Sulęcki przed galą w Chicago: nie mam waty w rękawicach

Posted: 22 kwietnia 2015 in Wywiady
Tagi: , , ,

Darryl Cunningham to odpowiedni rywal dla ciebie na pierwszą walkę w USA?

Skoro promotorzy wybrali mi takiego przeciwnika, to wydaje mi się, że tak. To doświadczony zawodnik, który wygrał 30 walk, boksował z takimi rywalami jak Andy Lee czy Andre Dirrell. Cieszę się, że taki pięściarz jak Cunningham przetestuje mnie na amerykańskim ringu.

Jak to się stało, że trafiłeś do grupy Andrzeja Wasilewskiego?

To wyszło z inicjatywy Andrzeja Gmitruka, który zaproponował spotkanie z Andrzejem Wasilewskim w sprawie współpracy. Rozmowy mojego menedżera Tomka Turkowskiego z panem Wasilewskim przebiegały w fajnej atmosferze, dogadaliśmy się, a potem uznaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie związanie się Leonem Margulesem i Alem Haymonem.

Podpisanie kontraktu z Alem Haymonem to duży skok finansowy?

Na pewno jest to duży skok sportowy, ponieważ mam szansę dostawać bardzo szybko klasowe walki, a co za tym idzie, coraz większe pieniądze. Jest jednak jeden warunek – muszę wygrywać.

Teraz będziesz walczył wyłącznie w USA?

W tym momencie interesują mnie walki w Stanach Zjednoczonych, bo chcę podbijać rynek amerykański. Jednak mogę boksować także w Polsce, ale pod warunkiem, że będę miał tutaj dobrych rywali. Na przykład, chciałbym walczyć na galach Polsat Boxing Night, bo mają one ogromny prestiż.

Przed pojedynkiem z Nicolasem Dionem mówiłeś, że jeszcze 2-3 walki i możesz walczyć z Arturem Abrahamem. Czyli po Cunninghamie nadejdzie czas na Abrahama?

Trochę się to pozmieniało, bo po pierwsze, Abraham jest w kategorii superśredniej, a ja będę występował w średniej. Po drugie, on boksuje w Europie, a ja chce walczyć w USA. Nie zmienia to jednak faktu, że nie czuję się od niego gorszy, myślę nawet, że jego styl mógłby mi pasować. Jest do ogrania. Abraham jest dobry na rynku europejskim, ale w USA wielkiej kariery by nie zrobił.

Co było przełomowym momentem w twojej karierze?

Na pewno wygrana z Grześkiem Proksą była trampoliną i przełomowym momentem. Wcześniej może nie stałem w miejscu, ale szedłem małymi kroczkami do przodu, wygrana z Proksą zrobiłem ciut większy krok.

Wprawdzie Grzegorz Proksa zawiesił karierę, ale gdyby wrócił i powiedział: chcę rewanżu z Sulęckim. Co byś zrobił?

Nie zastanawiałem się nad tym. Dzisiaj ta walka nie miałaby sensu, ale nigdy nie mów nigdy. Jednak nie zaprzątam sobie głowy rewanżem z Proksą, bo mam inne plany.

Co by było gdybyś przegrał z Proksą na gali Polsat Boxing Night?

W ogóle nie zakładałem takiego scenariusza. Od początku wiedziałem, że wygram z nim, bo czułem, że jestem lepszy.

Gaża za walkę z Proksą to była twoja największa wypłata w karierze?

Zdecydowanie tak. Byłem zadowolony ze swojej gaży, ale czułem, że mogłem zarobić na tym pojedynku jeszcze więcej, ale dla mnie najważniejsze były wartości sportowe. Żeby zarabiać fajne pieniądze, najpierw trzeba udowodnić swoją wartość na ringu. W pojedynku z Grześkiem udowodniłem ją i teraz będę zbierał profity.  Za walkę z Cunninghamem zarobię dużo więcej niż za pojedynek z Proksą.

Kiedyś panowała opinia, że Maciej Sulęcki ma watę w rękawicach. Walka z Proksą pokazała co innego. Jak to jest z twoją siłą ciosu?

Nie przejmuje się takimi opiniami, bo wiem, co drzemie w moich rękach. Śmieję się, gdy ktoś twierdzi, że mam watę rękawicach. Jest wielu zawodników, którzy mają mocny cios, ale nie nokautują. Potrzebuję dużych wyzwań, żeby wyzwolić wszystkie swoje rezerwy. Jeśli wiem, że walczę o pietruszkę, to wtedy nie pokazuję pełni możliwości. W walce z Proksą wiedziałem, o co toczy się gra, byłem przygotowany i zmobilizowany na sto procent i ten cios wszedł sam.

Kilka tygodni temu pojawił się temat twojej walki w Japonii. Dlaczego ostatecznie nie walczyłeś w Kraju Kwitnącej Wiśni?

Walkę w Japonii załatwiał mi Tomek Turkowski i można powiedzieć, że wszystko było prawie zaklepane, padły nawet wstępne terminy. Moim rywalem miał być Akio Shibata, który jest ode mnie wyżej w rankingach, miał jakiś pasek, więc dzięki wygranej z nim mogłem wskoczyć do rankingów. Japończyk był spokojnie do pokonania. Jednak ten pomysł upadł, bo podpisałem kontrakt z Andrzejem Wasilewskim i Leonem Margulesem i zrezygnowaliśmy z tej walki. Nie żałuję, bo na pewno lepiej na tym wyszedłem. Teraz jest inny pomysł na moją karierę.

Jak dzisiaj wyglądają twoje relacje z trenerem Andrzejem Gmitrukiem?

Nasze relacje są bardzo dobre. Z trenerem Gmitrukiem mamy podobne charaktery – jesteśmy wybuchowi i nieraz się sprzeczaliśmy i wkurzaliśmy na siebie, ale po chwili wszystko wracało do normy i podobnie jest teraz. Jesteśmy w stałym kontakcie, trener podpowiada nam, co mamy robić. Nawet pomagał ustalić taktykę na walkę z Cunninghamem.

Czyli trener Gmitruk pociąga za wszystkie sznurki z tylnego siedzenia?

Może nie za wszystkie, ale miał dużo do powiedzenia w moich przygotowaniach do walki w Chicago. Andrzej Gmitruk robi to w ramach koleżeńskiej przysługi.

Ale jeszcze niedawno wasze relacje były napięte jak struna. Na swoim fan page’u pisałeś gorzkie słowa po adresem trenera.

Tak to wytłumaczę: jestem jeszcze młody i głupi. Po prostu w pewnym momencie poczułem, że trener myśli, że coś robiłem za jego plecami, a to nie było prawdą i dostałem gorączki. Zamiast pomyśleć dwa razy, wrzuciłem post i później tego żałowałem. Było trochę złej krwi między nami, ale teraz jest wszystko w porządku. Trenerowi Gmitrukowi zawdzięczam bardzo dużo. Dzięki niemu jestem tu, gdzie jestem.

Jest szansa, żeby trener Gmitruk wrócił do twojego narożnika?

Raczej nie ma, ale jestem przekonany, że Andrzej Gmitruk mógłby mnie doprowadzić do tytułu mistrza świata. Przecież pod jego wodzą z walki na walkę robiłem progres.

To wyjaśnijmy – trener Gmitruk wyrzucił cię wtedy z sali czy wyprosił? Bo różne były wersje.

Powiedzmy, że wyprosił i na tym zakończmy ten temat, bo nie ma sensu rozdrapywać ran.

Paweł Kłak jest twoim kumplem?

Jest moim kumplem prywatnie, ale na sali treningowej jest moim trenerem i szefem.

Z kumplem można chodzić na piwo, ale trenować chyba jest ciężko?

Do kumpla też możesz czuć respekt. Jak byłem na sparingach u Mikkela Kesslera, to widziałem, że prywatnie miał on luźne relacje ze swoim trenerem, a na treningach nie było zmiłuj. W naszym przypadku jest podobnie. Z trenerem Kłakiem nie pójdę do knajpy, bo go szanuje i byłoby mi głupio pić przy nim piwo. Jakiś dystans musi być zachowany, ale uważam, że nasz układ jest rewelacyjny.

Czyli trener Kłak nie jest opcją tymczasową?

Jeśli będę boksował w USA, to będę musiał przenieść się za ocean i trudno powiedzieć, jak wtedy będzie wyglądała współpraca z Pawłem.

Po rozstaniu z Andrzejem Gmitrukiem była brana pod uwagę twoja współpraca z Fiodorem Łapinem?

Nie było w ogóle tego tematu. Fiodor Łapin jest doskonałym trenerem, ale mi by nie odpowiadał, bo to nie jest mój styl. Pod jego okiem moja kariera mogłaby się zastopować.

Kiedyś interesowała się tobą grupa Sauerland, ale nie podpisałeś z nimi umowy. Dlaczego?

Gdy byłem na sparingach u Kesslera, to mówił mi on, że jestem już w rodzinie Sauerlanda, tylko wystarczy podpisać papiery. Czemu tak się nie stało? Nie wiem. Z szefami Sauerlanda nigdy osobiście nie rozmawiałem. Temat upadł, ale jestem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie będę boksował w Niemczech czy Danii tylko w USA i to jest dla mnie niebo a ziemia.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

Za pięć lat? Będę miał wtedy trzy dychy na karku… Chcę być wtedy już na samym szczycie.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s