem setki pojedynków o mistrzostwo świata, dziesiątki z udziałem Polaków i powiem szczerze, że to była jedna z tych walk (Głowacki vs Huck – przyp.red.), która dała mi najwięcej radości. Tu nie chodzi tylko o skalę sensacji, bo wszyscy się zachwycają i mówią: walka roku, sensacja roku, runda roku. Według mnie Głowacki za jednym zamachem zdobył dwa tytuły mistrza świata, bo mistrzostwo zdobył zarówno jego duch jak i ciało. Jak padł na deski w 6. rundzie, to jego ciało mówiło: leż chłopie, nie wstawaj, ale duch wygrał z ciałem, bo Głowacki wstał i walczył dalej. Dlatego zasłużył na dwa mistrzowskiego pasy. Do niego idealnie pasuje określenie, że powstał jak Feniks z popiołów.

To jest bardzo porządny chłopak, wzór sportowca i człowieka. Dostał nagrodę za ciężką pracę. Za tę walkę zarobił 41 tysięcy dolarów. Po zdobyciu pasa WBO promotorzy zapowiedzieli, że dadzą mu samochód służbowy i podniosą pensję. Wcześniej Głowacki nie miał kokosów z boksu. Nie było go nawet stać, żeby wynająć w Warszawie porządne mieszkanie.  Wspaniały chłopak i ma super brata – policjanta z drogówki w Wałczu. Też miły gość. Chyba to u nich rodzinne.

D – Don King.  Największy bajerant w historii boksu i najtwardszy łeb. Gdy go kiedyś przebadano, okazało się, że w głowie miał resztki śrutu po tym jak do niego strzelano z 50 lat temu, gdy był młody. Wiele razy z nim rozmawiałem, zawsze był chętny do pogawędki, kilka razy zaskoczył mnie bogatym słownictwem, świadczącym o tym, że mimo braku wielkiego wykształcenia, jest inteligentnym człowiekiem. Był kreatorem mistrzów i najbardziej barwną postacią w środowisku promotorów. Nie byłem przy jego rozliczeniach z pięściarzami, ale wzorem uczciwości to on chyba nie był. Pamiętam, że na walkę Tomka Adamka z Urlichiem przyjechał do Niemiec mercedesem, który miał złote felgi i złotą rurę wydechową. Bajerant, ale z klasą.

Eminencja szara, czyli Marian Kmita. Śmieję się, że to jest facet, który urodził się ze złotą łyżeczką w ustach. Bo jak król Midas, czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Czasami mu z tej łyżeczki wypadnie diament i siatkarze przegrają ze Słowenią (i chyba z milion z reklam w plecy). Ale chwilę wcześniej piłkarze zakwalifikowali się na Euro we Francji, będą wielkie reklamowe żniwa i złota łyżeczka wzbogaci się o wielki brylant, będą miliony zarobku z reklam. Kupił mistrzostwa świata w siatkówce w Polsce – i było złoto. Potem wziął na klatę wściekłość kibiców za zakodowanie siatkarskich mistrzostw świata, chociaż – z tego co wiem – ta złość powinna być skierowana głównie na premiera Tuska. MŚ stały się ofiarą jego  politycznych gierek mających osłabić pozycję wicepremierem Schetyny.

Bez dwóch zdań Kmita  jest najpotężniejszą postacią w polskim boksie, bo to do niego ustawiają się kolejki promotorów, żeby ustalić, kto wystąpi na antenie Polsatu. Dzięki niemu (i oczywiście pieniądzom prezesa Solorza) sławę zdobyło wielu polskich pięściarzy z Krzysztofem Włodarczykiem i Arturem Szpilką na czele. Czasami łatwiej dodzwonić się do Billa Clintona niż do Mariana Kmity. Jest twardym negocjatorem, zawsze spokojny, opanowany, nigdy nie widziałem go poddenerwowanego. Promotorzy skarżą się, że za mało im płaci, że wyciska jak cytrynę. I chyba tak jest. Nie mogę ujawnić, ile Polsat zapłacił za galę w Newark, podczas której Głowacki zdobył pas WBO, ale mogę zapewnić, że z ceny początkowej Kmita zbił olbrzymią część. I na tym właśnie polega jego fenomen.

F – Feliks Stamm. Bez wątpienia, obok Kazimierza Górskiego, najwybitniejszy trener w historii polskiego sportu. To był człowiek, który miał wielki talent trenerski. Potrafił oszlifować każdego boksera, którego wziął pod swoje skrzydła. Działał jak komputer najnowszej generacji, bo wszystko miał w głowie. Felek Stamm wymyślał rzeczy nieprawdopodobne. Jurek Kulej opowiadał mi, że walczył kiedyś z jakimś dobrym Niemcem i nie mógł sobie z nim poradzić. Wtedy Stamm kazał mu… pozwolić się trafić w czoło, które jest bardziej odporne na ciosy niż szczęka. Przyjąć ten cios i natychmiast, zanim ręka Niemca wróci do szczęki, strzelić lewy sierpowy. Kulej postąpił zgodnie z tym misternym planem. Dał się trafić, potem oddał sierpowym, po którym Niemiec nakrył się nogami i było po wszystkim. Pamiętam też ten słynny finał IO w Tokio, w którym Jurek Kulej walczył z Jewgienijem Frołowem. Felo (mogę tak mówić o słynnym trenerze, bo kilka koniaczków z nim wypiłem) namówił Jurka, żeby rozpoczął walkę spokojnie i nie atakował rywala. W pierwszej rundzie nic się nie działo, w drugiej to samo, dopiero w trzeciej rundzie Jurek ruszył na rywala i zdobył medal olimpijski. To był kolejny przebłysk jego trenerskiego geniuszu.

F – Foreman George. Najbardziej barwny champion, z którym rozmawiałem. Po raz pierwszy podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, gdy komentował turniej bokserski dla NBC. Podszedłem do niego, przedstawiłem się i poprosiłem o wywiad. Był tylko jeden mały problem, musiałem załatwić sobie operatora. A w Barcelonie mieliśmy ich tylko dwóch. Na szczęście słynny Sylwek Greszczak, który wtedy rządził w TVP sprawami technicznymi, jak zwykle dokonał cudu, ściągnął operatora z zawodów hipicznych i rozmowa z Foremanem mogła dojść do skutku.

– George, pamiętasz Lucjana Trelę? – zapytałem na początku.
On spojrzał na mnie, widać było, że coś mu świta w głowie, ale nie był pewien i inteligentnie zaproponował: – Ty powiedz, bo wiesz lepiej.
– To jest facet, z którym walczyłeś na IO w Meksyku i prawie z nim przegrałeś.
George rozpromienił się, przypomniał sobie ten pamiętny pojedynek.- Tak, tak, pamiętam, był taki mały i gruby jak Tony Galente. Skakał do mojej szczęki, żeby jej dosięgnąć i bił, bił… Do dzisiaj czuję jego uderzenia – śmiał się.
Pytałem go, ile jeszcze chce walczyć, odpowiedział, że do pięćdziesiątki, że 50 lat to nie wyrok śmierci.

Potem zarobił 300 milionów dolarów na sprzedaży grilli ogrodowych. Więcej niż na walkach z Alim czy Frazierem. Geniusz i przemiły facet. Zawsze coś ciekawego powiedział.

G – Gołota Andrzej. Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce.. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i  nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

G – Gmitruk Andrzej. Postać książkowa. Nie ulega wątpliwości, że obecnie jest najwybitniejszym polskim trenerem. To jest facet, który ma niesamowite oko i potrafi zarazić entuzjazmem swoich pięściarzy. Wielki fachowiec, ale też wielki farciarz. Andrzej zawsze ma sto spraw na głowie. Jak ci obiecuje, że coś sprawdzi i oddzwoni, to masz sto procent pewności, że zapomni, bo będzie miał na głowie sto pierwszą sprawę do załatwienia czy omówienia. Mieszka teraz pod Warszawą, gdzie kręci się trochę typków spod ciemnej gwiazdy. Uwielbiam opowieści Andrzeja jak to sobie z nimi radzi. Kiedyś podjechali samochodem, zadzwonili do jego domu w nocy i chcieli papierosy. Andrzej, wyjaśnił im, że nie pali, ale ma chyba w domu jakieś. – Tylko pośpiesz się, stary ch… – stwierdził ten siedzący obok kierowcy. Gmitruk wkurzył się nie na to, że go popędzał, ale na tego „starego ch…” . Wziął z domu najmniejszą giwerę jaką miał (a ma ich kilka) i… strzelił typkowi w kolano. Więcej już go o papierowy nie prosili. Takich opowieści  Andrzeja można przytaczać  dziesiątki. Ostatnia jak chciał nastraszyć meneli, którzy zrobili sobie melinę w starej, opuszczonej cegielni. Strzelił z jakiejś rusznicy i komin się zawalił.

H – Holyfield Evander. Rozmawiałem z nim kilka razy. To jest facet, który nigdy nie odmówił mi wywiadu. Miał wielkie serce do walki. Zapamiętam go jako wielkiego wojownika. Nikt nie dawał mu szans w walce z Mikem Tysonem, a on wygrał i to w wielkim stylu, doprowadzając „Bestię” do szewskiej pasji. Żałuję, że nie byłem w tej jego słynnej rezydencji, a naprawdę niewiele brakowało, żebym tam się znalazł. Podczas igrzysk olimpijskich w Atlancie zaproponowałem Evanderowi, który mieszkał w pobliżu Atlanty, że chętnie zrobiłbym materiał z jego posiadłości. To była bardzo luksusowa rezydencja, bo miała jakieś sto pokoi, basen w kształcie rękawicy bokserskiej, ogólnie pełny przepych. Holyfield zgodził się, żebyśmy tam pojechali razem z Januszem Pinderą, ale kazał nam tylko uzgodnić termin ze swoim menedżerem. Niestety ten palant nie wyraził na to zgody. Żałujemy z Januszem do dzisiaj, bo to byłoby jedno z fajniejszych przeżyć w naszym zawodowym życiu, taka wisienka na torcie.

I – Izu Ugonoh. Śmieję się, że wszyscy polscy selekcjonerzy piłkarscy, z Frankiem Smudą na czele, powinni uczyć się od niego języka polskiego. Izu mówi wspaniale po polsku i pod tym względem jest wzorem do naśladowania. Niektórzy sprawozdawcy sportowi seplenią, nie wymawiają „ą”, „ę”, a  jego polszczyzna jest wzorowa. Ze 2-3 lata temu zaproponowałem mu, żeby komentował ze mną gale bokserskie. Wtedy się nie zdecydował, ale przed nim jest przyszłość w tym fachu. Kiedyś pewnie zostanie komentatorem, może zostanie też mistrzem świata w boksie, bo gołym okiem widać, że chłopak ma olbrzymi talent.

J – Jackiewicz Rafał. Wokół boksu zawsze kręcili się różni ludzie – od ministrantów po gangsterów. Rafał jest klasycznym przykładem łobuza, który wyszedł na porządnego człowieka. Wielu jego kumpli z młodości do dziś gnije w kryminale, a on poukładał sobie życie. Boks wyprowadził go na dobrą drogę. Rafał to wyjątkowo barwna postać, potrafi wspaniale gadać i nakręcać atmosferę przed walką. Powinien dostać tytuł profesora śmieciowego gadania. Jak się nakręci, to nie da się go zatrzymać. Szkoda, że nie zdobył mistrzostwa świata. Choć jest mistrzem świata w… obżarstwie. Jeśli udałoby się podliczyć, ile on w trakcie kariery zrzucił kilogramów, to pewnie uzbierałaby się  z tona. A to wszystko przez słabość do słodyczy. Ma tez słabość do samochodów, miał ich chyba z pięćdziesiąt. Fajny gość, lubię słuchać jego bajerów.

K – Kulej Jerzy. Skomentowaliśmy razem ponad pięć tysięcy walk. Brakuje mi Jurka zarówno jako komentatora jak i kumpla. To był facet, który przygotowywał najlepsze węgorze na świecie. Jurka węgorze były rarytasem, nie kupi się takich w żadnym sklepie. Gdyby zdecydował się handlować nimi, to mógłby eksportować je na cały świat i zbić na tym fortunę.

Pewnie do dzisiaj wspominają go w Atlantic City. Pojechaliśmy tam na którąś z walk Andrzeja Gołoty. To była jesień, zimno jak cholera, ludzie chodzili w kożuchach. A Jurek się rozebrał, poprosił żebym potrzymał jego ubrania, potem wskoczył do lodowatej wody i sobie popływał. Przechodnie wytrzeszczyli oczy, myśleli, że to jakiś samobójca. A to Jurek zamykał sezon. Miał taki zwyczaj, że na swoich Mazurach zawsze późną jesienią ostatni raz pływał w jeziorze i w ten sposób zamykał letni sezon. – Nie wiem, kiedy pojadą na Mazury – wyjaśnił.

Jurek był alkoholikiem, podkreślał, że jak ktoś był alkoholikiem to pozostaje nim do końca życia, nawet jak nie pije, musi się mieć na baczności. Jednak nigdy nie było sytuacji, by komentował jakąś galę na gazie. Był tylko jeden przypadek, gdy trochę popił. To było w Las Vegas, gdy polecieliśmy na jedną z walk Gołoty. Kulej spotkał tam jakiegoś gościa ze Stalowej Woli, który w młodości go podziwiał i bardzo chciał zjeść z nim kolację. Kolacja się przeciągnęła i Jurek zabalował trochę dłużej. Wstałem rano, były ze dwie godziny do odlotu, a Jurka nie było w hotelu. Zbierałem się już do wyjścia na lotnisko, a tu w ostatniej chwili wpada Jurek. Zdążył w ostatniej chwili.

Jurek za życia nie manifestował religijności, ale przed śmiercią pogodził się z Bogiem. Mam nadzieję, że w niebie gadają sobie o boksie z Felem Stammem i Kaziem Paździorem.

K – Kosedowski Krzysztof. To mnie przypisuje się powiedzenie, że „bokserzy walczą o paski od spodni”, ale jako pierwszy użył tego zwrotu właśnie Krzysio Kosedowki. Komentowaliśmy jakąś galę w Anglii i Krzysio tak ocenił podrzędny pas, o który walczyli kiepscy bokserzy. Zresztą on nigdy nie owija w bawełnę, ma najbardziej cięty język ze wszystkich polskich komentatorów.

Pewnie do dziś wspominają go wszystkie recepcjonistki w Hiltonie w Maidstone i tamtejsza straż pożarna. Byliśmy tam we czwórkę: Jurek Kulej, Edek Durda, Krzysio Kosedowski i ja. To było w przeddzień gali, którą mieliśmy komentować i pod węgorza od Jurka wypiliśmy pół litra żubrówki z sokiem jabłkowym i każdy z nas udał się do swojego pokoju. Po powrocie położyłem się na łóżku i oglądałem jakiś film z Robertem De Niro, w którym mścił się on na ludziach, którzy wsadzili go do więzienia.

Właśnie leciała scena, w której De Niro przyjechał do hotelu, żeby zabić ostatniego kapusia. Gaśnicą wyłączył alarm, wszedł do pokoju i zastrzelił donosiciela.  Zaraz potem zawyły syreny, pojawiła się policja. Nagle w moim w pokoju wyłączyły się telewizor i światło, ktoś walił w drzwi i krzyczał:” wychodzić, wychodzić… Nie wiedziałem czy to film czy rzeczywistość.

Wyszedłem z pokoju, na korytarzu dziesiątki uciekających ludzi, dołączyłem do nich, wybiegliśmy na zewnątrz… Okazało się potem, że włączył się system alarmowy, bo Krzysio chciał wysuszyć majtki i za długo leżały na kaloryferze. Pojawił się jakiś delikatny dym, a że czujniki przeciwpożarowe były ustawione na maksa, to włączył się alarm. Ewakuowali cały hotel z powodu majtek Krzysia. Później żartowaliśmy z niego, że nie wypłaci się do końca życia za tę ewakuację. Jednak żadnych kosztów nie poniósł, chociaż do recepcji szedł z duszą na ramieniu.

L – Lennox Lewis. Niezbyt dobrze wspominają go Polacy, bo zakończył wspaniały sen Andrzeja Gołoty i całej Polski. Długo był lekceważony w USA, bo był z Europy, ale w końcu został doceniony jak rozbił Tysona w 2002 roku w ósmej rundzie. Żałuję, że jego walka z Witalijem Kliczką nie odbyła się na całym dystansie. Różnie to się mogło skończyć, ale teraz możemy sobie tylko gdybać. Do jego rewanżu z Ukraińcem nie doszło, bo podobno mama nie dała Lennoxowi na to zgody. Obserwuje go teraz na Twitterze i muszę przyznać, że świetnie tam sobie radzi. Niektórzy bokserzy piszą teksty skierowane do najbardziej prymitywnej klienteli. Lewisa wyróżniają mądre wpisy. Zacytuję dwa, które sobie spisałem: „Ile byś złych decyzji nie podjął, zawsze możesz rzeczy zmienić, podejmując dobre decyzje” lub „Jest tylko jedna możliwość, aby uniknąć krytyki, nic nie robić, nic nie mówić, być nikim”.

Ł – Łakomiec Stanisław. Gdyby urodził się trochę później, byłby zawodowym mistrzem świata. Jeden z przykładów tego, że czasem lepiej urodzić się później. To był bokser, który miał wspaniałe warunki fizyczne i wielki talent, silny cios. Boksował na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Miał potężne uderzenie, długie łapy, twarde ręce. Cztery razy był mistrzem Polski seniorów, po trzy razy zdobywał srebro i brąz, od średniej do ciężkiej, cztery razy wygrywał turniej Stamma. Wygrywał m.in., z medalistą olimpijskim z Seulu Henrykiem Petrichem. Taki kielecki scyzoryk, bo zaczynał w Błękitnych Kielce. Urodził się w złym czasie, nie powiodło mu się jako trenerowi kadry amatorskiej Polski. Dzisiaj takich bokserów w średniej czy półciężkiej jak Łakomiec nie mamy. Gdybyśmy mieli, to mielibyśmy kolejnego mistrza świata zawodowców.

KLIKNIJ I ZOBACZ DRUGĄ CZĘŚĆ ALFABETU ANDRZEJA KOSTYRY

Spisał: Krzysztof Smajek

Reklamy
Komentarze
  1. […] Alfabet Andrzeja Kostyry, cz. 1. Sto baniek w plecy Gołoty, twardy łeb Dona Kinga i Gmitruk z&nbsp… […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s