saleta_foto
Fot. http://www.maciejgillert.pl

Po kilku ostatnich pojedynkach wydaje się, że polska waga ciężka istnieje tylko na papierze. Patrzysz w lewo: na deskach leży Artur Szpilka, patrzysz w prawo: znokautowany zostaje Krzysztof Zimnoch. Znów patrzysz w lewo: widzisz poturbowanego Izu Ugonoha. Źle to wygląda. Przemek Saleta bez cienia wątpliwości mówi w rozmowie z Po Gongu, że sytuacja jest fatalna.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Czemu się zaśmiałeś, gdy powiedziałem, że chcę porozmawiać o polskiej wadze ciężkiej?

Bo tak naprawdę nie ma teraz, o czym rozmawiać. Gdybyś poruszył ten temat rok temu, nastrój do rozmowy był zupełnie inny.

W jakim stanie jest dzisiaj polska waga ciężka?

W fatalnym, bo jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Adam Kownacki. Ci, którzy uważali, że są najlepsi, czyli Artur Szpilka i Krzysztof Zimnoch, zostali rozjechani w ostatnich walkach i nie wiadomo, czy będą w stanie się odbudować. Mariusz Wach, mówiąc żartem, nie wiem, czy jeszcze żyje. Izu Ugonoh też jest po przegranej, jego kariera znalazła się w fazie zawieszenia. Generalnie problem z polskim pięściarzami jest taki, że żaden nie ma swojego stylu. Swój styl miał Szpilka, ale moim zdaniem przegrał z własnym ego. Po porażce z Wilderem powinien stoczyć 1-2 łatwe, mało płatne walki, żeby się odbudować, ale on szukał kasy i uważał, że jest gotowy na duże pojedynki. Nie ocenił realnie swoich możliwości. Było widać, że nokaut z rąk Wildera został w jego głowie. Artur jest bardzo charakternym zawodnikiem, gdy lądował na deskach w walkach z Mollo, to wstawał i wygrywał przez nokaut. A w pojedynku z Kownackim wydaje mi się, że dopadło go przerażenie.

W jaki sposób powinna być poprowadzona kariera Szpilki, żeby go przywrócić na właściwie tory?

Przede wszystkim spokojnie i bez szaleństw. Artur potrzebuje kilku pojedynków, żeby się odbudować i zdobyć pewność siebie. Być może walka z Krzysztofem Zimnochem byłaby teraz w jego zasięgu i do wygrania. Na pewno za taki pojedynek więcej by mu wpadło do kieszeni niż za zwykłą konfrontację na przetarcie.

Trwają przymiarki, żeby do tej walki doszło w grudniu. Starcie Szpilki z Zimnochem ma sens?

Ze sportowego punktu widzenia ich walka nigdy nie miała sensu. Oni byli zupełnie inaczej prowadzeni. Wcześniej ten pojedynek opłacał się tylko Zimnochowi, bo po wygranej z Arturem mógł zaistnieć w rankingach. Szpilka miał do załatwienia tylko osobiste sprawy, przy okazji mógł zarobić kasę. Teraz ich konfrontacja budzi emocje, bo opiera się na konflikcie, który ciągnie się od kilku lat.

Ta walka może sprzedać PPV w ilościach hurtowych i być biznesowym strzałem w dziesiątkę?

Wydaje mi się, że nie. W tym momencie ciężko mi sobie wyobrazić walkę w polskim boksie, która by się dobrze sprzedała w PPV. Obojętnie, w jakiej kategorii wagowej.

Czy przegrany pojedynku Zimnoch vs Szpilka będzie musiał zmienić branżę?

Nie wiem, ale musiałby na pewno skorygować swoje aspiracje. Jest wielu pięściarzy, którzy jeżdżą po świecie i zarabiają pieniądze w ringu. Nie mają ambitnych celów sportowych, ale żyją z boksu. Im lepszy rekord, tym więcej zarabiają. Tylko nie wiem, czy któregoś z nich to by interesowało.

Federacja KSW delikatnie romansuje z Arturem Szpilką. Widziałbyś go w oktagonie?

To zależy od tego, z kim by walczył. Ja pierwszy pojedynek wziąłem z gościem, który był zapaśnikiem. Miał ponad 20 stoczonych walk w MMA. To był bez sensu pomysł, ale taką dostałem propozycję i ją przyjąłem. Jeśli w przypadku Artura w grę wchodziłaby walka ze stójkowiczem o podobnym doświadczeniu, to może miałoby to rację bytu. Na pewno z komercyjnego punktu widzenia ma to sens. „Szpila” budzi emocje, sprzedaje walki, ale moim zdaniem ma coś jeszcze do udowodnienia, choćby sobie, w boksie. Większą kasę też może zarobić w ringu niż oktagonie. Oczywiście, jeśli wróci na odpowiedni poziom. Artur ma talent, żyje boksem, jest bardzo pracowity. Ma oczywiście też wady, ale dałbym mu kredyt zaufania. Niech jeszcze boksuje.

Krzysztof Zimnoch jest przeciętnym pięściarzem, czy walka z Abellem mu po prostu nie wyszła?

Krzysiek jest przeciętny we wszystkim, nie ma choćby jednej rzeczy, która byłaby bardzo dobra. Są pięściarze, którzy są słabi albo przeciętni w wielu elementach, ale mają coś ekstra: błysk, timing, mocne uderzenie, kondycję. Jakiś element, z którego korzystają w trudnych momentach. Z Zimnochem problem jest taki, że ma poprawną technikę, kondycję i szybkość, przeciętne warunki fizyczne i uderzenie, ale nie ma niczego wybitnego. Ja przynajmniej nie dostrzegam.

Chyba możemy powiedzieć, że jest odporny na ciosy. Od Abella sporo przyjął.

Na stojąco oglądałem walkę parę metrów od ringu i powiem szczerze, że przerażający był odgłos rękawicy Abella, która uderzała w głowę Zimnocha. Krzysiek stał, nie chwiał się po zainkasowaniu wielu mocnych ciosów, ale nie możemy od razu mówić, że ma szczękę z betonu. Jest jakiś limit ciosów, które można zebrać na głowę. W jednej walce przyjmujesz dużo, w drugiej nie masz już takiej odporności na ciosy. Pojedynek w Radomiu kosztował Zimnocha sporo zdrowia, w końcu skończył go na deskach po bardzo ciężkim nokaucie.

Joey Abell to średniak, niektórzy mówią o nim: ekskluzywny journeyman. Czy któryś z polskich „ciężkich” mógłby go pokonać?

Wydaje mi się, że „Szpila” z walki z Wilderem dałby sobie z nim radę. Dzisiaj chyba tylko Wach… Mariusz jest dużym znakiem zapytania, ale przy swoich warunkach fizycznych mógłby wygrać z Abellem. Wydaje mi się, że byłaby to dobra walka, bo Mariusz mógł i może przyjąć. Tylko mam wątpliwości, czy pomiędzy pojedynkami dba o formę.

Powiedziałeś na początku rozmowy, że jedynym pięściarzem z jakimiś perspektywami jest Kownacki. Adam może być poważnym graczem w wadze ciężkiej?

Obecnie w wadze ciężkiej jest wielu wielkich chłopów, a wydaje mi się, że Kownacki z dwumetrowcami będzie miał problem.

Czyli nie wyjdzie z zaplecza czołówki królewskiej dywizji?

Nie chciałbym tak mówić, bo Adam jest niepokonany, wygrał walkę ze Szpilką, w której prawie nikt na niego nie stawiał. Trzeba oceniać go z tego punktu widzenia. Ma trudny styl boksowania. Zadaje dużo ciosów, ma ciężkie ręce, cały czas idzie do przodu, może przyjąć. Dla rywali jest to frustrujące. Z Adamem nie można się bić. Trzeba boksować, schodzić z linii, ale tak, żeby mieć go cały czas w zasięgu. Wydaje mi się, że jeszcze jedna-dwie walki i Kownacki może dostać pojedynek o tytuł. Zależy, z kim będzie walczył jesienią. Teraz, gdy jest kilku mistrzów świata, łatwiej otrzymać pojedynek o pas.

Boxing.pl podał informację, potwierdził ją Mateusz Borek, że było blisko walki Tomasza Adamka z Dereckiem Chisorą. „Górala” stać jeszcze na pojedynki z takimi rywalami? 

Jestem ostatnią osobą, która odradzałaby komuś boksowania. Jeśli Tomek czuje się na siłach, żeby walczyć z takimi przeciwnikami, to nic mi do tego. Chisory jednak nie przeceniajmy. Też jest po przejściach, ma za sobą sporo trudnych walk. Nie jest wielkim ciężkim, czasami bywa nieprzygotowany do pojedynków. Konfrontacja z Whyte’em kosztowała go sporo zdrowia.

Adamek może jeszcze namieszać?

Namieszać nie, ale może jeszcze zarobić pieniądze w ringu.

Wierzysz Albertowi Sosnowskiemu, że zakończy karierę. Po porażce z Łukaszem Różańskim mówił, że to była prawdopodobnie jego ostatnia walka.

Słowo „prawdopodobnie” trochę mnie przeraziło. Szczerze mówiąc, nie pozwoliłbym mu walczyć już teraz. Znam Alberta, znam też Różańskiego i wiedziałem, że taki będzie scenariusz ich konfrontacji. Albert nie powinien już boksować, bo to może źle się skończyć dla jego zdrowia. Podam przykład Johna Braya, mojego znajomego, z którym przesparowaliśmy setki rund. Był bardzo odporny na ciosy, kipiał z tego powodu z dumy. Stoczył niewiele walk, bo karierę bokserską zakończył z bilansem 15-3. Sparował jednak ze wszystkimi pięściarzami z czołówki wagi ciężkiej, między innymi z Mikiem Tysonem. Chłopak jest ode mnie dwa lata młodszy. Rok temu zdiagnozowali u niego Alzheimera, encefalopatię bokserską, urazy mózgu, brak pamięci krótkiej. Za wszystko się płaci, niekoniecznie od razu. Pewne rzeczy mogą wyjść po 10 latach. Dla Alberta ten przykład powinien być przestrogą. Poza tym John lubił się zabawić, wypić, a alkohol i boks nie idą w parze. Dzisiaj płaci za to straszną cenę.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

Reklamy

zimnoch_foto

Krzysztof Zimnoch po ostatnich wygranych uwierzył, że jest najlepszym pięściarzem wagi ciężkiej w Polsce. Mówi o tym głośno i dosadnie, chyba wierzy w swoje słowa. Pewnie Tomasz Adamek, Izu Ugonoh, Adam Kownacki i inni mają na ten temat odmienne zdanie. Żeby rozstrzygnąć tę kwestię, trzeba byłoby zorganizować turniej. W tym momencie nie ma w ogóle takiego tematu, więc niech każdy pozostanie przy swojej opinii. Niech Krzysiek czuje się najlepszy. Z jego samooceną trudno się jednak zgodzić…

Dzisiaj o Zimnochu możemy powiedzieć, że jest solidnym rzemieślnikiem. W lutym 2016 roku wydawało się, że jego kariera nie ma sensu. Przegrał z Mike’em Mollo i znalazł się w poważnych tarapatach. Niektórzy zaczęli wypisywać mu bokserski nekrolog, ale Tomasz Babiloński nie postawił na nim krzyżyka. Dał mu drugą szansę, Zimnoch ją wykorzystał. Wykorzystał w tym sensie, bo pokazał, że porażka z pięściarzem z trzeciej ligi była wypadkiem przy pracy.

Z Krzysztofem Zimnochem jest pewien problem. Ma już 34 lata, a nie pływał jeszcze na głębokiej wodzie. Wybił kilku rywali z bokserskiego sanatorium (Olivier McCall 48 lat, Michael Grant 45 lat, Marcin Rekowski 38 lat, Artur Bińkowski 38 lat – wszyscy po przejściach) i to by było na tyle. W przeszłości wśród jego potencjalnych przeciwników padały nazwiska Powietkina, Haye’a (w tym przypadku na przeszkodzie stanęła porażka z Mollo), Whyte’a, ale do tych pojedynków nie doszło. Ostatnio Zimnoch miał opcję występu na organizowanej przez Mateusza Borka gali Polsat Boxing Night, ale nie był zainteresowany pojedynkiem z Adamem Kownackim.

W sobotę stoczy walkę, która wyznaczy kierunek jego dalszej kariery. Joey Abell nie jest pięściarzem z czołówki wagi ciężkiej, ale z sanatorium też nie uciekł. Amerykanin jest zaprawiony w bojach, w lewej ręce trzyma odbezpieczony granat, przyjmował ciosy od Tysona Fury’ego, Kubrata Pulewa i Chrisa Arreoli. Do walki z Zimnochem wyjdzie bez respektu, nie pęknie przed nim.

Poza tym Abell też chce pozostać w tym biznesie, dlatego Krzysiek musi uważać, bo jego szczęka może być wystawiona na ciężką próbę. Jeśli wygra, pójdzie dalej. Banał, ale tak w boksie jest. Tomasz Babiloński nie chce mówić, jakie furtki mogą otworzyć się przed jego pięściarzem po ewentualnej wygranej w Radomiu. Może i lepiej, po co zapeszać. Propozycje na pewno się pojawią.

Zimnoch wierzy też w to, że zostanie mistrzem świata. Nie śmiejcie się z tego, przecież wszystko zaczyna się od marzeń. Żeby je zrealizować, musi pokonać pierwszą poważną przeszkodę w swojej karierze. I to bez wydawania reszty. W sobotę w Radomiu w pojedynku wieczoru mogą być niezłe turbulencje.

 

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Lewy prosty Diablo.

Jestem przekonany, że Krzysztof Włodarczyk jest właścicielem najsilniejszego lewego prostego w Europie i to być może bez podziału na kategorie wagowe. Diablo wiele razy tym ciosem nokautował rywali. To nie jest tak, że tylko Walery Brudow padł po jego lewych prostych. Nawet Drozd mówił, że był zamroczony po ciosach z lewej ręki Krzyśka. Gdyby Włodarczyk miał tak aktywny lewy jak Darek Michalczewski, zunifikowałby wszystkie tytuły. Pewnie śmiejecie się teraz pod nosem. Niepotrzebnie, wiem, co mówię. Niestety, jakaś blokada powoduje, że Krzysiek jest mało aktywny w ringu. Zbyszek Raubo i Fiodor Łapin wykonali ogromną pracę, żeby zmusić go do pracy lewym prostym, ale Krzysiek używa go zdecydowanie za rzadko.

Łapin Fiodor.

Zbyszek Raubo po przegranej Krzysztofa Włodarczyka z Pavlem Melkomyanem w przypływie szczerości powiedział mi, że nie jest już w stanie trenować Diablo. – Więcej już go nie nauczę, nie jestem w stanie bardziej go zmobilizować – mówił. Byłem przerażony tymi słowami, bo nie wiedziałem, kto mógłby przejąć po nim Krzyśka. Zbyszek szybko mnie jednak uspokoił, mówiąc: W Jaworznie jest facet, Rosjanin, nazywa się Łapin, naprawdę dużo potrafi. Diablo będzie bezpieczny w jego rękach.

Zaufałem mu i chyba nikt dzisiaj nie żałuje tej decyzji.

***

Jest nieprawdopodobnie oddany swojej pracy. Wielu pięściarzy nie miało wcześniej pojęcia o organizacji treningu, dopiero Fiodor pokazał im, z czym to się je. Andrzej Wawrzyk przyjechał do nas jako wicemistrz Europy juniorów, a nie potrafił się nawet dobrze rozgrzać przed walką. Łapin uczył go podstaw. Tak było zresztą z innymi pięściarzami, którzy trafili w jego ręce. Skończył AWF we Lwowie ze specjalizacją boksu. Ma podstawy do bycia trenerem. Dzisiaj panowie kończą jakieś śmieszne kursy i myślą, że są wielkimi trenerami, a tak naprawdę to ze swoimi kwalifikacjami mogą próbować nosić wiaderko za Fiodorem.

Jest biało-czarny i za to pięściarze go szanują. Jest absolutnym wrogiem dopingu w sporcie, przyznam, że zaraził mnie tym podejściem. On nie chce mieć nic wspólnego z dopingowiczami. W tej kwestii nie robi żadnych wyjątków. Prowadzi zeszyty, po każdym treningu coś zapisuje, nic nie może mu umknąć. Jest człowiekiem, który cały czas chce się uczyć. Biega po górach lepiej od niektórych zawodników. Nie tylko Diablo coś o tym wie. Niestety nie ma następców i to jest wielki problem.

Miłość do boksu.

Miałem sześć lat, gdy moi rodzice się rozwiedli. W przyjaźni i zgodzie, ale się rozstali. Po rozwodzie ojciec, który był wtedy prezesem Polskiego Związku Bokserskiego, co dwa tygodnie zabierał mnie na męskie spotkania. Schemat był podobny. Rano jechaliśmy na mecz ligi bokserskiej, potem graliśmy w karty. W ten sposób zarażał mnie męskimi pasjami – brydżem i boksem. Od dziecka biegałem przy ringu, z wiekiem coraz bardziej wsiąkałem w to środowisko.

Pamiętam walki Henryka Średnickiego, Zbyszka Raubo, braci Skrzeczów i wielu, wielu innych. Miałem wielu „wujków” pięściarzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, to Krzysztof Kosedowski wymierzył mi kilka wychowawczych, zasłużonych klapsów. Można powiedzieć, że wychowałem się przy ringu. Z biegiem lat coraz więcej rozumiałem i coraz bardziej zaczął mnie interesować przebieg walk bokserskich. Tak narodziła się moja miłość do szermierki na pięści.

Negocjacje.

Nie cierpię dyskusji o pieniądzach. Jak każdy człowiek lubię je mieć, czuć tę milą swobodę, ale odczuwam dyskomfort, gdy trzeba o nich rozmawiać. A już bardzo niewdzięcznym zajęciem są negocjacje z pięściarzami. Przez wiele lat zajmował się tym Piotr Werner, który jednak wkładał w to za dużo serca i rozpuścił zawodników. Jeszcze kilka lat temu dla pięściarzy najważniejsze były ambicje sportowe, dopiero później kasa. Teraz jest często na odwrót. Nie podoba mi się to. Czasem, jak słucham, że kasa musi się zgadzać albo coś podobnego, to aż robi mi się niedobrze…

Zawodnicy coraz częściej wykłócali się o pieniądze w mediach. W przeszłości było to nie do pomyślenia. Dlatego musiałem włączyć się w te rozmowy. Najtrudniej negocjuje się z zawodnikami, którzy nie mają poczucia biznesu w boksie, są zieloni w tej dziedzinie, ale słuchają doradców. Ci doradcy też nie mają pojęcia, ale doradzają. Najczęściej podpowiadają: weź więcej, bo ci się należy. Dają ci stówę, wołaj pięćset. Pięściarze słuchają tych rad i chcą więcej i więcej…

W naszej grupie najtrudniej negocjuje się z Krzyśkiem Włodarczykiem i Arturem Szpilką. Na przykład: Diablo chciał pokazać żonie, że jest twardym negocjatorem i czasami wymyślał kompletne bzdury. Raz nawet przekroczył granicę dobrego smaku. W „Puncherze” mówił, że nie da się oszukiwać, że będzie walczył o swoje. Ale to była tylko gra pod kątem żony. Chciał, żeby poklepała go po plecach i powiedziała: super Krzysiu, potrafisz zadbać o swoje interesy. Oczywiście tym gadaniem nie wynegocjował nawet dolara, bo to była oferta nienegocjowalna, ale swoje pokrzyczał i mnie poobrażał.

Trudno negocjuje się też z Arturem, bo on potrafi się mocno podpalić podczas dyskusji o pieniądzach. Przed pojedynkiem z Wilderem negocjowaliśmy przez kilka nocy. Dodam, że polskiego czasu, on swoich nocek nie zarywał. Artur ma sporo energii, jest zapalczywy, dużo mówi, dlatego potrzeba wielu godzin, żeby w rozmowie z nim dojść do słowa i spokojnie coś wytłumaczyć. Generalnie rozsądnie myśli, ale jak się zapędzi w swoich oczekiwaniach, głowa pęka. Przed walką z Wilderem było dość ostro. Nie rozmawiałem z Alem Haymonem, ale ludzie, którzy pracują między nami mówili, że jeśli chłopak z Polski nie chce walczyć o mistrzostwo świata, to niech się pakuje i wraca do domu. Na szczęście dogadaliśmy się i panowie weszli do ringu. Negocjacje nie były jednak proste.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Organizacja gal.

Składa się z wielu elementów. Wynajęcie hali, zapewnienie ochrony i sprzedaż biletów, to są przewidywalne elementy. O wiele trudniejszym zadaniem jest matchmaking, czyli budowanie par pięściarzy, którzy spotykają się w ringu. Jest to szalenie wredne i nerwowe zajęcie, bo zawodnicy i ich menedżerowie, co chwilę zmieniają zdanie. Jest coraz mniej matchmakerów, w tej chwili ten zawód wymiera w Europie.

Zdarzają się sytuacje, że jesteśmy już dogadani, ale druga strona za pięć dwunasta przestaje odbierać telefony. Im głębiej wchodzi się w negocjacje, tym większe wychodzą komplikacje. Były takie sytuacje, że negocjowaliśmy z menedżerem zawodnika, ale okazało się, że on miał jeszcze innego menedżera, który miał zupełnie inne oczekiwania i o naszych wcześniejszych ustaleniach można było zapomnieć. Takie historie można mnożyć. Nasi pięściarze też potrafią grymasić. Stawka jest już dogadana, ale przychodzi delikwent i mówi, że za tyle nie będzie boksował.

Najgorzej, gdy zawodnik wypada z karty dzień przed galą. Wtedy trzeba szukać zastępcy w trybie awaryjnym albo rezygnować z walki. Są też takie sytuacje, że płacimy komuś za gotowość za bycie naszym planem B. Robimy tak przy większych walkach. Proponujemy wtedy danemu pięściarzowi 2,3 czy 4 tysiące euro i on normalnie przygotowuje się do pojedynku. Jeśli opcja A nie wypala, wtedy ten rezerwowy wskakuje na kartę. Nie prosto z kanapy, tylko po cyklu przygotowań. Gdyby z karty walk wypadł na przykład Usyk, to w takiej sytuacji trzeba skasować galę, bo dla takich zawodników nigdy nie planujemy zastępstwa. Na średnich imprezach zdarza się, że rezerwowy pięściarz jest w pogotowiu.

Olimpiada

Coraz bardziej korci mnie, żeby zaopiekować się jakimś zawodnikiem i pojechać z nim na kolejne igrzyska olimpijskie. Nigdy na nich nie byłem. Nie chciałem jechać w roli biernego kibica. Olimpiada to coś niepowtarzalnego. Ojciec opowiadał mi, że to wspaniała impreza i niesamowite przeżycie. Może niebawem odczuję to na własnej skórze. Może będzie to dla mnie kolejne wyzwanie w boksie? Zdobyć medal olimpijski, brzmi pięknie. Pamiętam, jak na stojąco oglądałem walkę Wojciecha Bartnika na IO w Barcelonie. Zdobył on wtedy dla Polski ostatni medal olimpijski w boksie. Było to w 1992 roku!

Pierwsza zorganizowana gala.

Szmat czasu, to był 2001 rok. Gala odbyła się w sali gimnastycznej szkoły, do której uczęszczałem przez 12 lat. Nie miałem wtedy żadnego doświadczenia w organizowaniu gal bokserskich. Byłem zielony, a problemy się mnożyły. Z transmisji imprezy wycofała się telewizja Canal Plus, zniknął przeciwnik Przemka Salety na walkę wieczoru. Poza tym dostawałem pogróżki. Była mowa nawet o podłożeniu bomby.

Przez tydzień wynajęci przeze mnie ludzie spali w samochodach przy ulicy Nowowiejskiej i pilnowali instalacji elektrycznych. Było urwanie głowy. Rywal Salety został podkupiony przez niemieckiego matchmakera na prośbę jednego z polskich promotorów. Konkurencja chciała nam zepsuć imprezę, ale gala się odbyła, Przemek walczył wtedy z pastorem o nazwisku Biko Botawamungu. Pierwsze koty za płoty.

Rekord i rankingi.

Budowanie rekordów zawodników to pięta achillesowa boksu. Bardzo często jest tak, że nie walczą ze sobą najlepsi pięściarze, bo istnieje ryzyko, że przegrany wypadnie z rankingu. Wprawdzie rekordy nie boksują, ale dzięki nim można zaistnieć w rankingach, a to daje z kolei szansę walk o pasy. Zdecydowanie rekordy zawodników odgrywają zbyt dużą rolę. Jednak rynek bokserski nie chce tego zmieniać. Kiedyś wydawało mi się, że telewizje coś z tym zrobią, ale tak się nie stało.

Często czytam i słucham komentarzy zarówno ze środowiska jak i spoza. Zauważyłem, że niemodne jest już słowo „przetarcie”, teraz popularniejsze jest słowo „konfrontacja”. Po tylu latach wiem, że gdybyśmy za szybko konfrontowali naszych pięściarzy, nie mielibyśmy żadnego mistrza świata. Przecież my nie wprowadzamy na zawodowe ringi mistrzów olimpijskich. Wiem, że słowo „weryfikacja” też ładnie brzmi. Tylko, kto będzie jutro boksować, jak my dzisiaj wszystkich zweryfikujemy?

Szpilka Artur.

Poznaliśmy się w Radomiu podczas Mistrzostw Polski juniorów. Artur od razu spodobał mi się, zdobył wtedy złoty medal. Minęło niewiele czasu, a już jadłem obiad u niego w domu w Wieliczce. Pamiętam, że jego mama usmażyła pyszne kotlety schabowe. Później wszystko szybko się potoczyło. Z Arturem i dookoła niego zawsze wiele się działo. Można by z tego całkiem grubą książkę napisać. Teraz nie jest dobry moment na rozmowy o nim. Niech się otrząśnie, odbuduje i wróci spokojnie na ring.

Telewizja.

Współpraca polskich promotorów ze stacjami telewizyjnymi jest zupełnie inna niż moich odpowiedników z Niemiec, Anglii czy USA ze swoimi telewizjami. Tamci promotorzy mają o tyle łatwiej, bo w każdym z tych krajów boks pokazuje kilka stacji, które trochę ze sobą konkurując, mocno promują sport.

***

W tym miejscu warto wspomnieć o Polsat Boxing Night. To wielkie święto boksu w Polsce. Pierwsze edycje pokazały, że potencjał tego projektu jest ogromny.  To praktycznie jedyna szansa dla polskich bokserów na toczenie wielkich walk w naszym kraju. Gdyby nie formuła PBN i PPV nigdy nie byłoby takich pojedynków jak: Szpilka vs Adamek, Głowacki vs Usyk, Sulęcki vs Proksa. Impreza musi być sprzedawana w systemie PPV, bo w innym przypadku takie eventy nigdy nie zwróciłyby się telewizji. Po ostatnim PBN pojawiło się nagle dużo złych emocji. Źle się stało. To powinno być piękne święto boksu. Szacunek dla włodarzy z grupy Polsat za pomysł i konsekwencję w realizacji projektu.

USA.

Tam funkcjonuje zupełnie inny model boksu niż w Polsce. W Ameryce promotor jest facetem od wynajęcia hali i podpisania kontraktu z telewizją. Czasami od pokazania telewizji, kto będzie boksował. Od negocjowania gaż i ogarniania innych spraw są menedżerowie.

Tam pan promotor przyjeżdża na halę, siada w pierwszym rzędzie i ogląda walki. W Ameryce o wiele przyjemniej jest być promotorem, bo nie interesują go gymy, sparingpartnerzy, treningi, życie osobiste pięściarzy czy ich kontuzje. W USA zdecydowanie większa jest rola menedżera, który w modelu europejskim praktycznie nie występuje. W Polsce niby są jacyś panowie, którzy nazywają się menedżerami, ale tak naprawdę zbyt wiele nie robią.

W USA nikt nikomu niczego nie daje za darmo. Polscy pięściarze często przeżywają szok, gdy staną oko w oko z amerykańską rzeczywistością. Tam się płaci za wszystko. Za wejście do gymu, wypożyczenie rękawic czy usługi cutmana w narożniku. Nie ma mowy, żeby zawodnicy dostawali pensję w Ameryce.

Artur Szpilka był bardzo zaskoczony, gdy pierwszy raz poleciał za ocean. Pamiętam jego minę, gdy zobaczył, jak mistrzowie świata dziękowali na konferencji prasowej swoim promotorom za walkę o tytuł. – Za co oni tak dziękują, przecież są mistrzami? To im się powinno dziękować – dziwił się Artur. Nie rozumiał, że ci pięściarze dziękowali ludziom, którzy dali im szanse. Nie było w tym nic dziwnego. Przynajmniej dla mnie.

Włodarczyk Krzysztof.

Od Krzyśka rozpoczęła się moja przygoda z boksem. Swoje dorzucił też Zbyszek Raubo, który kilka lat temu przyszedł do mnie i powiedział: – Mój rudy (Krzysztof Włodarczyk – red.) chce kończyć karierę, bo źle układa mu się współpraca z trenerem Skrzeczem. Stawia warunek albo będzie zawodowcem, albo rezygnuje z boksu. Andrzej, pomożesz temu chłopakowi? Jesteś prawnikiem, ciebie będzie trudniej oszukać niż mnie.

Nie odmówiłem. U Włodarczyka od razu było widać, że ma smykałkę do boksu. Na początku poszedłem do pana Andrzeja Gmitruka. Usłyszałem od niego, że z Diablo nic nie będzie i lepiej sobie odpuścić inwestowanie w niego. Dwa dni później podobno próbował za moimi plecami podpisać kontrakt z Krzyśkiem.

Następnie udaliśmy się do pana Krzysztofa Zbarskiego, gdzie Włodarczyk miał sparować z Robertem Złotkowskim, ale ten doznał kontuzji oka i sparingi zostały odwołane. Na sali został tylko jeden sparingpartner – Piotr Jurczyk. Doświadczony, ważący ze 120 kilogramów amator. Krzysiek miał wtedy pewnie z 35 kilogramów mniej. Spanikowałem trochę i zadzwoniłem do Zbyszka Raubo, żeby powiedzieć, że Diablo może sparować tylko z Jurczykiem i spytałem, co mamy w takiej sytuacji robić? – Niech walczy – odpowiedział Zbyszek. Sparing odbył się na macie zapaśniczej, Jurczyk bił potworne cepy, którymi przesuwał Krzyśka po dwa metry. Żal było na to patrzeć, ale Diablo przetrwał.

Pierwsze wspólne kroki nie były łatwe, bo nikt nie był zachwycony Diablo. Zostaliśmy sami, byłem jego menedżerem. Krzysiek na początku walczył na galach u innych promotorów. Ja za te walki płaciłem z własnej kieszeni. Wygrywał jednak kolejne pojedynki i jego pozycja rosła. Po latach został mistrzem świata.

***

Diablo zafundował mi największe emocje, ale też i największe rozczarowania. Przez swoje rozwalone życie prywatne stracił najlepsze lata kariery. Bardzo źle, za moimi plecami, inwestował pieniądze. Dzisiaj powinien być ustawiony finansowo, a z tego co wiem, pod tym względem jest u niego skromnie. Miał kilka bardzo dużych wypłat, kilkadziesiąt średnich, poza tym co miesiąc dostaje od nas dobrą, dyrektorską pensję.

Dzisiaj powinien mieć kilka czy też już kilkanaście nieruchomości, które dawałby mu poczucie finansowego bezpieczeństwa. Nie słuchał, gdy mu doradzałem. Chciałem mu potrącać część gaży za walki i odkładać, ale za każdym razem mówił: To jest świetny pomysł, ale zrobimy tak od następnego pojedynku. I tak w kółko. Martwię się, co Krzysiek będzie robił po zakończeniu kariery.

Ziggy Rozalski.

Zaopiekował się Andrzejem Gołotą w Ameryce i myślę, że zrobił dla niego wiele dobrego. Na pewno w sferze finansowej, dzięki niemu Andrzej jest majętnym człowiekiem. Pokazał mu, jak inwestować pieniądze, a nie głupio wydawać. Nauczył go luksusowo żyć. Pod tym względem odegrał w życiu Andrzeja pozytywną rolę.

Pan Rozalski zdecydowanie za często zmieniał Andrzejowi szkoleniowców, to był błąd. Pięściarz musi mieć zaufanie do trenera. Im trudniejsza sytuacja w ringu, tym to zaufanie jest ważniejsze. Jako wzór relacji na linii trener-zawodnik podaję przykład Krzysztofa Głowackiego i Fiodora Łapina. Gołota nie miał do nikogo zaufania. Do dziś mam w głowie obrazek, jak pan Certo wypychał Andrzeja z narożnika w walce z Tysonem. To było żenujące i obrzydliwie zachowanie. Kto wymyślił tego trenera? Certo to krawiec z zawodu, był blisko włoskiej mafii. Niestety był totalnym amatorem, a opiekował się brylantem.

***

Z panem Rozalskim spotkałem się kilka razy w życiu. To serdeczny, charyzmatyczny i bardzo majętny człowiek. Z naszej współpracy nigdy nic nie wyszło, mimo że na kilka drobnych rzeczy się umawialiśmy.

***

Odegrał także ważną rolę w karierze Tomka Adamka. Powielił jednak te same błędy, co w przypadku Gołoty, jeśli chodzi o dobór trenerów. Przecież Roger Blodworth zamiast uczyć, oduczał Tomka boksu. To był trener, który słuchał poleceń, a jego rolą było je wydawać… Na sali pewnie była fajna atmosfera, bo trener robił, co Tomek chciał. Nie o to jednak chodzi. Adamek pracując z nim, boksował gorzej niż przy Andrzeju Gmitruku. Bloodworth zabił w nim to, co miał najfajniejsze, a nie dał nic nowego. Kończąc wątek pana Rozalskiego, na pewno nauczył Gołotę i Adamka rzeczy bardzo ważnej, jak mądrze inwestować pieniądze, ale moim zdaniem trenerów dobierał im nieodpowiednich.

Spisał: Krzysztof Smajek

ZOBACZ TAKŻE. Alfabet Andrzeja Wasilewskiego, cz. 1. Sztuczki Dona Kinga, pamiętliwy Gołota i Kostecki szukający nokautu na promotorze

Adamek Tomasz.

Z Tomkiem mieliśmy wiele różnych przygód. Czasami było super, bo zdarzało się nam posiedzieć przy butelce wina i pogadać o wszystkim, ale bywały też i mniej serdeczne okresy. Jak to w życiu. Z perspektywy czasu świetnie widać, że na te mniej serdeczne relacje dominujący wpływ miały osoby z naszego szeroko rozumianego otoczenia.

Wielka postać polskiego boksu, mega wojownik, ale i duży szcześciarz. W kilku walkach miał pewną sympatię sędziów po swojej stronie. Dużo dały mu bardzo dramatyczne w przekazie pojedynki ze średnim tak naprawdę Paulem Briggsem. Miał też szczęście, gdy dopuszczono go do pojedynku o mistrzostwo świata federacji WBC w kategorii półciężkiej. Po wycofaniu Brahmera przez grupę Universum nie było chętnych do walki o pas. Tomek na tym skorzystał.

Stoczył wiele ringowych wojen, zawsze dawał z siebie wszystko między linami. Jest jednym z nielicznych pięściarzy, którzy dzięki boksowi potrafili ustawić się na całe życie. Szczerze i z całego serca życzę mu, żeby definitywnie zakończył karierę i cieszył się życiem. Mógłby zająć się trenowaniem. Byłoby szkoda, gdyby nie przekazał młodym zawodnikom swojej ogromnej wiedzy i doświadczenia.

***

Pewnego razu lecieliśmy z Diablo do Ameryki. W samolotach LOT-u był taki zwyczaj, że kapitan witał na pokładzie mistrza świata – Krzysztofa Włodarczyka. To było bardzo sympatyczne, a przy okazji łechtało ego Krzysia. Pół godziny po starcie piliśmy sobie drinka, stojąc w tyle samolotu. W tym czasie podeszła do nas jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy i niezadowolonym tonem spytała: Który z panów jest tym niby mistrzem, bo jakoś tak nie poznaję? Tą nieznajomą była pani Dorota, żona Tomka. Wtedy w relacjach między mną a jej mężem wiało chłodem, więc pani Dorota postanowiła wbić nam szpileczkę. Trzeba przyznać, że skutecznie. Nie wiedzieliśmy z Krzyśkiem, co odpowiedzieć.

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Boks.

Wielka przygoda i pasja, która rozpoczęła się w jakimś 1977 roku. Promotorem zostałem przez przypadek w 1999 r. Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi zrobiłem kilka rzeczy, które wcześniej wydawały się w Polsce niemożliwe. Zorganizowałem pierwszą poważną walkę o mistrzostwo świata w naszym kraju. Wygrywałem przetargi z Kingiem.

Dzięki boksowi przeżyłem dużo wspaniałych przygód, zjeździłem pół świata, poznałem wielu świetnych sportowców. Począwszy od naszych wielkich przed laty pięściarzy, jak Średnicki, Pietrzykowski, Kulej i wielu, wielu innych, po mistrzów boksu zawodowego. Świetna sprawa dla takiego pasjonata jak ja.

Zbliża się dwudziestolecie mojej aktywności promotorskiej. Momentami, a właściwie coraz częściej, mam już tego wszystkiego dosyć. Nie ma jednak nikogo, kto mógłby przejąć ode mnie pałeczkę. Nie widzę na horyzoncie ludzi, których byłoby stać na duże inwestowanie w ten biznes. Nie interesuje mnie, kto co napisze i w jaki sposób skomentuje moje słowa, ale prawda jest taka, że dla polskiego boksu zawodowego zrobiłem zdecydowanie najwięcej ze wszystkich. Tej satysfakcji nikt mi nie odbierze. Mógłbym zrobić jeszcze więcej… Psuć jest naprawdę łatwo, budować bardzo trudno. Wielu ludzi przez te lata starało się i dalej stara się psuć. Może kiedyś napiszę książkę na ten temat. Sam ją sfinansuje i wypromuje. W końcu trochę się na tym znam (śmiech).

Cygan – Dawid Kostecki.

Absolutna porażka. Tymi dwoma słowami mógłbym określić naszą współpracę z Dawidem. Wszystko w jego życiu było pokręcone. Gdy był w najlepszej formie sportowej i miał na wyciągnięcie ręki walkę mistrzowską, zamiast wchodzić do ringu, szedł do zakładu karnego. Tak było chyba ze trzy razy. Siedząc w więzieniu, cały czas dostawał od nas pensje, którą przelewaliśmy na konto jego żony. W tym przypadku wykraczaliśmy poza wymogi kontaktowe, bo byliśmy związani z jego rodziną. Wierzyliśmy też w jego niewinność i zapewnienia, że system brutalnie go traktuje. “Cygan” cały czas mówił, że uwzięło się na niego kilku funkcjonariuszy CBŚ. Podawał nawet ich nazwiska. Po kilku latach okazało się, że ci funkcjonariusze zostali aresztowani. Mieli jakieś związki z domami publicznymi. Być może Dawid rzeczywiście był konkurencją dla tych dżentelmenów i nadepnął im na odcisk. Nam zawsze powtarzał, że jest niewinny.

***

Przez Dawida Kosteckiego mieliśmy też największe straty finansowe. „Cygan” został aresztowany, a my za odwołanie jego walki z Royem Jonesem Juniorem musieliśmy zapłacić 200 tysięcy dolarów odszkodowania. Mało tego, gala przyniosła stratę około 150 tysięcy, więc byliśmy do tyłu jakieś 350 tysięcy dolarów. Stało się tak, bo Dawid był tak pewny siebie i przemądrzały, że nie dopilnował swoich spraw. Jego adwokat nie złożył jakiegoś drobnego wniosku i wymiar sprawiedliwości przyspieszył procedury, które powinny pójść innym trybem. “Cygan” zamiast walki życia, trafił pod celę, a my mogliśmy jedynie podliczyć nasze straty.

***

Parę lat temu Dawid przegrał nieuczciwie pojedynek w Moskwie. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurał sobie, że ustawiłem walkę przeciwko niemu i w szatni rzucił się na mnie z pięściami. Nie wiem, skąd miał takie podejrzenia, ale to była kompletna bzdura. Żeby było ciekawiej, na drugi dzień oprotestowałem wynik walki. To należy do rzadkości, ale udało mi się zmienić werdykt końcowy. Dawidowi było głupio, ale niesmak pozostał, bo jego zachowanie było chore i nielogiczne.

***

Ostatnio, zanim trafił ponownie do więzienia, nagrywał jakieś kretyńskie filmiki i gadał na mój temat niestworzone rzeczy. Przyznam szczerze, że nie przejmowałem się jego słowami, bo wiedziałem, że albo jest pod wpływem jakiś środków, albo zwariował. Teraz wiemy, że chodziło o jedno i drugie. Nie mam pojęcia, czemu mnie atakował. Dzisiaj nie mam z nim żadnego kontaktu i nie chcę mieć, ale życzę Dawidowi i jego rodzinie wszystkiego najlepszego.

Don King.

W pewnym momencie zniszczył wagę ciężką, bo ją zablokował, organizując walki wyłącznie między swoimi pięściarzami. Z tego powodu Lennox Lewis i bracia Kliczko bardzo długo nie mogli dopchać się do pojedynków o mistrzostwo świata. Dominacja Kinga w wadze ciężkiej była za duża i niekorzystna dla boksu. Swoich zawodników traktował jak mięso armatnie. Podpisywał z nimi wspaniałe kontrakty, ale nic z tego nie wynikało. Miał wielu pięściarzy, więc stworzył sobie ławkę rezerwowych i dyktował warunki.

Wyglądało to mniej więcej tak: pierwszemu facetowi z tej ławki proponował 100 tysięcy dolarów za walkę o mistrzostwo świata. Jeśli pięściarz buntował się i kręcił nosem, bo w kontrakcie miał zapisane 1,5 mln, to King zostawiał go na tej ławce i kazał czekać na następną propozycję. –  A ty za stówę zaboksujesz – pytał następnego. Kto marudził, nie walczył. Jednak Andrzej Gołota zawsze mi powtarzał, że nikt tak nie oszukiwał jak Don King, ale też nikt nie płacił jak on. Dziś jest postacią pomnikową i nie odgrywa już praktycznie żadnej roli w boksie.

***

W 2001 roku 19-letni Krzysztof Włodarczyk pojechał do Włoch i znokautował niepokonanego Vincenzo Rositto. Po tym pojedynku Don King zapragnął mieć Diablo w swojej stajni i zaczął robić pod niego podchody. Ogłosił nawet jakiś plebiscyt na prospekta roku, który oczywiście wygrał Krzysiek. Dostał za to dyplom, ale to miało wymiar symboliczny. Chodziło o to, że legendarny promotor chciał go mieć u siebie.

Floryda. Tam polecieliśmy na negocjacje z Kingiem. Chcieliśmy, żeby podpisał kontrakt nie tylko z Krzyśkiem Włodarczykiem, ale także z Tomkiem Boninem, Maciejem Zeganem i Wołodią Łazebnikiem. Przez tydzień siedzieliśmy z Piotrem Wernerem i resztą naszej ekipy w Hiltonie niedaleko jego biura. Każdy z naszej delegacji dostał osobny pokój, mieliśmy jedzenie, basen, nawet samochód do dyspozycji. Był tylko jeden problem. Nikt się z nami nie kontaktował. Pierwszy dzień, cisza. Drugi, to samo. Tydzień powoli uciekał, a my byliśmy pozostawieni sami sobie. Dopytywaliśmy o spotkanie, ale za każdym razem padała odpowiedź: pan King jest zajęty. Facet zakwaterował nas w hotelu, za wszystko zapłacił i grał na zwłokę. To była tradycyjna formuła zmiękczania drugiej strony przed negocjacjami. Wtedy nie byliśmy tego świadomi. Ostatniego dnia w końcu doszło do spotkania, ale to był cyrk, nie negocjacje. Wszystko było wyreżyserowane, potraktowano nas jak sportowców z trzeciego świata.

Najpierw wprowadzono nas do gabinetu Kinga, gdzie wisiały jego zdjęcia z prezydentami USA. Później zeszliśmy na dół do King Productions, gdzie mieściły się studia telewizyjne. To wszystko miało zrobić na nas wielkie wrażenie, ale nikt nie cmokał z zachwytu. W końcu usiedliśmy w sali konferencyjnej, rozmowę z nami prowadziła kobieta o nazwisku Jammison, prawa ręka Kinga. Przedstawiła nam ofertę i wyszła z sali. Na stole stały jakieś urządzenia elektroniczne, dzięki którym pani Jammison w pokoju obok słyszała naszą rozmowę. Znała siedem języków, w tym rosyjski i polski, więc rozumiała, o czym dyskutowaliśmy. Po chwili wróciła do naszej sali i wiedziała, do czego może się posunąć w negocjacjach. Wiele osób zrobili w ten sposób w trąbę, ale z nami nie dopięli swego. King chciał podpisać kontrakt przede wszystkim z Włodarczykiem, a parafował umowy z Zeganem, Boninem i Łazebnikiem. Można powiedzieć, że mimo tych wszystkich zabiegów i sztuczek, wygraliśmy pierwsze negocjacyjne starcie z Kingiem.

Emocje.

One trzymają mnie przy boksie i sprawiają, że jestem od niego uzależniony. W przeszłości najbardziej przeżywałem walki Krzysztofa Włodarczyka. Zdarzało się, że 2-3 dni przed jego pojedynkiem nie spałem, prawie mdlałem, ale wyrosłem już z tego. Dzisiaj w polskim boksie największe emocje budzi Artur Szpilka. Kiedyś próbował go naśladować Dawid Kostecki, ale w jego wykonaniu było to żenujące. Artur jest naturalny. Niczego nie reżyseruje, nie udaje. Kiedyś wszyscy go kochali, teraz budzi różne emocje. Jedni go kochają, inni często krytykują.

***

Są pięściarze, którzy w ringu są bardzo dobrzy, ale poza nim nikogo już nie interesują, bo są nudni. I na odwrót. W tym przypadku proporcje muszą być odpowiednio dobrane. U Artura to działa. Gdyby był innym człowiekiem, mniej barwnym, być może Al Haymon nie podpisałby z nim kontraktu. Pamiętam pierwszą walkę Artura w USA, to było jeszcze w kategorii junior ciężkiej. Już wtedy Leon Margules był pod jego wrażeniem. – Zobacz, jak ludzie na niego patrzą, gdy idzie do ringu – mówił do mnie. Faktycznie, coś w tym było. Po kilku latach na jego walce z Deontayem Wilderem na trybunach było więcej Polaków niż Amerykanów.

Jeśli chodzi o złe emocje, to przed pojedynkiem z Adamkiem Artur był mocno chroniony, bo baliśmy się, że z jakichś przyczyn do tej walki nie dojdzie. Mieliśmy w hali wielu ochroniarzy, bo kibice Wisły i Cracovii chcieli się ze sobą skonfrontować. Na szczęście do niczego nie doszło. Pojawili się przedstawiciele tylko jednej strony. Dzięki naszej reakcji druga ekipa nie dotarła.

Fiasko rozmów.

Za największą klęskę naszej grupy uznaję to, że Krzysztof Włodarczyk nie pojechał na walkę rewanżową z Grigorijem Drozdem. Po czasie wiem, że nie powinien wychodzić do pierwszego pojedynku z Rosjaninem, bo był wtedy kompletnie rozdeptany psychicznie. Krzysiek przyznał się po walce, że będąc już w Moskwie, miał głupie myśli. Chciał uszkodzić sobie rękę, żeby mieć pretekst do odwołania konfrontacji z Drozdem. Nie zrobił tego. Później stracił pas.

Nikt mnie nie przekona, że Drozd jest wielkim pięściarzem, Krzysiek w normalnej formie rozjechałby go lewym prostym. Mówię poważnie. Dlatego marzyłem o rewanżu, który był zagwarantowany w kontrakcie. Trzy tygodnie przed ich drugą potyczką Włodarczyka dopadł brzydki wirus. Nie symulował, faktycznie był wtedy chory. Problem polegał jednak na czymś innym. Diablo nawet nie chciał sprawdzić, czy choroba się rozwija i czy ma jakieś szanse na wyleczenie, tylko od razu „zawinął się” z obozu w Wiśle.

Lekarz, który badał Krzyśka powiedział mi: Wirus jest paskudny, ale możemy podjąć próbę leczenia. Tylko mam wrażenie, że pan Krzysztof nie chce tej walki. Przez telefon prosiłem, a nawet błagałem Diablo, żeby podjął próbę leczenia, ale on nie chciał mnie słuchać. Żałuję, że nie pojechałem wtedy w nocy do Wisły, może udałoby mi się go przekonać. Szkoda, że nie doszło do tej walki, bo jestem przekonany, że Krzysiek by ją wygrał i wrócił na tron. Dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu. Życiowo, finansowo i sportowo. Diablo był przekonany, że Rosjanie poczekają na niego. Po raz kolejny się przeliczył. Dla nas jest to największe fiasko biznesowo-sportowe.

Jednak w przypadku Włodarczyka nie wolno zapominać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jest jedynym polskim pięściarzem, który walczył i bronił tytułów na galach obcych promotorów. Stoczył takich walk bodaj sześć. Dla porównania: Tomek Adamek ma jeden taki pojedynek na koncie, a Darek Michalczewski żadnego… Po drugie, Diablo zrobił najwięcej dla popularyzacji boksu w naszym kraju. Stoczył najwięcej walk na otwartych kanałach, najpierw TVP 1 a potem Polsatu.

Gołota Andrzej.

Dzisiaj już mało ludzi pamięta, że mój tata był jednym z ojców chrzestnych sukcesów amatorskich Andrzeja Gołoty i Dariusza Michalczewskiego. Był wtedy człowiekiem o dużych wpływach w Polsce i regularnie ratował Andrzeja, gdy ten miał przygody na styku z prawem. Przez mojego ojca byłem wychowany w swoistym kulcie Gołoty.

***

Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był. Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

***

Gołota sportowo jest niespełniony. On pewnie zdaje sobie z tego sprawę, ale nigdy się do tego nie przyzna. Boks go trochę pokarał. Mówiłem to już, ale powtórzę jeszcze raz: Andrzej zostałby mistrzem świata wagi ciężkiej, gdybym był jego promotorem.

Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

Huck Marco.

Wyjątkowy impertynent medialny, który promował się w myśl zasady: po trupach do celu. Mógłby pisać powieści science-fiction, bo ma dar wymyślania niestworzonych rzeczy. Kiedyś kolportował plotki, że na sparingu znokautował Krzyśka Włodarczyka. Nic takiego nie miało miejsca. Raz z bezsilności rzucił się na Diablo, bo nie był w stanie go trafić i wtedy obaj wypadli z ringu. Lina nie wytrzymała ich naporu i pękła. Po tym wydarzeniu wersja Hucka brzmiała: na sparingu znokautowałem Włodarczyka. Można i tak budować swoją historię.

Huck w pewnym momencie wymyślił, że sam będzie dla siebie promotorem. Po tej decyzji skończyły się jego wielkie sukcesy. Doprowadzenie do jego pojedynku z Krzysztofem Głowackim uważam za swój promotorski majstersztyk. Przycisnęliśmy go z każdej strony. Mieliśmy informacje dotyczące dat gal w niemieckich telewizjach i wiedzieliśmy, kiedy ich nie będzie. Było wielu ludzi, jego wrogów, którzy chętnie przekazywali nam informacje.

Zastawiliśmy na niego pułapkę. Doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że Marco miał do wyboru dwie opcje: oddać pas bez walki albo przyjechać na naszą galę. Ostatecznie zmusiliśmy go do wyjechania z Niemiec. Szansę dał nam Al Haymon. Amerykanie wyłożyli bardzo duże pieniądze na ten pojedynek. Zaufali moim słowom, że Krzysiek jest mocniejszy, niż się wszystkim wydaje. Główka w pięknym stylu zdobył mistrzowski pas, to była jedna z najbardziej dramatycznych walk w polskim boksie. Huck niechcący odegrał ważną rolę w historii polskiego pięściarstwa. Ostatnio przegrał kolejną walkę. Myślę, że Głowacki kompletnie go złamał.

Izu Ugonoh.

Zgadzam się z dowcipną wypowiedzią Andrzeja Kostyry, że od Izu języka polskiego powinni uczyć się polscy selekcjonerzy, z Franciszkiem Smudą na czele. Jestem ciekaw, jak potoczy się jego kariera. Nie znam jego możliwości pięściarskich, ale boję się, że jest za słaby fizycznie na wagę ciężką. Poza tym nie jestem przekonany, czy Izu ma odpowiednią psychikę do walk z kolosami, którzy doszli teraz do głosu w królewskiej dywizji. Dał kilka świetnych rund z Dominikiem Breazealem. W tej walce wyszedł jednak jego brak doświadczenia w konfrontacjach na najwyższym poziomie. Nasza współpraca z Izu dobiegła końca w normalnych warunkach. Skończył się kontrakt i się rozstaliśmy. Wybrał inną drogę, jego decyzja.

Jackiewicz Rafał.

W boksie nie udało mu się zdobyć mistrzostwa świata, ale był mistrzem w bójkach ulicznych. Stworzony do sportów walki, ale szkoda, że tak późno trafił do boksu. Kolorowa postać. Miał jednocześnie bodaj aż trzy wyroki w zawiasach za udział w bójkach. To jest naprawdę niespotykana sytuacja. Zwykle przy drugich zawiasach delikwent idzie do więzienia. On pozostał na wolności. Jak to możliwe? Po prostu Rafał pięknie zeznawał w sądzie. Przychodził miły, uśmiechnięty chłopiec i przepraszał za swoje grzechy. Zawsze był mniejszy od tych, z którymi się bił, więc sędziowie patrzyli na niego przychylnym okiem i dawali mu kolejną szanse. On jej nie zmarnował.

***

Po pojedynku z Delvinem Rodriguezem nie był już tym samym pięściarzem. Po tej ringowej wojnie coś w nim pękło. W kolejnych walkach widzieliśmy Rafała, który nie podejmował już ryzyka. To samo było podczas sparingów. Moim zdaniem mógł wygrać z Janem Zaveckiem i zostać mistrzem świata, ale przeszedł obok walki. Zabrakło odwagi…

Za pojedynek z Rodriguezem w Ełku Rafał zarobił około 5 tysięcy dolarów. Podaję kwotę z pamięci, więc mogę się minimalnie mylić. Po kilka latach byłem na walce tego samego, ale już słabszego i bardziej wyboksowanego, Rodrigueza z Larą. Wiecie, ile ten drugi zarobił? Milion dwieście tysięcy dolarów. Rafał za walkę z Delvinem miał na swoje ulubione pączki, Lara na willę, samochód i inne atrakcje.

Jackiewicz jest teraz bardzo aktywny, organizuje dużo projektów. Strasznie się cieszę, że daliśmy mu jako grupa szansę w boksie i on ją pięknie wykorzystał. Brawo, Rafciu!

***

Chicago. Jechaliśmy busem z Rafałem i człowiekiem, który od wielu lat jest kibicem bokserskim. Nie będę wymieniał go z imienia i nazwiska, ale w przeszłości świetnie poruszał się wśród starych pruszkowskich, był na wielu zdjęciach z „Pershingiem”. I ten pan zaczął opowiadać historię z lat 90.

„Trzymał” wtedy ochronę w kilku lokalach, jego ekipa stała na bramce między innymi na jakiejś dyskotece w Wildze pod Warszawą. W pewnym momencie dostał telefon, że jego ochroniarze zostali pobici przez małolatów. Pojechał na miejsce i zastał swoich kilku ludzi, każdy po 130 kilogramów mięśni, porządnie obitych. Stwierdził, cytuję: „Nie będę w nocy po lasach urządzał wyścigów za kotami, którzy oprawili mi ochroniarzy”. Sprawę uznał za zamkniętą. Gdy kończył opowiadać tę historię, Rafał z końca busa zaczął dopytywać się o nazwę tej dyskoteki. Okazało się, że coś kojarzy. – Pamiętam to miejsce, to ja obiłem tych kolesi, bo wcześniej mieli coś do mojego kumpla – stwierdził ze spokojem. Po chwili panowie wybuchnęli śmiechem i serdecznie się wyściskali…

***

Jackiewicz wybrał się na walkę do USA, ale okazało się, że nie było dla niego rywala. W końcu znaleźliśmy mu przeciwnika, który chciał walczyć w limicie do 62 kilogramów. Rafał ważył wtedy w okolicach 66 kilogramów, więc musiał zjechać z wagą w dół. Strasznie nie lubił tego robić, ale nie było wyjścia. Chciał zarobić, musiał zbijać. Narzekał, marudził i przeklinał pod nosem, ale wagę zrobił. Niestety, zastępczy rywal się rozmyślił i zrezygnował z konfrontacji.

Nie chcieliśmy, żeby Rafał został na lodzie, szukaliśmy dalej. Trafił się przeciwnik, który z kolei ważył ponad 70 kilogramów. Tym razem Rafał musiał iść z wagą w górę. Były rosoły, buliony i straszne bóle wątroby, ale przybyło mu kilka kilogramów. Na ważeniu panowie stanęli face to face. Nie pamiętam, czy Jackiewicz zrobił wtedy jakąś groźną minę, ale jego przeciwnik się rozmyślił i zrezygnował z walki. Nie wiem, dlaczego spękał. Był przecież dwa razy większy od Rafała. Kolejnego rywala już mu nie szukaliśmy…

Kmita Marian.

Super promotor. Pana Kmitę poznałem, gdy w małych baraczkach pod Piasecznem powstawała stacja Polsat Sport. To jest jego dziecko i wielki sukces. Człowiek, który od wielu, wielu lat odgrywa ogromnie istotną rolę w polskim sporcie.

Z panem Marianem uwielbiam rozmawiać o historii, polityce i życiu. Najmniej ciekawe rozmowy prowadzimy o boksie. Zdarzały nam się spotkania, w trakcie których przez 1,5 godziny we wspanialej atmosferze dyskutowaliśmy o polityce. Potem dopiero na pięć minut przechodziliśmy do tematów bokserskich.

Moim zdaniem mamy teraz duże zawirowania w boksie, dlatego od pewnego czasu próbuję namówić pana Kmitę, żebyśmy zrewidowali polskie podwórko bokserskie, naszych zawodników i żebyśmy razem mocniej promowali kilku wybranych, młodych pięściarzy zawodowych, przywiązując ich trwale do telewizji Polsat.

Spisał: Krzysztof Smajek

O pojedynku Floyda Mayweathera z Connorem McGregorem mówiło się przez wiele miesięcy. Gdy już podpisali kontrakty, ruszyła machina promująca walkę. Panowie na każdym spotkaniu obrzucali się wulgaryzmami i przekonywali o swoim zwycięstwie. Obaj zapowiadali egzekucję. Średnio angażowałem się w ich słowne przepychanki, bo było wiadomo, że muszą dużo gadać, żeby walka się sprzedała. Żeby balon został nadmuchany do odpowiednich rozmiarów.

Słychać było opinie, że walka Mayweathera z McGregorem to cyrk. Daleki byłem od takich porównań, bo cyrkiem było wpuszczenie do oktagonu Popka z Burneiką. Mayweather i McGregor są poważnymi gośćmi, najlepszymi w swoim fachu. Nie ulegało wątpliwości, że walkę może wygrać tylko Amerykanin, bo zabawa była organizowana w jego piaskownicy.

Co więksi optymiści twierdzili, że Floyd wybierze sobie moment, w którym znokautuje przeciwnika. Amerykanin niczego nie wybierał. Musiał się trochę napocić, żeby pokonać faceta przebranego za pięściarza. Niektórzy liczyli, że McGregor zapomni się i zacznie uderzać łokciami lub kopać. Nie zrobił tego. Używał tylko rąk i do pewnego momentu wychodziło mu to całkiem, całkiem. Po trzech rundach kibice boksu mogli pomyśleć: co się k… dzieje?

Później walka przebiegała według zakładanego scenariusza. McGregor spuchł i Mayweather robił z nim, co chciał. Ostatecznie przegonił go ze swojej piaskownicy. Pod adresem Irlandczyka spływa sporo komplementów. Są na wyrost. W końcu McGregor zapowiadał, że wygra przed czasem, a nie dotrwał nawet do końca walki. Czym tu się podniecać? Ktoś powie, że miał jaja, bo wszedł w ten biznes. Za minimum 30 milionów dolarów tylko głupiec by nie wszedł.

Nie dajmy się też zwariować, że było to zwycięstwo boksu nad MMA. Nic z tych rzeczy. Floyd musiał wygrać i to zrobił. Pamiętajmy, że bronił honoru szermierki na pięści. Gdyby w górę powędrowała ręka Irlandczyka, świat MMA miałby prawo szydzić z bokserskiego środowiska. W odwrotnej sytuacji nie wypada tego robić. Ogólnie walka była nudna, grzmotów nie było, ale głównych bohaterów pewnie to nie interesuje. Ważne, że pieniądze się zgadzają. Zarobią na tym przedsięwzięciu konkretną kasę.

Czy tego typu pojedynki mają rację bytu? Możliwe, że Mayweather i McGregor otworzyli właśnie furtkę, przez którą coraz częściej będą przechodzić przedstawiciele pięściarstwa i MMA. Miejscem ich spotkania będzie ring. Warto spróbować czegoś takiego także w Polsce. Na pierwszy ogień może pójść na przykład Mamed Chalidow. W ringu zapewne nie wypadłby gorzej od McGregora. Rywal dla niego też się znajdzie. Zróbmy coś takiego.

szpila_foto

Artur Szpilka po porażce z Adamem Kownackim znalazł się na ogromnym zakręcie. – Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne – mówi Andrzej Wasilewski. Co dalej z jego karierą? Czy w grę wchodzi jego powrót pod skrzydła Fiodora Łapina? Czy dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu? 

JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAJRZYJCIE NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

Ochłonął już pan po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim?

Andrzej Wasilewski: Przyznam szczerze, że jeszcze nie. Jak większość ludzi z branży w roli faworyta widziałem Artura, ale niestety walka nie ułożyła się po naszej myśli. Boks uczy pokory.

Co usłyszał pan od Artura po walce?

Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo w tej chwili Artur przeżywa bardzo trudne chwile. Poczekajmy jeszcze, dajmy mu ochłonąć. Jego kariera znalazła się na ogromnym zakręcie. Być może przeżywa teraz najtrudniejsze chwile w swoim życiu, bo cofnął się o lata świetlne. Przegrał z rywalem, którego uważał za mocno ograniczonego pod względem bokserskim.

Czy z perspektywy czasu uważa pan, że wystawienie Szpilki przeciwko Kownackiemu było błędem?

Widziałem Adama Kownackiego w kilku pojedynkach i zdawałem sobie sprawę, że będzie wymagającym rywalem dla Szpilki, który wracał na ring po bardzo długiej przerwie. Ale mimo wszystko wydawało się, że to bezpieczny przeciwnik. Gdyby wszystko zależało tylko ode mnie, to Artur zaraz po zakończeniu rehabilitacji miałby walkę ze słabszym rywalem. Wtedy pojedynek z Kownackim byłyby walką numer dwa a nie jeden po powrocie po kontuzji. Czasu jednak nie cofniemy.

W którym momencie walki wiedział już pan, że Szpilce sprawy wymykają się spod kontroli?

Na początku drugiej rundy powiedziałem do siedzącego obok mnie Leona Margulesa, że „Szpila” jest sfrustrowany i nie wie, co ma robić. Biorąc pod uwagę doświadczenie Artura, moje słowa brzmiały abstrakcyjnie. W boksie najważniejsza jest głowa, potem nogi a na końcu ręce. Jak głowa siądzie, reszta nie ma już znaczenia. Co z tego, że Artur był kapitalnie przygotowany fizycznie, skoro coś zacięło się w głowie i dał fatalną walkę. 

Adam Kownacki przed pojedynkiem co chwila powtarzał, że Szpilka ma słabą szczękę. Jak to jest u niego z tą odpornością na ciosy?

Ja postawiłbym sprawę w ten sposób – Artur nie ma szczęki z betonu. Władimir Kliczko powiedział mi, że sam by nie wstał po bombie, którą od Wildera przyjął Artur. Myśli pan, że Joshua by wstał? Jestem przekonany, że też nie. Po pojedynku z Kownackim nie możemy powiedzieć, że Artur ma słabą szczękę. Problemem było to, że on te ciosy przyjmował, nie potrafił się przed nimi bronić.

Czy trzeba brać pod uwagę czarny scenariusz, który przed walką nakreślił Ronnie Shields, mówiąc, że dla Szpilki porażka z Kownackim to praktycznie koniec kariery?

Nie widzę takiego zagrożenia. Rzecznik PBC powiedział ostatnio, że zasługi Szpilki są duże i na pewno dostanie jeszcze szansę na amerykańskim ringu. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzeba mieć tylko świadomość i Artur ją ma, że warunki finansowe po takiej porażce będą mniejsze. Wracając do Shieldsa, nie chciałbym na gorąco oceniać, kto zawinił, bo jest na to za wcześnie. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że Shields w tym pojedynku nad Arturem zupełnie nie panował.

Czyli w jakimś sensie wini pan Shieldsa za tę porażkę?

Nie chcę teraz szukać rozliczeń. Ktoś jednak zawodnika przygotowywał do tego pojedynku, ktoś stał w jego narożniku i ten ktoś, chcąc nie chcąc, czegoś nie dopilnował skoro Artur wypadł tak słabo i przegrał walkę, której przegrać nie powinien.

Czy przed walką było widać po Arturze, że traci pewność siebie?

Najlepszym psychologiem wśród trenerów, których poznałem jest Fiodor Łapin. Myślę, że on mógłby wyczuć więcej rzeczy, obserwując Artura w tygodniu poprzedzającym walkę niż próbował to zrobić Shields. Moim zdaniem poświęcenie się pracy w stu procentach, jak to jest w przypadku Łapina, to zupełnie coś innego niż praca trenerów, którzy dają z siebie wszystko, ale tylko na sali, a po treningu nie są dla swoich podopiecznych mentorami życiowymi. Szpilka potrzebuje obok siebie mocnego charakteru, który wskaże mu kierunek. Z całym szacunkiem do Shieldsa, którego uważam za wielkiego fachowca, w sferze mentalnej nie zapanował nad Arturem .

Może Artur powinien teraz skorzystać z pomocy psychologa sportowego. Sugerował mu pan takie rozwiązanie?

Niczego mu nie sugerowałem, ale jak opadnie kurz, będziemy myśleć nad następnymi krokami. Jeśli Artur byłby teraz w Polsce, natychmiast zawiózłbym go do jakiegoś fachowca z tej dziedziny. Może inaczej, namawiałbym go do tego, ale nie nie wiem, czy chciałby skorzystać.

Co dalej z karierą Szpilki? Wchodzi w grę jego powrót do Polski i praca z trenerem Łapinem?

Artur już od lutego planował powrót do kraju, bo jest Ameryką zmęczony. Namówiłem go, żeby do walki został w USA, ale teraz na pewno wróci. Chce kupić mieszkanie w Warszawie. Czy będzie trenował z Łapinem? Trudno powiedzieć, jeszcze nie mamy żadnych planów. Jedno jest pewne – oprócz Fiodora nie widzę w Polsce trenera, z którym Artur mógłby pracować.

Stworzenie na nowo tego duetu może być trudne, bo pamiętamy, w jakiej atmosferze panowie się rozstali.

Panowie ewentualnie muszą usiąść i po męsku porozmawiać. I to może nie jeden raz. Mało kto wie, że ich relacje były pełne emocji, bo trener Łapin nie dawał się Arturowi podporządkować. To były relacje przypominające bardzo surowego i wymagającego ojca z trudnym i bardzo temperamentnym synem. Rozmawiali ze sobą po sobotniej walce. Teraz Artur musi się otrząsnąć, spakować i wrócić do Polski. Dopiero wtedy będzie planować, co dalej.

Porażka z Kownackim oddaliła czy przybliżyła Szpilkę do pojedynku z Krzysztofem Zimnochem?

Chyba nic nie zmieniła. Może w jakimś tam stopniu przybliżyła, bo gdyby Artur wygrał z Kownackim w pięknym stylu, to mógłby dostać poważną ofertę z Ameryki. Teraz takiej propozycji na pewno nie będzie. Nie możemy wykluczyć, że przeciwnikiem Szpilki będzie Zimnoch, ale żadnych planów jeszcze nie mamy.

A rewanż z Kownackim?

W kontrakcie nie było zapisu o rewanżu, bo przy walkach rankingowych rzadko robi się takie zapisy. Nie myślałem o tym.

Władysław Ćwierz, pierwszy trener Artura, doradza mu, żeby zrobił badania neurologiczne i psychologiczne oraz odpoczął od boksu. Co pan o tym sądzi?

Po pierwsze, bardzo szanuję pana Ćwierza, ale myślę, że szukanie porad wśród dawnych mistrzów i trenerów w boksie olimpijskim, nie ma żadnego sensu. Boks zawodowy to jest zupełnie inna dyscyplina sportu niż boks olimpijski sprzed 20-30 lat. Przywołam przykład Zbyszka Raubo, który jest raczej znawcą boksu olimpijskiego. Kiedyś Zbyszek powiedział w wywiadzie, że Krzysztof Głowacki nie nadaje się do boksu zawodowego, bo nie ma charakteru i psychiki… Z szacunkiem dla zasług i dorobku pana Ćwierza, ale nie sugerowałbym się jego radami. Artur badania przechodzi regularnie, więc jak widać, pan Władysław nie ma pojęcia w tej materii. Wygląda jednak na to, że chce dla swojego byłego podopiecznego jak najlepiej.

Jeszcze niedawno Szpilka zastanawiał się nad powrotem do kategorii junior ciężkiej. Może warto wrócić do tego pomysłu?

To jest cały czas bardzo ciekawe rozwiązanie. Artur ma trochę pecha, bo jest małym ciężkim i dużym cruiserem. Nie jestem pewny, czy byłby w stanie zrzucić te 10 kilogramów, teraz ważył 102,5 kilograma, a było mu widać mięśnie brzucha. Jeśli zdecydowałby się na zmianę kategorii wagowej, to trzeba by było przeprowadzić poważny proces przebudowy jego ciała. To zajęłoby sporo czasu, ale ten pomysł cały czas siedzi mi w głowie. Tak na marginesie, od lat toczą się dyskusje, czy w boksie nie powinno się stworzyć kategorii superciężkiej, żeby wielkoludy walczyły w osobnej wadze. Pomysł jest fajny, ale raczej nierealny do zrealizowania.

Nie boi się pan, że Szpilka da sobie spokój z boksem i ucieknie do KSW?

Bez przesady, Artur ma jeszcze sporo do osiągnięcia i udowodnienia w boksie. Żadnych planów w stosunku do KSW nie było i nie ma. Wyobraża pan sobie walkę Szpilki z Popkiem? Artur z całą pewnością sobie tego nie wyobraża. Może kiedyś… po karierze sportowej.

Czy porażkę Artura chociaż w jakimś stopniu osłodziła panu wygrana Michała Syrowatki w Anglii?

To są dwie różne sprawy. Artur jest gwiazdą polskiego boksu, nie tylko ze względu na sport, ale także na medialność. Michał jest w odwrotnej sytuacji. Do tej pory nie miał wielkich osiągnięć w boksie zawodowym, jest skromnym chłopakiem, przypomina mi kilku innych polskich pięściarzy, którzy naprawdę ciężko pracują, ale nie są medialni. Michał stoczył heroiczną walkę, a w mediach nie odbiło się to takim echem, jakbyśmy chcieli. Przyznam szczerze, ta walka przypomniała mi wyprawę z Diablo na Sardynię i jego pojedynek z Rossitto. Michał zrobił to samo co Krzysiek, pod koniec walki znokautował rywala na jego terenie.

Co dalej z Michałem?

Zrobił na pewno ogromny krok w kierunku dużych walk. Zbliża się też do większych pieniędzy, bo do tej pory jego zarobki były skromne. Nie powiem jednak, że za chwilę będzie walczył o mistrzostwo świata, bo jego kategoria wagowa jest piekielnie mocno obsadzona. Jeśli nie dostaniemy jakiegoś prezentu od Św. Mikołaja w postaci pojedynku o pas mistrza świata, to Michał powinien walczyć w Wielkiej Brytanii. Możliwe, że obóz rywala zaproponuje rewanż. Nie ma problemu, możemy w to wejść, ale już za większe pieniądze. Po wygranej nad Daviesem Syrowatka został zauważony przez ekspertów na świecie, a to jest bardzo ważne. Stoczył naprawdę świetną walkę i pokazał się szerszej publiczności. Umówiliśmy się kiedyś, że ja mu wynegocjuje większe walki, a on obiecał, że nie zmarnuje szansy. Obaj dotrzymaliśmy słowa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

szpila
Fot. PBC

Opadł już kurz po walce Artura Szpilki z Adamem Kownackim. Przed wygranym pojawiły się nowe możliwości. – To może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę – uważa Janusz Pindera. Inne problemy ma Szpilka. – Być może powinien wrócić do Polski – dodaje ekspert Polsat Sport.

Adam Kownacki potrzebował raptem czterech rund, żeby rozprawić się z Arturem Szpilką. Był pan zaskoczony takim obrotem sprawy?

Janusz Pindera: Nie ukrywam, Artura uważałem za faworyta. Podkreślałem jednak, że w tym pojedynku wszystko może się zdarzyć i żeby nie lekceważyć Kownackiego, bo jak trafi, to pójdzie za ciosem. I tak się stało.

Kownacki zaimponował już panu podczas obozu u Tomasza Adamka.

Z Mateuszem Borkiem odbieraliśmy go z lotniska, gdy przyleciał z Nowego Jorku na obóz do Łomnicy. Tego samego dnia, po długiej podróży, zrobił bardzo ciężki trening. Słaniał się ze zmęczenia, ale walczył ze swoją słabością dzielnie, czym wszystkim zaimponował. Później pojechaliśmy jeszcze na kriokomorę do Karpacza, Adam wszedł od razu do kabiny, gdzie temperatura sięgała minus 120 stopni. Adamek opowiadał mi, że jeden z jego poprzednich sparingpartnerów, Amerykanin Travis Walker w podobnej sytuacji zrobił krok w tył i zrezygnował. A Kownacki nie wahał się ani chwili. Później stanął na wadze, wskazywała 122,5 kilograma. Nie wyglądało to dobrze. Dieta zaordynowana mu przez dr Jakuba Chyckiego, oraz intensywne treningi zrobiły jednak swoje. Kownacki przepracował obóz bardzo solidnie, przed walką ważył poniżej 110 kilogramów. Wtedy pomyślałem, że ma szanse, ale dalej stawiałem na Szpilkę, nie przekreślając jednak Adama.

Jak dużą cegiełkę do wygranej Adama dołożyli trener Guss Curren i wspomniany specjalista od przygotowania fizycznego dr Jakub Chycki?

Zwykle jest tak, że sparingpartnerzy są dodatkiem do pięściarza, który przygotowuje się do walki. Adama został zaangażowany do takiej właśnie roli, miał pomagać Adamkowi i wiedział na co się pisze. Ale gdy okazało się, że będzie walczył ze Szpilką, został potraktowany wyjątkowo. Gus Curren i Kuba Chycki troskliwie się nim zajęli i pomogli w przygotowaniach. Szalenie istotne było to, że po powrocie do USA nie zajadał się hamburgerami, jak zwykł to robić wcześniej, utrzymał wagę i dzięki finansowej pomocy jednego z młodych, polskich biznesmenów miał możliwość sparowania ze świetnymi, leworęcznymi zawodnikami. A przecież wcześniej sporo rad udzielił mu też Adamek, który w 2014 roku walczył ze Szpilką. I to wszystko zaprocentowało w Nassau Coliseum.

Pierwotnie Kownacki ze Szpilką miał walczyć pod koniec kwietnia, ale jak twierdził Artur, „rozbolał go ząbek”.

Adam mówił nam, że zrezygnował z tamtego terminu, bo miał ukruszony ząb i kilka tygodni nie mógł sparować. Ja mu wierzę, nie chciał ryzykować. Możliwe, że w podtekście chodziło mu też o większą gażę, której ostatecznie się doczekał. 100 tysięcy dolarów, jakie otrzymał za walkę ze Szpilką, to przecież najwyższa wypłata w jego karierze.

Szpilka przed walką twierdził, że udzieli Kownackiemu lekcji boksu. Wyszło zupełnie inaczej. To była dla niego za głęboka woda?

Nie przesadzajmy, walczył przecież z Wilderem i do momentu, gdy otrzymał nokautujące uderzenie, radził sobie naprawdę dobrze. Myślę, że obozowi Szpilki zabrakło rozeznania, co do możliwości Kownackiego. Adam traktowany był jako zawodnik na przetarcie, z którym Artur miał łatwo wygrać, by później mierzyć znacznie wyżej. Gdyby popatrzono na ostatnie przygotowania Kownackiego, gdyby ktoś się głębiej tym wszystkim zainteresował, to być może miałby inną optykę. Być może bardziej skoncentrowany byłby także sam Szpilka, który narzucił sobie dodatkową presją. Przecież nawet nie dopuszczał myśli, że z grubaskiem Kownackim może przegrać. On go jawnie lekceważył, co było głupotą.

Artur w tej walce wyglądał fatalnie, popełniał dziecinne błędy. Co się z nim stało?

Pamiętam memoriał Feliksa Stamma sprzed lat. Był marzec 2008 roku. W kategorii ciężkiej (91 kg) wygrał wtedy Krzysztof Zimnoch, który w finale wyraźnie (28:11) pokonał Abdelaziza Touilbiniego. Wcześniej Algierczyk wygrał przed czasem ze Szpilką. Dlaczego to przypominam? Bo byłem na walce Artura. Ludwik Buczyński, ówczesny trener kadry seniorów, był zachwycony, że ma pod opieką takiego chłopaka jak Szpilka. Mówił o nim, że jest jak Muhammad Ali. Nie znałem go, więc wybrałem się na jego pojedynek. I co zobaczyłem? Bezradny Szpilka stał z opuszczonym rękami przy linach i dał się okładać temu Algierczykowi. Prawie identyczna sytuacja jak w walce z Kownackim. Artur w sytuacjach zagrożenia idzie do lin, opuszcza ręce, od lat te błędy głęboko w nim siedzą.

Ronnie Shields w wywiadzie z Przemkiem Garczarczykiem mówił, że jeśli Artur przegra, to nie będzie miał czego szukać w wielkim boksie. Zgadza się pan z tą opinią?

Nie do końca. Artur powinien teraz odpocząć i wszystko przemyśleć. Być może powinien wrócić do Polski, tylko pytanie, z kim by tutaj trenował. Nie wiem, czy byłby możliwy jego powrót do Fiodora Łapina. Pod jego wodzą Szpilka świetnie realizował założenia taktyczne w walce z Adamkiem. W konfrontacji z Kownackim tego mi właśnie brakowało. Zabrakło też innych rzeczy, bo Artur popełniał fatalne błędy. Myślę, że gdyby Łapin uczestniczył w przygotowaniach Szpilki do pojedynku z Kownackim i stał w jego narożniku, to ta walka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Czyli dalszy pobyt Artura w USA nie ma sensu?

To jego życie i jego decyzje, ale jakoś specjalnie nie widzę postępów w jego boksie. Zgoda, był świetnie przygotowany fizycznie, ale w walce z Adamkiem było tak samo. W pewnym momencie pobyt w USA był dla niego bardzo istotny, ale dzisiaj coś się kończy i ktoś musi rozpalić w nim nowy ogień. Śmiem twierdzić, że gdyby walczył z Dominikiem Breazeale’em i przegrał, to taka porażka miałaby nieporównywalnie mniejsze znaczenie niż ta z Kownackim. Przegrana w tych okolicznościach była dla niego klęską, bardzo mocno uderzyła w jego ego. Podobna historia dotknęła Tomka Adamka, który nie wierzył, że może przegrać z Wiaczesławem Głazkowem, później nie dopuszczał myśli, że może go pokonać Szpilka, a tak się właśnie stało. Byłem w jego szatni po obu tych porażkach i widziałem, w jakim jest stanie. Przykro było patrzeć.

Pojawiły się opinie, że Szpilka przegrał walkę w głowie?

Tak było. Nie wiemy, jak duży ślad zostawił ten ciężki nokaut z rąk Wildera. Niektórzy pięściarze wracali po takich wydarzeniach i sami nokautowali rywali, inni już nigdy nie byli sobą. Rozmawiałem kiedyś ze słynnym kaskaderem z Australii, który doznał poważnego wypadku na stadionie Legii. Skakał z zasłoniętymi oczami na główkę z wysokości 30 metrów, nie trafił tak jak powinien w tekturowe pudełka. Mocno się wtedy poturbował. Dwa dni po tym wydarzeniu robiłem z nim wywiad i twierdził, że jeśli nie odda w ciągu najbliższych dni podobnego skoku, to już nigdy tego nie zrobi. Chciał jak najszybciej przełamać swój lęk i tak uczynił. Skoczył i później jeszcze długo pracował w tym fachu, bijąc kolejne rekordy. Dlaczego o tym mówię? Czasami zbyt długie przerwy po ciężkim nokaucie nie są dobre. Tak mogło być w przypadku Artura. Pamiętajmy tylko, że miał operację złamanej ręki, która długo się zrastała, później była rehabilitacja itd. W lutym bardzo liczył na walkę w Alabamie z Dominikiem Breazealem, która nie doszła do skutku. Odnoszę wrażenie, że czekając na swój efektowny powrót wyraźnie się spalił. I kiedy Kownacki od pierwszej rundy postawił mu swoje warunki, narzucił presję i kilka razy mocno trafił, coś w nim pękło. Tak bezradnego Szpilki nigdy nie widziałem, ale błędy popełniał te same co zawsze.

Jaki powinien być plan B na karierę Szpilki?

Był pomysł, by pod koniec roku walczył w Polsce z Krzysztofem Zimnochem lub „Diablo” Włodarczykiem, ale po tym co się stało na Long Island, chyba umarł śmiercią naturalną. Myślę, że Szpilka potrzebuje teraz trochę czasu. Jeśli wróci, to musi być to powrót naprawdę bezpieczny.

Na koniec wróćmy do Adama Kownackiego. Co go teraz czeka?

Drzwi do wielkiej kariery otworzyły się przed nim bardzo szeroko i to może być niebezpieczne. Amerykanie nie lubią długo czekać, rzucają takich pięściarzy na głęboką wodę. Tak było choćby z Michaelem Grantem, któremu Lewis złamał karierę siedemnaście lat temu, nokautując go szybko w nowojorskiej Madison Square Garden. Choć nie chcę porównywać Granta do Kownackiego, bo to inne przypadki. Trzeba spokojnie i mądrze poprowadzić karierę Adama. Za nim będzie szła publiczność, nie tylko w USA, ale także w Polsce. Przydałby mu się pojedynek na gali Polsat Boxing Night. Rywal nie musi być wcale ze światowej czołówki. Jeżeli będzie robił postępy, to przyjdzie czas na wielkie walki i godziwe pieniądze. Musi jeszcze popracować nad swoją fizycznością, pracą nóg i lewą ręką. Głowę ma stworzoną do tego sportu. Nie tylko twardą, odporną na ciosy, ale też chłodną, nie ulega emocjom. Ma charakter ringowego wojownika i łatwość zadawania ciosów, a ręce ciężkie. Kownacki ładnie powiedział,że niekoniecznie niebo jest limitem, bo on chce  skoczyć jeszcze wyżej. Oby tak się stało, ale nie każdy będzie tak bezradny jak Szpilka.

Adam Kownacki uważa, że skoro pokonał Szpilkę, to jest najlepszym bokserem wagi ciężkiej w Polsce. Też tak pan sądzi?

Ma sporo racji w tym co mówi. Szpilka pokonał przecież Adamka, walczył o mistrzostwo świata z Wilderem, a on go znokautował. Ale jesienią może się okazać, że znów zobaczymy w zwycięskiej walce Adamka, że wróci i pokaże się z dobrej strony Mariusz Wach, że mile nas zaskoczy Izu. A przecież Krzysztof Zimnoch też zgłasza swoje aspiracje i mówi, że jest w stanie wygrać z każdym w Polsce. Oczywiście to tylko słowa, brakuje mu argumentów. Myślę, że dziś nie ma w polskim boksie zdecydowanego lidera w wadze ciężkiej, mamy wakat. Najlepiej gdyby tego najlepszego wyłonił jakiś turniej, ale to chyba nierealne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Kownacki po tym czego dokonał w Nassau Coliseum, ma prawo tak o sobie myśleć.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

szpila
Fot. PBC

W jednym narożniku będzie nauczyciel, w drugim zobaczymy ucznia, który ma otrzymać korepetycje z boksu. Tak to widzi Artur Szpilka. Eksperci się pod tym podpisują, bo żaden nie stawia na Adama Kownackiego.

Na sprawę, co oczywiste, inaczej patrzy Kownacki, który ma ochotę znokautować Szpilkę i zapowiada, że to zrobi. Cały czas żongluje jednym argumentem – Artur ma słabą szczękę. Fakty są takie, Kownacki bywał na poligonach, ale nie był jeszcze na prawdziwej wojnie. Szpilka zna już smak wojny. 

Był na niej 18 miesięcy temu w Barclays Center. Gdy w dziewiątej rundzie Wilder wystrzelił potężnym prawym, Artur pożegnał się z marzeniami o zdobyciu mistrzowskiego pasa. Halę opuścił na noszach. Na tej samej gali pokazał się też Kownacki, ale nie miał zbyt trudniej roboty. Wygrał jednogłośnie na punkty z Dannym Kellym. 

Teraz panowie spotkają się w ringu. Szpilka jest głodny boksu, on nawet nie musi tego mówić, to widać. Dla niego Kownacki jest przeszkodą, którą trzeba przeskoczyć, żeby iść dalej. Adam nie ma nic do stracenia, do ringu może wejść z chłodną głową. Presja spoczywa na barkach jego rywala.

Szpilka w jednym z wywiadów powiedział, że daje szansę Kownackiemu. Poniekąd ma rację. Po pierwsze, Adam zarobi najwięcej w karierze, po drugie, może się wypromować. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Kownacki jest też szansą dla Szpilki. Artur długo nie walczył, przez długi czas był problem z zakontraktowaniem mu rywala. Nie wiadomo, ile jeszcze musiałby czekać na następną walkę. A tak może się sprawdzić z Kownackim. Wszyscy powinni być zadowoleni, jeden drugiemu daje na coś szansę.

„Szpila” jest jak pies, który bardzo długo trzymany był na smyczy, ale w końcu dostał wolność. Może być nieobliczalny. Jeśli będzie trzymał się taktyki i w swoim stylu pracował na nogach, Adamowi przypomną się czasy, jak w dzieciństwie ganiał chomika po pokoju. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, że Szpilka się jednak podpali i straci głowę. Może tak być, bo przecież słowa Adama o słabej szczęce go wkurw… Wtedy może dojść do wymiany ciosów, jednym słowem, bitki, a przy takim rozwiązaniu na deskach może być i jeden, i drugi.

Kibice pewnie nie mieliby nic przeciwko temu, żeby scenariusz tego pojedynku był podobny do konfrontacji Artura z Mike’em Mollo. O takich walkach gada się przecież latami. Najważniejsze jednak, żeby panowie po pojedynku podali sobie ręce oraz cali i zdrowi wrócili do domu.

wsb

Porządne pieniądze na stole, kilku konkretnych facetów i cztery mistrzowskie pasy w obrocie. Turniej Word Boxing Super Series w kategorii junior ciężkiej może być strzałem w dziesiątkę jego organizatorów. Oby tylko obyło się bez jakichś nieprzewidzianych historii.

W sobotę w Monako poznaliśmy pary ćwierćfinałowe. Mistrzowie pięści, „piękni” chłopcy, wybierali tych „brzydkich”, czyli nie mających pasów. Kompletowanie par na zasadzie draftu było średnim pomysłem (lepiej losować), ale możemy na to przymknąć oko. 

Co wiemy po drafcie? Usyk i Briedis w nie mieli ochoty rozpoczynać turnieju od spotkania z Kudriaszowem. Yunier Dorticos nie miał wyjścia, musiał wziąć Rosjanina. Gdyby miał wybierać, pewnie też powiedziałby: nie, dziękuję. Nasz człowiek w WBSS, Krzysztof Włodarczyk jako obowiązkowy pretendent federacji IBF trafił w ręce Murata Gasijewa. 

Szanse Diablo? Bez pudrowania rzeczywistości, nie za duże. Po ostatnich jego pojedynkach trudno być optymistą. Faworytem jest Gasijew, który po raz pierwszy będzie bronił tytułu mistrzowskiego. Rosjanin sporo potrafi, mocno bije, ale wirtuozem pięści na pewno nie jest. Nie pękł przed Lebiediewem, nie podkuli też ogona przed byłym mistrzem WBC i IBF. Włodarczyka nie możemy jednak przekreślać. Z prostego powodu, jest puncherem, a tacy pięściarze w każdej sekundzie walki mogą jednym ciosem załatwić sprawę. Tym bardziej, że Gasijew nie jest Floydem w defensywie.

Konkretne mordobicie szykuje się w konfrontacji Dorticosa z Kudriaszowem. Razem mają na koncie 41 wygranych przed czasem. Tak, czterdzieści jeden! Panowie po pierwszym gongu powinni wywołać wojnę w ringu. W tym przypadku sędziowie punktowi mogą jechać na urlop. Wygrany tego pojedynku spotka się z Diablo lub Gasijewem. 

Usyk wybrał sobie Marco Hucka, którego kariera trzyma się na ostatnim zawiasie. Usyk ten zawias urwie z hukiem i odeśle Marco na emeryturę. Z kolei Briedis wskazał palcem na Pereza, czyli gościa, który za uszy został wciągnięty do zawodów przez swojego promotora. Nie wiemy, na co stać Kubańczyka po zmianie kategorii wagowej, ale w półfinale możemy go nie zobaczyć.

Pierwszym rezerwowym turnieju jest Krzysztof Głowacki. Wejdzie do gry, gdy któryś z zawodników dozna kontuzji. A teraz wyobraźcie sobie, że przed pierwszym pojedynkiem z turnieju wypada Murat Gasijew… Na horyzoncie pojawiłaby się walka Włodarczyk vs Głowacki. W tle byłyby dylematy obu pięściarzy, promotorów i Fiodora Łapina. Pamiętajmy, że życie pisze dziwne scenariusze.

Z naszego punktu widzenia największym nieobecnym w WBSS jest wspomniany już Głowacki. Można go było wystawić za Pereza czy Hucka. Sportowo – to bez dwóch zdań – na dziś lepsza opcja niż ci dwaj panowie. Nad nieobecnością Denisa Lebiediewa nikt nie powinien ubolewać. Rosjanin jest właścicielem atrapy pasa WBA Super World. Tak, atrapy, bo przecież ten pas powinien należeć do Gasijewa. Poza tym, Lebiediew jest już po drugiej stronie rzeki i niczego nie wniósłby do turnieju.

Brakuje też Tony’ego Bellew, ale on akurat nie był zainteresowany udziałem w tym balu, bo wybrał inną drogę, inną kasę. Jego biznes. Nie można jednak marudzić, bo i tak w stawie pływają grube ryby.

Wiecie, co jest najfajniejsze w tym turnieju? To, że możesz przystąpić do niego bez żadnego tytułu (patrz: Włodarczyk), a zakończyć zabawę z torbą pełną pasów. 

FOT 400MM.PL

Opadł już kurz po gali Polsat Boxing Night 7. Tomasz Adamek faktycznie był Jokerem, ale show skradł mu Mateusz Masternak. Swoje pięć minut miał Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Nie zabrakło też kontrowersji. Z jajami Łukasza Janika w roli głównej. Z Ergo Areny raczej nikt nie wyszedł zawiedziony. 

Gdy po zakończeniu szóstej rundy Tomasz Adamek szedł do swojego narożnika, wiedzieliśmy już, że ma walkę pod kontrolą i że jeśli nie zdrzemnie się na moment, to spokojnie wygra. Solomon Haumono w każdej rundzie zbierał sporo ciosów, ale nie był ani razu podłączony, dlatego było też wiadomo, że pojedynek potrwa cały dystans.

„Góral” faktycznie był Jokerem

Adamek na tle Australijczyka pokazał, że 40-latek może jeszcze bić seriami, że widzi ciosy rywala, że ma refleks i kondycję na 12 rund. „Góral” był w tej walce Jokerem, tak jak anonsowano go na plakacie promującym galę. Jokerem na pewno nie był jego rywal. Mateusz Borek żartował po gali, że Haumono w hierarchii ważności kart spadł na „9”.

FOT 400MM.PL

Po gali próbowaliśmy ustalić, co czeka Adamka w najbliższej przyszłości, ale żadne konkrety nie padły. Ani z ust głównego zainteresowanego, ani promotora Borka. Jedno jest pewne, „Góral” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i jeszcze zobaczymy go w ringu. Może wojować za granicą, ale w Polsce też nie zabraknie chętnych do walki z nim. Swoją kandydaturę już zgłosił Krzysztof Zimnoch. Tak na marginesie, to dobry pomysł na promocję. „Chcę walki z Adamkiem” – chwytliwe hasło, prawda?

Masternak skradł show Adamkowi

Mateusz Masternak i Robert Talarek to bez wątpienia najwięksi wygrani gali PBN 7. Ten pierwszy w pojedynku z Siłłachem zdał test na męskość i przy okazji skradł show Adamkowi. Był w tarapatach (rozcięty łuk brwiowy, liczenie), momentami walka wymykała mu się spod kontroli, ale dał radę. Ukłony, „Master”. Z obu stron oglądaliśmy boks w najlepszym wydaniu. Wynik był na styku, werdykt mógł pójść w obie strony. Masternak takie historie już przerabiał. Na wyjeździe tego typu walki przegrywał, teraz to jego ręka powędrowała w górę. Warto zwrócić uwagę, że „Master” nie ma w tej chwili promotora. Niektórym osobom powinno dać to do myślenia.

FOT 400MM.PL

Mocnego zaplecza promotorskiego nie ma też za sobą Robert Talarek, który utarł nosa Norbertowi Dąbrowskiemu. Ta gala powinna być dla tego chłopaka trampoliną. Pokazał, że ciężka robota, w którą wkłada się serce i charakter, przynosi efekty. Jeżeli odbędzie się kolejna gala PBN, Talarka wypadałoby zaprosić w pierwszej kolejności. Szkoda też, żeby chłopak dalej jeździł po Europie i dostawał po uszach nie od rywali, ale od sędziów. Przed galą Talarek w talii kart był tylko „10”. Po walce z Dąbrowskim nie został od razu asem, ale na pewno o jeden stopień przesunął się w górę.

Sulęcki i Głowacki wygrali… sparingi

Maciej Sulęcki i Krzysztof Głowacki wykonali swoją robotę i mogą iść dalej. Szkoda, że mieli mało wymagających przeciwników. W ich przypadku szkoda czasu na walki, które przypominają sparingi. Plusem jest to, że pokazali się na tak dużej imprezie. Obaj twierdzą, że są gotowi na pojedynki o pasy. Teraz wszystko w rękach ich promotorów i menedżerów.

Andrzej Gmitruk przed walką Łukasza Wierzbickiego przekonywał, że jego podopieczny w Ergo Arenie będzie grał na pianinie. Trzeba przyznać, że Wierzbicki na tle Tlatlika wypadł bardzo korzystnie i wygrał bez problemu. Może nie grał jeszcze na pianinie, ale pokazał, że ma smykałkę do boksu. Andrzej Gmitruk musi jeszcze pracować nad tym chłopakiem. Potencjał na pewno jest.

Były też kontrowersje. Z jajami Janika w roli głównej

Na PBN 7 nie obyło się bez kontrowersji. Sporo dyskutowało się o werdykcie po walce Ewy Brodnickiej. O skandalu nie możemy mówić, ale Ewa na pewno wygrała szczęśliwie.  Viviane Obenauf nie zgadzała się z werdyktem i zaprosiła Brodnicką na rewanż do Szwajcarii. – Jak mi dobrze zapłaci, to czemu nie” – stwierdziła na gorąco „Kleo”.

_IGA1815.jpg

Rewanżu domaga się też Łukasz Janik, który twierdzi, że Adam Balski trafił go poniżej pasa. Powtórki telewizyjne pokazały, że Janik nie ma racji. O samej walce za dużo nie można napisać, bo Balski od początku wziął sprawy w swoje ręce i z każdym ciosem zaznaczał swoją przewagę. Szkoda, że Janik nie miał czasu na normalne przygotowania do tego pojedynku. W sobotę był po prostu słaby. Było bang, bang i po zawodach. Rewanż? Jeżeli Balski nie będzie miał innej opcji, to czemu nie. Poza tym Janik powinien spełnić dwa warunki:

  1. Nie może się przygotowywać na wariackich papierach
  2. Musi kupić sobie suspensor, bo w innym przypadku znowu mogą być jaja

Nie ma powodów do marudzenia

Mateusz Borek przyznał po gali, że rozważany był undercard w stylu braci Kliczko. Czyli wielka kasa idzie na jeden pojedynek, reszta walk interesuje tylko rodzinę i przyjaciół walczących pięściarzy. Szef MB Promotions postawił jednak na inne rozwiązanie.

Zakontraktował Adamkowi rywala z niższej półki, ale dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć w akcji innych, czołowych pięściarzy z polskiego podwórka. To było dobre rozwiązanie, nikt nie powinien marudzić.

Krzysztof Smajek