adam kownacki

  • Adam Kownacki od ponad dwudziestu lat mieszka w USA, na polskim ringu nie stoczył ani jednej walki. – Mogę otwarcie powiedzieć, że zależy mi, aby Adam został nową gwiazdą gal z cyklu Polsat Boxing Night – mówi Mateusz Borek.
  • „Babyface” po świecie boksu zawodowego porusza się bez promotora, ale jest związany z Alem Haymonem. Na początku kariery boks łączył z pracą na budowie, w weekendy dorabiał na bramce.
  • Teraz skupia się tylko na boksie i chce zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. 20 stycznia w Barclays Arenie ma do wykonania robotę.
  • Czytaj resztę wpisu »

    Reklamy

    rusiewicz_kiladze

    Łukasz Rusiewicz dość dobrze zna Iago Kiladze, czyli najbliższego przeciwnika Adama Kownackiego. Był sparingpartnerem Gruzina, ale także walczył z nim. – To był naprawdę kozak, ale po walce z Kalengą coś w nim pękło – twierdzi Rusiewicz.

    20 stycznia Adam Kownacki będzie się bił z Iago Kiladze w Barclays Center. 2,5 roku temu walczyłeś z tym rywalem. Co możesz powiedzieć o Gruzinie?

    Łukasz Rusiewicz: Byłem nawet na sparingach u Kiladze przed jego walką z Yourim Kalengą. Bił wtedy strasznie mocno i precyzyjnie, aż w uszach dzwoniło. Posyłał na deski Marco Hucka, który później nie chciał z nim sparować. Jednak po walce z Kalengą to już nie był ten sam Kiladze. Walczyłem z nim w 2015 roku i powiem szczerze, że było mi dużo łatwiej niż na tych sparingach.

    Co się stało z Kiladze?

    Widocznie coś w nim pękło, musiał się zrazić psychicznie, bo zaczął ostrożniej boksować. Przed KO z rąk Kalengi, to był naprawdę kozak. Francuz musiał go bardzo mocno naruszyć. Nie wiem, może do tej pory Kiladze już się pozbierał.

    Czytaj resztę wpisu »

    zimnoch_foto

    Miał ambitny cel, chciał zostać mistrzem świata wagi ciężkiej. Plany pokrzyżował mu przeciętny rywal z USA. Teraz Krzysztof Zimnoch bije na sali treningowej manekina i szykuje się do debiutu w MMA. Może właśnie w klatce dojdzie do jego konfrontacji z Arturem Szpilką.

    Wrzesień 2017 r. Krzysztof Zimnoch deklaruje, że za chwilę dobierze się do skóry światowej czołówce wagi ciężkiej.

    Grudzień 2017 r. Krzysztof Zimnoch oznajmia: Teraz czas na MMA.

    Między jedną a drugą wypowiedzią doszło do jego spotkania w ringu z Joey’em Abellem. Rzemieślnik z USA w trzeciej rundzie wykonał wyrok i bokserska kariera Zimnocha wpadła w turbulencje. Na gorąco, tuż po walce w Radomiu, Krzysiek mówił: „Nie poddam się, przynajmniej teraz, przynajmniej na razie. Jeżeli Tomasz Babiloński zrobi mi rewanż, to bardzo chętnie ponownie zaboksuję z Abellem.

    Krok w kierunku MMA

    Życie napisało jednak inny scenariusz. Tomasz Babiloński jako promotor skręcił w kierunku mieszanych sztuk walki. Oprócz gal bokserskich będzie organizował też pojedynki w formule MMA. Debiut w nowym środowisku ma już za sobą. Zimnoch też obrał taką ścieżkę.

    babilon_MMA_ok

    Krzysiek nie zmienia dyscypliny, nie rzuca boksu, ale podobnie jak ja próbuje innego sportu. 2 grudnia był na naszej gali MMA i powiedział, że chciałby spróbować swoich sił w klatce. Chwała mu za to, że dalej chce walczyć, bo niejeden po porażce z Abellem zwinąłby zabawki i poszedłby na bramkę w dyskotece. Zobaczymy, jak mu pójdzie w MMA. Nie wszyscy się do tego sportu nadają, było kilka przypadków, że pięściarze nie odnaleźli się w klatce. – mówi Po Gongu Tomasz Babiloński, promotor Zimnocha.

    Pięściarz w klatce MMA ma zadebiutować w marcu podczas gali Babilon MMA 3. Przygotowuje się już do startu, trenuje zapasy i brazylijskie jiu-jitsu. Na razie sparuje tylko z manekinem. W rozmowie z ringpolska.pl opowiadał, jak to wygląda: „Wchodzę mu w nogi, rzucam na matę, zakładam dźwignię, ale on ciągle wstaje i się ze mnie śmieje. Ma namalowaną twarz i szczerzy do mnie zęby.”

    Pierwsze obalenie i po Krzysiu

    Pojawił się pomysł, żeby Krzysztof Zimnoch w debiucie spotkał się w oktagonie z Szymonem Kołeckim. Były ciężarowiec od ponad roku trenuje MMA, ma na koncie już cztery zwycięstwa, wszystkie przed czasem. – Rozmawiamy o tym, na razie jest to bardziej pytanie do kibiców, czy chcieliby zobaczyć taką konfrontację. Chciałbym organizować walki, które będą ciekawe dla fanów. Trzeba mieszać sztuki walki, po to jest przecież MMA – twierdzi Babiloński.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Po ogłoszeniu informacji, że możliwy jest pojedynek Zimnocha z Kołeckim pojawiło się wiele głosów i to one dominują, że pięściarz nie miałby żadnych szans w tym starciu. Oto kilka z brzegu opinii znalezionych na Twitterze: „Kołecki parafrazując klasyka zrobi mu dziecko”, „Jak na moje Kołecki poradzi sobie bez problemu”, „Kołecki kończy Zimnocha w parterze”, „Pierwsze obalenie i po Krzysiu”.

    Trudno wskazać faworyta, ta walka to spora zagadka. Wiadomo, że Krzysiek ma większe doświadczenie w stójce, ale pamiętajmy, że Szymon ma niesamowitą siłę, mistrzem olimpijskim nie został przypadkiem – mówi promotor obu zawodników.

    Szpilka vs Zimnoch łatwiej zrobić w MMA niż w boksie

    Wróćmy jeszcze na chwilę do sparingów Zimnocha z manekinem. – Co ciekawe, mój manekin ma też napisane na plecach Artur. Nie ma jednak wiele wspólnego z Arturem, o którym teraz wszyscy pomyślą, bo manekin Artur w odróżnieniu od tego drugiego chociaż podaje mi rękę – mówi pięściarz.

    zimnoch_2

    Zimnoch mówiąc „ten drugi”, ma oczywiście na myśli Artura Szpilkę, który też ostatnio zaczął treningi MMA. Ich konfrontacja w ringu była już parę razy zapowiadana, ale do walki nigdy nie doszło. Może w przyszłości panowie spotkają się w klatce?

    Czemu nie. Ich walka powinna się odbyć, nawet dla świętego spokoju, bo przecież mają sobie coś do wyjaśnienia. Tylko wiadomo, że jeden i drugi mają jakieś tam finansowe wymagania. Dzisiaj promotorów bokserskich nie stać na to, żeby zorganizować taki pojedynek, ale MMA rządzi się swoimi prawami. Wystarczy spojrzeć na to, co robi KSW, jak zapełnia trybuny, w jaki sposób przykuwa uwagę. W przypadku pojedynku Zimnocha ze Szpilką można pójść w tym kierunku, w stronę oktagonu – twierdzi Babiloński.

    Podobnie na sprawę patrzy Zimnoch, który w rozmowie z „Super Expressem” powiedział: „W kontrakcie mam możliwość wystąpienia na gali innego promotora po opłaceniu konkretnego procenta z wynagrodzenia, myślę, że Artur ma podobnie, więc może chłopaki z KSW chcieliby coś takiego zorganizować? Jestem otwarty na wszelkie propozycje.”

    Plan na Zimnocha? Walki z rodakami

    Pięściarze coraz częściej spoglądają w stronę MMA. Tego chleba w przeszłości spróbowali Przemysław Saleta i Rafał Jackiewicz. Teraz coraz głośniej o występach w oktagonie mówi Mateusz Masternak. Boks mu się jeszcze nie znudził, ale ma ochotę wejść do klatki. Krzysztof Włodarczyk też nie mówi „nie”, gdy słyszy o MMA.

    Moim zdaniem pięściarze, którzy za długo przesiadują na ławce rezerwowych w boksie, powinni zawitać do MMA i spróbować swoich sił w klatce – mówi Babiloński i dodaje: Jako organizator gal bokserskich zauważyłem, że inny kibic przychodzi na MMA, inny na boks. Wkrótce te dwa środowiska będą się mieszać.

    Krzysztof Zimnoch nie pożegnał się definitywnie z ringiem. Jednak po porażce z Abellem może zapomnieć o dużych zarobkach i walkach z czołówką wagi ciężkiej. Jego nazwisko w świecie boksu nic nie znaczy. Promotorom nie łatwo będzie znaleźć sposób na odbudowanie jego kariery.

    Jeżeli chodzi o boks, to w przypadku Krzyśka koncentrujemy się dzisiaj na walkach polsko-polskich. Są w naszym kraju pięściarze, których moglibyśmy z nim skonfrontować. Chcemy go sprawdzić z rodakami, bo on musi przekonać promotorów, sponsorów i telewizję, że warto ściągnąć Abella na rewanż. Poprzez polskie podwórko chcemy sprawdzić, czy on się jeszcze do boksu nadaje. Mam nadzieję, że ta ostatnia przegrana nie zostawiła żadnego śladu na jego psychice – kończy Tomasz Babiloński.

    Krzysztof Smajek

    Zrzut ekranu 2018-01-05 o 12.06.36.png

    W piątek 50 świeczek z urodzinowego tortu zdmuchnie Andrzej Gołota. Tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać. Miliony Polaków wstawało w nocy na jego walki, bo gdy „Andrew” wchodził na ring w USA, grzmoty było słychać w naszym kraju. Jego dwa pojedynki z Riddickiem Bowe mają swój osobny rozdział w historii wagi ciężkiej. Gołota nigdy nie był mistrzem świata, ale jest legendą polskiego boksu. Jego walkę z Timem Witherspoonem oglądało w Polsacie 12,5 miliona widzów. Dzisiaj w Polsce nie ma pięściarza, który mógłby przyciągnąć przed telewizory taką rzeszą kibiców.

    Urodziny Andrzeja Gołoty to dobra okazja, żeby przypomnieć kilka anegdotek z jego życia. Mateusz Borek, Andrzej Kostyra i Andrzej Wasilewski w swoich „Alfabetach”, które ukazały się na Po Gongu, opowiedzieli kilka fajnych historii dotyczących „Andrew”.

    Z Alfabetu Mateusza Borka: Po walce Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem w Chengdu Don King zaprosił nas na kolację do dobrej chińskiej restauracji, w której pierwsze piętro było przeznaczone dla normalnych ludzi, a drugie dla VIP-ów, gdzie King zorganizował bankiet dla około 40 osób. Pojechałem tam z Przemkiem Garczarczykiem. Wchodzimy do środka i… własnym oczom nie wierzymy. Pobity przez Austina Andrzej Gołota siedzi z rodziną i je między setką Chińczyków na pierwszym piętrze. Tak wstydził się porażki, że nie miał ochoty wjechać piętro wyżej. Namówiliśmy go jednak, żeby wszedł tam chociaż na chwilę. Gdy Don King go zobaczył od razu wypalił: Andrju, mój przyjacielu, dam ci jeszcze jedną szansę.

    ***

    Nie wiem, czy traktować to w kategorii anegdoty, bo na własne uszy tego nie słyszałem, ale podobno Gołota przed walką z Johnem Ruizem powiedział Kingowi, że nawet jak zdobędzie pas mistrza świata, to następnego dnia kończy karierę. Pamiętajmy, że King był wtedy również promotorem Ruiza, więc mógł sobie pomyśleć: po co ja mam dać Gołocie pas, skoro on go następnego dnia zwakuje i ja tego pasa jako promotor też nie będę miał i przelecą mi miliony koło nosa. Możliwe, że Gołota pospieszył się z tą deklaracją. Wielki boks to wielka polityka i wielka kasa, a pamiętamy, że ta walka była bardzo wyrównana.

    ***

    Myśląc o Andrzeju Gołocie, mam w głowie takie zdanie: nigdy polscy ojcowie nie wstawali tak często do dzieci, jak wstawali na walki Andrzeja Gołoty. Trafił na nieprawdopodobne czasy w kategorii ciężkiej, bo pamiętajmy, że gdy boksował w swoim prime byli między innymi: Mike Tyson, Lennox Lewis, Michael Grant i Riddick Bowe. To była cała plejada świetnych zawodników. Jednak fakty są takie, że Andrzej Gołota co najmniej raz powinien być mistrzem świata, bo na pewno wygrał walkę z Chrisem Byrdem.

    W jego karierze było sporo dziwacznych momentów: szybkie przegrane z Lewisem czy Brewsterem, ucieczka z ringu w walce z Tysonem, niezrozumiała przegrana z Grantem, dziwna deklaracja przed pojedynkiem z Ruizem, o której wspominałem wcześniej. Co by nie mówić, Gołota był świetnym pięściarzem, ale w boksie zawodowym niczego nie osiągnął. Karierę pięściarza puentuje to, co uda się zawiesić na biodrach, a on przecież nie zdobył żadnego pasa. Dlatego Andrzej przypomina polskich bohaterów literackich i jest wielką postacią tragiczną.

    Smutne było to, że Gołota nie potrafił pogodzić się z brakiem sukcesu sportowego. Gdy był po wypadkach, nie mógł prostować lewej ręki, nie funkcjonował mu bark i spadła szybkość, on ciągle wierzył, że jest w stanie zawojować wagę ciężką. To było życzeniowe myślenie.

    Z Alfabetu Andrzeja Kostyry: Trzeba zjeść beczkę soli, żeby zrozumieć tego faceta. Pamiętam go jeszcze z czasów amatorskich. Od razu było widać, że to wielki talent, ale nie był zbyt silny psychicznie. Janusz Gortat opowiadał mi, że przed jednym z meczów spał z nim w jednym pokoju. Andrzej wstawał w nocy i strasznie się kręcił. A to pił wodę, a to chodził do łazienki, a Janusz nie mógł spać. W pewnym momencie spytał go: Andrzej, co się tak denerwujesz? Przecież walczysz z Klepką. Wejdź do ringu, stuknij nogą w matę i już po Klepce. Na drugi dzień tak właśnie się stało. Wygrał z Klepką przed czasem. Ale co się nastresował przed walką to jego.

    ***

    Gołota powinien być mistrzem świata. Moim zdaniem wygrał zarówno z Byrdem jak i Ruizem, ale formalnie tytułu nie zdobył. Najadłem się przez niego dużo wstydu. Najwięcej po walce z Mikem Tysonem. Po tym pojedynku siedziałem w hotelowym barze z fotoreporterem Wojtkiem Rzążewskim i wdaliśmy się w dyskusję z gościem, który strasznie narzekał na Andrzeja. Przedstawił się, że jest doręczycielem pozwów sądowych (w USA trzeba pozew doręczyć osobiście), zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie, ale nie raz był w groźniejszych sytuacjach niż Gołota z Tysonem i nie mógł uciec tak jak Andrew. – Bo my w Ameryce jesteśmy wychowani na kulcie Rambo. Możesz przegrać, ale po walce, a Gołota przegrał bez walki. Wy najedliście się wstydu, a my straciliśmy kasę, bo bilety były po 300 dolarów a nie było żadnych emocji – argumentował.

    ***

    Nie ma chyba drugiego boksera, który zarobiłby tyle kasy na przegranych pojedynkach. Choć i tak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa. Ziggy Rozalski twierdzi, że gdyby Gołota został mistrzem świata, to było dogadane, że Kelvin Klein podpisałby z nim kontrakt reklamowy na sto milionów dolarów. Jednak Gołota dobrze zainwestował pieniądze i na pewno nie skończy jak Riddick Bowe, który łazi i prosi o pieniądze, podpisując zdjęcia. Gołotę stać, żeby podpisywać zdjęcia kibicom za darmo.

    Z Alfabetu Andrzeja Wasilewskiego: Odwoziłem na lotnisko swojego ojca, leciał z kadrą Polski na jakiś turniej. Na Okęciu spotkałem Gołotę, który wziął mnie na bok i poprosił, żebym odstawił mu samochód. Dodam, że nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, ale nie myliłem gazu z hamulcem, więc Andrew mógł być spokojny o swoje cztery kółka. Dostałem kluczyki i poszedłem przeparkować jego Audi 90 coupe. W tamtych czasach takie auto robiło ogromne wrażenie na otoczeniu. Przestawiłem to Audi i moja znajomość z Gołotą na dłuższy czas została przerwana… Chwilę później uciekł on do Ameryki.

    Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach, gdy Andrzej przyleciał do Polski. Było to bodajże na jakiejś imprezie w Łodzi. Podszedłem do niego z przekonaniem, że mnie nie pamięta. Różnica była spora, bo podczas poprzedniego spotkania byłem 55-kilogramowym nastolatkiem, a tym razem podszedł do niego prawie 100-kilogramowy facet. Andrzej, gdy mnie zobaczył, od razu zagaił: „Dzięki za odstawienie samochodu na lotnisku, cały był.” Nie ukrywam, byłem zaskoczony jego pamięcią. Nieprawdopodobna.

    ***

    Jego kariera od początku była źle prowadzona, zabrakło odpowiedniej strategii. Lista grzechów jest długa. Powinien mieć jednego, poważnego trenera z charyzmą, do którego miałby zaufanie. W walce z Mikiem Tysonem w jego narożniku nie powinien stać ktoś taki jak Al Certo. W pojedynku z Michaelem Grantem ktoś taki jak Roger Bloodworth. Andrzej nie miał odpowiednich sparingpartnerów. Sparował z tym, który akurat przyszedł do gymu, bo tak było taniej. O odnowie biologicznej nawet nie słyszał. Brał walki, których nie powinien brać.

    Nikt nie chciał walczyć z Lewisem, kontuzjowany Gołota się zgodził. Owszem, swoje zarobił, ale zebrał straszne bicie i walka o mistrzostwo świata się oddaliła. Tego typu zaniedbania można wyliczać i wyliczać. To nie była wina Andrzeja, tylko ludzi, którzy go otaczali. Zabrakło wiedzy promotorskiej, ale musimy też pamiętać, że boksował w czasach, gdy w wadze ciężkiej byli naprawdę wielcy pięściarze. Wielka i niespełniona do końca postać. Bardzo ciekawy i dowcipny kompan. Z panią Mariolą są świetnym małżeństwem.

    DSC_2197.jpg

    Ostatnio robiliśmy na Po Gongu podsumowanie 2017 roku w polskim boksie i wyszło nam, że tragedii jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Na pewno musimy ubolewać nad tym, że nie mamy żadnego mistrza świata. Dlatego listę życzeń na 2018 rok rozpoczniemy od tego:

    • Niech w najbliższych dwunastu miesiącach któryś z polskich pięściarzy sięgnie po mistrzowski tytuł. Wydaje się, że dzisiaj najbliżej osiągnięcia tego celu jest Maciej Sulęcki. Ostatnio „Striczu” sprowokował na Twitterze mistrza świata federacji WBC Jermella Charlo, chłopaki wymienili uprzejmości i na razie na tym się skończyło. Nie mamy nic przeciwko temu, że panowie niebawem spotkali się w ringu i żeby Sulęcki po tym spotkaniu wrócił do Polski z pasem.

    Ok, jedziemy dalej z naszą listą życzeń. Teraz trochę mniejsze życzenia, ale równie ważne:

    • Niech Krzysztof Głowacki zacznie wchodzić do ringu z poważnymi rywalami, bo ostatnio, z różnych względów, musiał bić przeciwników, którzy mogliby wiązać mu buty. „Główka” to drugi pięściarz, obok Sulęckiego, który daje nam nadzieję na zdobycie mistrzowskiego pasa, dlatego nie powinien tracić energii na konfrontacje z anonimami.
    • Niech Artur Szpilka ochłonie, wyleczy rękę i wróci na salę treningową. I niech zapomni, przynajmniej na razie, o biciu aktorów i występach w KSW. Jeszcze niedawno mówił, że chce wyrównać rachunki z Adamem Kownackim, a teraz jedną nogą jest już w oktagonie. Niech wybierze piaskownicę, w której chce się dalej bawić. Bo nie da się być raz w jednej, raz w drugiej.
    • Skoro jesteśmy już przy MMA, to życzymy Krzysztofowi Zimnochowi, żeby powiodło mu się w oktagonie, bo do boksu to już nie ma sensu, żeby wracał.
    • Niech na gale boksu zawodowego organizowane w Polsce nigdy więcej nie przyjeżdżają już panowie pokroju Michaela Granta i Laszlo Fekete. Pierwszy z nich między liny wszedł prosto z kanapy. Kasę wziął za to, że wniósł do ringu nazwisko i podreperował ego Zimnochowi. Lepszym ananaskiem okazał się Węgier, który w walce z Werwejką zamiast zadawać ciosy, odganiał muchy od siebie. Przez chwilę poudawał pięściarza i z grubszym portfelem wrócił do domu.
    • Niech Izu Ugonoh wyciągnie wnioski ze swojej ostatniej walki z Dominikiem Breazealem i niech wraca na ring, bo już wystarczająco odpoczął od boksu.
    • Niech żaden polski pięściarz nie zbierze takiego KO, jakie Carlos Takam zafundował Marcinowi Rekowskiemu. Żal było na to patrzeć.
    • Niech Andrzejowi Wasilewskiemu wróci pasja do boksu i w ogóle do tego biznesu, bo ostatnio mówił, że sprawia mu to coraz mniej satysfakcji. Polski boks potrzebuje ludzi z taką wiedzą i takim doświadczeniem.
    • Niech na polskich ringach objawi się zawodnik, który będzie w stanie przyciągnąć ludzi na trybuny i przed telewizory. Krótko mówiąc, niech pojawi się następca Tomka Adamka. Może kimś takim będzie Adam Kownacki, który w 2018 roku ma się pokazać na polskim ringu. Chłopak lubi się bić, więc ludzie powinni go polubić.
    • Niech Albert Sosnowski nie wchodzi więcej do ringu, bo nazwisko, na które długo pracował, zaczyna rozmieniać na drobne. Skoro Łukasz Różański już w pierwszej rundzie zafundował mu KO, oznacza to tylko jedno – najwyższy czas powiedzieć: do widzenia.
    • Niech Mariusz Wach już więcej nie łapie kontuzji w trakcie walki. Do dzisiaj nie możemy odżałować jego porażki z Millerem. Amerykanin był do pokonania, ale jedną ręką to można podrapać się po plecach…
    • Niech Ewa Piątkowska w końcu wróci na ring, bo jej przerwa od boksowania trwa już zdecydowanie za długo.
    • Niech Robert Talarek dalej bierze walki wyjazdowe i niech dalej obija miejscowych bohaterów. Po jego ostatniej wygranej we Francji biliśmy mu brawa na stojąco.
    • Niech żaden polski pięściarz nie powtórzy błędów Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego i Andrzeja Wawrzyka, którzy ostatnio wpadali na dopingu, bo to wstyd dla całego środowiska bokserskiego.
    • Niech Marcin Najman załatwi dla Mariusza Wacha konkretnego rywala na walkę wieczoru gali, która ma się odbyć na Stadionie Narodowym. Poza tym, niech się jeszcze tysiąc razy zastanowi, czy jest sens zapraszać na to wydarzenie nieobliczalnego Artura Bińkowskiego.
    • Niech Mateusz Borek dalej bawi się w promotorkę, bo jego wejście w ten biznes wygląda obiecująco.
    • Niech Krzysztof Włodarczyk wreszcie zacznie używać lewej ręki, niech wreszcie zacznie zadawać ciosy w trakcie walki. Wiemy, że jest to życzenie, które ma najmniejsze szanse na spełnienie się, ale może warto się jeszcze łudzić.

    KSW-41_750x400_acf_cropped

    Przedświąteczna gala KSW 41 w katowickim Spodku dostarczyła nam wielu wrażeń. Jako gość wpadł na nią Artur Szpilka i zrobił sporo zamieszania. Był to bardzo trudny wieczór dla Borysa Mańkowskiego, który stracił pas mistrzowski.

    Wyciągnęliśmy z tej imprezy kilkanaście wniosków. Oto one:

    1. Gala federacji KSW po raz kolejny była świetnie opakowana. Ceremonia otwarcia imprezy musiała zrobić wrażenie nawet na największych malkontentach.

    2. Panowie Maciej Kawulski i Martin Lewandowski zrobili złoty interes, podpisując kontrakt z Damianem Janikowskim. Ten facet w klatce zamienia się w tygrysa.

    3. W Spodku boleśnie przekonał się o tym Antoni Chmielewski, któremu nawet udało się obalić rywala, ale w przekroju całej walki nie miał nic do powiedzenia. Janikowski rozbił Chmielewskiego i sędzia musiał przerwać walkę.

    4. Były zapaśnik ma na koncie dopiero dwie walki w KSW, ale za chwilę może być wielką gwiazdą tej federacji. Ma na to papiery.

    5. Z kolei Antoni Chmielewski powoli musi myśleć o zakończeniu kariery, bo nie ma już argumentów w rywalizacji z takim tygrysami jak Janikowski.

    6. Michał Andryszak nie bierze jeńców, w Spodku potrzebował zaledwie 26 sekund, żeby spakować i odesłać do domu Fernando Rodriguesa Jr.

    7. Po walce Andryszak nie ukrywał, że ma ochotę założyć mistrzowski pas federacji KSW. W rozmowie z Mateuszem Borkiem mówił: „KSW potrzebuje nowego mistrza. On stoi tu przed wami”. Czyżby na horyzoncie widoczna była walka Andryszak vs Pudzianowski?

    8. Wróćmy jeszcze na chwilę do Rodriguesa. Chłopak w tym roku dwa razy wpadł na galę KSW i dwa razy zebrał KO, nie walczył nawet minuty. Najpierw załatwił go Marcin Różalski, teraz to samo zrobił Andryszak. Brazylijczyka chyba prędko w naszym kraju nie zobaczymy. Choć rachunki do wyrównania ma z nim Karol Bedorf.

    9. Skoro Bedorf został wywołany do tablicy, to warto wspomnieć, że w marcu wraca on do klatki. W studiu podczas gali KSW 41 mówił, że może wejść do oktagonu z… Arturem Szpilką. Stojący obok niego Tomasz Narkun stwierdził, że w klatce chętnie przywitałby innego pięściarza – Mateusza Masternaka. Wątpliwe, żeby Szpilka i Masternak skorzystali z tych zaproszeń.

    10. Artur Szpilka wpadł pooglądać galę KSW 41, ale na oglądaniu się nie skończyło. Tomasz Oświeciński wyzwał go na pojedynek, więc Szpilka wszedł do oktagonu na „negocjacje”. Skończyło się na przepychankach, musiała interweniować ochrona.

    11. Z tego wszystkiego wyszedł kabaret, bo Oświeciński po wygranej nad Popkiem nie miał nawet siły stać i ledwo rzucał słowa do mikrofonu, a tu jeszcze z łapami rzucił się na niego Szpilka.

    12. W tym momencie warto wystosować apel do Szpilki: Artur, daj sobie spokój z Tomaszem Oświecińskim. Ten facet ma 45 lat, jest aktorem, w KSW zawsze będzie miał status „freaka”. Chłopie, jeszcze dwa lata temu biłeś się o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, a teraz szarpiesz się w oktagonie z kimś takim. Lodu! Chyba, że Ciebie sport już nie interesuje… Daj znać, bo może nie ma sensu wygłupiać się z takimi apelami.

    13. Jeżeli dojdzie do walki Szpilka vs Oświeciński, to życie przerośnie kabaret i trzeba będzie już zgasić światło. Wierzymy jednak, że Szpilka wszystko przemyśli, ochłonie, wróci na ring i nie będzie zawracał sobie głowy głupotami.

    14. Trzeba jednak przyznać, że „Strachu” w pojedynku z Popkiem dał radę. Łukasz Jurkowski przepowiadał, że walka potrwa max 60 sekund, a panowie szarpali się do 2. rundy. Na ogłoszenie werdyktu w tej walce musieliśmy czekać dłużej niż zwykle (tlen, gdzie jest tlen), ale taki to już urok „freak fightów”.

    15. Wracamy do sportu. Świetną walkę dali Marcin Wrzosek i Roman Szymański. „The Polish Zombie” tym pojedynkiem znów wrócił do wielkiej gry.

    16. Kategoria piórkowa niby nie ma mistrza, ale tak naprawdę go ma i nazywa się on: Kleber Koike Erbst. Japończyk stracił pas, bo nie zrobił wagi (od Mikołaja ma dostać wagę pod choinkę), ale w oktagonie „udusił” Artura Sowińskiego.

    17. Erbst jeszcze nie zdążył nacieszyć się wygraną nad Sowińskim, a w oktagonie odwiedził go już Marcin Wrzosek, który zaproponował mu wspólny taniec. Zaproszenie zostało przyjęte, więc panowie Kawulski i Lewandowski muszą ustalić tylko datę.

    18. Marcin Wrzosek potrafi zadbać o swój biznes. Najpierw zrobił swoje w oktagonie, a później negocjował (trochę inaczej niż Szpilka) kolejny pojedynek. Pewnie w kieszeni miał długopis, żeby w razie czego podpisać od razu kontrakt na walkę z Erbstem.

    19. Do największej niespodzianki w Spodku doszło w walce wieczoru. I nie chodzi wcale o to, że Borys Mańkowski przegrał, ale o to, że mistrz KSW był bezbronny w walce z Robertem Soldiciem. Narożnik „Diabła Tasmańskiego” musiał go poddać, bo walka zaczynała przypominać egzekucję.

    20. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.

    DSC_4085

    W jakim stanie jest polski boks zawodowy? Jeżeli spojrzymy na podnoszącego się z desek Krzysztofa Zimnocha, którego w Radomiu zbił rzemieślnik Joey Abell, jeżeli policzymy celne ciosy zadane przez Krzysztofa Włodarczyka w pojedynku o mistrzostwo świata z Muratem Gassijewem (cztery sztuki), jeżeli przypomnimy sobie o dopingowej wpadce Andrzeja Wawrzyka, jeżeli poczytamy ostatnie wypowiedzi Kamila Łaszczyka żalącego się na promotorów, jeżeli posłuchamy Marcina Najmana, który z pełną powagą opowiada, że ściągnie do Polski Tysona Fury’ego, jeżeli zacytujemy słowa Macieja Miszkina, który podczas komentowania walki zawodowców, mówi do redaktora Kostyry: panie Andrzeju, Fekete nie potrafi boksować, to bez chwili zastanowienia możemy stwierdzić, że marnie to wszystko wygląda, trumna się zatrzasnęła i idzie już ksiądz z kropidłem.

    Na szczęście możemy jeszcze spojrzeć w drugą stronę. Tam widzimy Michała Syrowatkę nokautującego Robbiego Daviesa Jr na jego terenie, tam widzimy Macieja Sulęckiego, który za chwilę powinien dostać mistrzowską szansę, tam widzimy ambitnego Roberta Talarka, który na co dzień w kopalni zjeżdża na dół, ale w rankingach jedzie do góry aż miło, tam widzimy Tomasza Adamka, który pokazuje, że 40-latek nie musi zbierać po głowie i może jeszcze przyciągnąć publikę na trybuny i przed telewizory, tam widzimy też dwie gale: Polsat Boxing Night 7 i „Noc Wojowników”, na których można było obejrzeć kawałek dobrego boksu.

    Pięściarz roku w Polsce? Wakat

    Podsumowując 2017 rok w wykonaniu polskich pięściarzy stworzyliśmy trzy kategorie i tam powrzucaliśmy poszczególne nazwiska. Teoretycznie z pierwszej kategorii powinniśmy wybrać pięściarza 2017 roku w Polsce. Na to miano najbardziej zasłużył chyba Maciej Sulęcki, ale w tym roku lepiej zostawić wakat w tej kategorii, bo żaden zawodnik nie błyszczał jakoś wyjątkowo na tle innych.

    Kategoria 1. To był dobry lub bardzo dobry rok w ich wykonaniu:

    Michał Syrowatka – trzy walki, trzy wygrane. Pojedynki z Trayą i Szotem były tylko zaprawką przed konfrontacją z Daviesem. Michał po porażce z Rafałem Jackiewiczem chciał kończyć karierę, niecałe dwa lata później przywiózł z terenu wroga pas WBA Continental w wadze superlekkiej.

    Maciej Sulęcki – trzy walki, trzy zwycięstwa. Zbił dwóch leszczy, ale później dostał walkę z Jackiem Culcayem i miał pełne ręce roboty. Zdał ważny egzamin i jedzie dalej. Już zarzucił wędkę do stawu, w którym pływają mistrzowie świata.

    Adam Kownacki – dwie walki, dwie wygrane. Prawie nikt mu nie wierzył, gdy twierdził, że znokautuje Artura Szpilkę. Zrobił to bez problemu i dzisiaj może mierzyć coraz wyżej. Miesiąc temu w rozmowie z Po Gongu mówił: „Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.” Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku zobaczymy go na polskim ringu. To dobra wiadomość, bo pojedynki Kownackiego ogląda się przyjemnie.

    Robert Talarek – trzy pojedynki, trzy zwycięstwa. W Polsce długo był niedoceniany. Brał walki w różnych zakątkach Europy, raz wygrywał, raz przegrywał i tak toczyło się jego bokserskie życie. W końcu zaczął kolekcjonować zwycięstwa. Pokonując na PBN 7 Norberta Dąbrowskiego, ładnie przedstawił się polskim kibicom. Pod koniec roku przywiózł z Francji pas IBO Inter-Continental kategorii średniej.

    Mateusz Tryc – cztery walki, cztery wygrane. W 2017 roku stawiał pierwsze kroki na zawodowych ringach. Robił to bez kompleksów, wybił czterech rywali – każdego przed czasem. Może być o nim głośno.

    Kategoria 2. To był całkiem niezły rok w ich wykonaniu:

    Tomasz Adamek – dwa pojedynki, dwa zwycięstwa. Jeszcze chce mu się zasuwać na treningach, jeszcze dostaje zgodę od żony na wejścia do ringu, dlatego boksuje i zarabia dutki. W tym roku pokonał Haumono i Kassiego, więc nie ma się do czego przyczepić. Swoje zrobił i ma apetyt na więcej. Musi jednak uważać, żeby nie pójść o jeden most za daleko.

    Robert Parzęczewski – cztery walki, cztery wygrane. Trochę się w ostatnich 12 miesiącach narobił, ale nie miał zbyt wymagających rywali. Po walce z Tomasem Adamkiem wyglądał, jakby pracował bez kombinezonu w rzeźni.

    Adam Balski – cztery pojedynki, cztery razy ręka w górze. Kombinację ciosów, którą wykończył w Ełku rywala z Ukrainy, mamy do dzisiaj przed oczami. To był pokaz boksu. O walce z Łukaszem Janikiem nie ma sensu wspominać, bo to były jaja. Złamana szczęka podczas „Nocy Wojowników” trochę skomplikowała jego plany. Miał trenować w USA, ale na razie ten wyjazd stanął pod znakiem zapytania.

    Mateusz Masternak – trzy walki, trzy wygrane. Podczas PBN 7 wraz z Siłłachem odpalili fajerwerki, fajnie się to oglądało. Ostatnio „Master” zaczął romansować z KSW, więc nie wiadomo, jak dalej potoczy się jego bokserska kariera.

    Mariusz Wach – dwie walki, wygrana i przegrana. Sam się zdziwił, gdy sędziowie uznali, że wygrał na punkty z Erkanem Teperem w Niemczech. Patrząc obiektywnie, Mariusz zasłużył na zwycięstwo. Szkoda porażki z Millerem, bo gdyby nie kontuzja, Wach mógłby zbić tego wyszczekanego grubasa i dzisiaj byłby w zupełnie innym miejscu.

    Łukasz Wierzbicki – 3 pojedynki, trzy do przodu. Pod koniec 2017 roku jego dorobek na zawodowych ringach to 14-0. Na papierze ładnie to wygląda, ale musi jeszcze ostro zasuwać, bo podczas „Nocy Wojowników” wyszło sporo jego braków. Musi dać Michałowi Żeromińskiemu rewanż, bo inaczej nie wypada.

    Do tej kategorii możemy wrzucić jeszcze: Przemysława Runowskiego, Kamila Szeremetę, Patryka Szymańskiego (tylko jedna walka w 2017 roku), Pawła Stępnia, Marka Matyję, Norberta Dąbrowskiego (porażka z Talarkiem to dwa kroki do tyłu), Jordana Kulińskiego, Rafała Jackiewicza (dla niego boks to już zabawa, dostał walkę o pas EBU-EU i to się liczy) i Siergieja Werwejko, dla którego ostatnie miesiące były szalone. Najpierw zebrał po głowie od Nascimento, później pokonał faworyzowanego (przereklamowanego) Aguilerę, a na koniec roku wszedł do ringu z rywalem, który między linami robił za klauna.

    Kategoria 3. To był fatalny rok w ich wykonaniu:

    Andrzej Fonfara – dwie walki, jedna wygrana, druga w plecy. W zasadzie mógł się znaleźć w kategorii wyżej, bo w końcu pokonał Chada Dawsona, ale jego celem było zdobycie mistrzowskiego pasa. Niestety, w walce z Adonisem Stevensonem nie miał nic do powiedzenia. Od Andrzeja musimy wymagać znacznie więcej.

    Artur Szpilka – jedna przegrana walka. Na początku roku miał mieć duży pojedynek, ale nic z tego nie wyszło. Później dostał lanie od Adama Kownackiego i to byłoby na tyle. Po operacji ręki i rehabilitacji zaczął treningi z Andrzejem Gmitrukiem. Promotorów Szpilki może martwić fakt, że Artur coraz częściej spogląda w stronę MMA.

    Andrzej Wawrzyk – brak pojedynków. Miał walczyć z Deontayem Wilderem, ale wpadł na dopingu i cały rok przeleżał na kanapie. Dzisiaj nie wiadomo, czy on jeszcze jest w tym biznesie, czy już go nie ma.

    Izu Ugonoh – jedna walka, jedna przegrana. Po porażce z Dominikiem Breazeale’em zebrał sporo komplementów. Trzecia runda tej walki została nominowana do „Rundy Roku 2017” w plebiscycie The Ring. Słabe to jednak dokonania, bo trzeba pamiętać, że Izu został znokautowany, a później wypadł z obiegu na długie miesiące.

    Krzysztof Głowacki – dwie walki, dwie wygrane. Na papierze niby wszystko się zgadza, ale pamiętajmy, że „Główka” jeszcze niedawno był mistrzem świata. W 2017 roku miał kłopoty zdrowotne, walczył ze śmiesznymi rywalami, był rezerwowym w WBSS. Na plus należy zapisać to, że po słabym roku jest bardzo wysoko w rankingach.

    Kamil Łaszczyk – jedna wygrana walka/sparing. Swoją sytuację najlepiej przedstawił pięściarz w rozmowie z Hubertem Kęską: „A ja jestem w dupie, inaczej tego nie nazwę. Nawet nie stoję w miejscu, cofam się. Lata lecą, a ja boksuję ze słabszymi zawodnikami niż na samym początku kariery.” Nie trzeba nic dodawać.

    Krzysztof Zimnoch – trzy pojedynki, dwa zwycięstwa i porażka. Rok zaczął od wyrównania rachunków z Mike’em Mollo, później obił wyciągniętego z sanatorium Michaela Granta, na koniec Joey Abell wybił mu z głowy boks. Dzisiaj Zimnoch chce walczyć w MMA, a jeszcze niedawno mówił, że chce być mistrzem świata w boksie.

    Krzysztof Włodarczyk – dwie walki, wygrana i przegrana. Pojedynek z Gassijewem pokazał, że Diablo nie jest już w stanie rywalizować ze światową czołówką w swojej kategorii wagowej.

    Do powyższego grona możemy jeszcze dodać: Dariusza Sęka, Michała Cieślaka, Krzysztofa Kopytka i Marcina Rekowskiego (pamiętny nokaut z rąk Takama).

    Wrzucając nazwiska pięściarzy z tych trzech kategorii do jednego kotła i mieszając, wychodzi na to, że tragedii z polskim boksem zawodowym jeszcze nie ma, ale czerwona lampka kilka razy się zapaliła. Najbardziej niepokojące jest to, że w ostatniej kategorii znalazły się nazwiska zawodników, którzy są, albo jeszcze niedawno byli wizytówką polskiego boksu zawodowego. Mowa o byłych mistrzach świata i pretendentach do walk o pasy, którzy ostatnie 12 miesięcy mogą spisać na straty.

    charr083

    Federacja WBA już dawno przyzwyczaiła nas, że na potęgę produkuje mistrzów świata. Jej ostatnim mistrzowskim wytworem został Manuel Charr. Urodzony w Libanie pięściarz wszedł do ringu po ponad rocznej przerwie, zbił 40-letniego, drewnianego Aleksandra Ustinowa i w nagrodę dostał pas WBA Regular.

    Charr to facet po sporych przejściach zarówno w ringu jak i poza nim. Brutalnie nokautowali go Aleksander Powietkin i Mairis Briedis. Po ciosach Rosjanina i Łotysza prawie wylatywał z ringu. Zbierał też po głowie od Witalija Kliczki. W życiu prywatnym Charr także nie miał lekko. Dwa lata temu został postrzelony i stoczył walkę o życie, którą na całe szczęście wygrał. Te wydarzenia go nie złamały.

    Wróćmy do sobotniego pojedynku w Oberhausen. Charr nie był faworytem, wyżej stały akcje Ustinowa. Jednak Rosjanin człapał po ringu, niby zadawał jakieś ciosy, ale krzywdy rywalowi one nie robiły. Jednogłośną decyzją wygrał Charr, nikt nie miał do sędziów pretensji o taki werdykt. Pojedynek był nudny, poza Charrem, jego rodziną i przyjaciółmi, dzisiaj nikt już o nim nie pamięta.

    Nie zmienia to faktu, że Charr jest jakimś tam mistrzem świata. Piszę „jakimś”, bo prawdziwym (jedynym!) mistrzem federacji WBA jest Anthony Joshua. Ale skoro Charr ma już ten pas, to pewnie nie zabrakłoby chętnych do pojedynku z nim. W kolejce spokojnie mógłby stanąć Tomek Adamek. Forma z Częstochowy powinna wystarczyć. To samo dotyczy Adama Kownackiego, Mariusza Wacha czy Izu Ugonoha. Zresztą Adamek i Kownacki są wyżej od Charra w rankingu boxreca.

    Tylko tu pojawia się mały problem. Charr w obowiązkowej obronie musi walczyć z Fresem Oquendo. Możecie nie pamiętać gościa, bo ostatnio widziany był w ringu ponad trzy lata temu. Przegrał wtedy z Rusłanem Czagajewem. Federacji WBA to nie przeszkadza, zaklepała mu pierwsze miejsce w kolejce do Charra. To nie koniec festiwalu żenady. Wygrany pojedynku Charr vs Oquendo ma być obowiązkowym pretendentem do walki z Joshuą.

    Teraz możecie się śmiać do woli.

    IMG_7457

    Urodził się w Łomży, ale gdy miał siedem lat rodzice spakowali torby i przeprowadzili się do USA. Dorastał na Brooklynie. Tam zaczęła się jego przygoda z boksem. Na zawodowych ringach stoczył 16 pojedynków, ostatnio wygrał z Arturem Szpilką. Jak twierdzi, jego amerykański sen jeszcze się nie spełnił. – Ostatnio coraz częściej jestem w Polsce i coraz bardziej mi się tutaj podoba. Może wrócę tu kiedyś na stałe – mówi w rozmowie z PoGongu.pl Adam Kownacki.

    Jak chłopakowi z Polski dorastało się na Brooklynie?

    Wychowałem się na Greenpoincie, gdzie jest dużo Polonii. Chodziłem do polskiego kościoła, zakupy robiłem w polskich sklepach. W szkole były dzieciaki polskiego pochodzenia, ale więcej mówiło się po angielsku. Do dziewiątej klasy miałem więcej kolegów amerykańskich, później przyjechali moi kuzyni i kolega z Polski, który zamieszkał koło mnie. Greenpoint to taka mała Polska.

    Języka polskiego nigdy nie zapomniałeś?

    W domu mówiliśmy w ojczystym języku, podobnie komunikowałem się z kuzynami, z którymi spędzałem sporo czasu. Ponad 20 lat mieszkam w USA, ale z moim polskim chyba nie jest najgorzej. Czytam w miarę dobrze, z pisaniem jest ok, ale jakbym wysłał Ci dłuższy list, to mógłbyś się trochę pośmiać.

    Teraz z żoną też rozmawiacie po polsku? 

    Tak, ale ona trochę się denerwuje, bo chce mówić po angielsku. Mieszka w USA od siedmiu lat i chce się jeszcze uczyć tego języka. Ja z kolei mówię po polsku, żeby nie zapomnieć słów.

    Masz amerykańskie obywatelstwo, ale o Polsce nigdy nie zapomniałeś. Często podkreślasz, że lubisz tutaj wracać.

    Płynie we mnie polska krew, jestem Polakiem, ale walczę na amerykańskich ringach. W USA dali mi szansę, której w Polsce pewnie bym nie dostał. Wątpię, czy byśmy teraz rozmawiali o mojej karierze, gdybym nie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pewnie mieszkałbym na polskiej wsi i pasł krowy (śmiech). Sporo zawdzięczam Ameryce, ale jestem dumny, że jestem Polakiem. Kocham tu przyjeżdżać, 11 listopada brałem udział w Marszu Niepodległości. Niesamowita sprawa, wszystko było biało-czerwone. Widać, że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

    JESZCZE WIĘCEJ BOKSU. ZAPRASZAMY NA NASZ PROFIL NA FACEBOOKU

    Wróćmy jeszcze do Twojego dorastania na Brooklynie. Musiałeś używać pięści na ulicy?

    Byłem nowy na dzielnicy, na dodatek byłem grubaskiem, więc każdy się ze mnie śmiał. Spotykałem się z uszczypliwościami. Dzieci potrafią być wredne, ale mówiły prawdę, bo ważyłem ponad 100 kilogramów. Były zaczepki, ale jakoś dawałem sobie radę. Czasami trzeba było się bić, w końcu to Brooklyn. Greenpoint był w miarę spokojny i bezpieczny. Gorzej było w East New York, tam strzelaniny były codziennie. Chodziłem do szkoły w głębi Brooklynu, tam też było nieciekawie. Zdarzało się, że chłopaki przychodzili do szkoły z pistoletami.

    Boks to była miłość od pierwszego wejrzenia?

    Najpierw trenowałem karate, ale to nie było to. Boks od razu przypadł mi do gustu. Za małolata oglądałem walki Andrzeja Gołoty, on był dla mnie inspiracją. Polonia go kochała, ludzie zbierali się w domach i mu kibicowali, atmosfera była świetna. Byłem na jednym jego pojedynku, gdy walczył z McBride’em. Później jego miejsce w sercach rodaków zajął Tomek Adamek. W New Jersey byłem na każdej walce „Górala”.

    Na początku kariery boks łączyłeś z pracą na budowie, dorabiałeś też na bramkach. Lekko chyba nie było?

    Na budowie pracowałem od godziny 15 do 23. Przed robotą chodziłem na siłownię, po ośmiu godzinach demolki szedłem biegać.

    Demolki?

    No demolka, bo burzyliśmy starą szkołę i budowaliśmy nową. To była ciężka robota, ale miałem wyrozumiałych szefów. Gdy zbliżała się walka, dawali mi wolne. Pracowałem na budowie przez 3-4 lata. W weekendy dorabiałem też na bramce u znajomego na Manhattanie. Spokój tam był, sparingów po godzinach nie miałem, może ze dwa razy interweniowałem. Musiałem pracować, bo z boksu nie byłem w stanie się utrzymać. Na początku kariery za walki dostawałem po 2 tysiące dolarów, to były groszowe sprawy. Po opłaceniu wszystkiego, okazywało się, że dokładałem do biznesu.

    Na początku kariery pomagał Ci Mariusz Kołodziej z Global Boxing Promotions. Później działałeś już na własną rękę, bez promotora. Trudno jest funkcjonować w ten sposób?

    Jakoś daję sobie radę. Pan Kołodziej tylko w dwóch pojedynkach był moim promotorem. Później złamałem rękę, miałem długą przerwę i nasze drogi się rozeszły. Ziggy Rozalski powiedział mi kiedyś, żebym był wolnym ptaszkiem. Te słowa wziąłem sobie do serca. Na początku bez promotora było ciężko, ale później szło już coraz łatwiej. Moja sytuacja poprawiła się, gdy podpisałem kontrakt z Alem Haymonem, mogłem zrezygnować z pracy na budowie i bramkach.

    W twoim bokserskim życiorysie jest długa przerwa, która była spowodowana kontuzją. Nie myślałeś wtedy o zakończeniu kariery?

    Po czwartej zawodowej walce złamałem rękę i musiałem odpocząć od treningów. Pierwsza operacja źle poszła, druga była ok, ale pojechałem na obóz do Władimira Kliczki i naderwałem biceps. I znów była przerwa od boksowania, razem uzbierało się trzy lata. Dużo zawdzięczam żonie, która cały czas we mnie wierzyła. Mówiła, że muszę walczyć, bo to kocham. Kibice cały czas pytali, kiedy wracam na ring. To mnie bardzo motywowało, nie miałem ochoty rezygnować z boksu. Zresztą nie mógłbym tego zrobić, bo to całe moje życie.

    Po pojedynku z Arturem Szpilką twój portfel zrobił się dużo grubszy?

    Po raz pierwszy odczułem, że coś zarobiłem. Po opłaceniu podatków, sali, trenerów i sparingpartnerów dużo nie zostało, ale jest coraz lepiej. Nie narzekam. Mam nadzieję, że z walki na walkę będę dostawał coraz większe gaże.

    Przed walką ze Szpilką zgubiłeś sporo kilogramów, teraz znowu się zaokrągliłeś. Dieta poszła w odstawkę?

    Trochę się z tym nie pilnuje. Źle organizuje sobie dietę, tutaj popełniam największy błąd. Przed pojedynkiem z Arturem potrafiłem utrzymać rygor, kupowałem zdrowe jedzenie. Na obozie w Osadzie Śnieżka było super, bo Kuba Chycki wszystko planował, jedzenie było podane, nie musiałem się o nic martwić. Problemy pojawiły się po wygranej ze Szpilką. Znajomi zapraszali mnie do domu. Każdy czymś częstował i mówił: jedz, jedz. Nie odmawiałem, żeby gospodarz się nie obraził. Teraz Kuba rozpisał mi dietę i chciałbym się jej trzymać.

    Jaka była twoja największa waga?

    Gdy złamałem rękę, ważyłem ponad 130 kilogramów.

    Jak bardzo zmieniło się Twoje życie po zwycięstwie nad Szpilką?

    Czekam na następne walki i wyzwania. Myślę, że moje akcje po tej wygranej poszły w górę. W końcu Artur walczył o mistrzostwo świata, w Polsce uważany był za najlepszego „ciężkiego”. Po wygranej z nim stałem się bardziej rozpoznawalny w Polsce. Na Marszu Niepodległości ludzie mnie poznawali. To jest przyjemne. Teraz szykuję się na 20 stycznia, mam wystąpić na Brooklynie na gali Spence vs Peterson. Miejsce mam zaklepane, ale nie znam jeszcze nazwiska przeciwnika.

    Szpilka przed pojedynkiem wypowiadał się o Tobie w lekceważący sposób. Nie wkurzało Cię to?

    Gadał różne rzeczy, nie zwracałem na to uwagi. Jestem odporny na takie zaczepki, wychowanie na Brooklynie swoje zrobiło. Wcześniej sporo widziałem, ja nie pękam przed walkami. Ring i tak wszystko zweryfikował. Życzę mu jak najlepiej, prywatnie nic do niego nie mam.

    Poszedłbyś z nim na kawę?

    Nie miałbym z tym żadnego problemu, to jest tylko sport. Chętnie bym go poznał lepiej, nie mam do niego żadnych pretensji.

    Na kawę może pójdziecie po walce rewanżowej, bo Szpilka bardzo chce wyrównać z Tobą rachunki. Jesteś zainteresowany rewanżem?

    Czemu nie. Tylko niech on najpierw wyzdrowieje i wygra jakąś walkę. Teraz konfrontacja z Arturem nie ma dla mnie żadnej wartości sportowej, nic mi nie daje. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony kibiców, to możemy jeszcze raz wejść do ringu.

    Kiedy zobaczymy Cię na polskim ringu?

    Często rozmawiam o tym z Mateuszem Borkiem, może niedługo wystąpię na gali w Polsce. Tu się urodziłem, kocham Polskę i tutaj chciałbym walczyć. Czas pokaże, nie chcę wybiegać w przyszłość.

    Kibice kupują Twój styl walki. Mimo że masz spory nadbagaż kilogramów, potrafisz bić seriami, zadajesz bardzo dużo ciosów, nie boisz się iść na wymiany.

    Nie lubię śmieciowego gadania przed walkami, wolę przemawiać w ringu. Lubię się bić, iść na wymiany. Tylko jest z tym mały problem. Coraz częściej rozmawiamy z żoną o powiększeniu rodziny. W przyszłym roku chcemy mieć dziecko i teraz moje poglądy trochę się zmieniły. Na pierwszym miejscu chcę postawić zdrowie. Mając dzieci, trzeba dbać o siebie. Przypadek Abdusalamowa daje do myślenia, to jest strasznie smutna historia. Tylko nie wiem, czy uda mi się zmienić mój styl, bo charakter mam taki a nie inny. Lubię się bić.

    Czy Twój amerykański sen już się spełnił?

    Nie, jeszcze przede mną dużo ciężkiej pracy i długa droga do pokonania. Tak naprawdę, poza Złotymi Rękawicami, jeszcze niczego nie osiągnąłem. Jeżeli zdobędę mistrzostwo świata, to wtedy powiem, że ten sen się spełnił. Nie chcę być znany tylko z tego, że pokonałem Artura Szpilkę. Mam trochę wyższe cele.

    Ostatnio mówiłeś, że nie możesz się doczekać, kiedy dopadniesz Deontaya Wildera. Jesteś już gotowy na pojedynek z Amerykaninem?

    Widzę u niego dużo luk. Ostatnio rozmawiałem ze swoim wujkiem i on powiedział, że łatwiejszym rywalem byłby dla mnie Joshua, ja myślę, że jednak Wilder. Wygraną nad Szpilką powinienem dać mu do myślenia. Rozprawiłem się z Arturem dwa razy szybciej niż on. Muszę wygrać jeszcze parę walk i dostanę swoją mistrzowską szansę.

    W przeszłości sparowałeś z Władimirem Kliczko, teraz na sparingi zaprosił Cię Aleksander Powietkin. Zaprawę przed walką o mistrzostwo świata będziesz miał solidną.

    Takie sparingi to dobra szkoła boksu. Jestem w stanie sprawdzić się z lepszymi pięściarzami ode mnie. Po tych sparingach wiem, że stać mnie na to, żeby być mistrzem świata. Kliczko na sparingach nie oszczędzał nikogo. Mnie się to nie zdarzyło, ale chłopaki po jego ciosach siadali na dupie. Ja mam twardą głowę.

    Rozmawiał: Krzysztof Smajek

    ZOBACZ TAKŻE:

    FOT 400MM.PL

  • Tomasz Adamek już kilka razy wspominał o zakończeniu kariery, ale nie odłożył rękawic do szafy.
  • W sobotę w Częstochowie znów zobaczymy go w ringu. Jego rywalem będzie Fred Kassi.
  • Kameruńczyk zapewniał na konferencji, że nie przyjechał do Częstochowy tylko po pieniądze.
  • „Góral” nie może się potknąć, bo w jego przypadku jest prosta matematyka: porażka=emerytura.
  •  
    Gus Curren w trzecim odcinku „Drogi do Częstochowy” przytoczył swoją pierwszą rozmowę z Tomkiem Adamkiem. Trener spytał wprost: Po co to robisz? Dla pieniędzy? Chcesz jeszcze raz wygrać i odejść na emeryturę?

    „Góral” odpowiedział: Nie. Chcę być mistrzem świata.

    Curren twierdzi, że bez takiego podejścia Adamka ich współpraca nie miałaby sensu. Później panowie wzięli się do roboty.

    Nie dla niego wędka i ryby

    Na chwilę cofnijmy się w czasie. Sierpień 2015 roku, fragment wywiadu PoGongu.pl z Tomaszem Adamkiem.

    W środowisku słychać opinię, że Roger Bloodworth nie jest w stanie z pana już więcej wycisnąć. Myślał pan o zmianie trenera?

    Nigdy o tym nie myślałem, bo od Rogera nauczyłem się bardzo dużo. Dzisiaj mam 39 lat i jestem zdrowy, nie przyjąłem zbyt wiele ciosów w wadze ciężkiej, a boksowałem z pięściarzami, którzy potrafią mocno uderzyć i to jest jego zasługą. Zostaję z Rogerem do końca mojej kariery.

    Adamek nawet po przegranych walkach twierdził, że jego współpraca z Bloodworthem dobrze się układa i za każdym razem powtarzał, że nie chce zmieniać trenera. Jednak gołym okiem było widać, że to nie ma sensu. Pojawiły się porażki, „Góral” gasł z walki na walkę. Było nawet słychać opinie, że na sali treningowej to ogon kręci psem. W końcu ich współpraca dobiegła końca. Roger Bloodworth po raz ostatni był w narożniku „Górala” podczas walki z Erikiem Moliną.

    Od 2014 roku Adamek nieśmiało żegna się z ringiem. O chęci zakończenia kariery wspominał po przegranych z Głazkowem, Szpilką i Moliną. Każda porażka go bolała, wiedział, że czas ucieka. Ziggy Rozalski proponował mu wędkę i ryby, ale Adamek nie skorzystał z tej propozycji. Pakował torbę, wsiadał w samolot i leciał do Polski na obóz.

    Warto zauważyć, że obozy w Osadzie Śnieżka, współpraca z Jakubem Chyckim i zmiana trenera, mocno go odmieniły. Adamkowi chce się zasuwać na sali, nie widać po nim tych 40 lat na karku. Mateusz Borek na konferencji prasowej stwierdził nawet, że „Tomek jest chyba najmłodziej wyglądającym 40-latkiem w świecie boksu”.

    Fajnie o Adamku wypowiedział się też Adam Balski, który na łamach „Gazety Wrocławskiej” stwierdził: „Muszę powiedzieć, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak szybkim zawodnikiem musiał być Tomek 10 lat temu, skoro teraz jest taki szybki.”

    40-latek bije seriami

    Niektórzy twierdzą, że Adamek wraca na ring dla pieniędzy. Kiedyś zarzucał mu to choćby Dariusz Michalczewski. „Góral” za każdym razem na takie zaczepki odpowiada w ten sam sposób: „Bogu dziękować, mam dobrą żonę, która potrafi gospodarować pieniędzmi. Nie wychodzę do ringu dla pieniędzy.”

    Adamka po raz ostatni widzieliśmy w akcji podczas gali Polsat Boxing Night 7. Bez żadnych problemów rozprawił się z Salomonem Haumono. Wtedy w jego narożniku stał już Gus Curren. „Góral” na tle Australijczyka pokazał, że 40-latek może jeszcze bić seriami, że widzi ciosy rywala, że ma refleks i kondycję na 10 rund. Nie zapominajmy jednak, że Haumono to pięściarz z trzeciej ligi.

    Kolejnym rywalem Adamka też nie będzie żaden artysta ringu. Fred Kassi to solidny rzemieślnik z przeciętnym rekordem. Warto jednak podkreślić, że Kameruńczyk stawiał twardy opór w pojedynkach z takimi rywalami jak: Dominic Breazeale, Hughie Fury czy Chris Arreola. Z Adamkiem też będzie się bił. Kassi miał dziesięć tygodni na przygotowania, więc powinien być w dobrej formie.

    Duża walka na horyzoncie?

    Kameruńczyk zapewniał na konferencji, że nie przyjechał do Częstochowy tylko po pieniądze. Twierdzi, że jest gotowy na ringową wojnę. Adamek nie chce głośno mówić o swoich sportowych planach, ale wiadomo, że pojedynek z Kassim ma mu uchylić drzwi do większych wyzwań.

    „Góral” marzy jeszcze o jednej dużej wale. – Gdzieś z tyłu głowy myślimy już o wiośnie 2018 roku. Może będzie to gala Polsat Boxing Night, może Wyspy Brytyjskie, ale najpierw trzeba pokonać Kassiego – twierdzi Mateusz Borek w rozmowie z „Gazetą Wrocławską”. Promotor MB Promotions i dziennikarz Polsat Sport podkreśla, że walka w Częstochowie, może być ostatnim pojedynkiem Adamka w ojczyźnie.

    Eksperci i bukmacherzy nie mają żadnych wątpliwości – faworytem konfrontacji Adamek vs Kassi jest polski pięściarz. „Góral” może mieć w sobotę pełne ręce roboty, ale jeśli chce zostać w tym biznesie, musi wygrać. – Jeśli to się nie uda, to będzie to game over naszego mistrza – dodaje Borek.